niezwykłe dzieje zwykłej rodziny

Mama pisze

poniedziałek, 22 grudnia 2014
Po tylu latach przerwy zaglądam nieśmiało... na ile zmieniły się moje dzieci, zmieniłam sie ja, zmieniło się nasze życie? Ile spraw umknęło mojej pamięci?

Nadchodzą święta 2014; dzieci powitały mnie dzisiaj dekoracjami w domu wykonanymi własnoręcznie wraz z odpowiednio zaaranżowaną prezentacją wykonaną przez Pajęczynę i Kacpra - takie przybrali imiona. Dla wygody szanownych rodziców na środku postawione zostały dwa krzesła z poduszkami.

Teraz artyści siedzą w wannie i ćwiczą grę na flecie - podczas wigilii ma się odbyć śpiewany koncert.

Pierniki tradycyjne już upieczone, jak zwykle przygotowywane przez całą rodzinę, nikt się nie leni.

W zeszłym roku dzieciaki postraszone przez Ciocię Kasię, że Mikołaj może nie przynieść prezentów, jeśli nie spróbują 12 potraw, popróbowali prawie wszystkiego - Hania dobiła do 12, Brunek niewiele mniej. Ciekawe, jak będzie w tym roku?

Będziemy razem, to najważniejsze.


środa, 13 czerwca 2012

żal mi.

Żal mi słów, zabawnych minek, śmiesznego tonu głosu, wzruszających gestów, słodkich snów;

chwil trudnych, smutnych, gniewu gorącego jak lawa, który w końcu stopniał;

zanikającej beradności, coraz większej zaradności;

sukcesów budowanych z drobnostek;

więzi, która daje nie tylko kłótnie i konflikty, ale też sztamę;

pępowiny, która jest coraz bardziej przezroczysta;

zapachu, który coraz bardziej staje się sumą zapachów świata, a nie dziecka;

żal, bo to wszystko ucieka z krótkiej, przeładowanej pamięci, z przepracowanego życia. Kiedyś celberowane, dzisiaj wystarczy uśmiech w biegu i dalej do przodu, ale to przecież sprawy ważne.

Dlatego spróbuję wrócić. Dla tej pamięci. i by pamiętać co ważne, a co ważniejsze.

czwartek, 06 października 2011

Walczę nad równowagą. To krótkie zdanie obrazowuję moją codzienność i próby zapanowania nad nią.

Hania wraca ze szkoły z jednej strony pełna entuzjazmu, z drugiej strony zmęczona, co czasem objawia się zwiększoną płaczliwością. Pamięta i obowiązkowo odrabia pracę domową, ale już nie panuje nad porzadkiem w tornistrze, pełnym arcydzieł tworzonych w świetlicy. Gorzej, jak wypadnie nam coś wieczorem (tj. zaraz po pracy) typu wizyta u lekarza, zakup butów, wtedy równowaga zostaje zachwiana, dziecko zmęczone a jego życie ciężkie. I chociaz postanowiłam sobie, że będę z Hanią ćwiczyć głośne czytanie, nie starcza już nam czasu. Krótkie czytanie i już zegar wskazuje taką godzinę, w której Hania powinna już spać, inaczej się nie wyśpi, a spirala zmęczenia niezauważalnie nakręci się na nowo. A przy 7-latce, która trzy razy w tygodniu ma intensywne ćwiczenia na basenie, dzień po dniu, to niełatwe.

Bruno ma swoje fazy. Ogólnie to facet, z którym jest po drodze, dogadujemy się dobrze, ale są lepsze lub gorsze dni. Niech no tylko poczuje zamach na swoją niezależność...Wszystko musi zrobić sam, zdecydować sam i robi to w swoim tempie. Z drugiej strony stara mi sie pomagać w coraz bardziej skomplikowanych zadaniach. Ech, niełatwa ta równowaga, miedzy uszanowaniem jego osoby a wypełnieniem jego obowiązków, tym bardziej, że Bru, kiedy już spotka go kara typu zakaz oglądania bajki wieczorem stara się nam pokazać, że nie robi to na nim żadnego wrażenia - phi, przecież on wcale nie chcial oglądać. I siedzi tyłem do TV, o proszę, widzicie Rodzice!?

W pracy - wiadomo. Już przyzwyczaiłam się, że ciągle coś sie dzieje, ale to jesienią zmęczenie bardziej daje sie we znaki.

W domu - że też nikt nie pracuje nad samosprzatającym sie domem, z rzeczami zaprogramowanymi na miejsca, które za sprawą magicznego guzika wracają na swoje miejsce, same się prasują, stół, który sam opróżnia się z licznych obrazków, kasztanów, zostawionych zabawek, samooczyszczające się łazienki.. 

Czuję się, jakbym żonglowała coraz to większą liczbą piłek, coraz szybciej i szybciej, czasem aż nie mam czasu spojrzeć, co się dzieje tuż obok i bardzo mi z tym źle.

Nałogowo czytam co tydzień opisy filmów, jakie wchodza do kin, wybieram filmy, które chciałabym zobaczyć i może kiedyś mi się uda, ale ta wizja jest coraz bardziej odległa. To tak jak zdjęcia wszystkich cudownych potraw, które kiedyś ugotuję, a które znajdują się w licznych książkach w domowej bibliotece. Kiedyś. Tak, kiedyś na pewno. Na tej liście trzymam jeszcze leżenie w łóżku przez pół dnia i czytanie książek. Kiedyś. A na razie - do roboty!

czwartek, 18 listopada 2010

Przysypana własnymi problemami zaniedbałam bloga, co nie oznacza, że zaniedbałam dzieciaki. Tajfuny, niczym przypływy i odpływy przechodzą różne fazy rozwojowe. I tak W jednej chwili Hania stała się Super grzeczną dziewczyną, a Brunio przeszedł w fazę buntownika, zdając się nucić pod nosem „To ja, typ niepokorny, nikt nie będzie mówił mi co mam robić”. Taki jest przy tym też zagubiony, bo własne ja, niezależne i oślo uparte walczy w nim dużym pragnieniem bycia w zgodzie, po dobroci. Forsuje wyznaczoną przez nas granicę czym się da, sprawdza, testuje, a nuż znajdzie lukę. Twardszy jest od Hani, ale widzę już, że po mału odpuszcza i wraca na właściwe tory. Żal mi go, ale wiem, że u dziecka przychodzi czas, kiedy sam musi sprawdzić jak ten świat jest poustawiany i poukładać sobie to w głowie, ja tylko staram się zapewnić mu w tym wszystkim spokój i wsparcie, w czym pomaga mi książka „Kiedy pozwolić, kiedy zabronić”.

 

A życie toczy się swoim tokiem. Hania powyciągała już płyty z kolędami i teraz wieczorami w naszym domu słychać zaśpiewy „chwaaaała na wysokości”, w przerwach dla odmiany leci ukochana płyta Hani – ścieżka dźwiękowa z filmu „Mamma mia” śpiewana fonetycznym angielskim.

Udało nam się wraz z Bruniem i Hanią zrobić ciasto na pierniki świąteczne i nie zjeść go od razu surowego, tylko wystawić na balkon – teraz musi się przegryźć (ciasto, nie dzieci ;). Samo przygotowanie to była świetna zabawa, ale też nauka nazw i zapachów (np. podczas ucierania goździków w moździerzu) jak i też negocjacji kto ile będzie ucierał, kto roztopi masło, a kto wyliże łyżkę – i to były trudne negocjacje J

 

Bruno szykuje się  na występ w przedszkolu, czeka go pasowanie na Przedszkolaka i pierwszy występ publiczny nie przed rodziną. Ciekawa jestem jak wypadnie. Zmienia mu się wizja przyszłości: już nie będzie grał na mikrofonie czy też gitarze, ostatnia wersja to na talerzach i bębnach (o matko i córko, moje uszy!). Z drugiej strony cieszę się, że to nie skrzypce go ciągną, bo co jak co, ale rzępolenia to chyba bym nie wytrzymała słuchać codziennie.

Hania rośnie i rozwija się i wciąż zdobywa nowe umiejętności. Ostatnio korzystając z tego, że Bruno-Poprzeczniak był kładziony wcześniej, postanowiła sama się wykąpać i wytrzeć. Nie wiem, może to i już ten wiek, kiedy dziecko kąpie się samo, ale do tej pory największa frajda dla Tajfunów to wspólna kąpiel i wygłupy w wodzie i nawet mi nie przyszło do głowy, żeby kazać jej umyć się samej. Hania chciałaby się jeszcze nauczyć zmywać (!), poza tym chciałaby nam przygotować śniadanie, ale Tata wstaje tak rano, że nie da rady go ubiec – brzmi nieźle prawda? Przynajmniej w teorii.

 

Aby wesprzeć ją w jej pasji tworzenia, malowania, zakupiliśmy wielką korkową tablicę, którą zawiesiliśmy u niej w pokoju i na której wiszą jej prace. Są naprawdę niezwykłe, wykonane różnymi technikami (z plasteliną, ponaklejaną bibułką, farbami, długopisem i kredkami )i jak patrzę na nie, czuję wielką dumę. Sa i prace, do których czuję wielki sentyment np. ja z M. tańczący na lekcji baletu J

 

Najbardziej lubię jednak nasze wieczorne rozmowy. Ostatnio przygniotło mnie wiele problemów i smutków, a super lekarstwem jest właśnie rozmowa z Hanią. Kładziemy się razem do jej łóżka, czytamy a potem gasimy światło i  długo rozmawiamy na wszystkie tematy, jakie przyjdą nam do głowy. A z sześciolatką naprawdę jest o czym rozmawiać. Chciałabym, żeby już tak zostało, mama i córka, dwie przyjaciółki J

środa, 03 listopada 2010

Za nami Święto Wszystkich Świętych, nazywane popularnie Świętem Zmarłych. Z każdym rokiem dla moich dzieciaków zmienia się charakter tych wyjątkowy dni.

Początkowo Tajfuny oglądały cmentarze z perspektywy wózka, później zadziwiał je świat kolorowych zniczy. I chociaż ta fascynacja wciąż jeszcze trwa, coraz więcej historii mogę Hani opowiedzieć. Bo taki rodzinny spacer na groby bliskich to przede wszystkim podróż w przeszłość, przywitanie z członkami rodziny, którzy już odeszli, historie i anegdotki o nich, a również i gdybanie, co by było, gdyby żyli obecnie. Oprócz tego opowiadamy historie znajomych a także bohaterów z dawnych czasów, to najlepsze miejsce ku temu. Na koniec odwiedzamy też groby ludzi, z którymi nie łączą nas więzi rodzinne, ale raczej uczuciowe - na przykład grób dwójki dzieci, które odeszły w ciągu paru dni w 1905r., to widocznie była jakaś choroba, nikt już ich nie odwiedza (a leżą tuż obok ukochanego PraDziadka albo też grób dwojga zakochanych w sobie ludzi, którzy popełnili razem samobójstwo.

Ale dzieci, jak to dzieci. Z jednej strony z zainteresowaniem chłona dawne historie, z drugiej za z zachwytem szurają nogami wśród liścianego dywanu, uczą sie zapalać znicze a już największym uznaniem cieszą się pańskie skórki. Jest jednak jedna zaleta tego zadusznego przysmaku - po tym, jak dzieci wpakują ją sobie do buzi, zapada błoga cisza na długie pół godziny - tyle trwa bowiem przeżucie tej słodyczy.

Halloweenowa moda jeszcze do nas nie dotarła, jedynie uległyśmy i robimy z Hanią ciasteczka nazywane paluszkami wiedźmy - wyglądają okropnie i to chodzi. A w kuchni czeka na mnie jeszcze pół wielkiej dyni i przepisy na zupę i placuszki. Żeby tylko czasu starczyło, którego ostatnio ciągle mi brakuje...

wtorek, 26 października 2010

Nieustająco uganiamy się za ideałami i wzorcami. Gdyby ktoś potrzebował wzorca niewinności - możecie zakończyć poszukiwania, wiem gdzie go odnajdziecie. U mnie w domu.

Wystarczy tylko zostawić na parę minut zgodnie rysujące przy jednym stoliku dzieci albo bawiące sie wspólnie w dowolną zabawę. Najpierw, po minucie, dojdzie Was krzyk, może wrzask i to zawołanie, którego brzmienie znają aż za dobrze wszystkie rodzicielki świata: "Maaaaama".

Jeśli nieopatrznie przyjdziecie wtedy do dzieci, zobaczycie właśnie ów wzór niewinności, wpatrujący się nieswojo kasztanowymi oczami w rodzicielkę. Bru pod stołem, Hania przy stoliku z miną wartą oskara:

- Mamusiu, ja mu nic nie zrobiłam, on sam się uderzył i sam się przewrócił i teraz leży.

Bru leży z krzesłem i ani myśli wstawać. On też ma swoją rolę do odegrania, a znając go nie można być pewnym czy ten upadek to sprawka jego czy siostry.

Dwa niewiniątka, które na ogół mają zupełnie równoległe czy też sprzeczne wersje wydarzeń. Każde jest przekonane, że tak właśnie było, a nawet jeśli nie, to tak mogło być i tak lepiej brzmi. Nie próbuj Matko, rozsądzać, tu i Salomon by zgłupiał i wlazł do beczki Diogenesa. Tu tylko cierpliwość pomoże. A że matka często naiwna jest i wielbicielką intryg kryminalnych od dziecięcia była, próbuje często na swoją rękę docieć sprawiedliwości. Nie tędy droga! Nie daj się wkręcić, kto kogo, kto był pierwszy, czy muśnięcie ręką to już dręczenie czy zachęta do zabawy. Bo dzieci wybaczą sobie po jednej minucie, wpadną we własne objęcia i dalejże sie kotłować na kanapie, co tez zawsze chętnie czynią. A matka robi jeden głęboki wdech, drugi, trzeci..i próbuje sobie zwizualizować jak słodko dzieci wyglądają jak śpią. Czasem to pomaga. Czasem.

wtorek, 19 października 2010
Nie doganiam wszystkiego. Dzieje sie dużo, dużo w pracy, dużo w domu, zmęczenie snuje się gdzieś za mną. I to takie najgorsze, psychiczne, sprawdzanie ile jeszcze zniosę, ćwiczenie cierpliwości, a może to ja tak jesiennie ciężej to znoszę?

Dużo się wydarzyło, piękne urodziny Hani, dużo wypraw całorodzinnych, masę niegrzeczności i sprawdzania granic, dla równowagi też sporo radości,  dużo roboty w robocie i inne takie, o których tu nie piszę - ot, normalna rzeczywistość.

Musiałam przystopować z pisaniem, bo nie mam czasu dla siebie - dzisiaj po raz pierwszy od dawna jestem wolna o tej porze. Wczoraj padłam o 22 ze zmęczenia, co zdarza mi się w wyjątkowych przypadkach, normalnie przed 24 nie udaje mi się położyć spać.

Wkrótce powrócę i mam chociaż nadzieję na nadrobienie zaległości albo jakąś mądrą decyzję. Szkoda trochę, że nie mogę opisać tego co się kotłuje w mojej głowie, we mnie, ale to nie miejsce.

A z wiadomości ostatnich: Bru dostał b.wysokiej temperatury. Poza tym zero innych objawów. U córki kolegi z pracy podobnie - czyżby to wirus, ktory tylko tak sie objawia? Na szczęście Bru już na drodze do całkowitego wyzdrowienia. A Hani, jako jedynej z rodziny od września nie rusza żaden zarazek - ma Rzepa odporność, pewnie to przez umiłowanie sportów. Wkrótce o niej więcej, z uwagi na urodziny. A póki co - dużo sil dla rozmaitych kryzysów!

czwartek, 30 września 2010

Nie było mnie parę dni - wyjechałam na wyjazd służbowy. Tajfuny w tym czasie podobno tęskniły i dawały się lekko we znaki swojemu Tacie. Na szczęście wczoraj przywitała mnie trójka stęsknionych członków własnej rodziny, a na powitanie dostałam:

- paczuszkę z kolorowym kasztanem, pomalowaną na żółto-niebiesko (farba jeszcze mokra)

- czekoladkę daną od serca, a od małego żołądka prośbę, aby podzielić ją od razu na pół i spożyć ja razem (czekolada została wręczona dziecku, to zaś wręczyło ją mamusi)

- kolację przygotowaną przez najstarszego z domowników.

Co przyjemniejsze, na moje kolana ustawiły sie kolejki dziecięco-kocie, przy czym najżwawiej wpychał się tam synek. Dobrze jest wrócić z podróży :)

czwartek, 23 września 2010

A na wszystkie zmęczenia, zmartwienia, przeziębienia i chłody - kubek gorącego, prawdziwego kakao - polecamy, działa!

PS. jeśli komuś mało - można zrobić konkurs na najlepsze kakaowe wąsy, na najlepsze mruczenie przy piciu i zagrać w marynarza, kto zgarnie ostatnią dolewkę :)

poniedziałek, 13 września 2010

Zostałam zaproszona przez Dorotkę, mamę Trusi do napisania o moich 10 ulubionych rzeczach/czynnościach. Łatwo nie będzie, ale spróbuję. Nie wiem czy tego już nie pisałam, ale w sumie myślenie o przyjemnych rzeczach jest...miłe :)

1. Dobra, mocna kawa z bitą śmietaną - bez kawy nie wyobrażam sobie życia, codzienności, egzystowania wśród frontów niskiego ciśnienia, niewyspania czy też innych kryzysów energetycznych. Bita śmietana to taki ekstrawagancki dodatek, serwowany parę razy do roku, ale niech będzie.

2. rozmowa z przyjacielem - po prostu niezastąpiona

3. dobra, wciągająca książka - czyli od czego jestem naprawdę uzależniona :) Ostatnio przeczytana i polecana to "Ja jestem Halderd" Elżbiety Cherezińskiej. Rewelacja!

4. Bycie na luzie ze swoimi dzieciakami i mężem - bez spieszenia się, świadomości, że coś trzeba, że ktoś coś musi, tylko po prostu bycie gdziekolwiek poza domem, bez zegarka.

5. Adrenalina, wyzwania i inne takie - przyznaję, uwielbiam pokonywać siebie, przepaście, głębiny, ograniczenia i strach. Kocham przestrzeń i wszystko co się z nią wiąże jest dla mnie uzależniająco przyjemne.

6. sałata i pomidory - absolutny must have :)

7. odkrywanie, zwiedzanie nowych miejsc, w których mnie jeszcze nie było

8. sen - jako matka nie muszę tłumaczyć dlaczego :) mam go w tak ilościach deficytowych, że wciąż jest na liście pobożnych życzeń. Ale tak prawdę mówiąc, szkoda mi na niego czasu, tyle jest do zrobienia.

9. taniec. Wyzwalający, emocjonalny, wesoły, smutny - jakikolwiek, ale koniecznie obecny w codzienności.

10. A z dawnych czasów uwielbiam pisać w nocy. Odnalazłam ostatnio, podczas porządków wielkie segregator, a w nim moje opowiadania, nic ciekawego, ale ile w nich emocji, przeżyć, ile przyjemności miałam podczas ich pisania. Pamiętam ciche, ciemne noce i ja siedząca nad kartkami, tworząca dramatyczne historie z wypiekami na twarzy. To były czasy :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru