niezwykłe dzieje zwykłej rodziny

Haniołek

sobota, 28 lipca 2012
Zemsta pokoleniowa.

Dopadła mnie nagle, chociaż niby mogłam się jej spodziewać, ale skubana uśpiła moją czujność na dobre.

Ja, która zakupy ubraniowe traktuje jako zło konieczne, zakupy butów to koszmar (bo zawsze coś nie tak, w sklepach duszno, za dużo ludzi i mam ochotę dać nogę po pierwszych trzech minutach), mam teraz za swoje.

U Hani zaczęło się. W sklepach do przymierzalni znosi prawdziwe stosy ubrań, a znalezienie ich wcześniej zajmuje dobry kawał czasu. Ma swój styl i swój gust, nie tak łatwo znaleźć coś co jej odpowiada - bo rozmiar nie ten, kolor nie pasuje, wzór nieodpowiedni. Za to buty, oj buty, te jakoś zawsze są dobre, nawet jak niedobre, to przecież dobre - złote, w kwiaty, z kwiatem, z falbanką,  z kolorem, nawet jak spadają/uciskają to przecież nie przeszkadza Mamo, naprawdę, dam radę w nich chodzić.

Jedna bluzka, druga trzecia, dwie sukienki, a tu nogi odmawiają mi posłuszeństwa, mroczki latają  przed oczami, ale przecież nie będę się zachowywać niczym gderliwy mąż, wiec coś tak bąkam o ograniczonym budżecie, o zbliżającym się końcu lata, w końcu wzdycham pod nosem i cierpliwie wyrażam opinie a potem zaliczam kolejny sklep. Dopiero w trzecim orientuję się, że tak naprawdę wyruszyłyśmy do sklepu po okulary słoneczne (bo Hani są za małe) i kostium kąpielowy (koniecznie dwuczęściowy i ładny), ale akurat tych rzeczy nie widzę w rzeczach do przymierzenia. Za to ta bluzka jest taka jak marzyłam Mamusiu, no zobacz z tyłu ma takie paski i jest piękna. A ta pidżama ma takie świetne spodnie, to nic że mi spada, nie szkodzi. A teraz mama zobacz jaka ładna bluzka z transformersem, koniecznie trzeba ją wziąć dla Brunia, jak nie masz pieniędzy to ja mu kupię, koniecznie musimy ją wziąć, ucieszy się.

Wracamy wiec do domu z naręczem ubrań (dziecięcych), bez okularów, bez kostiumu, za to zmęczone i szczęśliwe - ja, że zakupy się skończyły, Hania - dumnie niesie kupione dla Brunia koszulki i od razu po przyjściu mu je wręcza, dumna, że sama je wypatrzyła i tak dobrze dobrała.

Ciekawe kiedy zacznie podbierać mi ubrania - bo buty i kosmetyki podbiera już od dawna :)

PS. To były takie pierwsze zakupy i obiecane od długiego czasu
PS. zakupy też dotyczyły wyboru prezentu na imieniny, które Hania dopiero co obchodziła.


czwartek, 12 lipca 2012
Opalona, ze złotymi warkoczami i promykami włosów wokół twarzy. Zadowolona, uśmiechnięta, z walizką pełną opowieści i złotym medalem w kieszonce. Słońce wróciło do domu :)

Tęskniłam za nią strasznie, wydaje mi się, że bardziej niż ona :) Miała tam tyle atrakcji, że pierwsze co to zawołała: a co ja dzisiaj będę robić? Będziemy w domu??? Czekam aż przyzwyczai się do codzienności i sypnie opowieściami.
piątek, 06 lipca 2012

Ani się obejrzałam, a pierwszy rok z życia szkolnego córki minął niczym z bicza trzasnął. Może z tym biczem przesadziłam, ale fakt faktem, świadectwo rozdane, szkoła zamknięta na cztery spusty.

podsumowując ten czas w statystykach:

- sukces aklimatyzacji w nowej szkole zaliczony;

- chodzienie na basen - polubione (zajęcia dodatkowe)

- ilość wręczonych karteczek o rzeczach koniecznych do przyniesienia do szkoły, podanych rodzicom w ostatnim momencie (szary papier, zeszyt do nut, bo się skończył etc.) - duża, ale malejąca;  

- ilość kanapek niezjedzona - wielka;

- miejsce, gdzie sprzedają babeczki czekoladowe oraz automat z nestea - wyczajony

- ilość obiadów niezjedzona, bo nie starczyło czasu, trzeba było pogadać o ważnych sprawach - równie wielka;

- ilość książek wypoczyżonych z biblioteki szkolnej -b.duża (nagroda za czytelnictwo :)

- ilość chłopaków ze starszych klas, za którymi można pobiegać - tajemnica;

- ilość babeczek w ł a s n o r ę c z n i e upieczonych na szkolny festyn - 12 szt.;

- zainteresowanie EURO 2012, a zwłaszcza niejakim panem Błaszczykowskim, który ma "żółte włosy" - zaliczone;  

- pierwszy wyjazd na zieloną szkołę, rafting, spływy, bez łez za rodziną - zaliczony;

- sława w szkole - zdobyta (nie powiem za co :)

i na koniec najważniejsze -Hania, zwana Haniutkiem trafiła w klasie na cudowne koleżanki, które tworzą niezłą paczkę. Haniutek jest tam otaczany miłością, już samo przyjście Hani do szkoły wywołuje entuzjastyczne krzyki na cały korytarz: "haaaniutek!!!" (nigdy czegoś takiego nie widziałam - tutaj jest absolutnie każdym razem, nie daj boże przyjść później, można dostać reprymendę od dziewczynek, dlaczego Hania tak późno przychodzi). Dziewczynki z jej klasy są świetne, miłe, otwarte i wesołe, dlatego tym bardziej cieszę się, że Hania zdobyła tak wielki skarb - przyjaźń.

niedziela, 17 czerwca 2012

Pierwszy wyjazd bez rodziców i rodziny.

Pierwsza zielona szkoła.

Na początku byłam pełna entuzjazmu, bo wyjazd w super towarzystwie, świetna kadra nauczycielska, opiekuńcze dzieci i cała paczka przyjaciółek Hani, rewelacyjny program wyjazdu bez luk i niedociągnięć. Nic tylko jechać, to dopiero przygoda, rafting, rejsy smoczymi łodziami etc.

Potem zaczął nadciągać niepokój - bo jak to, tyle dni bez rodziców? Bez mamy? A jak zatęskni? a jak będzie szlochać w nocy w poduszkę wołając cichutko "gdzie jesteś mamusiu, dlaczego Cię tu nie ma?". Nastrój ten podsycały opinie czytane w internecie: nie puściłabym swojej córki w tym wieku na wyjazd, moje dziecko by płakało, jest za małe etc. To nic, że cała klasa jedzie, ale...

Hania miała do tego podejście odwrotnie proporcjonalne. Im bliżej wyjazdu, tym entuzjazm większy, nie mogła sie doczekać rozpoczęcia. Nie chciałam jej zarazić swoimi lękami, więc uśmiechałam się tylko pod nosem z głową pełną lęków, a ona odliczała dni do wyjazdu, wzdychając ile jeszcze do wyjazdu. "Mamusiu, ale nie muszę do Ciebie dzwonić na wyjeździe?".

Ostatniego wieczoru ręce mi latały ze zdenerwowania, mi, matce wyzwolnej, niezależnej. Nerwy mnie zjadały, wiec M. wziąl na siebie odprowadzenie Hani do autokaru.

To były trudne dni. Co chwila zastanawiałam się, co tam się dzieje, kto rozczesuje roszpunkowe kołtuny, kto dopilnuje, żeby sie dobrze ubrała (Hania na ogół chodzi ubrana o warstwę mniej niż reszta otoczenia), co mają na śniadanie etc. Wytrzymałam dwa dni, w końcu zadzwoniłam i usłyszałam spokojny głos córy, zadowolonej i szczęśliwej.

Wróciła - uśmiechnięta, spełniona, pełna wrażeń. Nie płakała, nie tęskniła za bardzo, kupiła nam prezenty, teraz odlicza dni do kolonii (w podobnym gronie). I nie może sie już doczekać do wyjazdu.

Tak, zdecydowanie dorastanie dzieci jest trudne, ale inaczej niż się można spodziewać.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Dzieciaki wróciły, szkoła za pasem, w związku z tym zajęliśmy sie przygotowaniami w ramach "akcja szkoła". W końcu to Hani debiut w nowej szkole i w pierwszej klasie. Przejęta tym jestem na równi z Hanią, a w zasadzie wydaje mi się, że nawet znacznie bardziej. Przypominam sobie moje podekscytowanie w wieku 7 lat, kiedy nie mogłam doczekać sie rozpoczęcia nauki, rozpakowania kredek i farb...

Widzę, że Hania zmienia się. W przeciwieństwie do Brunia, który najchętniej wisiałby na mamie, ściskał, całował, Hania wchodzi już w nowe relacje. Szczerze sie uściska, ale krócej. Potrzebuje mamy do długich rozmów, ale też ciągnie ją dorosły świat, koleżanki, koledzy, samodzielność. Wczoraj udało mi się ją wyrwać od koleżanki z naprzeciwka i udałyśmy na miłą przejażdzkę rowerową w nieznane, ciekawe za jaki czas uzna, że zamiast z mamą jechać na rowerze, woli pobawić się z dzieciakami z sąsiedztwa w "agentuf" - jak pisze Hania, tym razem w gazecie dla dzieci, którą sama opracowała, podobną do świerszczyka, z opowiadaniem, licznymi zagadkami, miejscami do kolorowania, labiryntami, układankami nawet - i co ważne, wyszedł już jej drugi numer. Rola wydawcy/redaktora bardzo Hani odpowiada, aż sama gubi sie w swoich wizjach przyszłości. Wizja dorosłości wisi nad Hanią, w związku z tym pewnego ranka poprała ręcznie wszystkie stroje swoich lalek i powiesiła je na kaloryferze. Następnego dnia w ruch poszły jej własne bluzki, kłopot w tym, że z wykręcaniem Hania ma jeszcze kłopoty.

Dla mnie to taki czas pierwszych refleksji, że przecież ta mała-nie mała dziewczynka pójdzie kiedyś w świat i pewnie szybciej niż mi się wydaje. Za chwilę wciągnie ją nowy świat, a moja rola w jej życiu będzie sie zmieniać, ewaulować, ważne będzie każde słowo. Czasami zastanawiam się, jak to jest, że w filmach, w krytycznych momentach ludzie walą mądre kwestie, akurat ważne w tym momencie i przeknujące dzieci do swoich racji. Czy i ja będę umiała odpowiedzieć na każde trudne pytanie?  czy moja szczerość i mówienie z serca wystarczy? Na razie i tak jest ciekawie: "Mamo, a dlaczego jak zamknę oczy to widzę takie czarne plamy?".

poniedziałek, 09 maja 2011

Przeczytałam gdzieś w necie dyskusję na temat tego, co chcielibyśmy przekazać swoim dzieciom. Cóż, ideały ideałami, bo każdy pragnie czegoś dobrego, myślę sobie jednak, że nie dzięki dobrym chęciom i planom nasze dzieci wyrastają na takie a nie inne osoby. To te słowa, które dzieci słyszą ukradkiem, słowa, które mówimy a nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę, a przede wszystkim nasze zachowanie w różnych sytuacjach staje się tym, co dziecko wchłania.

Kiedy widzę potem jakieś odbicie siebie w Hani zawsze zadziwia mnie, jak bardzo wpływam na swoje dziecko. Zastanawiam się też, czy nie schlebiam sobie za bardzo, myśląc, że to mój wpływ a nie po prostu sama osobowość mojej córki. Dzisiaj będzie o tej cząstce, którą można byłoby nazwać feministyczną.

Podoba mi się, że podobnie jak jej mama, Hanka nie daje sie wtłoczyć w koleiny przygotowane dla jej płci. Wie, że dziewczyny mogą lubić co im się podoba. Hania z zafascynowaniem słucha opowieści o swojej mamie, która lubi motory, wyzwania i tak się to u niej zakorzeniło, że sama stanowi niezwykłą mieszankę zainteresowań. Ostatnio z zainteresowaniem wysłuchałam dyskusję dzieci nt.samochodów. Zaczęło sie od filmu "Auta", Bru stwierdził, że to on lubi ten film i że to film dla chłopaków, wiec koszulka z Zygzakiem na pewno jest jego (ten z kolei poszukuje wciąż męskich autorytetów i przy hurtowej ilości sióstr zadań tylko dla chłopców). Hania stwierdziła, że to nieprawda, że dziewczyny też mogą lubić samochody i że ona też je lubi :) Na to Bru nie miał już co powiedzieć. Potem słyszałam narzekania Hani, że w bajce o Gormitach czy innej podobnej (nie znam się) niby przeznaczonej  dla chłopców, wśród super-bohaterów jest tylko jedna dziewczyna. "Mamo, dlaczego tak jest, że jest 3 chłopaków i tylko jedna dziewczyna?". Właśnie córeczko, dlaczego, mam nadzieję, że Ty znajdziesz dla siebie godne miejsce :)

A już naszym ulubionym powiedzeniem w ramach babskiej komitywy jest " Dziewczyny nigdy sie nie poddają". Przecież siła jest kobietą :)

Przeciwnikom feminizmu od razu dodam, że to nie chodzi o jakąś wojnę płci. Chodzi mi tylko o to, żeby Hania robiła to co lubi, co ją interesuje, bez oglądania sie na to, co dziewczynkom wypada a co nie. Mam nadzieję, ze bedzie podążać za swoimi zdolnościami i chęciami a nie oczekiwaniami społeczno-kulturalnymi. I cieszę się, że jak na razie wszystko idzie w dobrym kierunku :)

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Za mną "babski dzień" czyli dzień spędzony solidarnie na wagarach na żądanie wraz z Hanią. Dzień na ostatnie zdrowienie, a przede wszystkim na przygotowaniach do ważnego dnia. I dzień na przyjemności wynikające po prostu z bycia ze sobą. To niesamowite, jaką frajdę bycie we dwie, cokolwiek, gdziekolwiek. Rozmawiać, być, opowiadać. Ręka w rękę.

Łapałam się na tym, że gdy zaczynałam zrzędzić np. że Hania nie chce pić prawdziwej czekolady w kawiarni (bo jest za mało słodka, jest "słona"- jak powiedziała :) przez głowę przechodziła mi myśl - czy naprawdę chcesz zepsuć te chwile? Dzień okazał się być bardzo długi a jednocześnie zaskakująco krótki. Zachłysnęłam się nieco taką normalnością, ucieczką od codzienności w której trzeba myśleć o pracy, być twardym, pamiętać o wszystkim i zapomnieć o tym, co w domu. Taki cudowny detox w najlepszym możliwym towarzystwie mojej wyrozumiałej Hani, która przymuje mnie taką jaką jestem i cieszy się, gdy jesteśmy razem. Z moja wesołą przyjaciółką, idealną towarzyszką dnia codziennego.

A skończyłyśmy ten dzień we dwie w wielkim, małżeńskim łożu,grzejąc się pod kołdrą, ziewając ze zmęczenia i kończąc książkę o Pomponie, bardzo śmieszną. I to było idealne zwieńczenie tego babskiego dnia

czwartek, 09 września 2010

Kochani, bardzo dziekuję za wyrazy wsparcia. Najnowsze wieści co do zerówki:

1. Primo, bo najważniejsze - Hania jest zadowolona, podoba jej się. Ufff!

2. Nastąpiła zmiana - dzieci mogą wychodzić w grupach na siusianie, nie tylko na komendę.

3. Ktoś przychodzi po dzieci i zabiera je na stołówkę, Hania zjada je w całości (jest tylko jedno danie).

4. Kolejne punkty-zarzuty się pojawiają, ale zapisujemy i szykujemy się na zebranie za tydzień - szczególnie będzie walczyć o obiecaną świetlicę. Niezadowolonych rodziców jest bardzo dużo, więc zobaczymy, co z tego wyniknie.

5. Moja kochana rodzina wynalazła miejsce w zerówce w jakimś innym przedszkolu, ale na razie nie chcemy Hani przenosić - tu w zerówce ma swoje swoje przyjaciółki, a przeniesienie jej do zżytej grupy, w której nikogo nie zna byłoby pewnie dla niej znacznie większym szokiem. Poza tym okazało sie, że jednak jakieś zajęcia w zerówce dzieci mają.

6. Oby już było lepiej!

piątek, 02 lipca 2010

W sklepie:

Hania: Mama, a Brunio za mną wszędzie chodzi, krok w krok!

Ja (żartobliwie): przyzwyczajaj się, niedługo tak bedą chodzić za Tobą Twoi wielbiciele :)

Sprzedawca: Oj, przewodnika wycieczki to z niej nie bedzie :)

- proszę Pani, proszę Pani, a Hania się całowała z Kubą!!! - poinformowała mnie koleżanka przedszkolna Hani, kiedy tylko wpadłam do sali ostatniego przedszkolnego dnia.

Hani mina  - banan od ucha do ucha i wesołe oczy - potwierdziły mi, że to prawda.

- Tak, mamusiu, bawiliśmy sie z Kubą w całowanie- powiedziała córka z uśmiechem.

I tylko tyle informacji otrzymałam, byłam spóźniona do pracy, a wiadomo filar działu (nazwa wymyślona nie przeze mnie ;)potrzebny jest od ranka, o czym domiósł mi przełożony podczas krótkiej rozmowy telefonicznej.

W pracy zaś miałam chwilę, żeby spokojnie zastanawić się nad tym co usłyszałam. I jak to bywa z matkami, moja wyobraźnia zaczęła snuć domysły i projekcje - a co to za całowanie? chowają sie po katach? próbują co to jest? czy całują się w usta? czy to taka przedszkolna miłość? No proszę, ja myślałam, że córka to lilija, czystość i niewinność, a tu całowanie?

Na szczęście spokojna ze mnie osoba, Hani ufam, postanowiłam z nią porozmawiać na spokojnie i dowiedziałam się, że owszem, że bawiła się w całowanie, ale polegało to, że Hania goni Kubę strasząc go całowaniem (albo odwrotnie), że w zabawie wzięło udział więcej dzieci, bo jeszcze Kasia i Ania i Bartek i że chodziło o te gonienie się na placu zabaw, a całowanie w usta w ogóle nie chodzi w grę.

Uff...mam jeszcze chwilę czasu :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru