niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
wtorek, 31 października 2006

Biegnie czas co raz prędzej, mało czasu mam na zapiski. Przejrzałam parę ostatnich notek - i tak sobie myślę, czy za jakiś czas przypomnę sobie jak to było w tym czasie z Hanią? Macierzyństwo jest złożone z miliona różnych obrazków, z milion odbić naszej rzeczywistości a ten blog to tylko mały jej odłamek.

Hania jest naprawdę wdzięcznym dzieckiem. Ma w sobie dużo uroku, ciepła i wdzięku i nie stara się za wszelką cenę postawić na swoim. Nie oznacza to jednak, że nie mamy z nią różnych przygód. Tak wiec dwuletnie dziecko to nie tylko spotnaniczne buziaki i czytanie książeczki na kolanach. To nie tylko odkrycie, że dziecko samo już odkrywa świat, coś lubi, czegoś się boi, wpada na jakieś wnioski, z którymi dzieli się z otoczeniem.

Dwulatkowe macierzństwo to też ścieranie mascary z twarzy córeczki, która chciała być jak mama. To mycie podłogi, kiedy dziecko koniecznie chciało się napić herbatki mamusi. To porysowana kredką podłoga i świeżo zakupiona książka mamusi z bahomazową dedykacją na pierwszej stronie.

Macierzyństwo to też te chwile o świcie w weekend, kiedy trzeba wstać wtedy, kiedy dziecko, a nie kiedy by się chciało. Te sobotnie poranki, kiedy kawę trzeba wypić szybko przy stole, z uwagi na polującą na nią potomkinię. To chwile, kiedy trzeba zapomnieć o egoiźmie, o chęci poobiedniej drzemki czy nawet o doczytaniu wciągającego rozdziału - bo dziecko nie lubi bezczynności. To też te wyprawy rodzinne, które starannie planuje się z kilkugodzinnym wyprzedzeniem i niekoniecznie w najbardziej optymalnych godzinach (bo wiesz, koło 11 Hania zasypia, musi się wyspać, a potem jak wstanie i pobiega to powinna zjeść obiadek a jej z tym różnie idzie to będziemy mogli wyjść z domu). To odcięcie od wieczornego programu informacyjnego (albo Hania na widok włączonego tv prosi o "jamisie - miki miki" czyli teletubbisie z tinky-winky albo skutecznie zagłusza opowieściami ze swojego bogatego życia), o wszelkich moich ukochanych teatrach czy też filmach już nie wspominając. To ustalanie planu weekendowego ze szczególnym uwzględnieniem dwulatka.

Wychowanie dziecka to wreszcie też spacery, na których Tata szalejąc z wózkiem po górce wydobywa z córki niesamowite salwy śmiechu. To też te wyprawy dla dziecięcia, które służą całej rodzinie. To wygłupy w ikei, kiedy Tata z Hanią stają się najlepszą parą kumpli, łobuzując w najlepsze. To też ta nieustająca, rozpierająca duma, kiedy własne dziecko powie coś, spojrzy, zaśmieje się. To radość na widok energicznych tańców Potomkini, układów złożonych niczym na najlepszym dance'owym teledysku (obroty, wymachy rąk i nóg).

Warto? Warto!

poniedziałek, 30 października 2006
Hania śpiewa: Jedzie pociąg jedzie jedzie z daleka! A nikogo nie czeka! Kóko ganiaste ,czolokaciaste! Mama, ukijako plosze! ulijako plosze Hani! (okazało się, że to prośba o zaśpiewanie piosenki o Ulijance ;) a potem: jeście, jeście, mama o pociagu! Jeśli spotkacie na ulicy, w pociągu, w tłumie i na przystanku, kobietę idącą z małą dziewczynką i śpiewającą na głos - to będę ja :))
wtorek, 24 października 2006

Doczekałam się. Ja, kobieta idealistka, zwolenniczka tolerancji, równości stanęłam przed trudnym zadaniem. Trudnym, mimo, że błahym. Głupio mi o nim pisać publicznie, ale gorzej będzie, jak sprawa wyjdzie na jaw w niepożadanych okolicznościach.

Moje dziecko uwielbia czytać ze mną prasę. Zapewne z podglądania wiecznie zaczytanej Mamusi, czytającej równolegle pare książek (jedna w drodze do pracy, jedna przy łóżku, jedna w łazience ;) wpłynęła na miłość Haniołka do książeczek i słowa pisanego. Kiedy wiec Hania widzi, że czytam gazetę, wdrapuje mi się na kolana i "czyta" razem ze mną - ogląda obrazki i opowiada co na nich widzi.

Wczoraj w gazecie, wyborczej zresztą, pojawiły się zdjęcia piłkarzy .Wśród nich jeden piłkarz był ciemnoskóry. Hania popatrzyła na niego i mówi: - Mamusiu, ten pan jest brudny!

Miesiąc temu, w pewnej edukacyjnej ksiązeczce natrafiła obok innych ras ludzkich, również i na dziecko-murzynka. I do końca nie dała sobie przetłumaczyć, że to nie: "Mama, misio!" (wszak wiadomo, że wszystkie misie są brązowe).

Wszelkie tłumaczenia nie skutkują. Hania wie swoje i już! To w sumie naturalne, jestesmy różni, inni, ale boję się, ze pewnego dnia spotkamy w autobusie murzyna i Hania na jego widok wykrzyknie jedno z powyższych zdań. A głos ma bardzo donośny - do końca autobusu i z powrotem spokojnie wystarczy! Pozostaje piękny uśmiech Mamusi na załagodzenie sprawy?  

piątek, 20 października 2006

Ludzie różne mają hobby - jedni zbierają guziki, inni opakowania od mydła a jeszcze inni zbierają historie o swoich prawdziwych bądź też domniemanych sukcesach. Wśród całego grona zainteresowań jest też grupa, która nazywa się spottersami. Głównym zadaniem członka owej jest obserwowanie - czy to samolotów czy to przyrody. Moja Hania też należy do owej grupy a interesuje ją szczególnie...szlaban.

Pod mieszkaniem dziadków, u których nocuje czasem, mieści się wjazd na strzeżony parking podziemny. Przy wjeździe znajduje się budka strażnika wraz ze szlabanem, który pięknych ruchem idzie najpierw w góry, by po chwili swobodnie na dół. Mała spotterka siada wiec sobie wygodnie w fotelu na balkonie i wypatruje owych chwil wzniesienia. "W góle i w dół" - komentuje zachwycona, kiedy uda jej się złapać taką wyjątkową chwilę.

Aktywność spotterki jednakże nie kończy się na obserwowaniu szlabanu z odległości. O ileż przyjemniej jest usiąść na murku tuż obok szlabanu i mieć miejsce w pierwszych rzędzie na to widowisko! W dodatku kiedy za kompana ma się zaprzyjaźnionego strażnika - pan szlabanowy bowiem dobrze rozpoznaje Hanię i specjalnie dla niej i na jej widok otwiera szlaban. Kiedy ów wznosi się do góry widać głęboki uśmiech na buzi Hani i nieco nieśmiały na obliczu Strażnika.

Widzę, że coś łączy tę małą dziewczynkę i starszego Pana - tylko oni dobrze rozumieją, jak ważne jest to urządzenie. I jak niezbędne w codzienności.

środa, 18 października 2006

Odkąd pamiętam, czułam się inna.

Czasem oznaczało to gorsza. Nie rozumiałam, dlaczego ja jestem taka niedopasowana, źle zszyta z dziwnych kawałów, tak innych od nastolatkowej normy, a reszta świata jest tak wspaniale poukładana i poustawiana.

Potem nauczyłam sie czerpać z tego źródła inności. Było mi ze sobą naprawdę dobrze i wtedy też spotkałam fantastycznych ludzi, którzy po prostu zaakceptowali mnie w całości bez wnikania w szczegóły.

Uwierzyłam, że jest we mnie również parę dobrych cech. Trudniejszą sprawą było bronienie się przed Pewnymi Ludźmi: dlaczego nie jesteś taka jak wszyscy? Dlaczego nie jesteś przebojowa, czemu nie przesz naprzód? Dlaczego nie plotkujesz przy kawie, nie można z tobą omówić najnowszej mody, nosisz niemogną spódnicę?

W ostatnim numerze "Zwierciadła" (nr 9/1919, wrzesień 2006) przeczytałam artykuł, który bardzo przypadł mi do gustu, zwłaszcza pewien fragment. Bardzo podbudowałam sie jego znaczeniem i natychmiast dałam do przeczytania jednej z Tych Osób.

Oto on:

" Dlaczego introwertycy tak źle czują się we współczesnym świecie? Ponieważ 75% światowej popilacji to esktrawertycy. To dla nich urządzony jest świat, to ich umiejetności są cenione najwyżej. To oni stanowią w naszej kulturze ideał cnót. Czym jest introwertyzm? To typ temperamentu. Nie jest równoznaczny ani z wstydliwością ani z nieśmiałością ani z separowaniem się od ludzi. Specyfika introwertyzmu związana jest ze "źródłem zasilania". Introwertycy czerpią energię życiową z wewnętrznego świata uczuć, idei i wrażeń. Są osobami oszczędzającymi energię. Mają zdolności społeczne, lubią ludzi i chętnie uczestnicza w zyciu społecznym, jednak nie cierpią tzw. small talks, czyli krótkich, zdawkowych rozmów o niczym.

Temperament introwertyczny nie jest ani lepszy ani gorszy niż ekstrawertyczny, jest po prostu dużo rzadszy.

Jakie są zalety introwertyków? Są zdolni do głębszej refleksji, kreatywni, wnikliwi, obdarzeni bogatą wyobraźnią. Z natury są obserwatorami. Pracują najchętniej indywidualnie i nie boją sie wypowiadać niepopularnych poglądów."

piątek, 13 października 2006

Napiszę jeszcze o pewnej książce, którą przeczytałam ostatnio i zakochałam się. To jedna z piękniejszchm ksiażek, jakie czytałam w ostatnim czasie, w ciągu ostatnich paru lat. Według mnie to nie jest powieść, którą czyta się jednym tchem, w jedną noc. To ksiażka, która stworzona jest do delektowania się, przemyśleń niczym szklanka aromatycznej herbaty w porcelanowej filiżance, czyli coś wykwintnego i niepowtarzalnego. Przeczytałam pierwsze zdanie, potem kolejne i jeszcze dalsze i ani się obejrzałam jak to dzieło wchłonęło mnie w swój świat.

 W skrócie: pieknie nakreślone, głębokie i intrygujące postacie (moje ulubione: Jahulec, Maurycy), które wydają się być realne niczym nasi krewni. Wciągająca, życiowa fabuła, klimatyczny opis Krakowa, z mnóstwem smacznych szczegółów, zgrabnie opisanych czy też pracowicie wyszukanych przez zdolną autorkę. Świetnie napisane zdania, które toczą się we rytmicznym tempie, właściwa sobie elokwencja oraz bogactwo pięknych, nieco zapomnianych słów. Kiedy życie się po mnie upomniało, wyjełam głowę z książki i przez dobre parę minut zastanawiałam się nad tym gdzie jestem, co przeczytałam, bardzo cięzko było mi wracać do rzeczywistości. Kiedy ją skończyłam - miałam ochotę zacząć ja od poczatku. I zapewne za jakiś czas to zrobię.

 Gorąco polecam: Monika Piątkowska "Krakowska żałoba". http://www.wab.com.pl/index.php?id=7&bid=446

wtorek, 10 października 2006
Mój mała dziewczynka kończy dzisiaj dwa latka. Moje maleństwo ma już własne zdanie i własne poglądy. Jeszcze niedawno czarne oczki spoglądały na świat nie rozumiejąc co się faktycznie dzieje, dzisiaj dzień rozpoczyna się od opowieści i na nich kończy. Dwa lata temu świat przekręcił się do góry nogami i nie przestawał kręcić przez jakiś czas. Dzisiaj oczywiste mi się wydaje, ze gdy wychodzę do pracy, z okna całusy przesyła mi pewna słodka blondyneczka. Nie jestem tylko szarym pracownikiem biurowym - przede wszystkim jestem "Mamusinką"! Moja dwulatka: - biega, skacze nałogowo na dwóch nogach (hopsa hopsa), włazi na wszystko co się da, sama łazi po schodach, - gada jak katarynka, tańczy, śpiewa - zwłaszcza wzięta na barana - słowa i tekst własny :) - sama nie je (jest karmiona), ale ma w sobie ciekawość jedzenia - zjada większośc nowości, czy to szpinak z czosnkiem czy kwaśny kefir czy kasza z sosem - ulubione zajęcia to czytanie książeczek, rysowanie, porządki, przytulanki z kotami - Fajniejsze nowe wyrazy, które brzmią nieco inaczej niż oryginał: Toń - ukochany słoń, Tepa - skarpeta,, Tobylek - motylek, Kaćka/czaka - kaszka (manna na ogół),Telek - serek, Bucho - brzucho, brzuszek, ciakło - światło. Oprócz tego pojawiło się dużo wyrazów w poprawnej wymowie np. komin, ciemno, noc, burza etc. Kochana Haniu! Słonecznko moje, rośnij zdrowa i szczęśliwa, żyj godnie, patrz śmiało ludziom w oczy i nie zmieniaj się. 100 lat! PS. Ja: Haniu, ile Hania ma lat? Hania: Jania ma tsi (trzy) lata, a Zosia pęć (pięć). (druga część wypowiedzi się zgadza -Zosia, ukochana siostra Hanusi ma 5 lat, a Hania cóż, może już przygotowuje się do przyszłorocznych urodzin? )
czwartek, 05 października 2006
Ratunku, czy ktoś wie, co zrobić, żeby normalnie poustawiać tekst? Wszystko zlewa mi się w całość..pomocy!
Wróciłam z Grecji i jakoś nie mam czasu usiąść i spisać moich wrażeń a te ulatują. Moje pierwsze wrażenie z pobytu w Atenach to szok, że to miasto jest tak brzydkie! Wychowana na mitach greckich, na zdjęciach starożytnych budowli, na kulturze antycznej, która w pewien sposób stała się podwaliną naszej kultury, spodziewałam się ujrzec zabytkową perłę. Tymczasem przebijając się przez beztrosko jeżdzących kierowców zobaczyłam głównie budynki metalowo-szklane, stare, brudne, niesamowicie ciasno ustawione, powodujące, że ulice są ciemne i ponure. Mówię oczywiście o centrum ale rozciąga się ono na znacznych terenach - miasto zamieszkują aż ponad 4 mln mieszkańców, czyli 1/3 mieszkańców kraju. Widać że miejsce się tu liczy, ale sama ich uroda i poziom czystości pozostawia wiele do życzenia. Dla odmiany: spacerując wśród sklepików, przepychających się ludzi, nudzących się bezrobotnych facetów nagle napotykamy szklaną kopułę a pod nią...pozostałości murów mające więcej niż cywilizacja polska :) Zresztą Ateny to dla mnie miasto kontrastów:pewnego wieczora urwałam się od grupy i postawiłam pospacerowach i dotrzeć do starówki. Szłam o zmroku ulica pełną straganów, która powoli zaczynała pustoszeć, ale wyglądała jeszcze jak elegantsza wersja warszawskiego Stadionu. Nagle zobaczyłam ciepłe światło i grupę stolików i przyciągnęły mnie arcyciekawe dźwięki: to starówka pełna klimatycznych knajpek (kafetony)w typowo greckim (chwała im za to!) stylu. Zwyczajne stoliki, folia w biało-czerowną kratę, wino, pita, sałatki greckie i naprawdę nic w tym miejscu do szczęscia wiecej nie trzeba. Gdy spojrzałam w górę zobaczyłam podświetlony Partenon i aż odebrało mi mowę, tak pięknie to wyglądało. Kilkadziesiat metrów dalej odkryłam rozległe, piękne ruiny starożytnych łaźni a przed nimi kramiki z koralami dla turystów. Kiedy przebiłam się do ogrodzenia, chcac przyjrzeć się tym cudownym murom i zachowanym kolumnom, napotkałam miejscowego Greka. Szedł i nie przejmując się nikim ani niczym, spluwał sobie raźno na leżące u dołu zabytkowe łaźnie (kulturalny był - nie spluwał pod swoje stopy tylko trochę w bok!). Koszmar. Podobały mi się bardzo za to "bezpańskie" psy - a wiec kundelki, nad którymi opiekę przejęło miasto z burmistrzem na czele. Burmistrz wziął na siebie opiekę weterynaryjną, ludzie dokarmiają je, traktując jako maskotki miasta. Skutkiem tego są leniwe, spasione psy, jednocześnie bardzo spokojne i przyjacielsko nastawione do ludzie, ubrane w niebieskie obroże, które zalegują w strategicznych punktach miasta. Do tego smaczna kuchnia, którą uwielbiam i która jest niedoprzejedzenia. Jedyny minus to taki, że byłam na wyjeździe służbowym i w wolnym czasie (którego i tak było mało) światowe towarzystwo zarządziło pójście na zakupy zamiast podziwiania lokalnych zabytków. Rozumiem, że ktoś może chceć sobie coś kupić, ale żeby zamiast? Na pocieszenie udało mi sie zobaczyć Partenon. W celu zaspokojenia konsumpcyjnych zachcianek zakupiłam sobie wielkie pudełko z prawdziwą grecką fetą i bardzo sie z tego cieszę. Coprawda moja uparta walizka ostatecznie odmówiła współpracy wypluwając swoja zawartość na ruchomej taśmie po przylocie, ale do domu jakoś udało się dojechać. Warto było :)
środa, 04 października 2006
Podczas kąpieli myję dokładnie Haniołkowe ucho. Hania: Mamusiu, i dlugie (czyli drugie) ucho też! I pepek!
 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru