niezwykłe dzieje zwykłej rodziny

Rodzina, ach rodzina!

poniedziałek, 02 listopada 2015
Drugie dziecko nauczyło mnie, że w macierzyństwie nie ma czegoś takiego jak "zawsze", nigdy". Nie ma jasnych reguł, co się powinno, co działa. Po ułożonej Hani, trafił się mi synonim Anarchii. Wszystko było inne. Miałam to w głowie i niby wiedziałam, że niczego nie mogłabym być pewna, a jednak kusiło mnie, żeby już się na coś nastawić, uśrednić.
Tymczasem Leoś tworzy zupełnie inną historię i nie sposób przystawić do niego miarki. Początki były trudne, bo jak każde dziecko przyniósł ze sobą coś, czego jeszcze nie przerabiałam. Dlaczego teraz marudzi, dlaczego płacze? Czemu nie je, dlaczego nie śpi? czy mu za zimno czy za gorąco? Jak wszystkie matki świata na nowo przerabiam tę zdartą płytę.
Na szczęście za nami już pierwszy miesiąc i dostaję w nagrodę pierwsze prezenty: uśmiech od ucha do ucha, pogadanki, czy dłuższą przerwę w nocy. Ot tak, żeby zmotywować dzielną matkę i dać przedsmak tego, co będzie dalej.
A tu jeszcze dzielne Starszaki, jeden zauroczony braciszkiem, drugi walczący o swoją uwagę i miejsce w rodzinie. Prawdziwy macierzyński kocioł.
Planowałam pisać więcej, ale Trzeci na dobre przekreślił te plany i wolne chwile, przynajmniej na razie. Ale ja tu jeszcze wrócę!
piątek, 04 września 2015
... czekamy, kiedy pojawi się numer trzy. W sumie w każdej chwili, w każdej sekundzie.
Numer jeden i numer dwa są bardzo przejęci, zwłaszcza H. nie może już się doczekać i zachęca numer trzy, żeby pokazał się światu. B. łapie numer trzy za wyłaniającą z brzucha stopę i zachwyca się magicznym zjawiskiem na to, że nieokreślony brzuch reaguje na jego słowa. Czekamy.
środa, 12 września 2012

Nie było nas trochę, za to ciekawie spędziliśmy czas. W tym roku wyjątkowo musieliśmy organizację naszych wakacji oddać innym i dzięki temu wylądowaliśmy na wymarzonej przeze mnie greckiej wyspie Korfu. Od dzieciństwa marzyłam, żeby tam pojechać, po lekturze fantastycznych książek Geralda Durrella, przyrodnika z duszy i serca, wyspa ta wydawała sie byc niemal magiczna.

Muszę przyznać, że Korfu spełniło moje oczekiwania z nawiązką. Wystarczyło tylko wypożyczyć samochód albo wsiąść w autobus, aby po pokonaniu piekielnie wąskich i wyjatkowo krętych dróg odkrywać fantastyczne cuda natury. Przyznaję, że nie było łatwo, tak krętych dróg ze świecą szukać, pierwsze podróże więc były nieco trudne. Musieliśmy robić przerwy, Aviomarin ściął dzieciaki, w końcu jakoś się przestawiliśmy.

Dla dzieciaków pobyt w hotelu, który miał własny basen na dworze to już było spełnienie marzeń. A w dodatku tuż obok rozpościerało sie seledynowe morze jońskie! Hania, syrena z duszy, w zasadzie nie wychodziła z basenu, była chyba najdłużej pływającym dzieckiem i to na basenie dla dorosłych, w najgłębszej części (2,8m). Brunek robił sobie rozsądne przerwy, za to stał sie mistrzem skoków w najciekawszych pozycjach.

Moim małym konikiem sa kulinarne odkrycia, z zapałem wciągam w to całą rodzinę. Najciekawiej idzie z Tajfunami, na początku dzieciaki oporne były niczym muły do nowych potraw, teraz z miesiąca na miesiac, z roku na rok coraz odważniej sięgają po nowe smaki, przekraczają swoje granice. I takie właśnie przełamanie dla nowych smaków miało miejsce i na Korfu - wspólnie zajadaliśmy sie grillowanymi sardynkami, przegryzanymi chlebem maczanym w gorzkiej i zielonej lokalnej oliwie. Zwłaszcza ta oliwa była dla mnie zaskakująca - ja odkryłam ją dla siebie będąc dorosłą (teraz szaleję za olejem rzepakowym, złotem północy), a tu dzieciaki nie miały oporów, żeby ją zjadać, chociaż oliwki wciąż leżą na półce produktów nie zjadanych. Arbuzy, nektarynki też smakowały inaczej w polsce - dojrzałe, soczyste przesiąknięte pełnym smakiem.

Korfu to również piekne miejsce na wycieczki, poczawszy od najwyższej góry "Pantokrator", z którego rozpościera sie widok na połowę wyspy, przez serce wyspy, miejscowść Korfu, zatłoczoną, gorącą, pełną urokliwych uliczek, muzeów, poprzez niesamowite miejsca widokowe, wioski w glębi wyspy, gdzie masowa turystyka jeszcze nie dotarła i można zobaczyć panów siedzących przed kafenio, komentujących rzeczywistość, staruszki ubrane na czarno i kobiety rozpieszczające nawet obce dzieci. Wreszcie kamieniste klify jak z bajki, kanał miłości i plaże do wyboru do koloru. Trzeba tylko uważać na rozpełzającą sie falę chińskiej tandety, obecną wszędzie tam, gdzie pojawiają sie turyści.

Na koniec pozostaje wybrać się grecki wieczór, gdzie tańce są podstawą. Z naszej rodziny brylował w nich...Bruno, który sam sie zgłaszał, a wywijał tak zręcznie, aż zwrócił na siebie uwage wszystkich.

Zeby nikogo szlag nie trafił z zazdrości albo że to takie tylko przerysowane, dodam, że gorąco było jak cholera, że klima nam często nie działała, a woda w kranie była często tylko zimna, że jak skończył się czas wypożyczonego samochodu to musieliśmy sobie wynajdywać milion zajęt, bo nie potrafimy usiedzieć w miejscu na basenie za długo i nas nosi, że Brunek zasypiał czasem ostatni, tak go nosiło, że przeczytałam wszystkie zabrane ksiażki i musiałam wyczytywac hotelowe. Zawsze można znaleźć mnóstwo minusów, ale najlepsze to, że po prostu byliśmy razem od rana do nocy, co w naszych zabieganych czasach jest luksusem, na który trzeba czekać raz do roku.  

środa, 18 maja 2011

Jakoś tam u nas wychodzi, ze naszą rodzinną bandę można podzielić na dwie grupy: na grupę nazwijmy ją A i grupę B (aczkolwiek grupy mają swoje nazwy, związane z członkami, nie podam dla utrudnienia).

Ci pierwsi lubią wstawać rano, czy to poniedziałek czy sobota, budzą się skoro świt i wynajdują sobie zajęcia, dziwiąc się, jak reszta świata może jeszcze spać. Nie dla nich odsypianie imprez, szkoda im życia na spędzanie go w łóżku. Za to wieczorem wydaje im się, że chętnie by jeszcze posiedzieli, pogadali, ale oczy zdradzają zmęczenie, głowa nie ta i  najlepiej takiego osobnika po prostu  skierować do łóżka. Grupa ta ceni sobie jedzenie, lubi jeść dużo, zwłaszcza potrawy mięsne i mączne. Czasem trzeba aż pilnować, żeby nie zjedli za dużo. To ludzie praktyczni, którzy lubią mieć uporządkowany świat.

Grupa druga to poranne śpiochy, które muszą najpierw solidnie się dobudzić, dojść do siebie, aby w ogóle móc wstać. Nie próbujcie z nimi wtedy rozmawiać i zadawać trudnych pytań! Przytulenie owszem, ale dopiero wtedy, gdy przebudzony wie gdzie jest, z kim jest i że ma na to ochotę. Wieczorem za to role się odmieniają, osobniki te tryskają gwiazdorską energią i charyzmą. Ich żarty są niezrównane, zawsze chętni na imprezę aż do późnych godzin nocnych. Im później się położą spać, tym będą szczęśliwsi, że ich nic nie ominęło. W jedzeniu - to wybredni smakosze. Mają swoje potrawy, które sobie cenią, doceniają mistrzowskie wykonania potraw i zauważą różnicę. Lubią jeść, ale kiedy coś im nie smakuje, wolą przegłodzić się przez parę godzin niż zjadać coś co im nie smakuje.

Punktów wspólnych jest znacznie więcej, ale nie będę tu zdradzać tajemnic. Niezłe są te geny, prawda? Ci, którzy nas znają, domyślą się bez trudu, kto jest z kim w grupie i jak przyporządkować inne punkty - kto lubi trzymać się rzeczywistości a kto lubi zmieniać ją na własne potrzeby? Która grupa ma w sobie gen włóczęgostwa i niezależności, a która uwielbia wysiłek i sportowe zmagania?

Co ciekawe, cechy te nie sprawiają, że grupy trzymają się ze sobą mocniej niż w innych układach. Ot, po prostu łatwiej jest zrozumieć pewne zachowania. Każdy z nas jest inny, a jednak tyle nas łączy :)

środa, 22 września 2010

Typowo jesienna codzienność: Brunio zaniemógł nieco na gardło, wiec korzystając z możliwości zatrzymaliśmy go w domu na parę dni, żeby się wygrzał i wykurował. I ten chłopak, który jeszcze dwa tygodnie temu wołał przed przedszkolnymi drzwami "nie chcę tu być", teraz nie może się doczekać, kiedy wreszcie do niego wróci. "Dlaczego ja dzisiaj nie mogę pójść do przedszkola?" dopytuje, ale tyle jest w nim chęci, że jutro nareszcie prawdziwy przedszkolak pomaszeruje do swojej grupy.

Hania też wpasowała sie w swoje miejsce, ma przyjaciółkę, z którą się chichoczą i gadają na najważniejsze tematy. Po godzinach zaś wynalazłam jej lekcje baletu w naszej dzielnicy, w klubie osiedlowym. Ku radości Hani wciągnęłam w to jeszcze i Basię, siostrę prawierodzoną i szczęście jest pełne. Oczywiście, obiecują, że będą chodzić, podoba im się bardzo, Hania nie może tylko przeboleć, że to tylko raz w tygodniu. W inny dzień ma jeszcze kółko plastyczne, ale to w zerówce i bez Basi. A ja wzdycham, ze nie ma tu zajęć z hip-hopu czy innego dynamicznego ruchu, bo akurat balet to nie jest to, do czego moja silna i sprawna dziewczyna, mistrzyni figur na trzepaku i potrafiąca utrzymywać się wisząc na samych rękach parę minut, jest stworzona. Ale dobre i to.

Zajęcia dla Brunia w pobliskim domu kultury rozpoczynają sie w trakcie drzemki poobiedniej. I żeby nie było - przeznaczone są właśnie dla dzieci w wieku przedszkolnym. Zapowiada się na to, że Brunio karierę gwiazdy musi jeszcze odłożyć do następnego roku - chociaż bardzo by już chciał występować.

Ja za to złapałam chrypkę, tak praktyczną, że wystraszyłam nagabującą mnie panią z banku - myślała chyba, że rozmawia z mężczyzną i rzuciła słuchawką, nawet nie spróbowawszy wcisnąć mi karty kredytowej :) W domu susza się pomidory, podobno śliwek nie ma, przy łóżku czeka na mnie książka k.Stockett, której nie mam czasu czytać.

A z nowości, z ciekawością zaobserwowałam ostatnio pojawienie się programu społecznego ze szkoleniami dla rodziców. Jeszcze nie wgłębiałam się w szczegóły, ale sama idea podszkolenia rodziców w trudnym procesie wychowywania jest godna uwagi. www.madrzy-rodzice.pl 

sobota, 04 września 2010
Żyjemy, żyjemy. Dawno nas nie było, ale udało nam sie wyjechać na wyczekany, długi bo aż dwutygodniowy urlop do naszej ulubionej Chorwacji. Niestety, pierwszego dnia po powrocie spadły na nas spore problemy, w dodatku ten tydzień był bardzo trudny i dopiero teraz znajduję chwilę i doszłam do siebie na tyle, żeby nadrobić zaległości. A i tak muszę to robić na raty.

Zacznę wiec od najprzyjemniejszej części, czyli od Chorwacji, wydaje mi się, że to było z miesiąc temu, a przecież teoretycznie jeszcze parę dni temu grzaliśmy się w 31 stopniach, pluskaliśmy w krystalicznie czystym morzu, objadaliśmy lodami i lokalnymi rybkami.
Najtrudniejsza oczywiście była droga. Z Tajfunami to mogło być trudne zadanie, bo do Chorwacji czekały nad bite dwa dni w aucie, na szczęście z noclegiem i pyszną kolacją w małym hoteliku w Czechach. Pierwszy dzień jakoś zleciał, pod koniec drugiego u Brunia ujawniły się talenty:
B: - będę rzygał!
Ja; (w popłochu szukam torebki)
B: żartowałem! :D

po chwili:
B: Leci mi krew!
B: żartowałem!

I tak to przy wtórze pytań: a daleko jeszcze? A kiedy wykąpiemy się w morzu? (patrz Osioł w drugiej części Shreka) dojechaliśmy na Istrię - region przez nas niezdobyty. Pojechaliśmy w ciemno, ale co my nie damy rady?
Niestety, miejscowości, które wytypowaliśmy okazały się a/brzydkie b/zapchane c/drogie. Aż nie mogliśmy uwierzyć, że to naprawdę chorwacja! Nic z klimatu urokliwych starówek, domków, kwiatów i kotów. Same bungalowy, ceny jak z kosmosu. W końcu nadszedł zmrok, szukaliśmy wiec byle czego na jeden nocleg - a tu nic! Pojechaliśmy do następnej miejscowości, a tu mega tłumy, komercja- wszystko przed czym uciekamy. Dzieci zaczęły zasypiać, w związku z tym podjęliśmy decyzję - uciekamy na południe. Wsiadłam za kółko, wsadziłam zapałki w oczy, skoncentrowałam się tak, że słyszałam muchę bzyczącą 5km dalej i pojechałam ciemnymi, krętymi drogami w deszczu. Wiedziałam, że to jedyne wyjście, żeby nie spędzić kolejnego dnia w podróży, żal mi było dzieci. W końcu padł i M., budził się tylko co pewien czas, łapał mnie za kierownicę, przekonany, że zasnął za kółkiem albo że ja zjeżdzam na bok. Przeleciałam tak spory kawał, aż pod Sybenik, w końcu o 2:30 i ja dałam za wygraną i tak to razem z najdzielniejszymi dzieciakami-podróżnikami przespaliśmy się w samochodzie - na szczęście dla nich była to prawdziwa przygoda.
A rano zajechaliśmy do wybranej przez miejscowości Primosten i od razu znaleźliśmy apartament w dobrym miejscu i w dobrej cenie. To była dobra decyzja.

I od tej pory zaczął się cudowny czas. Zegarki zostały w domu, robiliśmy to, na co mamy ochotę. Syrena-Hania ciągle siedziała w morzu, ćwiczyła pływanie z maską i fajką, Bru najchętniej chodził na wieczorne występy na pobliskiej starówce i koniecznie chciał, żeby go stawiać na scenie:
B: jak będę duży, będę gwiazdą, będę Artystą i będę grał na mikrofonie!
My najchętniej szlajaliśmy po uroczych miasteczkach, zabraliśmy dzieciaki też do rezerwatu KRKa, gdzie kąpaliśmy się pod wodospadem, najmilej zaś wspominam wyprawę na jedną z małych wysepek, którą omijają turyści i gdzie znalazłam Chorwację z dawnych lat, którą tak dobrze pamiętam. Nazwałam ją Wyspą Skarbów.
Dzień przechodził w noc nie wiadomo kiedy, dni mijały jeden za drugim. Brunio sypał złotymi myślami tak, że wszędzie chodziłam z notesem. Hania zaś tak jak my, złapała bakcyla chorwackiego, zajadała chorwackie specjały i świetnie czuła się w tym klimacie.

W ogóle Tajfuny w ramach integracji z nową kulturą musiały same zamawiać sobie lody po chorwacku i używać podstawowych zwrotów w tym języku. Wychodziło im to świetnie, a duma aż ich rozpierała:
- molim, jedna kugla jabuko! Hvala! (poproszę o jedną kulkę jabłkowych, dziękuję)

Brunio, nasz czaruś, zdobył serce paru dziewczynek na wyjeździe - jedna przyczepiła się do niego w Sybeniku, właziła na niego, biegała za nim, pomimo nawoływań ojca. Trwało to tak długo, że aż zaczęliśmy mówić, że Brunio ma swoją dziewczynę :) Kolejna trafiła się w Czechach, a znajomość zakończyła się buziakiem od Brunia, bo, jak to powiedział Bru - ona marzyła o tym, ona mnie kochała!

I my odpoczęliśmy, było nam bardzo dobrze. Wiele razy mówiliśmy sobie, że mamy szczęście, że mamy takie fantastyczne dzieciaki, mieliśmy szansę poznać je jeszcze lepiej a i mieliśmy czas dla samych siebie, co przy zabieganiu jest najcenniejsze. I tak też ten wyjazd zapamiętamy.
czwartek, 29 lipca 2010

Nie było nas parę dni,wybraliśmy się wraz z paczką przyjaciół na rodzinny wypad do Bałtowa. Wyjazd udał sie niesamowcie, a pełen był przeżyć już od pierwszych chwil.

Zaczęliśmy od Kazimierza Dolnego, naszego ulubionego miasta, pod warunkiem, że nie ma w nim zbyt wielu turystów. Tym razem towarzystwa dotrzymała nam letnia burza, która zatrzymała sie zaraz nad barem "Weranda", w którym jedliśmy obiad i waliła piorunami ile wlezie. Tajfuny oczywiście były zaciekawione, Hania syrena marzyła tylko żeby wyjść na deszcz i solidnie zmoknąć. Wkrótce potem wybraliśmy się na długi spacer, żeby i dzieciaki załapały ten nieuchwytny i wyjątkowy klimat miasteczka, to był prawdziwy slalom przez kałużę, kończący się co i raz wejściem w największe kałużowo-błotniaste głębiny - oczywiście "niechcący". Kropką nad i była przeprawa promem. dla Hani, wytrawnej turystki to jedynie echo promu chorwackiego, dla Brunia była to zas pierwsza swiadoma przeprawa, trzymał sie wiec dzielnie mojej ręki i słuchał opowieści, na jakiej zasadzie działa prom.

A potem było tylko weselej, energiczniej i goręcej. Nie sądziłam, że Park Jurajski to aż tak rozbudowana baza rozrywki. Chociaż byliśmy tam parę dni, ledwo wyrobiliśmy się z zaliczeniem wszystkich atrakcji. Dinozaury, spływ tratwami, safari po zwierzyńcu, kino 5d, wizyta w kopalni - a to tylko mała cząstka. Było tak gorąco, że co chwila właziliśmy pod specjalnie w tym celu ustawione zraszacze.

- Jestem Diplodokiem i będę jadł małe i duże mieso - deklarował nam codziennie mały dinozaur, nieświadomy, że Diplodoki były roślinożerne, na szczęście nikt nie wyprowadzał go z błędu, jako że widok Bruna codziennie zjadającego kotleta to ewenement w skali światowej.

Hania ambitnie zaliczała kolejne atrakcje, zaimponowała mi na kolejce górskiej, na której ja się bałam, a Hania tylko stwierdziła:

- Mama, nie zdziw się, wiesz co ja będę robić? Będę się śmiać!

I rzeczywiście, jak powiedziała, tak zrobiła. Nawet na wielkich spadkach śmiała sie w głos - niesamowita jest w niej ambicja i odwaga.

Dzieci na wyjeżdzie spały w jednym łóżku z głowami po przeciwnych stronach, co noc mieliśmy wiec pojedynki baletowe na nogi. Wszystko działo się przez sen, ale widać i w takim stanie rodzeństwo musi ustalić, gdzie przebiegają granice, kto jak bedzie miał ustawione kończyny i w którym miejscu będą leżeć. Nie mówiąc o konfliktach, kto piewszy zasypia/wstaje, bo z tym nie mieli problemu - po całodniowych szaleństwach padali jak muchy.

Wyjazd był świetny, bo towarzyszyło nam grono przyjaciół, dzieciaki bawiły sie razem, zastawiały na siebie pułapki i wspólnie wymyślali kolejne zabawy, Hania włączała sie do chłopczyńskiej bandy, Bruno zaś chwilami próbował za nimi nadążać, niestety obecność 3-lata nie jest jeszcze atrakcyjna sama w sobie dla starszych przedszkolaków. Dorośli zaś zarywali noce na pogawędki o życiu, śmiechy-chichy i inne takie. Było świetnie. Cieżko tylko wraca sie do rzeczywistości.

PS. Hania ma na nodze przycisk od buta. (odcisk).

środa, 07 kwietnia 2010

Za nami święta, przeminęły jak krótki, ale przyjemny sen.

W Wielką Sobotę najważniejsza jak zwykle była wyprawa z koszyczkiem do kościoła. Tajfuny przygotowywały sie starannie, wybierały koszyczki, malowały jajka i dobierały skład święconki, w której honorowe miejsce zajął cukrowy baranek. Potem, dumni i bladzi poszły razem z rodzicami do kościoła - każde dumnie niosło swój koszyczek.

- Mamusiu - szeptała mi Hania - ja nie wiem czy się powstrzymam i nie zjem tego baranka w drodze do kościoła!

Tak wiec po powrocie do domu i szybkim obiedzie, dwa cukrowe baranki zakończyły swój żywot ziemski przy akompaniamencie mlaskania i cmoktania. A przy okazji nastąpiło wiekopomne wydarzenie - Hania straciła pierwszego zęba mlecznego i to na samym przedzie. Dostała wiec nowe miano - Szczerbul.

- Hurra, wreszcie będę mogła pokazać Kubie, że też nie mam zęba, bo on już paru nie ma!! - powiedziała dumna wyszczerbiona.

A w nocy dzieci na ich usilną prośbę, odwiedził Zajączek (dla którego Hania wyszykowała listki), Hanię jeszcze dodatkowo Wróżka Zębuszka. Ech, a o Piaskowy Dziadek to tylko do mnie co wieczór przychodzi, wzdycham. Rano za to radosnym piskom nie było końca.

Podobało mi się też jak z Hanią robiłyśmy ciasto czekoladowe, a chłopaki faszerowane jaja, podziwiam precyzję, z jaką Brunek obierał gotowane jajka. Lubię te chwile, kiedy robimy coś całą rodziną razem, każdy ma swoje zadania, ale uzupełniamy się.  

A potem to już były miłe, rodzinne chwile, spacery, wygłupy i dobre jedzenie. Aż żal, że tak szybko się to skończyło i trzeba wrócić do szarej rzeczywistości...

A tu Szczerbulla dla wielbicieli :

piątek, 02 kwietnia 2010

Ostatnie dni mam pełne róznych zdarzeń niczym dziecięca pisanka kolorów. Od rana do nocy, w najróżniejszych konstelacjach rodzinnych, załatwiamy mnóstwo spraw, do tego w pracy też cięższy okres - jednym słowem nie ma mnie (zaraz, zaraz, to przecież trzy słowa?)

Liczymy wiec w wolnych chwilach dni, oby do piątku, oby do niedzieli, oby było już ciepło. Ta ostatnia myśl należy do Pędzla, naszego najmłodszego Kota, dla którego to pierwsza wiosna w życiu. Nagle ujawniony bukiet zapachowy oszałamia go, wczoraj wykonał wiec skok desantowy, z naszego balkonu na najbliższy świerk. I tam już pozostał, z rozciapierzony łapami i paszczą pełną rozpaczliwych miauków. Na szczęście dziecięca ekspedycja ratunkowa uratowała niesfornego lotnika a rodzice mają za zadanie kupic obróżkę z numerkiem. Dobrze, że Pędzel już po kastracji i przynajmniej marcowanie mamy z głowy.

Dzieci też po swojemu szykują się do świąt. Hania przytargała z przedszkola nową tradycję: spytała się mnie czujnie, czy słyszałam o tym, że teraz Zajączek przynosi dzieciom jajka w nocy i chowa je w ogródku. Cóż, za moich czasów to był Zając ale Poziomka i niestety nic dzieciom nie przynosił, poza wiedzą przyrodniczą i piosenką, o ile dobrze pamiętam. Może jednak powinnam się przełamac do nowych zwyczajów? Tylko kiedy dzieci mają szukać zgub Zajączkowych, w Sobotę czy w Niedzielę, wie ktoś?

Poza tym...oby do soboty! Może wtedy będzie spokojniej i rodzinniej :)

I wszystkim, którzy tu wpadają: Pięknych, rodzinnych i spokojnych Świąt!

piątek, 05 lutego 2010

Tu rajstopy, tu krem do smarowania buzi, a tu najwazniejsze- książki. I jeszcze pamiętać o kredkach, czapkach i kostiumie.

Tak, tak, zbieramy się na zimowy wyjazd w góry, chcemy, żeby Hania porządnie poszalała na nartach. I tylko jedna duża chmura przesłania mi radość z wyjadu: nie jedziemy w komplecie. W domu zostaje Brunio, wraz z Dziadkami. Wiem, że będzie w dobrych rękach, wiem, że jest jeszcze za mały na narty, a w miejscowości, do której jedziemy nie ma miejsca dla maluchów, obiecane mam, że to już ostatni wyjazd bez Bru, a jednak już tęsknię już okrutnie. Brunio zresztą mi w tym wcale nie pomaga:

Po powrocie z pracy:

Bruno: Mamusiu, gdzie byłeś?

Ja: w pracy, a Ty?

Bruno: ja byłem z Ciocia Elą i czekałem na Ciebie!

Ja: a ja tęskniłam za Tobą!

B: ja też tękniłem!

Ale będzie dobrze, mówię sobie. Hania w pełni skorzysta z rodziców, podszkoli się w jeździe, wyszaleje wśród śniegów a Brunio pointegruje się z oddanymi dziadkami. A ja postaram się nie zaglądać do Internetu, bo zmęczona jestem bardzo i przyda mi się parę dni luzu. Za tydzień z hakiem wracamy, trzymajcie kciuki za dobrą drogę!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru