niezwykłe dzieje zwykłej rodziny

Czytam Widzę Słyszę

piątek, 05 listopada 2010

Odkryłyśmy właśnie z Hanią świat słuchowisk. Wcześniej słuchałyśmy tylko różnych dziecięcych piosenek, Tadka Niejadka z dawnych lat, ale jakoś obywałyśmy bez dłuższych opowieści

Wzięłam na siebie zadanie czytania książek na głos i to z podziałem na role, to jest mój czas, który spędzam z dzieciakami przed zaśnięciem. Jakoś głupio było mi wyręczać się płytami, bo wiadomo, bliskości mamy, rozmów i wyjaśniania wątpliwości nic nie zastąpi, nie mówiąc już o rozdzielaniu dzieciaków leżących w jednym łóżku – w tym ostatnim przypadku nogi i ręce mają dziwny zwyczaj wędrować w zakazane rejony łóżka (mamo, a on się rozpycha, mama, nasze nogi się kłócą!)

A jednak zdarzyło się, że pewnego wieczoru miałam potężny ból głowy  i nawarstwiające się zmęczenie dało mi się we znaki. A tu córa ogłosiła strajk, że zasnąć nie może, pomimo rozmowy nasennej i chętnie by posłuchała bajki. Złapałam schowaną w tajemnej szufladzie z zapasami bajkę na płycie „Piękna i bestia” i … Hania wsiąkła. Parę dni później słuchałyśmy razem magicznej opowieści w radio Jedynce w ramach audycji „Radio dzieciom”, był to fragment opowieści „Mio, mój Mio” i to zafascynowało nas obie. Słuchałyśmy tego podczas wieczornego powrotu samochodem do domu, wokół ciemność, jesienny mrok a z radia sączyła się opowieść o dzielnym chłopcu na ukochanym rumaku Miramisie który zmierza z niebezpieczną misją, poprzez dzikie i niedostępne bezdroża Kraju Zagranicznego, w tle słychać odgłosy ptaka żałoby. Bałam się trochę, jak to Hania odbierze, ale ona była oczarowana. Czym prędzej wypożyczyłyśmy z biblioteki w.w. książkę i teraz czytamy ją wieczorami (swoją drogą nie wiem kiedy ogarniemy stos książek przy Hani łóżku, mnóstwo nieskończonych albo nie zaczętych, bo szybciej dochodzą niż zdołamy przeczytać). Brunio jest na to zdecydowanie za mały, ale Hania słucha z uwagą i ciągle jej za mało. „Mamusiu, bo mi się bardzo podobało jak on jechał przez las i te wszystkie odgłosy, ja się wcale nie bałam!”.

 Przypomniały mi się moje wieczory spędzane przy radio, wieczorny mrok, tajemnicze komunikaty o stopniu zasialania gazem w kraju, a potem wśród trzasków radiowych piosenki i opowieści. Ich słuchanie miało swój urok, pamiętam tylko, że były dla mnie za krótkie J

 Teraz poszukuję ciekawych słuchowisk dla dzieci, jeśli macie coś do polecenia, to śmiało – co słuchają Wasze dzieci? Hania lubi rzeczy "straszne", wiec rozrzut tematyczny może być duży. Na razie dla mojej kociary wypatrzyłam „Kocie opowieści” Tomasza Trojanowskiego w wykonaniu Jarosława Boberka. Wszelkie dodatkowe typy mile widziane J

wtorek, 28 lipca 2009

Ważne, mądre, prawdziwe - ja też tak myślę. Z podziękowaniami dla JB.

Tekst Magdaleny Środy (którą uwielbiam) ze wspomnieniem o Leszku Kołakowskim. Zródło: wp.pl

"Ludzie moralnie wartościowi nie czują się świętymi"

2009-07-27 (06:00)


Nikt chyba trafniej nie ujął istoty moralności niż Leszek Kołakowski. I to nie dlatego, że ją definiował, opisywał, szukał znaczeń, badał w jej rozlicznych teoriach. Nie. On po prostu zawsze pisał o odpowiedzialności moralnej i mówił: nie uciekniesz! Żaden system, żadna wiara, żadne usprawiedliwienia nie zwolnią cię od niej. Jeśli myślisz, że jest inaczej, że wystarczy pan Bóg, kodeks etyczny, posłuszeństwo autorytetom lub teodycea - mylisz się. Istotą moralności i człowieczeństwa jest - prywatna odpowiedzialność.

W "Etyce bez kodeksu" Kołakowski pisze, że w życiu każdego człowieka jest taki moment, kiedy dowiaduje się o dwóch sprawach. Jedną jest to, że świat jest zły, że są na nim wojny, krzywdzone dzieci, kobiety zmuszane do prostytucji i inne okropieństwa. Drugą to, że możemy się z tego świata wycofać. Możemy powiedzieć mu "nie", popełniając samobójstwo. Jeśli tego nie robimy - a z reguły tego nie robimy - to znaczy, że powinniśmy wziąć na siebie odpowiedzialność za ten świat. I nic nie jest już takie jak przedtem. Świat to spadek, który mamy nie tylko konsumować, kontemplować czy znosić go, lecz czuć się zań odpowiedzialni.

Odpowiedzialność ta jest - do pewnego stopnia - niezależna od sprawstwa. Nie możemy więc mówić, że nic nas nie obchodzi daleka wojna, bo nie mamy na nią wpływu, lub że mamy czyste ręce jeśli nie przyłożyliśmy się do czynienia zła. Musimy wiedzieć, że wszelkie zło tego świata jest powodowane przez istoty takie jak my. Jak każdy z nas. To w nas tkwi zarzewie zła. I mimo, że nie jesteśmy sprawcami, że nie zawsze możemy przeciwdziałać, nie pozostajemy bez winy. Bo jesteśmy ludźmi, a to ludzie ludziom gotują zły los.

Kołakowski w tym samym tekście pisał o złudnej wierze w kodeksy moralne. Pisał, że - po pierwsze - takie kodeksy są niemożliwe, bo nie da się po prostu ich skonstruować. Życie moralne jest bowiem tak złożone i tak niepowtarzalne, że nie można różnych przypadków rozstrzygnąć według zbioru zasad. Nawet świętych. Po drugie, nawet gdyby taki kodeks był możliwy, posłuszeństwo mu rozmijałoby się z tym co najcenniejsze w życiu moralnym: z wrażliwością i indywidualną odpowiedzialnością. Bo czasem trzeba złamać reguły, by ochronić jakąś wartość, czasem trzeba zawiesić ważność jakiejś wartości, by ochronić inną, czasem trzeba postąpić wbrew powinnościom, co nie znaczy, że wbrew wartościom, których powinności te chronią.

Jak mówił Kołakowski, w życiu moralnym nie istnieje symetria roszczeń i powinności. Istotą obowiązku moralnego nie jest bowiem jego uogólnialność, a jego ekskluzywność: czuję że jest moim obowiązkiem coś, czego zarazem nie mam prawa wymagać od innych. Życie moralne według Kołakowskiego jest jak świat, w którym jest sporo dziur. Zszywając jedną, powiększam inną. Poruszam się we mgle. Sztywne drogowskazy są fikcją. Za każdą decyzję, która rości sobie prawo do bycia moralną, ponoszę pełną odpowiedzialność i nigdy nie wiem, i nie dowiem się, czy była ona właściwa. Ta niepewność powoduje, że ludzie moralnie wartościowi nigdy nie czują się świętymi. I że święci nie zawsze są moralnie wartościowi.

Magdalena Środa specjalnie dla Wirtualnej Polski

 

(wp.pl)

czwartek, 05 marca 2009
Czy wrony miewają chrypkę? Jak wtedy kraczą i po czym można to poznać? 
poniedziałek, 02 lutego 2009

Myśl na dzisiaj.

Pablo Picasso powiedział: "Computers are useless. They can only give answers" czyli w wolnym tłumaczeniu " komputery są bezużyteczne, potrafią tylko dawać odpowiedzi.

Bardzo ciekawa myśl, coś w tym jest. Może jedną z cech nas ludzi jest właśnie zadawanie pytań, dziwienie się światu? Może to chęć do zmian, do kwestionowania tego co jest, napędza nas w rozwoju i pozwala nam się rozwijać?

Dla mnie najważniejsze w tym wszystkim jest, przy całej mojej dorosłej i macierzyńskiej odpowiedzialności, jest zachowanie naturalnej ciekawości, jaką miałam jak każde dziecko. Tej umiejętności patrzenia i dziwienia się, która jak myślę pozwala mi pełniej żyć. Chociaż czasem chciałabym poznać odpowiedź chociaż na część pytań, które dręczą moją głowę. Póki co, w ramach gimnastyki umysłu odpowiadam niezmordowanie na coraz to nowe pytania Hani. Czasem w najzwyklejszym pytaniu można znaleźć myśl, która długo nie daje mi o sobie zapomnieć "no właśnie, dlaczego tak właśnie jest?" i jestem najzupełniej pewna, że na większość z tych pytań, żaden komputer nie umiałby odpowiedzieć :) 

czwartek, 16 października 2008

Dzisiaj czytelniczo.

Muszę powiedzieć, że z wielką przyjemnością zauważyłam pojawienie się na naszym rynku nowego pisma dla kobiet. W dziedzinie pism kobiecych panuje bowiem dyktat czasopism dla tzw. gospodyń domowych (swoja drogą dziwna kategoria): z kiosków wylewają się pisemka z najświeższymi plotkami z życia gwiazd i gwiazdek lub dla odmiany przedruki zachodnich pism z przepisami kulinarymi i chwytliwymi relacjami z życia czytelniczek albo też  pism z najnowszą modą typu bordowy wór z dziurą na brzuch i kremami za cztery średnie krajowe i kolejnymi wywiadami z gwiazdkami. 

Brakuje mi wciąż pisma dla kobiet myślących, które w nosie mają bieżącą modę, krem wybierają na chybił trafił, natomiast ciekawi je świat. Do tej pory czytywałam wysokie obcasy, panią i zwierciadło. Teraz znalazłam coś nowego - pismo Bluszcz. To pismo, jak przeczytałam we wstępniaku - dla osób, które lubią sie zaczytać. Nie zdążyłam jeszcze dokładnie go przejrzeć, ale zapowiada się ciekawie i jest to poważna alternatywa wobec innych pozycji na rynku. Zauważyłam, że w pierwszym numerze rzucono na żer najbardziej chwytliwe nazwiska typu Grochola, Wiśniewski, mam jednak nadzieję, że w piśmie znajdzie sie również miejsce na literaturę wyższych lotów, na debiuty, na świeżą krew literacką, której tak trudno się przebić. Po cichu liczę na Annę Janko i Olgę Tokarczuk.

Z Hanią natomiast odkryłyśmy Florkę, bohaterkę książeczki autorstwa Roksany Jędrzejewskiej Wróbel. Bardzo sympatyczna pozycja, napisana prostym, niewydumanym językiem, a jednocześnie zabawna. Cenna szczególnie w zalewie disneyowskich księżniczek i kubusiów puchatków. Mi szczególnie spodobały się ilustracje. Polecam dzieciakom w wieku Hani. Wiem, że w ostatnich dniach wyszła nowa cześć jej przygód.

czwartek, 09 października 2008

"Jest coś takiego w słowach. We wprawnych rękach, zręcznie pokierowane, biorą Cię w niewolę. Owijają sie jak pajęczyna wokół członków, a kiedy już cię tak spętają, że nie możesz sie ruszyć, przebijają ci skórę, wnikają w krew, paraliżują myśli. W tobie odprawiają swoje czary. "

To słowa, odnalezione w książce Diane Setterfield "Trzynasta opowieść", które są najbardziej prorocze. Chociaż powieść tę zaczęłam czytać wczoraj w nocy, już wzięła mnie we władanie. Nie tylko dlatego, że czyta się ją świetnie, powieść sama się w zasadzie toczy, nie dlatego też, że już w pierwszych zdaniach tworzy wciągający klimat XIX powieści. Myślę, że to dlatego, że postać Margarety, młodej kobiety, kochającej książki, trochę samotnej, ale idącej pewnie swoją drogą, jest mi bliska?

Tak jak wspomniałam, książkę dopiero zaczęłam, ale marzy mi się spokojny wieczór, łóżko, herbata i czytanie, czytanie, czytanie...Książka przypomniała mi też czasy dzieciństwa, kiedy tak właśnie uwielbiałam spędzać jesienne wieczory, zimowe popołudnia - skrzętnie wybrana w bibliotece ksiażka, jasna lampka, kocyk i mama dyskretnie dokarmiająca zaczytane dziecko - ech, to było piękne :)

PS. A w zanadrzu mam nową powieść  "Ines, Pani mej duszy" Isabel Allende którą to pisarkę bardzo sobie cenię. Zapowiadają sie wyjątkowo krótkie noce, nie tylko ze względu na gorączkę dzieci.

środa, 06 sierpnia 2008

No dobra, przyznam się. Niech będzie. Bardzo lubię filmy niszowe, filmy dające do myślenia, kino europejskie, wszystkie takie niemasowe twory, o których pamięta sie długo po obejrzeniu. Ale mam jedną słabość - musicale. Tego typu filmy wytwarzają we mnie na ogół silne emocje, które porywają mnie i uzależniają od siebie. Tak to kiedyś stało sie z pięknie kiczowatym musicalem "Moulin Rouge" - muzyką z niego przez długie wieczory katowałam Maużonka.

Ostatnio dałam sie złapać w sieć "Phantom of the Opera". W zasadzie nie miałam zamiaru go oglądać, ale podczas wieczornej roboty łatwo mogłam słuchać tego co sie dzieje, nie siedząc przed telewizorem. Przede wszystkim zaś, był to film bez dubbingu, tej telewizyjnej zmory i wreszcie mogłam posłuchać pięknej angielszczyzny.

I stało się. Musical wszedł mi do głowy i nie chce z niej wyjść. Od paru już dni nucę namiętnie piosenki, które są tylko echem tych wyśpiewanych. Sam Phantom (Gerad Butler) rozbudził we mnie straszliwą tęsknotę - za czymś wiecej, za wolnością, za muzyką. No i nie ukrywajmy -przystojny i seksowny z niego gość :)

Zastanawiam sie też, że może jest prawda w tym, że nas kobiety kuszą właśnie tacy kochani dranie, inteligentni łajdacy, mroczni i potężni i zniewalający. Niezależni, wolni - pełno takich postaci w literaturze czy w kinie. Ja zdecydowanie wolę łajdaków i dziwię się, czemu Christinne - primadonna z Upiora wybrała mdłego i nudnego Hrabiego zamiast fascynującego Tytułowego Bohatera. Ech, pewnie była młoda i głupia ;)

PS. a tu jedna z piosenek, którą nucę pod nosem

http://pl.youtube.com/watch?v=qBYoarsGLXc

środa, 30 lipca 2008

''Człowiek jest wielki nie przez to, co posiada,
lecz przez to, kim jest; nie przez to co ma,
lecz przez to, czym dzieli się z innymi''.

To o mojej mamie. I jej dedykuję.

wtorek, 03 czerwca 2008
Jeśli czegoś chcesz, znajdziesz sposób. Jeśli nie chcesz, znajdziesz powód.
piątek, 16 maja 2008

Ostatnio usłyszałam pytanie: To jak to właściwie jest mieszkać w domku?". Cóż, miesiąc maj na pewno nie jest obiektywnym miesiącem na odpowiadanie na to pytanie.

Jest cudownie. Po całej dzielnicy rozszalały się bzy, wielkie kłęby fioletowego i białego kwiecia, które odmieniają powietrze na parę tygodni. W ogródkach wybucha kwiecie, nieposkromione niezapominajki rozsiały mi się po ogrodzie, a trawa tworzy już głębokie zarośla. W okolicznych ogródkach powstają rozmaite mozaiki stworzone z kolorowych kwiatków: przekwitających tulipanów, bratków, szafirków i innego kwiecia.

Drzwi na balkon mamy otwarte na oscież non-stop. Na rozległym balkonie bawią się dzieciaki a ja napawam sie ciszą (a raczej jej brakiem przy naszych dzieciach) i sielskością krajobrazu. Pamiętam, jak pierwszy raz stanęłam na tym balkonie-tarasie dwa lata temu i zakochałam sie w tym domu, widoku i miejscu. Zamarzyłam sobie wtedy, że będę tam mieszkać. I w maju właśnie przypominam sobie to marzenie i cieszę się, że się ono spełniło.

Kiedy rano wybiegam do pracy, przy furtce zatrzymuję się na dłuższa chwilę. W porannej gonitwie zapominam jak jest pięknie, jak zielono, jak cudownie pachnie powietrze, jak śpiewają ptaki. Zawsze, ale to zawsze mam ochotę pójść na wagary, wziąć Brunia i pójść na bardzo daleki spacer.

Kiedy wyjdę późnym wieczorem, baldachimy z rozkwitłych liści tworzą na chodniku tunele, oświetlane niemrawym światłem latarni. Czuję się trochę jak w innym wymiarze, w świecie cieni, jeszcze intensywniejszych zapachów kwiatów i ..kotów, które przemykają, pilnując swojego terytorium.

Jest pięknie :) 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru