niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
poniedziałek, 31 października 2005

Bardzo, bardzo dziekuję za ciepłe słowa, za wsparcie i pamięć. Jedno słowo w odpowiednim momencie ważniejsze jest niż tysiące w innym momencie. Jednocześnie chcę powiedzieć, że czuję się już znacznie lepiej.

Na doły i doliny, na smutki i zmartwienia własne nie ma bowiem lepszego sposobu niż problemy innych. Oczywiście, nie chodzi tu o delektowanie się cierpieniami ludzi, którzy mają gorzej od nas, chociaż zapewne wielu  sprawiłoby to przyjemność. Mam na myśli przestawienie się na pomoc potrzebującym.

Tak to właśnie, w naszym małym mieszkanku wylądowały dwie cudowne istoty i wniosły jednocześnie całą masę radości, ufności i ciepła. Dwaj bracia, dwie sieroty i nie wiem już sama kto komu bardziej pomógł. Hania na ich widok zareagowała erupcją radości tak wielkiej, na jaką stać gorące serce roczniaka. Swój pozna swego, a dobra istota wyczuje poczciwe serce. Tak więc, co jakiś czas w różnych częściach mieszkania rozbrzmiewają szczęśliwe okrzyki oznaczające, że któryś z braciszków napotkał na swe drodze przepełnione miłością rączki Haniołkowe.

Hania również postanowiła być plasterkiem na moją duszę. Jej postępy robią na mnie niesamowite wrażenie. Może dużo nie mówi, ale rozumie znacznie więcej. Patrzy na nas dwoma czekoladowymi błyszczącymi oczętami i wszystko notuje w pamięci, zeby wyciągnąć w odpowiednim czasie. Wystarczy powiedzieć: Haniu włącz radio, podaj mamie klocka, wyłącz dzwonek w kuchni od kuchenki, by Hania w mig zrobiła to o co jest proszona. Hania potrafi też powiedzieć co chce: Masz, daj no i próbuje wymiawiać inne wyrazy. Jest już na tyle świadoma, że wie, co oznacza przyjście opiekunki, a po moim powrocie do domu przykleja się do mojej nogi powtarzając co jakiś czas z wyrzutem" mama".

Tak to więc toczy się nasze życie, szybko, w biegu, czasu na komputer jest coraz mniej wraz z rosnącymi potrzebami Hani, a jednak będę was odwiedzać.Trzymajcie się wszyscy cieplutko i uśmiechnijcie się proszę do mnie jako i ja do was się uśmiecham :))

wtorek, 25 października 2005

Proszę o urlop. Parę dni przerwy od codzienności. Zawiało, zaszumiało, ale nie pojawiła sie wróżka ze złotą róźdzką. Przywiało troszkę problemów, wiec ingutka wlazła do żółwiej skorupy i tylko wygląda co tam się dzieje na zewnątrz. A na zewnątrz nic ciekawego, najpierw kampania na slogany, monologi symulujące rozmowy, teraz prezydent konserwatysta, który absolutnie nie reprezentuje mnie w swoich poglądach, a którego po prostu nie znoszę za całokształt. Jednym słowem, nic ciekawego. Ingutka wie, ze tak to już jest w życiu, że dużo jest zła i że drugie tyle dobra, ale ingutka musi to sobie przypomnieć. ingutka jest szczęśliwa bo ma parę kochanych osób, ale dusza musi się też mieć czas zagoić i tyle.

A na osłodę ingutka poleca "dziewczyny z portofino" grażyny plebanek- kawałek nieprzesłodzonej, życiowej prozy. Nie na depresję, ale na problemy z życiem. I na głód polskiej prozy, który ingutka stale odczuwa.

piątek, 21 października 2005

...zamieszczę sobie zdjęcie Hani z wakacji. Podaj dalej ten uśmiech!

Może życie to regularna sinusoida, którą próbuję ujeżdzać. Są dni wzloty, pełne spokoju i radości, są dni tak żenująco nudne, że aż niewarte wspomnienia i są dni cięzkie, przykre. Góra dół, góra, dół, czuję się prawdziwa amazonka, która musi się tylko wystarczająco mocno trzymać grzywy, bo życie i tak na mnie nie czeka.

W pracy słyszę wyrazy zachwytu od ludzi którym pomogłam by za chwilę dostać zjebkę, za coś na co nie mam wpływu. Taka to już moja praca, niby cicha i spokojna, ale nigdy nie jest wystarczająco dobrze, chociażbym zrobiła harakiri na środku korporacyjnego korytarza. Poprzeczkę trzeba stawiać wciąż wyżej, a za błędy innych odpowiadam zawsze ja, bo przecież mogłam wpłynąć jakoś na ludzi, żeby ich nie popełniali albo żeby je naprawiali, chociaż mają to gdzieś. Jak to zrobić, tego nikt w całej firmie nie wie, bo jest to naturalną częścią procesu, ale przecież nikt tego nie przyzna, ma być dobrze, prawda? Święte przekonanie o motywacjnej sile stresu i stawiania wyzwań bez nagrody wciąż jeszcze święci triumfy a ja niestety wciąż muszę rozgrywać te gierki chcąc mieć na utrzymanie.

Na to zawsze mam swój sposób, słowa koleżanki z innej firmy,wplątanej przez psychola w nieprzyjemną aferę: "a co ja mam się tym przejmować, mam zdrowe dziecko i jego ojca, który mnie kocha i dziecko ze mną wychowuję, reszta jest nieważna".

A po godzinach? Cóż, kolejna, tym razem spodziewana śmierć w rodzinie, upierdliwy daleki znajomy mojej mamy, który wciąż chce ode mnie pożyczać pieniądze. Busia wyleciała daleko, na szczęście z Hanią siedzi sympatyczna znajoma mamy, na zmianę z M. W autobusie pilnie czytana książka, którą dostałam z pod lady w bibliotece, w weekend przyjeżdzają na noc przyjaciele, taka zyciowa przeplatanka. Po tym jak otrząsnęłam się po śmierci małej Misi, dostaliśmy w nocy telefon o śmierci bliskiej osoby. A u siostry brzuszek rośnie, już za miesiąc rozwiązanie i nie mogę się doczekać do chwili gdy będę trzymać maleństwo w ramionach. Najlepiej swoje :))

wtorek, 18 października 2005

Dzięki kochanej Kornelci śledziłam losy pewnej bardzo dzielnej i pogodnej dziewczynki. Oglądałam zdjęcia roześmianego dziecka odkrywcy, złotowłosej dziewczynki w ramionach szczęśliwej mamy. A potem szok. Choroba. Cała rodzina walczyła dzielnie, ale Misia była w tym najdzielniejsza. Naprawdę wierzyłam, że się uda.

http://michalina.freshsite.pl/index.php

Niestety, Misia odeszła. Pewnie odpoczywa sobie teraz, ale ja nie mogę sie z tym pogodzić. Nie akceptuję chorób dzieci! Nie akceptuję tego strachu, niemocy, cierpienia! Nie rozumiem, nie chcę i bardzo sie boję. Chory świat, na którym dzieją się takie rzeczy!

Aż boję się myśleć, co teraz czują rodzice. Nie potrafiłabym im nic powiedzieć ani pomóc, ale mam nadzieję, że czują wsparcie i moje, nasze ciepłe myśli, jakie im towarzyszą. Uwierzcie, Misi jest teraz naprawdę dobrze, siedzi sobie na kolanach u Pana Boga i wszystkiemu przygląda z góry.

A ja idę się wypłakać. Nie potrafię inaczej.  

Wydawało mi się, że po piekle jakie przeszłam przy karmieniu maluteńkiej Hani, nic nie jest w stanie mnie zadziwić.

Przy zarwanych nocach, ba! Zarwanym życiu przez nieustający cykl: przystawiania (30 min) odciąganie(20min) karmienie po palcu sondą(30min) i nakazie od poradni laktacyjnej, by karmić co najmniej co 3h od momentu ROZPOCZĘCIA karmienia, na tzw. zycie pozostawało mi na ogół jakaś godzina, bo często powyższy cykl przedłużał się i wymagał przygotowań. Jeśli do tego doliczy się przewijania (średnio 8-10 na dobę) własne potrzeby fizjologiczne zaspokajane ukradkiem i na chybcika, nie zdziwi zapewne nikogo fakt, że zmieniłam się w snującego po domu zombi, który nie ogarniał pór dnia a jedynie odliczał kolejne godziny między karmieniami, po to by je za chwilę wpisać skrupulatnie w tabelkę karmień, zażądaną przez sympatyczną acz nieco nadgorliwą poradnie laktacyjną. Do dzisiaj wspominam to jak najgorszy horror. Zapłakane dziecko przy piersi i moje łzy, które płynęły na ten widok, wstawianie budzika, żeby w nocy obudzić siebie i dziecko na karmienie (żółtaczkowa Hania o niskiej wadze nie budziła się z głodu tylko tym mocniej zasypiała), egzystowanie z 3-4h snu na dobę i to nigdy łącznie. Do tego cholernie ciężkie karmienie przez strzykawkę, sondę i ten ciągły nacisk rodziny i nieludzkiej poradni laktacyjnej: dasz radę, nie poddawaj się, nie odpuszczaj. Pamiętam tak moment, gdy pani pielęgniarka poradziła w przychodni aby karmić małą co 2h, byłam wtedy w stanie spojrzeć tylko dziko i zaskowyczeć cichutko na M. który zrozumiał mnie w mig i zaraz zaprotestował. Ile tak można wytrzymać - dzień? dwa? Trzy? Ja wytrzymałam miesiąc.

Ale to już dawno za mną.

Teraz czekają mnie inne wyzwania: jak znaleźć złoty środek w karmieniu i jak nie oglądać się na innych. Z jednej strony słyszę: Mój synek je już wszystko, ostatnio obżerał delicjami! Ach jaki z niego smakosz, wyobraź sobie nawet schabowy mu smakował, a jak Twoja? Wtedy staram się nie czuć pod miażdzącym spojrzeniem zadowolonego i dumnego rodzica jak matka-faszystka , która postanowiła w miarę zdrowo żywić swoje dziecko i nie dawać mu np.czekolady, bo na to ma jeszcze wiele, wiele lat. Z drugiej strony nie jestem wcale taka poprawna, co uprzytomniają mi posty dzielnych mamuś, które swoim dzieciom same robią pasztety na kanapkę, ściągają serki ze wsi, a jogurt z owocami traktują jako jedyne źródło cukrów i tłuszczów. To wolno, a to trzeba. Tego się nie powinno, a to znowuż to nikt nie wie czy wolno czy nie. Lepiej żeby jadła niezdrowe niż nic nie jadła? Można mówić, że dziecko zjadło i nic mu nie jest, ale wtedy słychac głosy, że skad wiem, że nic mu nie jest i że na alergię pracuje się latami. Czysty obłęd, z którego nasze szczęśliwe dzieci nic sobie nie robią i wcinają wszystko co wpadnie w chwytne łapki (ostatnio Hania chciwie wgryzła się w cebule, cmoktała i ssała chciwie ze skrzywioną buźką a potem przyszła nachuchać mi prosto w twarz. Naprawdę, tym razem było mi ciężko patrzeć jej prosto w oczy ;))

Stałam się więc prawdziwym detektywem, Sherlock Holmes to przy mnie pikuś. Czytam etykiety, zastanawiam się po co koncentrat buraczany w truskawkowym jogurcie i co oznaczają te wystarczająco enigmatyczne oznaczenia na etykietach. Wiecie, że tak naprawdę to nie ma zdrowej żywności? Krowy mają chorobę wściekłych krów, wieprzowina jest tłusta, drób faszerowany chemią z ptasią grypą na dodatek. Może rybkę? Jak się okazuje, nawet niektóre ryby są szkodliwe (patrz ryba maślana

www.wsse.gda.pl/Dzial_nadzoru/H_Zywnosc1/index.php?plik=aktualnosci/ryba_maslana) .

Ech, na pocieszenie idę sobie zjeść coś dobrego. Niezdrowego. Bo to co najlepsze jest albo niezdrowe albo tuczące albo zakazane...

piątek, 14 października 2005

Coś tu przestoje na moim blogu panują, ale cóż, samo życie pisze mój scenariusz i ja już się rozpisywać czasem wcale nie mam ochoty.

Nie ma to bowiem jak dobre chęci. Dobrymi chęciami jest wybrukowane piekło czyli coś a'la przeciętna polska droga krajowa. Nie ma też jak dawać dziecku to co najlepsze - tylko powiedzcie mi co, oprócz miłości najlepsze jest?

I tak to dwie kobiety z mojego rodu, ze mną włącznie, prowadzą często-gęsto rozmaite spory i dysputy na tematy haniołkowe, coś na poziomie zrozumienia wieży babel. W końcu to rozmowa pokoleniowa pt. "za moich czasów" - "a za moich to..." Kochamy się bardzo mocno i tym mocniej spieramy. W końcu o dobro potomkini tu idzie - córki-wnuczki, która widząc nas chichoce w najlepsze. Nie ma to bowiem jak dwie kłócące sie baby.

I tak to, z najlepszymi intencjami, toczymy naszą codzienną wojnę domową wytaczająć najcięższe argumenty, plując toczoną pianą i dygotocąc z nerwów, by godzinę później wyznawać sobie miłość przez telefon.

Ile tego jestem w stanie znieść? Nie wiem.

Mam nadzieję, że matka dla dobra dziecka jest w stanie znieść wszystko. Nawet własną matkę.

poniedziałek, 10 października 2005

HanioMiś, który kończy dzisiaj rok, potrafi:

- gadać w swoim własnym, hanieńskim jezyku, tworzy zdania z intonacją aczkolwiek nadal nie wiemy o czym ona właściwie mówi;

- czasem powie mama, czasem tworzy coś co brzmi na kształt "kotek", "proszę";

- rozumie już trochę co się do niej mówi. Wie o co chodzi gdy mówię "nie wolno" , idzie do mnie albo za mną gdy mówię "chodź Haniu".

Ostatnio wie też bez pokazywania co znaczy "daj", podaje w ten sposób smoczek, na pytanie "gdzie jest okno, gdzie jest kotek" wskazuje żądany przedmiot

- śpi jak zwykle od 20 do 6, 6:30 rano, ciurkiem, w ciągu dnia śpi jeszcze dwa razy, po godzince, półtorej.

- jest najbardziej radosnym dzieckiem jakim znam, nawet przeziębiona, śpiąca, zmęczona znajduje sobie pretekst, żeby się pośmiać, wychichotać i to śmieje się niskim glosem na całe gardło, a głos ma, zapewniam mocny.

- uwielbia się przytulać, do mnie do Taty, do kotów, którym jakoś nie podoba się ten nowy zwyczaj, oraz do misiów. Z braku odpowiedniego obiektu potrafi przytulać się do podłogi coś na kształt muzułmanów oddający hołd swojemu bogu.

- jest leniem i nie chce jeszcze sama stać ani chodzić, chociaż potrafi, może nie czuje się jeszcze pewnie?

- jest proporcjonalnie zbudowana, chociaz waży raczej mało: ok..8,5kg/75cm (tak typuję).

- je dużo rzeczy, smakują jej jogurciki, kluseczki, a przede wszystkim filet rybny (chyba szykuje się do mieszkania nad morzem, Kornelciu ;)), najlepiej się je samemu

- jest ambitna i szybko się uczy - uwielbia robić wszystko sama, np.. Czesać się moją szczotką, ostatnio też sama myje sobie ząbki (najpiew moczy szczotkę w wodzie a potem porusza szybko szczoteczką w buzi :)

- jej pasją jest muzyka, na dźwięk jakichkolwiek nutek, czy to reklama czy radio czy śpiew zaczyna się melodyjnie ruszać. Tańczenie ma we krwi (po mamie?). Czekamy kiedy zacznie śpiewać :D

Jej miłością są, oprócz rodziców, zwierzęta, zwłaszcza koty i psy. Nie wyrywa już im wlosów garściami tylko stara się głaskać, chociaż różnie to wychodzi. Jak wyżej napisałam, lubi przytulać się czule do kota, mrucząc przy tym czule.

Haniu, mama zyczy Ci dużo szczęscia, dobrych ludzi na Twojej drodze, wiary w siebie i uśmiechu na co dzień. No i nie zapominaj, żeby kochać rodziców!

Hania po urodzeniu. Niestety, nie mam lepszych fotek, bo nie mieliśmy wtedy jeszcze dobrego aparatu. Poniższe zdjecie powstało już po tym, jak Hania zdążyła sie pięknie podrapać, ale i tak widać, jaka była śliczna i jak się zmieniła do dnia dzisiejszego:

Rok temu przeżyłam najważniejszy dzień w moim życiu. Poznałam kogoś wyjątkowego, który już zawsze będzie ze mną, dokądkolwiek bym nie poszła.

Rok temu po raz pierwszy spojrzałam w oczy maleńkiej istotce, która odmienia moje życie wciąż na różne sposoby, dzień po dniu.

Wymęczona po całej nocy skurczy, nie pozwalających mi zasnąć ani na chwilę, z ulgą przyjęłam przyjęcie mnie do szpitala św.Zofii. Mały wiśniowy pokoik, za oknem październikowy chłód, koło mnie kochany Dyzio, trzymający się resztką sił a we mnie mała istotka, zmuszana po mału do wyjścia na świat. Pamiętam ciszę i spokój, półmrok pokoju i małe boczne światełko -dziwiłam się, że jest tak spokojnie skoro dzieje się coś aż tak ważnego! Czemu ten świat biegnie dalej, zamiast wstrzymać oddech, że tu właśnie taka zwykła ja jestem sprawczynią takiego cudu! Na szczęście na takie myśli nie miałam zbyt wiele czasu, bo co chwila mój brzuch i krzyż przeszywał skurcz. Wczepiałam się w Dyzia, przymykałam oczy i marzyłam, żeby ten ból się szybko skończył. Jednak prawdziwy ból miałam poczuć nieco później, kiedy za sprawą położnej odeszły mi wody. Usłyszałam tylko, że teraz skurcze będą dłuższe za to boleśniejsze, kiedy moje ciało przeszył ból tak mocny, że aż zabrakło mi tchu.

Po drugim takim rozkosznym skurczu zażądałam tonem nie znoszącym sprzeciwu znieczulenie zwane z.z.o. Po chwili nadciągnął wesoły lekarz wraz z pielegniarą i po jego starannych zabiegach i kilkunastu minutach poczułam się tak błogo, ze z radości zaczęłam tańczyć wokół kroplówki, niczym na rurze. Szybko jednak nogi odmówiły mi posłuszeństwa, więc radosna i pełna energii zaczęłam skakać na piłce. Niewyspany Dyziak tymczasem odfrunąl do krainy Morfeusza śniąc o szybkich porodach, szczęśliwych ojcach i uśmiechnietych noworodkach.

Kiedy obudził się niedługo później, okazało się, że nadszedł już czas, że za chwilę ma nadejść ten moment, na który tak długo czekaliśmy. I rzeczywiście, po koszmarnych 20 minutach pełnych stękania, słów pełnych zachęty i myśli o tym, że cholernie boli i jak mam przeć, skoro tak boli; o godz.11:11, na brzuch wyciągnięto mi małą istotkę o czarnym kosmatym łepku, mocno zarysowanych brwiach i ciemnych rzęsach. Dumny Dyzio, który jako pierwszy zobaczył to nasze cudo, dokonał rytualnego przecięcia pępowiny i już po chwili cała nasza trójka przeniosła się w inny wymiar. Tylko my a cały świat - kto by się nim przejmował!

Tylko my i nasza śliczna, piękna, kochana córeczka! Nasz mały Haniołek!

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru