niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
wtorek, 26 października 2010

Nieustająco uganiamy się za ideałami i wzorcami. Gdyby ktoś potrzebował wzorca niewinności - możecie zakończyć poszukiwania, wiem gdzie go odnajdziecie. U mnie w domu.

Wystarczy tylko zostawić na parę minut zgodnie rysujące przy jednym stoliku dzieci albo bawiące sie wspólnie w dowolną zabawę. Najpierw, po minucie, dojdzie Was krzyk, może wrzask i to zawołanie, którego brzmienie znają aż za dobrze wszystkie rodzicielki świata: "Maaaaama".

Jeśli nieopatrznie przyjdziecie wtedy do dzieci, zobaczycie właśnie ów wzór niewinności, wpatrujący się nieswojo kasztanowymi oczami w rodzicielkę. Bru pod stołem, Hania przy stoliku z miną wartą oskara:

- Mamusiu, ja mu nic nie zrobiłam, on sam się uderzył i sam się przewrócił i teraz leży.

Bru leży z krzesłem i ani myśli wstawać. On też ma swoją rolę do odegrania, a znając go nie można być pewnym czy ten upadek to sprawka jego czy siostry.

Dwa niewiniątka, które na ogół mają zupełnie równoległe czy też sprzeczne wersje wydarzeń. Każde jest przekonane, że tak właśnie było, a nawet jeśli nie, to tak mogło być i tak lepiej brzmi. Nie próbuj Matko, rozsądzać, tu i Salomon by zgłupiał i wlazł do beczki Diogenesa. Tu tylko cierpliwość pomoże. A że matka często naiwna jest i wielbicielką intryg kryminalnych od dziecięcia była, próbuje często na swoją rękę docieć sprawiedliwości. Nie tędy droga! Nie daj się wkręcić, kto kogo, kto był pierwszy, czy muśnięcie ręką to już dręczenie czy zachęta do zabawy. Bo dzieci wybaczą sobie po jednej minucie, wpadną we własne objęcia i dalejże sie kotłować na kanapie, co tez zawsze chętnie czynią. A matka robi jeden głęboki wdech, drugi, trzeci..i próbuje sobie zwizualizować jak słodko dzieci wyglądają jak śpią. Czasem to pomaga. Czasem.

wtorek, 19 października 2010
Nie doganiam wszystkiego. Dzieje sie dużo, dużo w pracy, dużo w domu, zmęczenie snuje się gdzieś za mną. I to takie najgorsze, psychiczne, sprawdzanie ile jeszcze zniosę, ćwiczenie cierpliwości, a może to ja tak jesiennie ciężej to znoszę?

Dużo się wydarzyło, piękne urodziny Hani, dużo wypraw całorodzinnych, masę niegrzeczności i sprawdzania granic, dla równowagi też sporo radości,  dużo roboty w robocie i inne takie, o których tu nie piszę - ot, normalna rzeczywistość.

Musiałam przystopować z pisaniem, bo nie mam czasu dla siebie - dzisiaj po raz pierwszy od dawna jestem wolna o tej porze. Wczoraj padłam o 22 ze zmęczenia, co zdarza mi się w wyjątkowych przypadkach, normalnie przed 24 nie udaje mi się położyć spać.

Wkrótce powrócę i mam chociaż nadzieję na nadrobienie zaległości albo jakąś mądrą decyzję. Szkoda trochę, że nie mogę opisać tego co się kotłuje w mojej głowie, we mnie, ale to nie miejsce.

A z wiadomości ostatnich: Bru dostał b.wysokiej temperatury. Poza tym zero innych objawów. U córki kolegi z pracy podobnie - czyżby to wirus, ktory tylko tak sie objawia? Na szczęście Bru już na drodze do całkowitego wyzdrowienia. A Hani, jako jedynej z rodziny od września nie rusza żaden zarazek - ma Rzepa odporność, pewnie to przez umiłowanie sportów. Wkrótce o niej więcej, z uwagi na urodziny. A póki co - dużo sil dla rozmaitych kryzysów!

sobota, 09 października 2010
- Brunio, dlaczego zrzuciłeś lampę?
B: to nie ja!
- ale tylko Ty byłeś w pokoju!
B: to nie ja, to ......gziejnik!
- Grzejnik?
B: - tak, to ten grzejnik to zrobił - powiedział z przekonaniem Bru, pokazując na stojący blisko leżącej lampy.

Ciekawe, czy ten grzejnik ma alibi.
poniedziałek, 04 października 2010

Czasem tak bywa (niektórzy twierdzą, że jest tak cały czas;), że i najgrzeczniejsze dziecko ma swój czarny dzień, na "nie". I nie ma wtedy zmiłuj. Na ogół można sie zorientować już późnym porankiem, kiedy poranne niegrzeczności przenoszą się falą na kolejne aktywności. U moich Tajfunów przybrało to formę ping-ponga - raz jedno, raz drugie sprawdzało, gdzie jest granica wytrzymałości matki. Ale granica nigdy nie nadchodzi, bo to przecież tylko małe dzieciaki, zagubione czasem w swoich pragnieniach i uczuciach i zwariowanie przy nich byłoby zbyt wygodnym wyjściem.

Niedziela wypadła mi właśnie na taki dzień. Dzień poprzeczniaka i buntownika a może i buntowniczki raczej. Mimo tego udało nam się wziąć udział w imprezie "kibicuję-maszeruję" (a raczej "ryczę-krzyczę"), która towarzyszyła "Biegnij warszawo", w której biegł M. Udało nam się nawet i pospacerować i przebijać się przez tłumy na placu zabaw ("o! naplaczabaw!" - jak to mawia Brunio), kobicować biegnącemu M. Wróciliśmy zmęczeni, ale zadowoleni. Popołudnie jednak nie przyniosło ulgi w psotach, a raczej wprost przeciwnie - nakręcenie pomysłowości dzieciaków (pościel z łóżka na schodach, malowidło kredką na ścianie niczym "bitwa pod grunwaldem", latające samochody i inne cuda w czasie, kiedy dzieci teoretycznie odpoczywały. Jedynym wyjściem po zreanimowaniu rodziców (byliśmy ledwie żywi), jedynym wyjściem wiec było wybicie energii dziecięcej na długim rowerowym spacerze. I było świetnie, Hania oponowała swój nieco za duży rower perfekcyjnie, robi na nim sztuczki, szaleje, Brunio za to nie chcąc zostać w tyle rozpędza sie maksymalnie na swoim rowerku, aż mi serce staje, że zaraz z niego zleci w pędzie. Co też oczywiście sie stało - Hania zajechała drogę bratu, a też wywalił sie z całym rowerem. Na szczęście już po chwili, jak to mówi - "rowerował"- dalej.

Na koniec było kakao i czułe pogadanki-przytulanki przed snem. Jak to dobrze, że niektóre dni się kończą :) Można wstać następnego dnia rano i cieszyć się, że się ma takie słodkie i grzeczne dzieci, a dzień wczorajszy wydaje się być snem.

Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru