niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
środa, 31 października 2007
Hania siedzi i przy stole i razem ze swoją 2-letnią siostrą cioteczną, Basią, zjada twarożek. W przerwach między łyżkami coś opowiada ledwie mówiącej siostrze. Podchodzi Busia i zaczyna cos mówić. Na to Hania:

- Busiu, ja teraz rozmawiam z Basią. Nie przeszkadzaj!
wtorek, 30 października 2007
Kiedy nadchodzi koniec pażdziernika, pod stopami gromadzą się zastępy powykrzywianych reumatyzmem liści, kiedy słońce świeci przez mgłę, żeby nie było widać jego zmarszczek - wiem, że nadchodzi święto zmarłych. Święto wyjątkowe, bo nie skomercjalizowane, nie przeładowane formą. Dzień, który wymaga od nas przede wszystkim myślenia, refleksji nad czasem, śmiercią. Z jednej strony to świadectwo, że pamiętamy o tych co odeszli, z drugiej strony oswajamy nasz własny lęk przed nicością, przed odejściem. Rozbudowane cmentarze uświadamiają nam, że przyjdzie czas kiedy i my rozłożymy się pod jakimś kasztanem a ludzie będą nas mijac obojętnie wzrokiem.

Kwintesencją spotkania życia i śmierci, tego kręgu życia, była dla mnie chwila, kiedy uległam rozpaczliwym prośbom synka i nakarmiłam go piersią na cmentarzu. Czułam się nieswojo, ale bardziej obawiałam się tych żyjących, ich komentarzy, że nie wypada etc. Siedząc na małej ławeczce czulam, że ta łącząca mnie w tej chwili z dzieckiem nierozerwalna wieź jest właśnie idealnym uzupełnieniem braku życia na cmentarzu. Śmierć i życie to przecież dwie strony tego samego medalu.

Co do Hani to jeszcze nie rozumie dokładnie tego święta. Cieszy się na spacer z rodzicami, zbiera kasztany i kolorowe liście, razem ze mną sprząta groby i przytrzymuje znicze. Pamiętam, kiedy i ja podczas wypraw maczałam palce w zniczach (kiedyś bez przykrywek) tworząc unikalne wzory nakładającej się na siebie stearyny. Pamiętam smak niemożliwie słodkiej pańskiej skórki i zapach dymu od tysięcy zniczy. I ten półmrok oświetalny tyloma małymi światełkami. Pamiętam wyprawy na groby bliskich, których nigdy nie znałam, ale też odwiedziny na grobach ważnych Polaków, żołnierzy AK etc., taka mała lekcja patriotyzmu.

Za jakiś czas przekażę tę pałęczkę dalej, moim dzieciom i mam nadzieję, że oni też będą odbierać to w ten sposób.
sobota, 27 października 2007
Jedną z większych przyjemności "posiadania" dziecka, jest możliwość obserwowania jego rozwoju. Z malutkiego niemowlaka dzień po dniu wyrasta mały człowiek o swoich nawykach i z charakterem. Właściwie niewiadomo kiedy to sie dzieje - chyba dzieciaki pod osłoną nocy uczą się nowych sztuczek z tajnych ksiąg, rosną łykając pigułki niczym w bajce o słoniu dominiku a paznokcie doklejają sobie z tajemniczego tworzywa. Rano budzą się starsze, większe i sprytniejsze :)

Nasza Hania, chociaż jest jeszcze małym dzieckiem to juz członek rodziny z ugruntowaną pozycją. Liczymy się z jej zdaniem a do obiadu zawsze zasiada trzech biesiadników (czwarty dostaje posiłek po przerobieniu w wersji piersiowej). Dziecię wszystko musi wiedzieć i podsłuchuje bezczelnie nasze rozmowy, w związku z tym rozmawiamy czasem po angielsku, wtedy też pada pytanie: 'Mamusiu, o czym wy rozmawiacie?"

Przykłady mozna mnożyć - zawsze jak gdzieś razem jedziemy, toczy się ożywiona dyskusja.
- Tatusiu, tą drogą jedzie się do ikei, czy my jedziemy do ikei?
- Nie Haniu, jedziemy do sklepu budowlanego
- a jak on się nazywa?
- xxx
Hmmm chwila zastanowienia.
Hania: - Tatusiu, ale ja w ogóle nie wiem co musimy w tym sklepie kupić.
T: Musimy kupić zaprawę.
H (tonem znawcy, uspokojona) Aaaa, zaprawę.

W sklepie xxx: tatusiu, no wziąłeś już tą zaprawę?

Na osobną wzmiankę zasługuje fakt, że sklepy budowlane to idealne miejsce dla przedszkolaków. Ile tam kontaktów, które można bezkarnie włączać i wyłączać, ile dzwonków do dzwonienia, ile rurek do dotykania - szaleństwo dla malucha, którego chociaż trochę to interesuje. A jak fajnie jest jechać na wózku, który w tych sklepach jest nieco większy. Polecam!
piątek, 26 października 2007
Nigdy nie narzekaj na dzień przed zachodem słońca - nawet jeśli tego zachodu nie widać! - to moja nowa maksyma. Wczoraj mój Synek zrobił mi najpiękniejszy prezent, jaki sobie mogłam wymarzyć. Naczekałam się, namartwiłam - a tu nagle, wieczorem Bruno roześmiał się na schodach prawdziwie mocnym śmiechem. Żadne tam ciche chichoty jak do tej pory, żadne spokojne uśmiechy.

To był prawdziwy, mocny, przeponowy śmiech, takie gruchanie, które następowało raz za razem. Dźwięki najbardziej wymarzone od wielu tygodni.
Aż do późnej nocy uśmiech nie schodził mi z ust i czułam się szczęśliwa. Mój Synek wreszcie zaśmiał się do mnie całą duszą.

A na koniec przespał spokojnie całą noc - całe 12h między posiłkami.

Ech, Ty mój Syneczku...
czwartek, 25 października 2007
No dobrze, dzisiaj nie będzie o dzieciach. Przynajmniej będę się starać, bo to nie takie łatwe.

Wczoraj kiedy się kładłam spać koło północy, pomyślałam sobie: "to pewnie będzie miły dzień, taka piękna data". Zasnęłam słodko, po to, by już niedługo być zbudzoną przez Hanię. "mamusiu, chcę się przytulić!, mamusiu, chcę siusiu" - czyli standardowy nocny seans. Kiedy w końcu podreptałam do łóżka, skrzypienie podłogi zbudziło syna. "czy to już karmienie, czy to już???" zapytał rozbudzony i dopiero po dłuższych negocjacjach ustaliliśmy, że wstrzyma się jeszcze trochę. Trochę nastąpiło dwie godziny później. Obudziłam się w mokrej pidżamie zalana mlekiem. Bruniowi tak się to spodobało, ze ledwo sam sie najadł to zalał sobie śpiochy mlekiem z buzi. Ech, nie ma to jak przebieranki o 4 nad ranem... i nie ma to jak kolejne negocjacje, że nie jest już rano, te wstawanie niczym wańka-wstańka, spanie na boczku na mokrym od mleka łóżku, w końcu poducha na uchu pomogła mi i zasnęłam snem  sprawiedliwych, a na pewno zmęczonych.

Ranek był normalny. Ot, wspólne śniadanko i kawka z Brumiśkiem, przegląd wiadomości. Nocne atrakcje spowodowały, że obiecałam sobie krótką drzemkę podczas snu synka. W końcu w taki dzień mi sie należy, prawda? Niestety, po godzinie snu chłopca rozdzwoniły się telefony. Jeden, drugi...wkurzyły Brumiśka do tego stopnia,że nie mógł kontynuować przerwanego snu tylko zrzędził i protestował (do strasburga to zgłoszę, niech no tylko podrosnę, żeby człowiek snu nie mógł mieć we własnym domu!).

A potem to już codzienność: sterta prania do rozwieszenia i prasowania, naczynia do pozmywania, porządki.

W nagrodę, za ostatnie pieniądze kupiłam sobie...dwa wory ziemniaków. A co, hojna jestem. W końcu raz w roku ma się imieniny :))

środa, 24 października 2007
Tak sobie myślę, że matki to zawsze mają pod górę. Cokolwiek by nie robiły, to i tak znajdzie się w otoczeniu ktoś, kto je skrytykuje:

- karmi piersią? - co tak długo, pewnie zboczona jest!
- karmi butelką? - wyrodna i wygodna matka, nie dba o dziecko!

- często wychodzi z domu - egoistka, myśli tylko o sobie i ciągnie dzieciaka ze sobą,
- nie wychodzi z domu - leń, nic jej się nie chce, tylko siedzi w domu,

- szybko wraca do pracy - nie kocha dziecka, karierowiczka, myśli tylko o pieniądzach,
- nie wraca do pracy - bo jej się nie chce, woli żyć kosztem państwa/męża/rodziny,

- ubiera za lekko dziecko,
- ubiera za ciepło,

- dziecko ma za dużo zabawek,
- dziecko ma za mało zabawek,

- nazwała dziwacznie dziecko - krzywdzi dziecko, odbija jej,
- nazwała zwyczajnie dziecko - podąża tylko za tłumem, nie ma własnego zdania,

Mogłabym przytaczać tak w nieskończoność. Każda z matek na pewno zetknęła się z takimi opiniami i w rodzinie i wśród osób postronnych - na spacerze, w sklepie, w urzędzie. Skąd w innych taka chęć do ingerencji i pouczania innych? Nie wiem, nie mogę tego zrozumieć. Kiedy jednak ktoś będzie krzywdził psa, to mało kto się obejrzy czy też zwróci uwagę. Wystarczy jednak, że dzieciak wystający z wózka nie będzie miał czapeczki albo czerwonej wstążeczki - to już jest pretekstem do jakże życzliwej retoryki.

A może niektóre matki po prostu dają sobie wejść na głowę? Tak sądzę, chociaż wiem, że tak zupełnie tych wszystkich uwag zignorować się nie da. Ale trzeba wiedzieć swoje i tego się trzymać!
poniedziałek, 22 października 2007
Jest coś, czego się nauczyłam jako matka dwójki dzieci. Tak jak ludzie, których spotykamy są unikalni i jedyni w swoim rodzaju, tak dwoje dzieci z tego samego ojca i tej samej matki, to dwie różne historie.

Hania jako niemowlak była bardzo radosnym i gadatliwym dzieckiem. Już od rana rozlegało się jej głużenie. Biła tez rekordy snu a pogodny temperament sprawiał, że szybko aklimatyzowała się ze zmianami.

Bruno to zupełnie inne dziecko. I jeśli przy Hani wyrobiłam sobie pewne nawyki i przyzwyczajenia, to teraz muszę je zmienić. Od początku, komórka po komórce, jęk po uśmiechu, uczę się rozgryzać mojego małego synka. Jest mężczyzną - zagadką. Czasem, kiedy jestem pewna jego cechy, burzy ją w ciągu jednego dnia swoim zachowaniem.

Potrafi zrzędzić cały dzień, po to by następnego uśmiechać się promieniście i bawić się cicho na macie. Potrafi padać ze zmęczenia po prawieże nieprzespanym dniu (w sumie 1h na cały dzień) a jeszcze nieoczekiwanie uśmiechać się do mnie. Kiedyś spał na wszystkich wyprawach - teraz rezygnuje ze snu i czuwa, czuwa, rozgląda się i nie chce wcale spać. Czasem czuje straszny głód i zjada co 1,5-2h, czasem wkurza się, gdy za często proponuję mu pierś.

Zaskakuje mnie ciągle i w sumie nie mogę nawet powiedzieć, jaki jest ten mój synek. Idzie swoją drogą, nie zważając na podręczniki o niemowlakach, na Hani historie niemowlęce, na mój zatroskany wzrok.

Zupełnie nowa, inna osoba, moje wyzwanie na każdy dzień dobry.

sobota, 20 października 2007
czyli Bru gotowy do wyjścia:


Samo ubieranie to niezbyt lubiana przez chłopaka czynność, cóż i vice versa :) Za to sam spacer jest jak zwykle ciekawy - jakie fajne rzeczy widać dzięki podwyższonemu lekko oparciu wózka! Tylko ciekawe, czemu ta woda tak leci z góry, Bru wybałusza oczy, chcąc rozgryźć tę zagadkę, niestety nie została jeszcze rozwiązana.
 
Co do Hani najważniejsze w deszczu jest to, że wtedy można nosić parasolkę i skakać w kaloszach po kałużach - i nic wiecej do szczęścia dziecku nie jest potrzebne :))

Podziekowanie za zdjęcie dla rodziny W. i pozdrowienia dla słodkiej Tyśki :)
piątek, 19 października 2007
Moja Hania wzruszyła mnie dzisiaj bardzo. Wieczorem siedziałam na kanapie, trzymając dłonie na twarzy i starając nieudolnie opanować koszmarny ból, który rozsadzał mi głowę i szczękę. Łzy same spływały mi po twarzy. Koło mnie stanęła Hania. Delikatnie zdjęła mi dłoń z czoła:
- Co Ci jest mamusiu?
- Wiesz Haniu, bardzo źle sie czuję, bardzo boli mnie głowa!
- Mamusiu, to może ja Ci pomasuję czółko i przestanie Ciebie boleć?
(ostatnio Hania masowała mi obolałą stopę i pomogło :)

Chwilę później Haniusia spojrzała w moje zapłakane oko, po czym wzięła chusteczkę i wytarła bardzo delikatnie spływającą łzę.
- Mamusiu, miałaś łezki!

Wzruszyłam się bardzo. Nie wiedziałam, że ta moja mała dziewczynka może być aż tak opiekuńcza i czuła. Kochana jest!

W związku z wychodzeniem na prostą, nasze codzienne życie wraca na swoje tory, oczywiście ze zmianami, jak to z dziećmi bywa.

Niestrudzony Brumiś turla się coraz bardziej ekspansywnie na macie, niczym dłuższa wskazówka zegarka i w takim tempie. W związku z tym łysiejący placek z tyłu głowy poszerza się na boki, co Bru absolutnie nie przeszkadza - jesienią/zimą się nosi czapkę a do wiosny odrosną - obiecuje.

Hania grzecznie chodzi do przedszkola, śpiewa pod nosem "łi łyl, łi łyl rak ju!rak ju! (dla niedomyślnych: we will, we will rock you!rock you! - gdzie się tego nauczyła, nie wiemy, ale bardzo nas to cieszy, jako fanów twórczości F.Mercurego).

Małżonek pracuje do późna, ale zadowolony jest z nowej pracy.

A ja dzielnie daję radę, tylko co parę godzin nawiedzają mnie koszmarne, zatokowe bóle głowy, związane z chorobą, z której nie mogę sie wyleczyć. Chyba w końcu czeka mnie wizyta u lekarza :(((
 
1 , 2 , 3
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru