niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
piątek, 31 października 2008

Kiedy czasem jest mi źle i mam wrażenie, że świat sie do mnie odwrócił plecami, szukam swojego punktu oparcia. Maużonek jest a jakby go nie było, własna rodzicielka po raz kolejny udowadnia mi, jak bardzo kiepska jestem a reszta ludzi codziennie zabiegana, łapię sie myśli, że jest ktoś, komu zależy, żebym była. Ktoś, kto czeka na mnie niecierpliwie, całym sobą. Ktoś, a raczej dwoje ktosiów. Moje dzieciaki.

Gdy wchodzę po schodach po domu do domu, nie mogę sie doczekać widoku ich min na mój widok. Pukam głośno w szybę i widzę jak ich twarze się rozświetlają. Chór mieszany wykonuje głośne okrzyki "Mama!", z wybitnym udziałem basowych okrzyków radości młodszego z dzieci. Po chwili rozlega sie głośny tupot "tup! tup! tup!", kiedy to Bruno biegnie do mnie na swych silnych, męskich nóżkach, w połowie dystansu wyprzedza go jednak lekko Hania, która niby to z roztargnienia porzuciła gdzies kapcie i lata po domu boso. Nie minie minuta, jak wiszą na mnie obydwoje, wtulając się w moje ramiona ale i w siebie nawzajem.

Po spełnieniu niezbędnego rytuału czułości, dzieci przechodzą do punktu kolejnego, czyli do praktycznego wykorzystania mamy. Hania przejęta opowiada mi, co tylko ma najciekawszego do powiedzenia (niekoniecznie co się zdarzyło tego dnia) z zaznaczeniem osiągnięć własnych, Bruno zaś dopomina się o swoją porcję uwagi. Maluch wyciąga ręce i po swojemu skarży sie na porzucenie, na nudę, na kiepską widoczność z poziomu małego dziecka oraz na całe zło świata. Wysłuchuję ich relacji jednym uchem i kiwam głową potakująco, ba! zadaję nawet odpowiednie pytania (taaak? naprawdę? jak to?). Jednocześnie na ręku trzymam Brunia i upycham zakupy w lodówce, żeby koty z zacięciem złodziejskim nie zdążyły przejąć siatek.

I chociaż marzę wtedy o filiżance herbaty oraz leżeniu w łózku i kontemplacji sufitu, dzielę sie na trzy części a może i na cztery: gram z Hania w grzybobranie, pokazuję Bruniowi co jest za oknem i tłumaczę mu czym sie różni seler od ziemniaka oraz przygotowuję obiad i podwieczorek dla dzieciaków.

 Myślę też sobie wtedy, chociaż całkiem cichutko i niespostrzeżenie,  jak to dobrze mieć dom, do którego zawsze można wrócić i gdzie ktoś zawsze na mnie czeka. I to nie byle kto :)

czwartek, 30 października 2008

Dzisiaj zamiast notki, zamieszczam zdjęcie, które znalazłam w sieci (a dokładniej dostałam e-mailem razem z żarcikami). Niestety, nie znam jego autora, mam nadzieję, że nie ma nic przeciwko umieszczenia zdjecia tutaj.

Żeby Was zaciekawić, spróbujcie wyobrazić sobie tę całą sytuację: kim są te dwie staruszki siedzące w tle? Czy obgadują Staruszkę na huśtawce? Zazdroszczą jej, mówią, że co jej odbiło na stare lata? A może wiedzą, że Franka zawsze była szalona i trochę jej zazdroszczą? I kim jest tajemnicza Staruszka? Wolnym duchem, który zawsze robi to co chce? Wyalienowałą, zdziwaczałą Staruszką? Wesołą Babunią, która czuje sie, jakby miała 20 lat? Prawda, że to może być bardzo inspirujace :)

PS. zdradzę Wam tajemicę, to ja za 50 lat - tam na huśtawce :)

środa, 29 października 2008

Noc. Leżę sobie spokojnie w łóżku i rozmyślam o milionach spraw. Gorączkowa gonitwa myśli w mojej głowie przyjemnie kontrastuje z aksamitną ciszą domu, słyszę tylko mój oddech i rytmiczne pochrapywanie Hani z jej pokoju. Brunio jak zwykle śpi cichutko jak myszka, a koty śpią nieruchomo na kanapie piętro niżej, łapiąc ciepła, ile się da.

Nagle ciszę rozcina tajemniczy dźwięk.

- Kap! Kap! Kap! Kap! Du du la la la la du du la la la la!

Błyskawicznie rozpoznaję dźwięki zabawkowego ekspresu do kawy, imitującego proces zaparzania wraz ze skoczną melodią na końcu, a który to (ekspres oczywiście) stoi u Hani w pokoju. Dźwięki te uruchamia sie specjalnym włącznikiem.

Za parę dni święto Zmarłych.

wtorek, 28 października 2008

Za oknem jesienna szarość, ale warto już po mału przygotować się do zimy. Wtulone w ciepłą kołdrę, czytamy z Hanią historię, która rozgrywa się wśród pięknych płatków padającego śniegu. Otulone śniegiem brzozy wyglądają bajkowo, podobnie jak ilustracje do tej sympatycznej opowieści. A główne postacie wydają sie być zupełnie podobne do ciotecznych sióstr, Zosi i Basi!

Hania słucha opowieści z przejęciem, chociaż czytam ją już drugi raz. Razem kiwamy głowami nad niedobrym panem Anderssonem, razem planujemy pieczenie światecznych pierników i razem denerwujemy się, jak skończy się przygoda Lisabet. Wartka akcja wciągnęła nas bez reszty i tak to za jednym czytaniem przeczytałyśmy całą książkę. Zresztą, czy ksiązki Atrid Lindgren trzeba komuś polecać?

Powiem jedno: warto.

Astrid Lindgren "Patrz Madika, pada śnieg", ilustracje Ilon Wikland, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2007

niedziela, 26 października 2008
Zaczęło się od małego kaszelku. Ot, taki malutki i zupełnie niegroźny. Kto by tam się przejmował kaszlem w piękny, słoneczny, jesienny dzień. Następnego dnia zrobił się z niego kaszel. Pani w przedszkolu ostrzegła mnie, że Hania kaszle i ma bolące gardło. Domowa kuracja z wszelkich możliwych środków sprawiła tylko tyle, że następnego dnia kaszel przeszedł w kaszlisko. Utajnione dziadostwo u rejonowej lekarki okazało się być spowodowane wirusem (chociaż ja w to wątpię). Leczenie też jakieś słabe: bańki, eurespal i homeopatia. Ech, znowu choroba.

Mam ochotę wyjąć Hani migdała własnymi rękami, rozstrzelać go na tarczy strzeleckiej, pokroić na desce a potem dać zjeść kotom. Od choroby do choroby, od infekcji do infekcji, parę dni przerwy i od nowa. A potem parę dni później echo u Brunia. Odpukać, oby teraz Bru nie dostał od siostry choroby. Boję się też, czy uda się z Hanią dotrwać do nowego terminu operacji, 14 IX, w zasadzie powinna siedzieć w domu, odizolowana od zagluconych i kaszlących dzieci w przedszkolu. Jutro i pojutrze posiedzą z nią babcie na zmianę, ale co dalej?

Oj, nie mam ostatnio cierpliwości do tego maratonu problemów i zmartwień. Brak mi wytchnienia. Nawet planowana od miesiąca moja impreza imieninowa z moimi super dziewczynami została odwołana w ostatniej chwili ze względu na Hanię. Dzień ten wiec spedziłam na porządkach i codziennych obowiązkach.
Ech, kończę, bo zaczynam zrzędzić, a to do mnie niepodobne. Zaraz naszykuję sobie specjalną gumkę, żeby jutro pięknie uśmiechać się w biurze. A na razie - dobranoc! 
piątek, 24 października 2008

Kiedy dziecko sie rodzi, szukamy w nim podobieństwa do rodziców. Dwa rodzinne zgromadzenia (ze strony Ojca i Matki) debatują i wydają wyrok: brwi po tatusiu, usteczka po mamie (biada, jeśli podobne jest do sąsiada :) Te fizyczne dowody na pokrewieństwo genów wydają sie być tak ważne, czasem nawet najważniejsze dla szeroko rozumianej rodziny.

Ostatnio zdałam sobie sprawę, jak bardzo wychowanie, wspólne życie z dzieckiem, ma na niego wpływ. To zapewne nic nowego, ale dopiero uwagi ludzi z boku pozwoliły mi zauważyć w Hani moje gesty i przyzwyczajenia. Coś nieuświadomionego, tak zwyczajnego i banalnego, staje sie stylem bycia dziecka.

Odkrycie to zawdzięczam banalnej rzeczy. Hania ni z tego ni z owego, zaczęła ścielić co rano swoje łóżeczko, najpierw wyprostowując kołdrę, potem ładnie układając na to narzutę. Byłam zadziwiona: czterolatka - nikt jej tego nie uczył, skąd taki pomysł? Przedszkole, babcia? Dopiero M. wydobył z Hani, że tego ścielenia nauczyła sie ona od ... mamy! I wtedy faktycznie, uzmysłowiłam sobie, że Hania obserwowała, jak ścielę nasze małżeńskie łóżko. Jeden raz i drugi...wystarczyło.

Potem, razem z Teściami, zachwycałam się tym, że Hania jest taka uprzejma i czuła, że dziękuje za wszystko, że przytula się do braciszka. Usłyszałam, że jak to, że Hania nauczyła sie tego ode mnie, ze to widać, że robi jak ja. I to nie moje słowa!

I książeczki. Czytanie nagminnie i wszędzie. W chwilach zmęczenia Hania siada sobie z dowolną książeczką na kanapie i spokojnie ją sobie "czyta". W sklepie nie widzi co się dzieje, jeśli tylko dać jej pod nos książeczkę i posadzić w wózku sklepowym. Nasz wieczorny rytuał czytania to bardzo ważna sprawa - pozbawienie tego Hani kończy się długim i przejmującym rykiem. To przecież cała ja!

To tylko kilka banalnych spraw (wiem, że akurat pozytywnych, ale te ostatnio zostały zauważone i uświadomione mi przez bliskich), ale zdałam sobie sprawę, jaki duży wpływ mam na swoje dziecko. W pewien sposób to świadectwo nas samych - tylko mała część stylu  bycia dziecka jest wynikiem naszych świadomych działań, wychowania, duża za to to rezultat obserwacji życia domowego, relacji między rodzicami, nawyków i ich kultury. Jak duży mamy wpływ na nasze dzieci a w związku z tym jak duża odpowiedzialność na nas leży! Zanim moje dzieci znajdą swoje miejsce w życiu, uświadomią sobie kim chcą być i jaką ścieżką podążać, zanim przejdą ostateczny bunt, aby przeobrazić się w świadomych siebie ludzi, będą obserwować mnie, wierząc, że to ja mam wystarczającą wiedzę o tym jak trzeba dobrze żyć.

Chyba muszę wziąć sie za siebie :)

czwartek, 23 października 2008

Haniowe:

- dzisiajszy (na logikę biorąc to czemu nie tak tego pisać?)

- sztuńczyk (l.poj. od sztućce)

- Babciu, wiesz, a Tatuś maluje barierkę w kolorze oczów moich i mamy! (faktycznie, będzie ciemnobrązowa)

Rozmowa o przedszkolu i pracy:

Ja: wiesz Haniu, ja to nie mam tak fajnie w pracy, jak Ty masz w przedszkolu, nie mam obiadków, nie mam leżakowania, chociaż bardzo chciałabym mieć, mam tylko dużo pracy.

H: Mamusiu, a Ty sie rozbierasz w pracy? ( Hmm, nie, mam prace biurową :) ale chodziło tutaj o rozbieranie sie z bluzy i bieganie z krótkim rękawkiem w przedszkolnych butach).

PS.A w ogóle to mam lekkiego doła, zmartwienia i brak siły. Mam nadzieję, że wkrótce będzie lepiej.

poniedziałek, 20 października 2008

Dzisiaj notki nie będzie.

Korzystając z pięknej pogody, spacerujemy, obrzucamy się liśćmi, zbieramy kasztany i orzechy, kolekcjonujemy czerwone liście, a potem robimy z nich wycinanko-najklejanki.

Gonimy malucha, zdejmujemy go z płotów i bram, podziwiamy z nim pieski, listki, zachwycamy się kałużą (wooo-daaa), posuwamy sie w tempie ślimaczym albo wręcz idziemy do tyłu, wyjmujemy z rączek żołędzie i po raz kolejny wołamy "złapię Cię! Mama zaraz złapie Misia!".

Ja wdycham zapach liści (taki orzechowy, gorzki, mocny), szuram sobie bez umiaru i szeleszczę całym lisciowym bogactwem, a jak sie da, wystawiam bladą twarz do ostatnich promieni słońca.

Innymi słowy, nie ma czasu na pisanie. Trzeba korzystać z pięknym promieni słonecznych i prawdziwej, złotej jesieni, czego i Wam życzę!

sobota, 18 października 2008

Brumiś, mężczyzna charakterny, w różnych momentach życia pokazuje nam swój spryt i inteligencję. Ten mały człowieczek rozumie znacznie więcej, niż by się mogło wydawać. Poproszony o przyniesienie drugiej własnej skarpetki, mamy buta czy innego przedmiotu, bez wahania przynosi daną rzecz.Pokaże też bezbłędnie, gdzie leży odkurzacz. Odkrył również krzesła, na których siada jak stary, ale które przede wszystkim wykorzystuje je do swoich własnych celów. W przeciwieństwie do szalejących dzieci, Brunio postępuje metodycznie - przysuwa sobie krzesło, włazi na niego i na przykład włącza precyzyjnie kuchenkę mikrofalową (po uprzedniej wnikliwej obserwacji, który to guzik ją uruchamia). Zabawa we włączanie światła to też pierwszoligowa sprawa. Najbardziej Bru lubi mały podeścik -stołeczek dla dzieci, który przystawia sobie do wysoko położonych przedmiotów np. umywalki, za jego pomocą można też sięgnąć do półki z książkami, nie przeznaczonymi dla dzieci. Po mału też kombinuje, jak otwierac drzwi - wspina się, żeby dosięgnąć do klamki i raz już się mu to udało. Mógłby śmiało służyć, jako tester zabezpieczeń antydziecięcych, myślę, że firmy musiałyby znacznie udoskonalić swoje produkty.

Same urządzenia elektryczne są dla Brunia wielkim wyzwaniem. Przełączanie zegarka na kuchence w kuchni, wyłączanie komputera,czy też przełączanie stacji pilotem (zwłaszcza podczas wieczornej bajki, wywołuje to wybuch rozpaczy u starszej siostry), to zajęcia godne małego elektronika.

Bruno ma bardzo dobry słuch, ale służy mu on do sobie znanych celów. Do perfekcji opanował dźwiękonaśladownictwo, typu dźwięk wycieraczek w samochodzie, spadających kropel, a jego ulubioną zabawką jest ekspres do kawy z zestawem specjalnych dźwięków - Brunio siada sobie na stołeczku, włącza ulubione i słucha ich przez dłuższy czas, czasem niczym hip-hopowiec nosi ekspres ze sobą. Bru bez problemów umie powtarzać, nawet trudne wyrazy, ale nic z tego nie wynika. Powtarza po nas to co usłyszy (buzia, nos, traktor), ale nie uważa ich za tyle ważnych, żeby umieścić w swoim słowniku.

Moje ulubione słówko to wizytówka Brunia: sam o sobie powiedział ostatnio -brum, brum, bruuuunio! A z nowości: kukuru (tak mówi kogut), bu -buty.

piątek, 17 października 2008

Maużonek jedzie w delegację. Przede mną wolny wieczór. Z jednej strony - samotna opieka nad dwójką dzieci, kąpiele, karmienie i brak wieczornej rozmowy o życiu i grzejnika w łóżku :)  Z drugiej strony - no właśnie, co lubicie robić, jak jesteście zupełnie same/sami?

Głośne słuchanie ulubionej muzyki, tańce i śpiewy na środku salonu (nie cierpię, jak ktoś patrzy jak tańczę), jakiś wykręcony film na dvd, godzinna kąpiel w wannie z pianą, micha ulubionej sałaty (na ogół podżeranej przez maużonka) i spanie w poprzek łóżka. Pewnie, ze będę tęsknić, ale taki samotny wieczór też moze być piękny. Macie pomysły, co by tu jeszcze można zrobić (oczywiście z dwójką dzieci śpiących na górze i z koniecznością bezwględnego wstania rano w celu zajęcia sie dwójką rześkich i energicznych dzieciaków)?

Rzeczywistość jest taka, że zrobię zaległe porządki w szafach (muszę wreszcie wywieźć rzeczy dla biednych), upiekę zaległą szarlotkę (mamy dużo jabłek od dziadka) i zrobię jakieś danie na ciepło dla jutrzejszych gości (jeszcze nie wiem co, zupa cukiniowa? Leczo? Fasolkę po bretońsku?).

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru