niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
sobota, 28 lipca 2012

Obserwując moje Tajfuny doszłam do wniosku, że skąś to znam. Już to widziałam, już to było, coś mi to bardzo przypomina - ta ich specyficzna i wyjątkowo mocna więź. I już wiem.

Hania z Brunkiem przypominaja Małżeństwo - takie już z dużym stażem, które zna sie wylot, ale takie, któremu jeszcze chce się dystkutować, przekonywać, docinać, walczyć o rację i prawdę jedyną słuszną.

Kochają się, to jasne, ale ta ich więź to coś więcej, codziennie nad tym pracują. Znają swoje słabe strony i nie boją się ich wykorzystać we wzajemnych rozgrywkach. Wiedzą też, jakie sami mają ograniczenia  i na czym polega ich przewaga. Mając tę wiedzę potrafią nie tylko uderzyć celną ripostę zwalającą z nóg, ale też zadbać o rodzeństwo z wyjątkową troskliwością.

Zgrani - ale każdy ma inny gust i smak i uwielbia to podkreślać - nie istnieje naśladowanie czy papugowanie, a przynajmniej świadome.

Bez siebie - odpoczywają przez godzinę, dwie, a potem zaczynają sie rozglądać, pytać, widać, że ich myśli krążą wokół tego drugiego.

Czasem nawet wielkie łóżko rodziców jest dla nich za ciasne, a innym razem potrafią zmieścić sie przez długi czas w jednym fotelu, ciasno ściśnięci.

Czasem nie potrafią ustać spokojnie koło siebie bez zaczepek, prowokowania i wydzielania dżwięków przekraczających dozwolny poziom decybeli, a czasem biorą się za ręce i idą razem rozmawiając na swoje tematy.

Rywalizują o rzeczy, ale robią też sobie prezenty.

Co dla mnie cenne - dyskutują na argumenty, czasem tak zawzięcie, że aż pióra lecą, ale logika to ich najmocniejsza broń (nie ma to jak w sposób racjonalny dowieść komuś, że nie miał racji - to jest nie do podważenia!).

Ukradkiem robią sobie dobre uczynki - on jej szykuje szczotkę i pastę do zębów, ona jemu robi kanapkę i kakao. A potem on jej dla żartu chowa kapcia (żeby równowaga została zachowana) tak głęboko, że wszyscy szukamy go przez tydzień.

Mają swoje nawyki, swoje ulubione zwyczaje.

Takie Stare Dobre Rodzieństwo.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Tajfuny wakacjują sie u Babci, na weekend zaś wracają do domu. W ciągu tych niecałych dwóch dni staramy sie nadrobić zaległosci w nieobecności, same codzienne telefony nie wystarczą.

Najpierw dzieciaki pokazują, czego sie nauczyły, co wyćwiczyły w tygodniu - Hania pokazuje nowe figury na trzepaku (oficjalne ćwiczenia są przez Babcie zakazane, jako zbyt niebezpieczne, Hania ćwiczy wiec przy rodzicach). Zwisy, fikołki, a to bez rąk, a to na jedym ręku, akrobatyka jest zachwycająca. A duma moja wielka, widzę siebie poprzez nią, małą dziewczynkę z grubymi ciemnymi warkoczykami i cienkimi nóżkami, potrafiącą wyczyniać cuda na osiedlowym trzepaku, głownej atrakcji dla dzieciarni. Brunek nie chce byc gorszy, pokazuje wiec co umie, potem piłka nożna i "kiwanie" - czyli odbieranie piłki, badmington, gdzie rakietka jak na złość nie chce trafić w lotkę.

Dzieciaki prześcigają w popisach, kto co i jak, w końcu emocje siegają zenitu, są i łzy a potem jest już lepiej. Kolana zapełnione, ramiona pełne przytulania i buziaki fruwają w powietrzu.

Po powrocie do domu jest szorowanie czarnych pięt, rozplątywanie dredów, wśród rozchodzącego się zapachu obiecanej konfitury malinowej, która bulgocze na gazie. Zabawki odkrywa sie na nowo, a łóżko rodziców pełne jest pogryzionych przez komary dziecięcych nóg. Na koniec dnia czytamy "Gelsomino w Kraju Kłamczuchów" w starym wydaniu z ilustracjami Mistrza Jana Marcina Szancera (nie umiem przekonać sie do tego nowego po tak pięknym wykonaniu) i dzieci już śpią.

I jakoś tak robi sie normalnie, lodówka pęka w szwach, podłoga w zabawkach, pralka znowu jęczy, że tyle prania, wolny czas jest po 22, ale wszystko jest na swoim miejscu. Tak, jakby ten czas, kiedy dom jest cichy, pusty i wysprzatany był jakimś stanem anormalnym, przejściowym. Po podłodze znowu dudnią pięty, na stole jest układanka z okruszków, zaś po kanapie jeżdzą samochody z ludzikiem lego. Po tylu latach mam wyrobiony odruch szurania nogami w pokoju dziecięcym (żeby czegoś nie rozdeptać) i sprawdzania fotela zanim na nim usiądę. Teraz tylko trzeba znaleźć jednocześnie miejsce na dwóch kolanach. A wypicie kawy zajmie mi znowu 40min, na raty (ostatnie raty zimne), bo Bruuuno, bo Hania, no Mama, ale to nie ja, to on, to ona... (żeby było smiesznie - tak sie przyzwyczaiłam do zimnej kawy, że nawet w pracy piję najczęściej zimną).

Oby do weekendu!

czwartek, 12 lipca 2012
Ja: Bruntek, chodź pójdziemy na lody! Jakiego sobie wybierzesz?
Brun w skupieniu:- Mamo, a jak się nazywa ten piosenkarz, co ma na imię tak jak ja?
Ja: Bruno Mars
Brun: o właśnie! to ja chcę snickersa!

*********
M. snuje opowieść o tym, jak kiedyś, jak był mały, dostał pozwolenie na kupno tylu kulek loda, ile chciał. Kupił i zjadł 6, a potem dostał anginy ropnej.
Brun: A jakie były smaki tych kulek?
M: nie pamiętam
Brun z błyskiem w oku: nie znam takiego smaku "nie pamiętam", dziwny smak :D

Opalona, ze złotymi warkoczami i promykami włosów wokół twarzy. Zadowolona, uśmiechnięta, z walizką pełną opowieści i złotym medalem w kieszonce. Słońce wróciło do domu :)

Tęskniłam za nią strasznie, wydaje mi się, że bardziej niż ona :) Miała tam tyle atrakcji, że pierwsze co to zawołała: a co ja dzisiaj będę robić? Będziemy w domu??? Czekam aż przyzwyczai się do codzienności i sypnie opowieściami.
piątek, 06 lipca 2012

Ani się obejrzałam, a pierwszy rok z życia szkolnego córki minął niczym z bicza trzasnął. Może z tym biczem przesadziłam, ale fakt faktem, świadectwo rozdane, szkoła zamknięta na cztery spusty.

podsumowując ten czas w statystykach:

- sukces aklimatyzacji w nowej szkole zaliczony;

- chodzienie na basen - polubione (zajęcia dodatkowe)

- ilość wręczonych karteczek o rzeczach koniecznych do przyniesienia do szkoły, podanych rodzicom w ostatnim momencie (szary papier, zeszyt do nut, bo się skończył etc.) - duża, ale malejąca;  

- ilość kanapek niezjedzona - wielka;

- miejsce, gdzie sprzedają babeczki czekoladowe oraz automat z nestea - wyczajony

- ilość obiadów niezjedzona, bo nie starczyło czasu, trzeba było pogadać o ważnych sprawach - równie wielka;

- ilość książek wypoczyżonych z biblioteki szkolnej -b.duża (nagroda za czytelnictwo :)

- ilość chłopaków ze starszych klas, za którymi można pobiegać - tajemnica;

- ilość babeczek w ł a s n o r ę c z n i e upieczonych na szkolny festyn - 12 szt.;

- zainteresowanie EURO 2012, a zwłaszcza niejakim panem Błaszczykowskim, który ma "żółte włosy" - zaliczone;  

- pierwszy wyjazd na zieloną szkołę, rafting, spływy, bez łez za rodziną - zaliczony;

- sława w szkole - zdobyta (nie powiem za co :)

i na koniec najważniejsze -Hania, zwana Haniutkiem trafiła w klasie na cudowne koleżanki, które tworzą niezłą paczkę. Haniutek jest tam otaczany miłością, już samo przyjście Hani do szkoły wywołuje entuzjastyczne krzyki na cały korytarz: "haaaniutek!!!" (nigdy czegoś takiego nie widziałam - tutaj jest absolutnie każdym razem, nie daj boże przyjść później, można dostać reprymendę od dziewczynek, dlaczego Hania tak późno przychodzi). Dziewczynki z jej klasy są świetne, miłe, otwarte i wesołe, dlatego tym bardziej cieszę się, że Hania zdobyła tak wielki skarb - przyjaźń.

wtorek, 03 lipca 2012

Moje dzieciaki mają magiczną zdolność do przemiany w specyficznych okolicznościach. Osobno to zupełnie normalne dzieciaki, czasem nawet w ramach komplementu określane jako grzeczne. Razem tworzą gang zwany Tajfunami. A już kwitnesencją są miejsca publiczne, w których trzeba zachować spokój, powagę a najlepiej i bezruch.

 Na przykład taki gabinet lekarski. Nic nadzwyczajnego. Wizyta w nim trwa krócej od ulubionej dobranocki. Nie ma w skrzyni pełnej czekoladek ani magicznej różdzki, a jednak dzieci zachowują sie w nim, jakby rzucili na nie czar. "Mamusiu, obiecuję Ci, będę bardzo grzeczny, zobaczysz, że dotrzymam słowa!".

Zaczyna się od oczu rozbieganych, śledzących z uwagą wszystkie skarby znajdujące sie w gabinecie. Potem Jeden Tajfun podchodzi do okna sprawdzić widok i fakturę zasłon/rolet. Drugi wypróbowuje miękkość leżanki. Pierwszy ma w tym czasie napływ tęsknoty za matką i zawisa na rodzicielce zasypując ją buziakami. Drugi idzie oglądać sprzęt lekarski, nie zapominając niby-to-niechcący zrobić głupiej miny do Pierwszego i zaczepić niby-to-niechcący jednym paluszkiem koszulki rodzeństwa. To hasło sygnał do rozpoczęcia dalszych działań polegających na samonakręcającej sie głupawce. Plątające sie nogi, głupie piosenki (hit - reklama radiowa firmy bodzio) i miny, przerywany na krótko burknięciami Rodzicielki (brzmią jak po japońsku - krótkie i rzeczowce acz nieskuteczne). Starszy Tajfun udaje wtedy supergrzeczne dziecko i podpuszcza młodsze, który daje sie wkręcić w najgłupsze wyczyny.

Po wyjściu, dzieci się uspokajają, normalnieją i z pokorą znoszą długi wywód, jaki wykłada im matka. To już sie nigdy więcej nie powtórzy!" . I rzeczywiście, nie powtarza się. Każda wizyta w gabinecie lekarskim z dwójką dzieci to zupełnie inna, acz zawsze pełna wrażeń historia...

środa, 20 czerwca 2012

Bru to fantasta o nieograniczonej wyobraźni, który nigdy nie da sie zaskoczyć i przyłapać na tym, że czegoś nie wie.

Gdybym powiedziała moim dzieciom, że dzisiaj widziałam wieloryba, który jeździł na rowerze po naszej ulicy, odpowiedziałyby tak:

Hania natychmiast spojrzałaby na mnie przekrzywiając głowę jak na nienormalną z uśmieszkiem: Ale Mama, przecież wieloryby nie jeżdzą po ulicy, to niemożliwe! - powiedziałaby dziewczyna, która lubi mieć sprawy uporządkowane i wyjaśnione.

Brunkowi natomiast błysnęło by tylko oko i dalejże by mówić, jak on wyglądał, co robił a w ogole to Brunek pewnie by wiedział, co to był za rower, jakiego koloru. Chyba, że cała sprawa byłaby zbyt naciągana i wtedy Brunek dobitnie wskazałby mi, gdzie wciskam mu kit. Byleby nie wypaść gorzej ode mnie. A rzeczywistość przecież można tak pięknie powyginać na różne strony.

Do dzisiaj pamiętam Brunkową wersję "brzydkiego kaczątka" (zapytałam go o treść, chcąc sprawdzić czy uważał na przedszkolnej wyprawie do teatru):

Był sobie Pan i był sobie chłopiec, on był jego synem, idą sobie idą a tu nagle patrzą: a tu siedzi sobie strrrrrrasznie brzydkie kaczątko. Ale to strasznie brzydkie.Wzięli go i wyruszyli w świat, do królowej zimy a ona mówi: ale to strasznie brzydkie kaczątko! Skąd macie takie strrrrasznie brzydkie kaczątko?

22:49, ingutka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 17 czerwca 2012
Patrzę na zegarek, wspomnienia wracają: 21:40, dwa kwadranse do Spotkania. Siedzę sobie z M. i gadamy o wszystkim, o życiu, o rzeczach do załatwienia. Wydawać by się mogło, ot para przy wieczornej pogawędce, nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że siedzę na piłce, w ulubionym t-shircie od M. I coraz bardziej napełnia mnie uczucie, że to już za chwilę, że już niedługo. Za chwilę przyjdzie położna i potwierdzi moje przypuszczenia. Tyle we mnie uczuć, od zmęczenia do euforii, od ciekawości przez strach, od bólu do ulgi. Tyle miesięcy przygotowań na to wyjątkowe Spotkanie, na które przecież przygotować się nie sposób. To już niedługo, coraz bliżej, kiedy wreszcie...?

Tak, to już pięć lat. A gość z tego spotkania, który z rozmachem przyszedł na świat i napełnił sale noworodkowe wyjątkowo głośnym wrzaskiem (od razu było wiadomo, kto tam rządzi), właśnie zasypia w swoim pokoju.

Dobrze, że jesteś, Synku. I to ja kocham Ciebie bardziej, na koniec nieskończoności i z powrotem. Nie, to ja kocham Cię mocniej, jak dookoła świata, do Australii i Afryki.
21:54, ingutka
Link Komentarze (2) »

Pierwszy wyjazd bez rodziców i rodziny.

Pierwsza zielona szkoła.

Na początku byłam pełna entuzjazmu, bo wyjazd w super towarzystwie, świetna kadra nauczycielska, opiekuńcze dzieci i cała paczka przyjaciółek Hani, rewelacyjny program wyjazdu bez luk i niedociągnięć. Nic tylko jechać, to dopiero przygoda, rafting, rejsy smoczymi łodziami etc.

Potem zaczął nadciągać niepokój - bo jak to, tyle dni bez rodziców? Bez mamy? A jak zatęskni? a jak będzie szlochać w nocy w poduszkę wołając cichutko "gdzie jesteś mamusiu, dlaczego Cię tu nie ma?". Nastrój ten podsycały opinie czytane w internecie: nie puściłabym swojej córki w tym wieku na wyjazd, moje dziecko by płakało, jest za małe etc. To nic, że cała klasa jedzie, ale...

Hania miała do tego podejście odwrotnie proporcjonalne. Im bliżej wyjazdu, tym entuzjazm większy, nie mogła sie doczekać rozpoczęcia. Nie chciałam jej zarazić swoimi lękami, więc uśmiechałam się tylko pod nosem z głową pełną lęków, a ona odliczała dni do wyjazdu, wzdychając ile jeszcze do wyjazdu. "Mamusiu, ale nie muszę do Ciebie dzwonić na wyjeździe?".

Ostatniego wieczoru ręce mi latały ze zdenerwowania, mi, matce wyzwolnej, niezależnej. Nerwy mnie zjadały, wiec M. wziąl na siebie odprowadzenie Hani do autokaru.

To były trudne dni. Co chwila zastanawiałam się, co tam się dzieje, kto rozczesuje roszpunkowe kołtuny, kto dopilnuje, żeby sie dobrze ubrała (Hania na ogół chodzi ubrana o warstwę mniej niż reszta otoczenia), co mają na śniadanie etc. Wytrzymałam dwa dni, w końcu zadzwoniłam i usłyszałam spokojny głos córy, zadowolonej i szczęśliwej.

Wróciła - uśmiechnięta, spełniona, pełna wrażeń. Nie płakała, nie tęskniła za bardzo, kupiła nam prezenty, teraz odlicza dni do kolonii (w podobnym gronie). I nie może sie już doczekać do wyjazdu.

Tak, zdecydowanie dorastanie dzieci jest trudne, ale inaczej niż się można spodziewać.

środa, 13 czerwca 2012

żal mi.

Żal mi słów, zabawnych minek, śmiesznego tonu głosu, wzruszających gestów, słodkich snów;

chwil trudnych, smutnych, gniewu gorącego jak lawa, który w końcu stopniał;

zanikającej beradności, coraz większej zaradności;

sukcesów budowanych z drobnostek;

więzi, która daje nie tylko kłótnie i konflikty, ale też sztamę;

pępowiny, która jest coraz bardziej przezroczysta;

zapachu, który coraz bardziej staje się sumą zapachów świata, a nie dziecka;

żal, bo to wszystko ucieka z krótkiej, przeładowanej pamięci, z przepracowanego życia. Kiedyś celberowane, dzisiaj wystarczy uśmiech w biegu i dalej do przodu, ale to przecież sprawy ważne.

Dlatego spróbuję wrócić. Dla tej pamięci. i by pamiętać co ważne, a co ważniejsze.

Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru