niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
wtorek, 27 października 2009

My się deszczu nie boimy!

W sobotni wieczór, zamiast jak większość zalec przed telewizorem, nie zważając na obficie padający deszcz, włożyliśmy kalosze, kurtki z kapturami, po pachę wzieliśmy parasole i ruszyliśmy na wieczorny spacer.

Maluchy maszerowały dziarsko, słychać było tylko chlupot kaloszy w okolicznych kałużach i cichutki pluskot padającego deszczu. Światło latarni rozpływało się wręcz w wilgotnym, mglistym powietrzu. Najpiękniej było jednak u celu spaceru, na małym pobliskim cmentarzu. Ciemności rozpraszane były przez światła kolorowych zniczy i pobliskie latarnie. Na cmentarzu nie było już nikogo, panował tak potrzebny w tym miejscu spokój i wyciszenie. Rozmyte kształty grobów, niknące gdzies w wilgotnych ciemnościach, dodatkowo wzmacniały uczucie nierealności i ulotności wszystkiego co materialne. I właśnie wtedy łatwiej było zrozumieć całą ideę przemijania, bez odgłosu szorowania grobów, przepychanek w wąskich uliczkach i tłumu przy straganach z kwiatami.

Dla dzieci to wciąż abstrakcja, ale Hania rozumie już co nieco. Śmierć nie jest przecież niczym, co i my w pełni rozumiemy i akceptujemy, a jednak uczymy się zyć w jej cieniu. Jak zwykle największym bólem była dla mnie wizyta na grobach dzieci, nie umiem przechodzić obok nich obojętnie, nad rozpaczą rodziców i rodziny, nad nigdy nie spełnionymi nadziejami. Pomodliłam się za wszystkie znane mi i nieznane, ale bliskie dzieci, które odeszły.

Wróciliśmy przemoknięci, ale każdy na swój sposób spełniony: wspólnym rodzinnym spacerem w deszczowy wieczór, kiedy ulice są puste, wspólnym przeżyciem i zadumą, tak potrzebną w święto wszystkich świętym, a o której tak łatwo zapomnieć w tłumie innych rodzin.

poniedziałek, 26 października 2009

Wchodzę rano do pokoju. Hania leży na podłodze, przykryta kołdrą z głową na poduszce.

- Haniu, spadłaś z łóżka?

- Nie, położyłam się na dole, bo ciągle mi kołdra spadała, a tu mi nie spada. I mamusiu, tak sobie myślę o domu. To jest żywy dom, który ma oczy. Jak ktoś przechodzi koło niego to je zamyka, żeby nikt nie wiedział, że jest żywy. I tak się zastanawiam, co jest w jego środku? Jutro też poleżę rano na podłodze, to wtedy wymyślę.

**************************************************

Brunio, nocny marek, ogląda z nami program "Mam talent", a raczej siedzi z nami na kanapie i naśladuje to, co sie dzieje w tv, tańczy, śpiewa, gimnastykuje się. Szczególną jego uwagę zwróciły jednak dwie dziewczynki-akrobatyczki. Bruno ogląda z uwagą na koniec występu głośno woła:

- brawo Cinki! (brawo dziewczynki!)

Z tej samej bajki:

Kroję paprykę na paellę, którą robi dla mnie M. Obok stoi Brunio, rozmawiamy. W końcu skończyłam kroić, wołam:

- skończyłam, papryka pokrojona.

- Brawo Mama!- chwali mnie Synek.

sobota, 24 października 2009
Wieczorny spacer. Wchodzimy w nieco ciemniejszą uliczkę. Brunio rozgląda się i mówi:
- Ale ciemno.
I woła głośno:
- Zapalić światło!!!
piątek, 23 października 2009

Poza drobnymi uciążliwościami, Brunio urasta nam na show-mana. Rozgadał się ostatnio i aż żal mi teraz, że nie pamiętam dokładnie jego błyskotliwych uwag, celnych ripost.

Nasz kontaktowy synek uwielbia miedzy innymi rozmawiać przez telefon. Niech tylko zauważy, że telefon idzie w ruch, od razu postanawia się dołączyć. Bierze wtedy słuchawkę do ucha i od razu przechodzi do konkretów. Mówi do słuchawki:

- Halo? dzień dobly! Tu mówi Bunio, jestem chopcem (chłopcem) i jestem w domu. A Ty gdzie jesteś? co lobisz?

-....

- a jak sie czujisz? (a jak się czujesz)? A ja byłem u Zusi!

Podczas rozmowy przez moją komórkę zauważył wyświetlające sie na pulpicie mroczne, czarnogórskie góry. Jako że akurat rozmawiał z własnym Tatą wracającym z pracy, połaczył oba fakty i zapytał:

- Tata, jesteś w gólach? (w górach)?

Przychodzących do domu domowników zaraz po spontanicznym wybuchu radości wita słowami:

- gdzie byłaś?

Hania w tym samym czasie też nie próżnuje. Ostatnio bardzo polubiłyśmy  wierszyki, które czytam na dobranoc. Jeden z nich tak sie Hani spodobał, że po dwukrotnym przeczytaniu nauczyła się go na pamięć. Niesamowita ta moja pannica...po jednym dniu wierszyk znam i ja :) (szło ulicą straszydło, znalazło przed sklepem mydło (...) -namiary na książkę w "Hania czyta". I tak sobie myślę, że chyba muszę odszukać moje ukochane wiersze z dzieciństwa, autorstwa niezastąpionej Danuty Wawiłow. Jako dorosła osoba mam awersję do dziecięcych wierszyków, które przez wymóg doboru rymujących się słów, tracą wszelki sens. Niektóre zaś wiersze są zbyt abstrakcyjne dla słuchającego go malucha. Wiersze Wawiłow były mi zawsze bliskie, takie zwyczajne, a jednocześnie pełne uroku, wesołe, łobuzerskie nawet. Wiele z nich znam na pamięć do dziś. Teraz pora na moją Hanię - już kiedyś próbowałam ich, z dodatkiem wierszy Natalii Usenko, ale to jeszcze nie był czas wielkiej miłości wierszy, może teraz się uda?

A jakie wiersze uwielbiają Wasze dzieci (oprócz oczywiście nieśmiertelnych evergreen'ów czyli Tuwima i Brzechwy)?

czwartek, 22 października 2009

O której bym się nie położyła spać (no dobra, najwcześniej zdarzyło mi się o 22:30), i tak rano, kiedy M. przychodzi mnie budzić, wydaję mimowolny jęk: 'to już?". W półśnie mam wciąż nadzieję, że to jeszcze nie rano, że to noc, a M. chce mnie tylko o coś zapytać. Niestety, rzeczywistość jest okrutna. Taka to chyba pora roku, że większość ludzi zapada w śpiączkę na jawie. Nieprzytomne ciała tłuką sie pociągami, tramwajami, a w pracy próbują reanimować się kolejnymi kubkami kawy lub zielonej herbaty.

Takich problemów nie ma Brunio. To facet, który lubi sam decydować o swoim życiu. Kiedy pierwszego dnia nie spał w ciągu dnia, mieliśmy jeszcze cień nadziei, że może wieczorem szybciej zaśnie (o tym, że pójdzie wcześniej spać nawet nie pomyśleliśmy). Niestety, Bru mimo kiepskiego nastroju ze zmęczenia trzymał sie nieźle. Na wieczornej fali zdołał niewiadomo kiedy jak i gdzie (niewyjaśnione do tej pory) pomazać ścianę przy kanapie oraz ową kanapę ze wszystkich stron. Na pomarańczowo. Czyżby to miało znaczyć: "podaruj mi trochę słońca?" Cóż, radosna twórczość napawa go dumą do tej pory, śmiało przyznaje się do swego dzieła, niepomny na łajanie przez rodzicielkę. A wieczorem zasnął godzinę po Hani i zdołał ukradkiem zrobić jeszcze potworny bałagan w swoim pokoju. Zasnął z nosem w książce w pozycji klęcznej.

Następnego dnia czekaliśmy z ciekawością: odeśpi czy nie? W końcu do tej pory codziennie spał po ok 1,5-2h.  Historia była jeszcze ciekawsza. Bru kładziony popołudniu najpierw nie chcial sie położyć, a potem wpadł na szatański plan. Położony za trzecim razem do łóżeczka posłusznie zamknął oczy, ale to był tylko kamuflaż. Poczekał, aż ciocia zniknie na dole, wymknął sie do Królestwa Hani, najwspanialszego pomieszczenia w domu. Wiedziony falą natchnienia wyciągnął schowane głęboko farby i wymalował nimi dokładnie meble u siostry, tworzac kolorowe malowidło, którego usuwanie trwało godzinę. Nikt po tym nie próbował go już kłaść.

Wieczorem Bru miał oczy na zapałkach i jedynie dzięki swojemu uporowi nie chciał iść spać. Kiedy w końcu przyłapałam go na kanapie, jak zasypia, stanowczo zaprzeczył i powiedział "jesce nie spać!". I rzeczywiście, wypił mleko i zdołał jeszcze narozrabiać. Padł w końcu niewiele wcześniej niż zwykle.

A Hania wczoraj sama poprosiła mnie, żeby położyc się wcześniej, bo jest niewyspana. I tak też się stało. Żałowałam tylko, że nie moge położyć się obok niej i po prostu spać do rana....

Ciekawe jak bedzie dzisiaj?

wtorek, 20 października 2009
Zdjęcia z ostatnich paru dni:





poniedziałek, 19 października 2009

Nie było mnie trochę, odwiesiłam blog na krótki czas na bok, ponieważ mieliśmy rodzinny wypad urlopowy do Luksemburga, zwizytować siostrę. W miedzyczasie przemknęły gdzieś urodziny Hani, które nie powinny jednakże przejść bez echa, bo to ważne wydarzenie. Moja córeczka ma już 5 lat i może swój wiek pokazywać bez zaginania żadnych paluszków na jednej rączce.

Opisać mi ją jest bardzo trudno, bowiem Hania to osoba o złożonym charakterze, ma swoje wady i swoje zalety. W ciagu ostatniego roku bardzo się zmieniła, po operacji na migdały nabrała odwagi i sił, zdobyła sprawność pływaka oraz z niezwykłą motywacją uczyła się jazdy na nartach. Jest bardzo wrażliwa i łatwo wpada w płacz, z drugiej strony jest bardzo emocjonalna i dużo w niej czułości i ciepła. Jest uporzadkowana i lubi być w zgodzie ze światem. Z wielkim oddaniem opiekuje się Bruniem i nowym przyjacielem, kotem Pędzlem. Chciałaby zostać bibliotekarką, ale marzy też o zawodzie tancerki. Jest ambitna i dokładna, ale czasem tak rozmarzona i zamyślona, jakby była w innym świecie. Lubi śpiewać piosenki i czytać i oglądać książki, filmy nie za bardzo ją pociągają, poza niektórymi, jej ulubione to "mój sąsiad totoro" i "auta". Pierwszy wypad do kina, który miał miejsce ostatnio, znudził Hanię.

Chociaż wydaje sie podążać śladem dziewczyńskich mód ze swoim zamiłowaniem do księżniczek i różu, ma też zainteresowania, które wydają sie być na innym biegunie. Lubi bawić się samochodami, jej ukochany bohater książkowy to kot Findus, a mając do wyboru kalendarz z disneyowskimi księżniczkami a z Pettsonem (a właściwie Pettersonem, bo było to w Niemczech) i Findusem, nie wahała się ani chwili i wybrała ten drugi (ufff).

Lubi siadać sobie razem ze mną i rozmawiać, lubi jak jej opowiadam historie z życia rodziny albo bajki wymyślane przeze mnie na poczekaniu. Rozmawiać ze sobą możemy godzinami i te chwile lubimy najbardziej. Niedawno rozpoczęła sie też u Hani faza wymyślania własnych bajek, które zawsze obfitują w dramatyczne wydarzenia dla lepszego przykucia słuchacza. Takie bajki na ogół ciągną się niczym serial "piękni i bogaci (czy jak to było, taki znany tasiemiec z bryżdzem bodajże - nie wiem, nie widziałam, znam ze słyszenia ;)

Jest z niej bardzo dzielna Turystka, uwielbia zwiedzać świat, nie narzeka i maszreruje dzielnie zdobywając najwyższe zamki, a w każdej restauracji można znaleźć dla niej coś do jedzenia.

To, że ją kocham i jestem z niej dumna to oczywiste, jak na nią patrzę to aż nie chce mi się uwierzyć, jaką cudowną mam córeczkę. I wciąż powtarzam jej, że ją kocham, jest moim słoneczkiem. Nie wyobrażam sobie życia bez niej.

Haniu, jeśli kiedyś przeczytasz te słowa, kocham Cię mocno, nie zmieniaj się. A w głębi serca życzę Ci dużo miłości, przyjaźni i prawości. Do tego mądrości i prawdziwości. całuję Cię, Najkochańsza Córeczko na świecie!

PS. Podziękowania dla Taty chrzestnego z rodziną, który pamiętał o urodzinach i zadzwonił z życzeniami - kochani, wkrótce spotkanie, dam znać!

wtorek, 06 października 2009

Czas z dziećmi biegnie zupełnie inaczej. Człowiek posiadający potomstwo dopiero wtedy uzmysławia sobie, jak bardzo wypełnić można czas, który standardowo wystarczał jedynie na parę czynności. Bo czas z dziećmi biegnie inaczej, wygina, zagina a czasem biegnie zupełnie równolegle.

Środek nocy. Po cichutku, po malutku korytarzem skrada się postać. Otwiera drzwi do sypialni rodziców i niczym duch staje nad rodzicielką. Mina nieszczęśliwa, a smutne oczki błyszczą wśród nocnych ciemności

- co się stało, Hanusiu - bełkoczę zaspana, obudzona niezawodnym instyktem macierzyńskiem (małżonek chrapie obok).

- Mamusiu, bo nad moim łóżkiem jest wielka pajęczyna i ja wcale nie chcę, żeby ona tam była!  - pochlipuje córka.

Zwlekam sie wiec z łóża i sunę do jej pokoju. Staję nad rzeczonym łóżkiem i patrzę, patrzę, patrzę. Wzrok mam nieostry, wiec widzę tylko rozmazane kontury mebla, jakąś białą plamę, widać głowa jeszcze śpi, a w raz z nią zmysł wzroku. Ale nie poddaję się, koncentruję i znowu patrzę. Jednak im bardziej patrzę, tym bardziej pajęczyny tam nie ma.

- Słoneczko, to był tylko zły sen, nie ma tu żadnej pajęczyny, widzisz? połóż sie do łóżeczka, a ja zaczaruję, żebyś miała piękny sen. Tulę i przytulam ją i odpływam do swojego łóżka rozgrzać się pod kołdrą.

5 minut później przeżywam deja vu. Ta sama zjawa nocna, te same cichutkie plaśnięcia bosych stóp na podłodze.

- Mamusiu, bo ja nie mogę zasnać....

a ja mogłabym, gdyby mi pozwolono. Pakuję wiec córę do małżeńskiego łóżka, oddaję jej moją jedyną, ulubioną poduszkę z uwielbianą przeze mnie poszewką od Dorotki, mamy Trusi i niczym zjawa przemieszczam sie do syna, który postanowił włączyć się do nocnych pobudek. Tulę, całuję, w końcu zasypiamy z Hanią leżącą między rodzicami, ściągającą ze mnie kołdrę.

Droga do przedszkola to też wyzwanie, zwłaszcza jesienią. Niczego nie świadoma (to M. na ogół odprowadza Hanię) idę starą sprawdzoną drogą. Ale jest jesień, a po drodze, ku szczęściu Hani, rosną kasztanowce. I codziennie trzeba sprawdzić pod każdym, czy jakieś nowe, brązowe skarby nie spadły na ziemię. A jak nie ma kasztanów, to mogą być skorupki z kolcami, skrupulatnie pakowane do kieszeni maminego płaszcza. Na końcu zaś trzeba znaleźć liście. Przy drugim kasztanowcu straciłam nadzieję, że dojadę o przyzwoitej godzinie do pracy. Przy trzecim kombinowałam już nad wytłumaczeniem spóźnienia. przy piątym sama dobierałam kolorowe liście do bukietu Hani.

W szatni przedszkolnej powinna za to zawisnąć tabliczka "zakaz pospieszania dzieci". Zauważyłam, że dzieci pospieszane przez nerwowych rodziców denerwują sie bardziej niż zwykle, plącza się sznurówki, oczy same zapatrują sie w dal, a chustki jak na złość przytulają się mocno do szyi, nie chcąc zostać na cały dzień w małej szafce. Nie spieszymy się wiec, spokojnie zakładamy kapcie. A kiedy w drzwiach sali dostaję od Hani czuły uścisk i buziaka na do widzenia, żałuję, że tak szybko zleciał ten poranny spacer, że muszę czekać cały pracowy dzień, żeby znowu ją zobaczyć.

tak tak, ten czas to bardzo tajemnicza sprawa.

piątek, 02 października 2009

Czyli Hania pływaczka.

Musze pochwalić Hanię, bowiem w ostatnią sobotę po raz pierwszy w życiu przepłynęła ok.5m na basenie bez żadnego wsparcia typu rękawki, była tylko w okularkach (i w kostiumie, ma się rozumieć). Naprawdę zadziwiające rezultaty ta moja córka odnosi, ambitny typ, a wspiera ją we dwóch, własny ojciec, który delikatnie ale stanowczo przejął opiekę nad Hanulą w kąpielowych sprawach i Trener z Powołania, który jest zaprzyjaźniony z Hanią, ale wysoko stawia poprzeczkę i nie ma u niego taryfy ulgowej. Za to są rezultaty.

Gdyby to mnie przyszło wspierać Hanie, pewnie jeszcze teraz pływałaby w kółku i w rękawkach, trzymając mnie za rękę. Taka już moja natura asekuracyjna, że popieram postępy, ale w małych dawkach. Tymczasem dwaj panowie wykorzystali potencjał i ambicję dziewczyny i sa rezultaty. I na każdych zajęciach Hania uczy się czegoś nowego.

A wieczorami M. trenuje z Hanią jazdę na rowerze na dwóch kółkach. A

Ja zaś rozpoczynam z Hanią zabawy literkowe związane z poniższą książką:

Hania bez problemu wpisuje już na wykonane przez siebie rysunki nazwy wszystkich członków rodziny, ale pora na cos wiecej i na utrwalenie tego co jest.

Jesień to początek nauki, u wszystkich :)

Ćwiczą moje dzieci, ćwiczą.

Hania rozwija swoje opowieści, streszczenia, potrafi mówić całymi rozdziałami, opowieściami. W pewnym momencie wątek wyczerpuje sie i po krótkiej chwili namysłu Hania opowiada mi coś nowego. Oczywiście, jak na moją córkę przystało, coś zupełnie nie związanego z poprzednim tematem.

- wiesz Mamusiu, widziałam taką bajkę w przedszkolu i tam był kangur i on miał dwie mamusie, wiesz? Naprawdę dwie mamusie i ten kangur nie umiał skakać, ale ....

W wolnych chwilach Hani doskonali swoje kulinarne umiejętności, wyrabia ciasto na szarlotkę, miesza mielone z jajkiem i przyprawami, przygotowuje pomidory do suszenia, słucha i uczy się ile da. Wyciągnęłąm czekającą na taki właśnie czas "Cecylkę Knedelek" i czytamy. Ja nawet zrobiłam jedną potrawę z tej książki na imieninową kolację dla M., polecam tę pozycję. Co lepiej, w kulinarne prace wciągam też ciekawskiego Brumiśka, niech się uczy od małego (od mamy :).

Bruno natomiast ma gadane. Ten facet nie zginie w życiu. Potrafi znaleźć się w każdej sytuacji, a teksty które sypie jak z rękawa już teraz wywracają nas ze śmiechu na drugą stronę, a co bedzie później? Faza na przybieranie innych postaci wciąż trwa, teraz Brunio bywa misiem, mama afą (żyrafą), Tata kodylem (krokodylem) albo soniem (słoniem). W końcu wyobraźnie nie ma granic.

W wolnych chwilach zaś Brunio buduje ciągnące się przez całe pokoje sznury z samochodów, poustawianych jeden za drugim. "mama mia, robimy korek" - woła Hania i z radością dołacza się do pułapek podłogowych. Takie sznury znajduje zarówno na łóżku dziecięcym po przebudzeniu synka, jak i w łazience podczas przebierania. Podczas przemieszczania się po domu Bruniek musi nieść ze soba przynajmniej ze trzy samochody, a jak już nie daje rady, woła mamę.  

A ja na nowo układam sobie plan dnia, bo ostatnio ciężko mi nadążyć za swoją codziennością w labiryncie obowiązków. Muszę zapanować na tą syzyfową pracą i znaleźć czas na wszystko, ale nie kosztem mojego snu, bo ostatnio podpierałam się nosem. Stąd też przestoje na blogu. Ale niedługo wrócę z nowymi siłami.

Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru