niezwykłe dzieje zwykłej rodziny

Historie różne

czwartek, 30 października 2008

Dzisiaj zamiast notki, zamieszczam zdjęcie, które znalazłam w sieci (a dokładniej dostałam e-mailem razem z żarcikami). Niestety, nie znam jego autora, mam nadzieję, że nie ma nic przeciwko umieszczenia zdjecia tutaj.

Żeby Was zaciekawić, spróbujcie wyobrazić sobie tę całą sytuację: kim są te dwie staruszki siedzące w tle? Czy obgadują Staruszkę na huśtawce? Zazdroszczą jej, mówią, że co jej odbiło na stare lata? A może wiedzą, że Franka zawsze była szalona i trochę jej zazdroszczą? I kim jest tajemnicza Staruszka? Wolnym duchem, który zawsze robi to co chce? Wyalienowałą, zdziwaczałą Staruszką? Wesołą Babunią, która czuje sie, jakby miała 20 lat? Prawda, że to może być bardzo inspirujace :)

PS. zdradzę Wam tajemicę, to ja za 50 lat - tam na huśtawce :)

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

Ścisłe centrum Warszawy, oblegany przez samochody parking. Ruchem rządzi tzw.Stacz czyli inaczej bezdomny, który "pilnuje" samochody - czyli bierze haracz za to, że niby nic się z nimi nie stanie.  

W pewnej chwili podjeżdza elegancka fura, najnowszy model audi, alufelgi, elegancja, francja, skóra i w ogóle high life. Wysiada z niego kierowca, w wieku późno-średnim (czyli wczesnoprezesowskim), ubrany w stosowny garnitur, armani czy coś w tym guście, w każdym razie ubranie wygląda na najwyższa półkę cenową. Pan nonszalancko zamyka z głośnym piknięciem samochód (który zastawił dwa inne wozy) i nie troszcząc sie o opłatę parkingową oddala sie w kierunku wieżowca. Na to Stacz z nadzieją w głosie i z banknotami w oczach:

- przypilnować?

Na co Pan Kierowca po namyśle:

- nie mam pieniędzy!

poniedziałek, 18 lutego 2008

Zbiegiem okoliczności pracuję obecnie bardzo niedaleko miejsca, w którym spędziłam swoje dzieciństwo. Wystarczy teraz, że siedząc przy biurku wychylę mocniej głowę - i widzę już mój stary blok. Wystarczy, że dalej zapuszczę sie na spacerze i wzrok sam mój już natrafia na ślady z mojego dzieciństwa.

Pamięć to niesamowita rzecz. Pozwala istnieć całym światom, które gdzie indziej nie mają już racji bytu. Na łące, po której ganiałam się z kolegą z klasy, z którym dla zabawy tłukliśmy się kijami, aż wróciłam z zakrwawioną głową domu, tak to teraz stoi nowoczesny wieżowiec. Tuż obok rozkładały swój kramik staruszki, teraz błyszczą marmurowe posadzki. Po drugiej stronie istniał bazarek, tu stał kramik z nabiałem z młodym sprzedawcą, który lubi ze mną sobie żartować, tam dalej stała baba z kapustą kiszoną, którą zajadała sie nasza jamniczka. Parę kroków dalej szukam wzrokiem baru mlecznego, do którego zachodziłam czasem z mamą po jej pracy. Na jego miejscu stoi teraz pizzeria, czy ktoś tam jeszcze pamięta smak naleśników z jabłkiem?

Próbuję nie widzieć tego świata z metalu i szkła, w końcu wciąż jeszcze stoi remiza, której strażacy zaczepiali mnie gwizdami, gdy szłam ze szkoły. Wciąż jeszcze istnieje parę zaułków, w których przy zmrużonych oczach widać powiewające dwa długie warkocze, ślady małej dziewczynki, dla której tutejsze okolice stanowiły wszechświat. Mały świat, który miał przetrwać przez lata, a po którym pozostały w większości wspomnienia - u każdego inne. I czy to tylko sentymentalizm powoduje, że ten świat ze wspomnień wydaje mi się piękniejszy i lepszy?

poniedziałek, 14 stycznia 2008

[*] [*] [*]

Dzisiaj w jej intencji zapalę świeczkę, może ktoś się przyłączy?

Kajeczko, jestem z Tobą myślami! Współczuję gorąco!

http://sretybzdety.blox.pl/html

środa, 09 stycznia 2008

Koleżance z forum rówieśników Brunia po ciężkiej chorobie zmarł synek :(

(*) dla Ciebie, dzielny Olivierku!

wtorek, 20 marca 2007

Jakby na przekór zimowej pogodzie za oknem, kocia społeczność w okolicach naszego domu jest jedną z najbardziej aktywnych i najciekawszych, jaką przydarza mi się obserwować. Kocie stado już od miesiąca zarządziło wiosnę i nie zamierza się przejmować takimi nieznaczącymi oznakami, jak brzydka pogoda.

Koty w naszej okolicy można podzielić niczym warzywa: na całoroczne i sezonowe. Całoroczne to głównie kocury, które miedzy siebie podzieliły teren, nie straszny im ani śnieg ani mróz, aby wytrwale krążyć po okolicznych posesjach. Dzięki temu dali nam się nieźle poznać - a wszystko to są nietuzinkowe postacie. Charaktery czasem mają większe niż wskazuje na to ich kocia postać.

Na przykład taki Albercik - gruby, biały spasiony kocur z "doklejonym" burym ogonem - mało co jest go w stanie wyprowadzić z równowagi. Przejeżdzające samochody, rowery czy tez ludzie powodują, że przesunie się metr dalej. I tyle. Może przenieść się w inną okolicę, ale pośpiech to jego główny wróg. Relax, make it easy - jak głosi aktualny hit - to jego maksyma życiowa.

Srebrzysty Kark - kocur o znacznej koncentracji masy na małej przestrzeni :)) Skupiony, skoncentrowany, pewny siebie i swoich racji. Zawsze jest coś do zrobienia a pańskie oko konia tuczy. Jak przystało na szefa karkowego gangu, chodzi często z podległym mu bezimiennym czarnym kocurem (jak to przecież przystało na ochronę).

Szary Buras - spragniony przyjemności życia sybaryta. Krązy po okolicy w poszukiwaniu miłości, stricte kociej miłości. Obejrzy się za kazdym ładnym ogonkiem, których niestety w naszej okolicy póki co brakuje (widać babeczki zaliczają się raczej do tych sezonowych, czekających na ciepłe dni, kotów).

Czarny Łowczy - drobny kocurek - indywidualista, który czas spędza na treningach i szlifowaniu umiejętności myśliwskich. Jak nie wisi na ogrodzeniu-siatce, nie łowi gołębi, to chociaż łapie niewidzialne muchy, wisząc na dwóch łapach. W oczach rentgeny, a główna zasada to czujność.

Powyższe kocury poznałam dobrze, bo wypowiedzieliśmy im wojnę. Chociaż niby jesteśmy kociarzami to w wojnie nie ma litości. Kto ją zaczął? Oczywiście kocury.

Chociaż nasze obydwie kocice są wysterylizowane, to do jednej z nich - wychodzącej na obchody Grubisi - ustawiają się kolejki wielbicielki. Niestety, ponieważ poważni z nich osobnicy, walą do nas drzwiami i oknami, nie zważajac na nasze protesty. Skad to wiem? Po pierwsze co chwila widać, jak któryś napaleniec skrada się po schodach. Po drugie i to jest zasadnicza przyczyna wojny - kocury zostawiają na drzwiach i oknie liściki miłosne, których intensywność zapachu zwala z nóg - bowiem koci, męski mocz śmierdzi wyjatkowo mocno. Co drugi więc dzień szoruję z zapałem nowe drzwi, podłogę i okna, zostawiając zapach chloru. Niestety, na ogół następnego dnia zastaję charakterystyczne plamki moczu, świadczące kto tu jest górą.

Psikanie drzwi odstraszającymi środkami nic nie pomogło - po dwóch dniach dostałam zbiorowy list od męskiej, kociej populacji ze słowami, że takich cytrynowym sprejem to mogę co najwyżej popsikać sobie pod pachą. M. Gdy tylko widzi czającego się Wąsiastego, atakuje od razu polewając sierściuchów przygotowaną w wiatrołapie wodą - niestety, te dzikusy są na tyle szybkie, że na sam dźwiek otwieranych drzwi nabierają prędkości nadświetlnej. Zdystansowany do stresów życia Albercik pobił kocie rekordy, bowiem w oczekiwaniu na wybrankę, zasnął pod naszymi drzwiami (normalnie nie da się dotknąć).

Nie wiem już sama co robić, jak będzie cieplej, będzie pewnie jeszcze gorzej. Kotów w okolicy jest znacznie wiecej niż opisałam - nie chciałam przedłuzać relacji. Odwiedza nas wiec też znudzony życiem Syjam, który w swoim rasowym życiu poszukuje atrakcji, niedaleko zaś stacjonuje klan grafitowo-czarnych kotów, które za chiny nie chcą się przyznać do własnego imienia. Nie sposób tez zapomnieć o Don Rudasie, który na szczęście rządzi ulicę dalej, ale często spotykamy się i muszę przyznać, że mam wtedy ochotę ustąpić mu drogę, na widok takiej siły i majestatu.

Co robić, czy ktoś ma jakies pomysły?

 

sobota, 03 marca 2007

Dzięki Endze i Ivonce, dziękuję za zaproszenie :))

W sumie nie wiem o czym najlepiej byłoby napisać, ale niech będzie - oto 5 faktów z mojego życia, nieznanych szerzej blogowej społeczności:

1. Jako dziecko, chociaż bardzo nieśmiała i przewrażliwiona, byłam bardzo waleczna. W klasie miałam nieznośnego łobuza, który ciągle uprzykrzał mi życie, naśmiewał się, drażnił. Pewnego dnia, w szatni przebrała się miarka. Uzbrojona w wezbraną adrenalinę, wściekłość i urażoną dumę, chwyciłam chłopaka mocno za ramiona i na oczach całej klasy przeciągnęłam go przez pół szatni, przygwożdzając ostatecznie do ściany. Zwyciestwo było moje. I chociaż spokój miałam na dosyc krótko, to ta chwila do dzisiaj mnie cieszy. Innym razem pojechałam do mojej cioci do Szwecji. Tam po raz pierwszy miałam przyjemnośc kąpać się w nowoczesnym basenie ze zjeżdzalniami, materacami - byłam zachwycona. Niestety, w pewnej chwili, kiedy dryfowałam sobie beztrosko na materacu, podpłynęla do mnie banda miejscowych chłopakiem, wraz z szefem bandy na czele. Postanowił zabrać mi materac bez słów wyjasnienia. Niestety, nieco przeliczył się - waleczna chudzina ani myślała ustąpić. W ruch poszły pięści, kopniaki i pazury - wszelkie chwyty były dozwolone. Po zaciekłej walce, po której pozostały rozległe siniaki, Szwed musiał ustąpić :)

2. Będąc w podstawówce wyjechałam wraz z moja o rok młodszą siostrą cioteczną i ludźmi w naszym wieku, na parę dni do Krakowa. Tam pod wpływem świetnego nastroju wyjazdowego wymyśliłam "sztukę o zabarwieniu komediowym", którą odegrałyśmy razem z siostrą. Sukces był niesamowity! Wszyscy byli przekonani, że zostanę artystką :)) Rodzina Cioci, z którą nota bene jestem bardzo blisko związana, do dzisiaj twierdzi, że marnuję swój wrodzony talent komiczny i powinnam zostać aktorką - Innymi słowy marnuję sobie życie w zwykłej pracy :)

3. Co do mojej siostry to przypomniała mi się jeszcze jedna sprawa. Całe nasze dzieciństwo spędzałyśmy razem. W pewnym momencie wymyśliłyśmy sobie postacie Gieni (mnie) i Hienia (jej) - powstało to na potrzeby balu przebieranego, na który się wspólnie wybierałyśmy. Dziwnym trafem postaci te wciąż w nas "żyły" - wymyślałyśmy im wspólne życie, na wszystkie okazje przebierałyśmy się. Zwieńczeniem był huczny "ślub" do jakiego doszło na wakacjach w jednym z mazurskich ośrodków wypoczynkowych. W rolę księdza wcielił się po długich namowach zaprzyjaźniony gaduła w średnim wieku, który na tę okazję przebrał się w czarne, chińskie kimono w żurawie i słomkowy kapelusz. Długi pomost w ośrodku obstawiony był świecami, również na brak publiczności nie mogłyśmy narzekać - pomost był pełen ludzi, podobnie jak okoliczna plaża, wśród nich było wielu znajomych. Siostra a raczej Hieno, ubrany był w wyjściowy, wełniany garnitur wujka a ja w ciotkowatą sukienkę. Obydwoje mieliśmy sceniczno-komiczny makijaż, który mówił wyraźnie, że to wszystko na żarty. Uroczystość była świetna - na koniec "wzruszona" publiczność aby słowo ciałem się stało, wrzuciła nas bezceremonialnie do wody (w tym tez i ten drogi garnitur wujka, który po tym zbiegł się nieco :)) Zabawy było co niemiara i do dzisiaj jak myślę o tym, to się uśmiecham :D

4. Byłam kiedys na imprezie, na której tańczyłam na stole w barze i paliłam cygaro :)) A taka ze mnie grzeczna dziewczynka (nie palę papierosów w ogóle)!

5. Co by tu dać na koniec...jestem zupełnie niepozorną dziewczyną i już wkrótce zmieni mi się cyfra z przodu. Charakterystyczny znak to ogniki w oczach: jeden z najfajniejszych komplementów jakie usłyszałam to taki, ze mam szelmowskie spojrzenie :)) Jestem szczupłą brunetką, a wiecej nie zdradzę! Kiedy zastanawiałam się nad powyzszymi punktami przyszło mi na myśl dużo moich szalonych przygód i muszę stwierdzić, że mam całkiem szalone życie :)

A do zwierzeń wywołuję:

1. Macieii (bezrękawnik) http://macieii.blox.pl/html

2. If http://coreczko.blox.pl/html

3. Madzia http://madziorus.blox.pl/html

4. Werkę http://mojsynekgrzes.blox.pl/html

5. Kropeczkę http://kropkowo.blox.pl/html

piątek, 19 stycznia 2007

Odkąd jestem posiadaczką własnego domku, weszłam w stały związek z koleją. Nie mogę powiedzieć, żeby to była miłość czy przyjaźń - bardziej jak układ z kolegami z pracy - jesteśmy na siebie skazani, a jak się uda się polubić to dobrze.

Moim ulubionym dworcem jest zdecydowanie Warszawa Zachodnia - to stacja, która powinna zostać uwieczniona w jakimś epokowym dziele typu "Miś" czy "Ryś". Uważny obserwator a raczej słuchacz nieomal codziennie jest w stanie wyłowić "perełki". Szczególnie dwie z nich utkwiły mi w pamięci, pierwsza miała miejsce jesienią, druga trzy dni temu. Są to komunikaty, jakie usłyszałam z dworcowych megafonów.

1. Środa, godz. 18:20 "Szanowni Podróżni! Uprzejmie informujemy, iż pociąg osobowy do Łowicza, który ma planowy odjazd o godzinie 18:25 od dnia dzisiejszego ulega zmianie na godz.17:45. Za utrudnienia przepraszamy" (jeśli o tym nie wiedziałeś, nocujesz na dworcu :)

2. "Pasażerów czekających na pociąg pospieszny do Lublina uprzejmie prosimy o przejście z peronu 2 na peron 5. Powtarzam. Pasażerów czekających na pociąg pospieszny do Lublina uprzejmie prosimy o przejście z peronu 2 na peron 4". (mam na to świadków - koło mnie szło dwóch chłopaków, którzy też wychwycili nieścisłość, sprostowania nie było. Dlatego trzeba podróżować w dwie osoby, jedna czeka na peronie 4, druga na 5 :)

Dodatkowo dworzec zachodni to idealne miejsce dla hazardzistów. Planowo pociąg do X. który kursuje mniej więcej co pół godziny, odjeżdza z peronu 4, tylko o godz. 16:50 i 17:20 z peronu 5.Tak wiec o tych właśnie porach podróżujący dzielą się na dwie grupy: pierwszą stanowią Ci, którzy wierzą w ład i porządek - Ci czekają na peronie 5, drugą zaś tworza osoby znające życie, które nie wierzą, że pociąg stanie tam gdzie powinien. Oczywiście, dworcowa obsługa uważa, że X to na tyle nieznacząca miejscowość, że nie ma potrzeby zapowiadania wjazdu pociągu do niego. Tak wiec, kiedy pociąg pojawia się w pobliżu dworca, z dwóch peronów wychylają się głowy - czy dzisiaj pociąg stanie zgodnie z rozkładem? A moze maszynista odruchowo stanie na innym? Chwilę później szalony tłum, pełen zarówno młodzieży jak i emerytek, w szalonym pędzie pokonuje schody w dół. Dzisiaj stanął na 4, czyli niezgodnie z rozkładem - ale najważniejsze jest teraz, żeby zdążyć. Pociąg staje przecież tylko na ok. minutę i nie czeka na praworządnych maruderów, który przebijają sie przez tłum w podziemnym przejściu. W końcu za pół godziny jest kolejny pociąg, może wtedy pechowcom poszczęści się przy typowaniu peronu... 

poniedziałek, 15 stycznia 2007

Jak świat świat a życie biurem, ludzie chcąc jakoś przetrwać biurokratyczne nudy, trudy i inne uciążliwości, urozmaicali sobie życie robiąc sobie nawzajem kawały - czasem lepsze, czasem gorsze, przy czym najwięcej radości sprawiało same jego zrobienie. Oto parę przykładów, które znam z życia - nie dotyczą mnie one osobiście, ale za to znam lub znałam zaangażowane w nie osoby w różnych firmach.

1. W firmie X zdecydowana większość pracowników to mężczyźni, zwłaszcza w pewnym dziale. Młoda i atrakcyjna Kasia stanowiła w nim rodzynek a raczej rodzynkę ku zachwycie i uwielbieniu wszystkich kolegów, którzy się w niej skrycie i jawnie podkochiwali. Nie przeszkadzało to im jednak sprawić Kasi żartu - kiedy poszła na urlop, jej wszystkie rzeczy zostały skrupulatnie spakowane, co do ostatniej karteczki. Po powrocie zastała gołe, wysprzątane biurko oraz kartonik z osobistymi rzeczami a jej najbliźsi koledzy starannie unikali jej wzorku. Była pewna - stało się najgorsze, została zwolniona, co też w tamtych czasach nie należało do rzadkości.

Kiedy wiec okazało się, że to tylko żart okrutnych kolegów, obiecała sobie słodką zemstę.

Jako że dział, który zrobił jej powyższy żart to dział sprzedazy, uzależniony od paru dużych odbiorców, poczekała na wyjazd integracyjny całego grona. Jak to na wyjazdach bywa - integracja postępowała w bardzo szybkim tempie i niedługo po dotarciu na miejsce część z nim bawiła się tak dobrze, że zapomniała o codzienności. Jako że wyjazd był atrakcyjny, zagraniczny, wzięła w nim udział większość osób z firmy. Korzytając z nieobecności oraz upojenia pracowaników, sama jak palec w biurze Kasia zostawiła swojemu koledze - inicjatorowi kawału - wiadomość na skrzynce głosowej, że pojawiły się wielkie problemy - odbiorca X odrzucił wielką dostawę, produkty Y przyjechały uszkodzone, po czym zadowolona wyłączyła komórkę i jak to przystało na piątkowe popołudnie spokojnie wyszła do domu.

To co przeżyli koledzy na wyjeździe to cięzko opisać. Opowiadali jedynie, że jak nigdy w życiu, wytrzeźwieli w trzy sekundy, zaś grożący im zawał serca połozył się widmem na całym wyjeździe.

Kiedy jednak jakis czas temu opowiadali tę historyjkę, byli pełni uznania dla Kasi. A kawałów już sobie nie robią.

2. W firmie Y pewien dział stanowi bardzo zgrany, męski zespół. Panuje tam świetna atmosfera - faceci są pasjonatami swojej pracy, są w tym rewelacyjni, a dodatkowo są bardzo zgrani a w wolnych chwilach robią sobie męskie dowcipy. Oto na tablicy gazetki firmowej podczas nieobecności jednego z nich, nazwijmy go Albert pojawiły się świetne zdjęcia, na których ów Albert ściska dłonie uśmiechniętym politykom:Lepperowi, Giertychowi i Kaczyńskiemu. Koledze serdecznie gratulowano politycznych koneksji. Zdjęcie - rewelacja, mogłoby stanowić dowód w sądzie, gdyby nie było tylko majstersztykiem fotomontażu.

Inny kolega, nazwijmy go Zdziś, przeprowadzał się. Aby umożliwić mu pełną integrację z tematem koledzy ustawili podczas nieobecności Zdzisia na jego biurku wszystkie kartony, jakie udało im się znaleźć w obrębie najbliższych pięter. Efekt był taki, że biurko było niewidoczne, pod stertami zalegających rzeczy, zaś Zdzisio po powrocie do pracy, przebijał się do niego przez dobry kwadrans :)

Na autorze powyższych numerów zemszczono się w sposób następujący: podczas jego nieobecności całe jego biurko oraz najbliższa okolica, zostały oklejone zdjęciami Paris Hilton. Kwintesencję stanowiło foto w pięknej ramce, które stanęło na centralnym punkcie biurka. Dodam tylko, że ów inicjator to zaprzysięgły metal, któremu wszystko co słodkie, różowe i bezmyślne, jest obce :)

Czy ktoś coś dorzuci?

sobota, 26 sierpnia 2006

Wydawałoby się, że kot to takie śmieszne stworzenie, co ma cztery odnóża, ogon i wąsy, lubi polować na myszy i uwielbia pić mleko. W wolnych chwilach siada na płocie i pozuje twórcom piosenek (wlazł kotek na płotek etc.). Nic bardziej mylnego. No może z tymi częściami ciała to prawda, ale reszta to zależy od osobnika. Co kot to historia, zupełnie jak z ludźmi.

Dwa pokazowe egzemplarze tego gatunku, rodzaju żeńskiego, stanowi itegralną część naszego domowego inwentarza. Przedstawiałam już je, jest to po pierwsze bura kotka otrzymana z imieniem Zając a nazywana Grubą/panią Grubasińską/Grubissą i druga, z wyglądu większa czarno-biała Sroczka-Dzidziowa która przybyła jako druga.

Każda z nich to niezła lafirynda, ale na swój unikalny sposób.

Chociażby i Grubasa: mleka nie tknie chociażby i nic innego nie było do jedzenia. Wybredna jest i tyle. Nasza przeprowadzka do domu to dla niej uśmiech losu. Na poczatku zwiedzała parter domu z szeroko otwartymi oczami, kiwając głową niczym kiwaczek z rosyjskiego kultowego czasopisma dla dzieci "Wesołyje kartinki" (w ten sposób kocica łapała zapachy w powietrzu). Stopniowo odważyła się zejść do garażu i zwiedzić tamtejsze podziemia. Również ogródek szczególnie przypadł jej do gustu - soczysta trawa, co dobrze czyści ząbki, koci przegląd towarzyski za ogrodzenia . Prawdziwa jednak integracja z miejscem nastąpiła w momencie, kiedy nasz ogródek odwiedziło dwóch "absztyfikantów" - jeden piękny, syjamski, który od tego czasu stał się naszym stałym gościem oraz drugi srebrny, nieco agresywny. Grubasa z wysokości balkonu aż piszczała do przystojnych kocurów "wypuście mnie do nich, hej chłopaki tu jestem!". Przy następnej nadarzającej się okazji (otwarte drzwi wejściowe) poszła w tango na całą noc, wracając rano akurat na poranną miskę. Co robiła w tym czasie? Pytana przeze mnie Grubasa strategicznie milczy wypełniając powietrze przyjemnym dla ucha mruczeniem i gruchaniem i aż mruży oczy z rozkoszy, zwłaszcza że eskapady swoje powtarza co parę dni. Znaczy się, jest już miejscowa!

Dla odmiany Sroka to taki trochę dzikus. Z charakteru piesek - chodzi za swoją ukochaną panią krok w krok od rana. Czeka na mnie aż wstanę, siedzi ze mną w kuchni kiedy szykuję obiad. W wyglądu to taki trochę kocur -brak jej widocznego wdzięku czy też kociczkowej słodyczy. Rozbraja mnie gapowatym wyrazem twarzy i ufnym ,nieobecnym spojrzeniem pistacjowych oczu. Zjada większość rzeczy, które trafiają jej do miski. Dla niej przeprowadzka to był dopust boży. Pierwsze dni spędziła gdzieś na dnie pudełkowego manhattanu, tam, gdzie nawet kumpleta Gruba nie mogła jej znaleźć. Ruszona głodem przyszła cos zjeśc i szybko wróciła do swojej kryjówki. Po tygodniu - oswoiła się. Zaczęła chodzić normalnie po salonie i kuchni. Po dwóch zdobyła się na akt bohaterski i ...wyszła na taras! Jednak żadna siła nie zagna jej do piwnicy. Również świat za furtką jawi jej się niczym wszechogarniający koszmar i tylko w domu czuje się bezpiecznie.

Kiedy wracamy do domu, z okien domu patrzą nas często dwie pary oczu. Pierwsza która mówi" fajnie, że już jesteście, jestem już trochę głodna i chętnie bym sobie pospacerowała" i druga która przekazuje telepatycznie "Dobrze, ze jesteście, lubię jak jesteście w domu".

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru