niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
sobota, 09 kwietnia 2011

Hania siedzi w domu i dobry humor jej nie opuszcza. Chyba jakiś przelatujący bocian zaraził ją jakimś wirusem, bo ciągle mówi mi, że bardzo ale to bardzo chciałaby mieć jeszcze braciszka. Ha, jakby Bru nie był wystarczająco męczącym młodszym bratem! Ale nie, młodszy brat by się przydał, rozmarza sie Hania, mała dzidzia w domu, byłoby super! Albo nawet jakby tak mieć z pięciu Bruniów, byłoby śmiesznie! Z powodu odmowy z mojej strony zaradna Hania sama chciałaby mieć dzieci. Na szczęście Hania wie, że wcześniej będzie musiała studiować i pracować i co trudniejsze, mieć męża. Może więc wczesne babciowanie mi jeszcze nie grozi :)

Bruno dla odmiany ma fazę buntu - zaczęło się od przedszkola, parę dni później przeniosło się i na dom. Ciężko jest, Charakternik stawia się i walczy niczym Don Kichot, w przedszkolu robi miny i obraża na Panie Przedszkolanki. Ciężka to faza, Brunio na złość Mamie nie będzie zjadał kaszki, nie założy butów a nawet rzuci żółtym serem na podłogę. Żąda całkowitego oddania, uwagi i dostosowania się do niego, jego decyzji i zachcianek. Razem z Panią Przedszkolanką żalimy się sobie i podtrzymujemy na duchu. Na pocieszenie dowiedziałam się, że Bru jest bardzo bystry, zawsze uważnie słucha wszelkich czytanek i zna odpowiedzi, co w jego grupie nie jest takie częste. Może dlatego wychowywanie go jest bardziej wymagające?

Wydarzyła nam się też historia czapkowa. Po powrocie z pracy zobaczyłam nową czapkę z daszkiem u Brunia, w sam raz jak dla niego, wyglądała naprawdę świetnie. Następnego dnia Brunio z chęcią założył ją do przedszkola, a wieczorem cały czas chodził w niej po domu. Kiedy położyłam go spać, wstał jeszcze w poszukiwaniu czapki i zasnął dopiero wtedy, kiedy miał ją na głowie, uszczęśliwiony i spełniony. Widok to był piękny, poszłam wiec podziękować mieszkającej u nas chwilowo Busi za ten piękny prezent. Niespodziewanie okazało sie, że Busia tej czapki nie kupiła, a co dziwniejsze, nie zrobił tego też M. - każde z nas myślało, że to drugie ją kupiło. Czapka pochodziła z przedzszkola, Bru poprostu się nią "zaopiekował", a Busia nie zwróciła na to uwagi, bo nie zna jego rzeczy. Cóż, rozmowa na temat własności za nami, wyprawa po czapkę do sklepu ciągle przed, tylko gdzie ją kupić?

czwartek, 07 kwietnia 2011
Bawimy się w doktora House. To taka gra, w którą gra większość rodziców, jakich znam, bynajmniej nie z powodów hobbystycznych, a jedynie z powodu konieczności. Życiowej.

Hania dostała krostek, małych, drobnych i to zlokalizowanych w dziwnych miejscach - na stopie, pod brzuchem i trochę na plecach. I to wszystko. Zwołałam wiec konsylium w postaci osoby własnej oraz M. i próbowaliśmy zgadnąć, co to jest. Wyszło nam, że półpasiec, ale czy dzieci mają półpasiec? i to taki?

Jako, że w medycynę wierzymy jak najbardziej, od razu zapisaliśmy Hanię do lekarza. Diagnoza: nie półpasiec, dać antybiotyk. Powodem ma być zły stan gardła, a ściślej migdałków. I mamy burzy mózgów część 2, dawać czy nie dawać antybiotyku? Tak w ciemno, przy tak dobrym samopoczuciu ogólnym?  W sumie to obydwoje podjęliśmy decyzję dosyć szybko, nie dawać, leczymy pozostałymi lekarstwami i czekamy.

Jak to House. Mamy swoje teorie i swoje obserwacje. Nie wierzymy na ślepo, zastanawiamy się i konsultujemy. Inaczej się nie da.

PS. Hania siedząc w domu tworzy cuda - obrazki tasiemce, kolorowe koperty powycinane odpowiednio, laurki z wyznaniami miłości - cudo!

PS2. Nadal nie wiadomo co to za krosteczki i dlaczego są zlokalizowane akurat na górze prawej stopy?
21:41, ingutka
Link Komentarze (4) »
wtorek, 05 kwietnia 2011
Pewnych rzeczy nie mówi się na głos. Na przykład takich, że Tajfun Starszy ma dostać medal za frekwencję, bo jako jedyna z grupy zerówkowej nie opuściła ani jednego dnia szkolnego. Stwierdziła to Wychowawczyni a rodzicie już oczami wyobraźni widzieli ten medal, to świadectwo, że dziecko zdrowo się chowa, że się dba o nie, że zdrowa dieta i hartowanie i w ogóle i w szczególe ...

Licho uwielbia takie momenty. Wystawia krzywe zęby i śmieje się, ile się da. I wystarczył weekend, który Tajfunka spędziła  na dworze, szczęśliwa niczym szczeniak, zabiegana, niedopięta i niedoubrana.

Poniedziałkowy telefon ze świetlicy rozwiał wszelkie wątpliwości: Hania ma gorączkę i jest osowiała. Wróciła czerwona, lekko nieprzytomna, padła wcześnie spać. Następnego dnia zadowolenie: syropy do picia, słodkie pigułki do ssania, domowa laba,świerszczyk do czytania i zabawa - jednak chorowanie jest fajne, co zauważył też Młodszy Brat i również chciał dołączyć. Niestety, spora rana na ustach, nosie i policzku, która powstała na wskutek upadku przy zabawie samochodzikiem, nie predysponuje go do wstąpienia do Klubu Chorych. Mam nadzieję, że go ominie ten zaszczyt, ale kto wie?
20:13, ingutka
Link Komentarze (4) »
sobota, 02 kwietnia 2011

Ale dziwnie...w domu słychać tylko poświstywanie śpiącego kota, cykanie zegara i wwiercającą się ciszę. Słyszę moje własne myśli. Włączam szybko nastrojową muzykę, której wyjątkowo nikt nie zagłusza gadaniem, tupaniem czy śmiechem. Dziwne.

Tajfuny rozpoczęły sezon podwórkowy, a po raz pierwszy w tym roku Brunek lata przed domem beze mnie. Wyglądam przez okno, patrzę jak dzieciaki rysują kredą, jak chowają się za choinką podczas zabawy w chowanego. Biega z nimi dziewczynka sąsiadów i chłopiec mieszkający parę domów dalej, którego imienia nawet nie znam. W zasadzie jest już pora na posiłek, ale nie mam serca wołać dzieciaków do domu. W takiej bandzie dziecięcej każda chwila jest warta więcej niż co innego.

Przypominam sobie czasy mojego dzieciństwa. Wychodzenie po szkole na podwórko było czymś oczywistym. Pamiętam jak uczyłam sie przeskakiwać przez płot (poprzez przerzucanie nóg nad głową). Akrobacje na trzepaku. Najrozmaitsze gry, pifko-przeciwko, kapsle, cała ta podwórkowa rzeczywistość.  Nie cukierkowa, nie różowa, ale bardzo ważna część rzeczywistości. Myślę, że lepsze to niż siedzenie przed komputerem czy telewizorem. I dlaczego cieszę się, że u Tajfunów zaczyna sie tez czas.

A ja...co tam, włączę sobie ulubioną piosenkę po raz dziesiąty, w końcu nikt nie będzie protestował :)

Rozmowy z Bruniem to takie małe życiowe przyjemności.

1. Bru patrzy z sentymentem, ba! z rozczuleniem na moje piersi:

- Mamusiu, a ja pamiętam Twoje piersi. Jak byłem mały to piłem z nich mleczko o tak: cmok!cmok! cmok! A jak wyszedłem z Twojego brzucha to strasznie się darłem o tak: "łee, łeee, łeeee!"

2.Przychodzę do łazienki w czasie gdy dzieci się ubierają po kąpieli.

- Mamusiu, a Ty skąd się tu wzięłaś? Spadłaś z nieba? Tak myślałem, że spadłaś z nieba!

3. W przedszkolnej szatni, wyjątkowo niespóźnieni.

- Mamusiu, a Ty lubisz przyjemności?

- oczywiście, a Ty? jakie masz przyjemności?

- zabawa, wyprawy rodzinne i przytulanie sie do mamy! - z tymi słowy rzucił sie w objęcia rodzicielki.

Żeby nie było za różowo, dwa dni temu ulubiona Ciocia Przedszkolna Brunka wzięła mnie na bok i poinformowała, że jest zaniepokojona, bo Brunek rysuje czarną kredką. Wyraźnie ją preferuje, a poproszony o autoportret narysował czarnego potwora, czym przeraził Panie. Padło podejrzenie, że coś sie złego dzieje, że to wewnętrznie przeżywa etc. Najpierw sie przejęłam bardzo, zasięgnęłam języka, ale potem uznałam, że to nie tak. Brunek, jak to artysta rysuje tylko to co go interesuje tj. roboty, samochody, czołgi. Do tego identyfikuje się z tym bardzo, sam uważa siebie naprzemiennie za robota czy wyścigówkę, zwłaszcza po wizycie w Centrum Nauki Kopernik (polecamy!). Jest już tak ukochany, że bardziej sie da. W domu nic się nie dzieje, poza moimi pracowymi stresami. Myślę, że taka jego uroda, zwłaszcza, że z niego niesamowicie pogodny facet. Panią Przedszkolankę uwielbiam, a jednak nie mogę się zgodzić, że to czarne chmury zawisły nad Bru. Co nie oznacza wcale, że swoją drogą bywa w przedszkolu niegrzeczny. Pracujemy nad tym, ale taki to już urok charakterników.

18:24, ingutka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 marca 2011

Przyszła wiosna, przynajmniej w kalendarzu. Tajfuny już od miesiąca mnie męczą, kiedy przyjdzie wiosna. Pełno w nich tej dziecięcej energii i oczekiwania na czas, kiedy non-stop będzie można siedzieć poza domem. Hania czeka na to już od grudnia, kiedy to dostała od Świętego wymarzone od dawien dawna rolki. Jęczała i jęczała, kiedy to wreszcie będzie mogła poszaleć, chciała jeździć po domu, a jak sie da to i po schodach. Na szczęście, jej własny Ojciec też ma w sobie nutkę szaleństwa, wiec w styczniu poszli chociaż na rower. W te 3 dni, kiedy chodniki nie były zasypane śniegiem. Potem już się nie dało, trzeba czekać na wiosnę, a tu jak nie było, tak nie ma.

W końcu cierpliwość Tajfunów się skończyła i postanowili olać pogodę i rozpoczęli wiosenną działalność w ogródku. Huśtawka została wyciągnięta, narzędzia ogrodnicze, tudzież zabawki z piaskownicy. Wrócili z czerwonymi policzkami, z nadzieję, że ta prawdziwa Wiosna już niedługo przyjdzie i będzie ciepło.

Póki co targają nami zmiany ciśnienia, niewyspanie, zmęczenie wieczorne i humory. No dobra, te ciśnienie to głównie u mnie, jakoś nie mogę się dopasować do tej zmiennej pogody, zmęczona chodzę, jak nie ja. Wypatruję tego obiecanego słońca, kwiatów a póki co walczę ze sobą, żeby wieczorem nie zasnąć za szybko. Kto wygra tę przesileniową rundę ja czy sterta prania do prasowania? Wynik na wczoraj 1:0 dla sterty :)

PS. widział ktoś tę najbardziej kapryśną pannę W jak Wiosna? Tylko proszę mi nie mydlić oczu krokusami w ogródku, to taka ściema dla nadmiernych optymistów! Żądam słońca!

PS. Optymistyczny akcent na koniec - widziałam dwa lecące bociany! To był piękny widok...

13:16, ingutka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 21 marca 2011

- Mamusiu, a ja będę spał z Hanią - głos Bruna rozbrzmiewał z dumą z górnego piętra. Zaraz pojawił się sceniczny, karcący szept jego siostry: - miałeś sie zapytać mamy, czy możemy razem spać!

Chcac rozwiać wątpliwości poszłam szybko do pokoju Hani, na miejscu oczywiście okazało się, że dzieci chciałyby spać razem, tym razem w Brunia łóżku. Po krótkim zastanowieniu zgodziłam się, ciekawa rezultatów. Dzieciaki wskoczyły błyskawicznie pod kołdrę, już wcześniej ustaliły podział poduszek i miejsc.

- Brunio, jakie tym masz cudowne nóżki - westchnęła Hania.

- Haniu, a teraz Ty będziesz mnie przytulać- odrzekł na to Brunio i przystąpił od słów do czynów.

" Taaak, ...sielanka, ciekawe ile tak wytrzymają" - pomyślałam  widząc przytulające sie Tajfuny i opuszczając na wszelki wypadek pokój (póki jest spokój i nikt nie woła po mamę). Uprzedziłam jeszcze dzieciaki, że jak będę słyszeć kotłowanie, przepychanie i wrzaski to dzieci będą rozdzielone do swoich łóżek i swoich pokojów, co zmotywowało ich, żeby zachować względną ciszę (kłócili się tak, że wyjątkowo na końcu ulicy nie było ich słychać :) Od razu założyliśmy się z M. ile czasu zajmie Tajfunom kotłowanie się przedsenne.

Po 10 minutach Bruno wyszedł na korytarz ze słowami, że nie może zasnąć, czym zbudził Hanię, która zasypia jak kamień, jak tylko się położy, ale jak ktoś jej wychodzi przez głowę, to się budzi, jęcząc donośnie "Bruuuuunooooo!!" (odpowiednia ilość samogłosek "o" i "u" jest niezbędna przy wymowie). W końcu po dokonaniu paru czynności nie tylko życiowych, zasnęli. Hania spała z kołdrą nawiniętą niczym naleśnik na skrawku łóżka, Bru rozwalony szeroko, bez przykrycia. Cud miód.

Sobotni poranek - dla mnie jeszcze noc. 5:30. Lud pracy spokojnie dosypia nie musząc wcześnie wstawać. Rzekłbyś cisza nocna. A w tej ciszy dwie małe postaci korzystają, że Rodzice jeszcze śpią. Kto pierwszy wstał, tego nie wiadomo. Jedyne to co udało się ustalić post factum to:

- 0 6 rano byli już obydwoje ubrani (samodzielnie) i bawili się razem;

- bawili się we fryzjera, o czym świadczy obcięte prawie do skóry włosy na środku głowy Bru (wygląda jak łysy placek);

- ku pokrzepieniu Hania zrobiła sobie i bratu kakao, przyzwyczajona, że na ogół robi kawę, posłodziła je jeszcze, ale żadne z nich nie zgłosiło reklamacji na trunek.

PS. Tajfuny wynegocjowały ze mną, że w najbliższy piątek znowu sią razem, w jednym łóżku. Tym razem u Hani. Już się boję.

12:02, ingutka
Link Komentarze (2) »
środa, 16 marca 2011

W zasadzie od urodzenia Bru śpi niespokojnie. Szczególnie w niemowlęctwie kilukrotne pobudki i histeryczny płacz Brunka to była norma. Obecnie Bru śpi raczej spokojnie, ale niestety wciąż zdarzają sie noce, kiedy budzi i zaczyna rozpaczliwie ryczeć. Jest tego parę odmian, ale najgorsze w tym jest to, że tak naprawdę nie sposób dowiedzieć się o co chodzi: czy to zły sen, czy coś go boli, czy swędzi, czy niewygodnie. Ryczy i już, a po wszystkim zasypia w jedną sekundę. Rano albo nie pamięta albo zgadza sie grzecznie na wszystko, co mu sugeruję: miałeś zły sen? O taaak! Nóżki Cię bolały? i to jak! Hmm.

Dwie noce temu podobna pobudka miała miejsce. Synuś wypłakiwał się, wtulał we mnie ale ewidentnie coś było nie tak. Jak doświadczona rodzicielka po kolei wypróbowałam na nim wszystkie znane mi metody radzenia sobie z tym problemem. Od przytulania, przez śpiewanie kołysanek, wspólne wyglądanie przez okno w poszukiwaniu gwiazd, noszenie na rękach (o zgrozo ;), czy też wydmuchiwanie nosa i szukanie lekarstw, wody. Nic, nic nie pomagało, a żaden szewczyk dratewka nie pojawił się, żeby wyzwolić ryczącego smoka od napadu płaczu.

I w końcu, podobnie jak to w bajkach, znalazłam sposób. Udałam się z Bru do mojej sypialni. Ryk umilkł jak nożem uciął, chłopak zasgerował mi tylko dyskretnie, żebym odchyliła kołdrę, po czym wczepił się we mnie i z zadowolonym uśmiechem zasnął. W parę sekund, tak jakby poprzedni ryk był tylko sennym koszmarem, ale moim, nie jego. Nie zostało mi nic innego jak spanie na skrawku łóżka, pod skrawkiem kołdry i skrawkiem poduszki, z małym misiem przy boku. Na pocieszenie miałam jego piękny zapach, ciepło i mój ulubiony profil. Zasnęłam.

Poranek nie był już taki rozkoszny. To przede wszystkim zawody na spostrzegawczość: czy mi uda się upewnić, że Bru jeszcze śpi czy Brunkowi uda się spostrzec, że ja już się obudziłam, w związku z czym pora wstawać. Tę nierówną walkę oczywiście przegrałam z kretesem i to dobrą godzinę przed budzikiem. Radosny skowronek rozpoczął poranne figle w celu ściągnięcia mnie z łózka. Ukryta we mnie Ms. Hyde w sposób dobitny przekazała informację, że "o tej porze (z naciskiem na "tej") jeszcze się śpi, w związku z czym trzeba spać. Obrzuciwszy mnie litościwym spojrzeniem, Przedszkolak rzucił mi pocieszające zapewnienie "ale jak wstaniesz, to się poprzytulamy" i zostawił mnie samą, żebym mogła jeszcze poudawać, że śpię. Wrócił co prawda po 5 minutach, ale już konkretnie, żeby mu pomóc pozapinać guziki w jego koszuli ("taką jak ma Tata, chłopaki takie noszą"), a ubrany był już w majtki, podkoszulkę i skarpetki. Szkoda było już spać, w związku z tym Bru zabawiał mnie barwną konwersacją. I gniewać się na niego nie sposób :)

PS. Następnej nocy, w ramach sprawiedliwości spała z nami Hania, ale to już zupełnie inna historia.

23:08, ingutka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 13 marca 2011
W telewizji zalew programów mających na celu odkrywanie talentów muzycznych, a u mnie w domu śpiewający zestaw stereo. Hania, jako melomanka, słucha radia zawsze i wszędzie, rozpoznaje wykonawców i śpiewa swoje utwory z dużą dawką emocji, niekoniecznie z dobrym tekstem. W sumie to i bardzo dobrze, gdyż gdyby była bardziej dociekliwa, musiałabym się gęsto tłumaczyć ze słów piosenki "Mnie nie oszukasz" - "między nami nic nie było, parę nocy, trochę wina", a tak Hania przejęta nastrojową muzyką wyśpiewuje wypełniając samochód (przy zamkniętych szybach ;) dziewczęcym śpiewem "mnie nie oszukasz..." (największy hardcore to piosenka " be my lover" usłyszana w jakiejś poczekalni - czy coś w tym guście, nie pamiętam tego kiczu - Hania pamięta słowa po jednokrotnym usłyszeniu, na szczęście nie na długo.

Brunowi, jako młodszemu bratu, nie wypada oczywiście zupełnie zignorować tematu, ale śpiewanie muzyki z radiem to przecież nie zadanie dla prawdziwego Artysty. Najpierw obraził się, że sugerujemy, że piosenkę, którą właśnie słyszy, śpiewa jakiś inny Bruno, Bruno Mars. No jak to, przecież to on jest Bruno (jedyny na świecie zapewne - rozumiem go, sama się bardzo dziwię, jak spotykam kogoś o moim imieniu, zdarzyło mi się to tylko parę razy w życiu) i tego nie śpiewał. Po dłuższej analizie tematu i częstotliwości słuchania piosenek owego Bruna, doszedł do wniosku, że śpiewający pan Mars to jakby przedłużenie jego samego - on jest Bruno i ten pan jest Bruno - mamy wiec śpiewającego i sławnego Bruna i to nie ważne jakiego nazwiska.Mój własny syn o tym imieniu śpiewa natomiast piosenki dziecięce i tyle mu na razie wystarczy.

Póki co, dzieciaki zapowiadają się raczej na artystów samochodowych, tam bowiem śpiewamy większość piosenek (co gorsza zbiorowo!) i słuchamy radia. I naprawdę, dla dobra ludzkości dobrze, że na ogół mamy zamknięte szyby, drżyjcie ludzkości, idzie lato, a "...śpiewać każdy może, trochę lepiej już trochę gorzej..." :) Jeśli ktoś kiedyś spotka samochód ze zgodnie wydzierający się ludźmi (młodszymi i starszymi), po prostu się uśmiechnijcie. I nie zapomnijcie zatkać uszu :)


21:58, ingutka
Link Komentarze (1) »

I znowu zaległa cisza na haniołkowym, wstydź się autorko, wstydź. Ale cóż, życie wygrało ze mną tę rozgrywkę, w godzinach nocnych nie mam już siły siedzieć przed komputerem albo nie mogę sie dopchać. Dodatkowo dotarł do mnie zarzut, że mój blog jest zbyt różowy.

Chcąc odeprzeć ten zarzut napiszę tak:

Dzieciaki nie raz dają mi w kość. Często jest pod górę, jest stresująco, czuję sie bezradna, zbyt mało cierpliwa, niekompetentna. Jednocześnie dzieciaki dają mi tak dużą dawkę miłości, radości, dumy i spełnienia, że ten blog nie może być czarny. Macierzyństwo daje mi mnóstwo satysfakcji i nie potrafię napisać pod czyjeś dyktando, że jest inaczej. Moje dzieci nie są idealne, najmądrzejsze, najlepiej wychowane, ale to są moje własne Tajfuny, które kocham najmocniej na świecie. Mam dużo zainteresowań, czasem zwyczajnych, czasem dziwacznych, ale nic innego nie daje mi takiego uczucia spełnienia i takiej radości. Ostatnio, kiedy codzienność trochę mi dopiekła, a nerwy i stres stały się moim codziennym towarzyszem, to dzieciaki najlepiej wyprowadzały mnie z tego stanu wegetacji.

Stały czytelnik zauważy, że piszę o blaskach i cieniach tego macierzyństwa: o buntach Bruna (było w ostatnich notkach) czy o innych wybrykach. Bo to jest częścią mojej codzienności.

Nie uważam, że powinnam pisać w bardziej szarych tonach. To jest mój obraz macierzyństwa i nie potrafię patrzeć na niego inaczej. I niech tak zostanie :) 

21:30, ingutka
Link Komentarze (3) »
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru