niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
poniedziałek, 28 września 2009

Wyznania miłości są u Hani na porzadku dziennym. Chodzi oczywiście o wyznania miłości Mamusi, reszta świata jakoś sama sie domyśla, jakimi ciepłymi uczuciami je darzy. Jak to w życiu bywa, niektóre wyznania spotykają sie od razu ze spontanicznym odzewem, przytuleniem, całusem, cześć zaś spotyka sie z Odruchową Odpowiedzią Mamusi.

Odruchowa Odpowiedź Mamusi polega na tym, że matka musi zawsze i wszędzie słuchać wszystkich, mało tego, wszystkim odpowiadać na pytania. Bez względu na poziom senności/zmęczenia/zajęcia innymi zajęciami/zaczytania matka czujna musi być i basta. A moje stadko uwielbia to sprawdzać, monologując do mnie równolegle i co jakiś czas zadając podchwytliwe pytania. W takich przypadkach sprawdza sie koło ratunkowe w postaci Odpowiednich Odpowiedzi. Na przykład "naprawdę?" to niesamowite" zgadzam się z Tobą. Taaak? ". Przynajmniej młodszej części rodziny to wystarcza, najstarszy jej uczestnik, zwany potocznie Głową uwielbia dowodzić, że mimo wszystko go nie słucham. Nawet wypowiedz Hani w tle składająca sie ze zdań wielokrotnie złożonych, trwająca tak długo, że sama mówiąca zapomina, o co miała zapytać, nie jest wtedy usprawiedliwieniem.

Na taką właśnie chwilę nizin intelektualnych wpadła Hania. Siedziała za stołem rysując papuge widzianą w zoo i wyznała czule:

- Mamusiu, ja Ciebie kocham najbardziej na świecie!

- ja Ciebie też! - odpowiedziałam na to, wkładając w to tyle uczucia, na ile było mnie stać przy popołudniowej kawie.

- Taaaak? Mnie najbardziej? A swojego męża nie kochasz? - drążyła dociekliwie Hania. Cóż, stało się. Przyłapała mnie na Odruchowej Odpowiedzi.

- Wiesz Haniu, ja każdego z Was kocham inaczej, Ty jesteś moją najkochańszą córeczką, Brunio synkiem, a Tata moim najkochańszym mężem.

Na to padł zdradziecki strzał z boku:

- a co jakbyś miała dwie córeczki? - szepnął w.w.mąż

- ale nie mam! Mam synka i córkę. A Ty możesz być najkochańszym mężem, chociaż jesteś jedynym, wiec chcąc nie chcąc jesteś najkochańszy. I nie tylko najkochańszy.

Muszę częściej ćwiczyć czujność, bo nie ma zmiłuj! 

piątek, 25 września 2009

Sytuacja stabilna. Hania opowiada, że zjadła kamień, bo była głodna, a tak w ogóle to smak miał waniliowy. Brunio mówi tyle, że zapamiętać nie sposób. Do słownika włączył nowe słowo: nie lubię. Nie mówi już "nie chcę", mówi na przykład po napiciu się paru łyków gorzko-kwaśnego płynu:

- nie ubie herbatu!

- nie ubie to, plosie wode!

Ostatnio po raz pierwszy udało mi się ułożyć dzieciaki w jednym łóżku i poczytać im książeczkę, która ich wspólnie zainteresowała. Były to wierszyki na zasypianie, wystarczająco krótkie, żeby nie znudzić Bru, wystarczająco dobre, by zaciekawić Hanię i wystarczająco dobrze ilustrowane, żeby co chwilę któraś z głów podnosiła się z poduszki i zaglądała do książeczki. I każde z nich chciało widzieć obrazki lepiej niż to drugie i każde pytało o co innego, przekrzykując się nawzajem, ale udało się. Obydwoje byli zadowoleni, że są w komplecie, że razem i nie rozpychali się za bardzo i nie walczyli o poduszki. Oby to był dobry poczatek naszego czytelniczego trio.

A ja mam chęć zrobić tyle rzeczy, tylko czasu mi na to nie starcza albo sumienia. Czekam na powrót z wyjazdu koleżanki i zapisujemy się na prawo jazdy A, ale po głowie mi chodzi jeszcze i taniec, joga, latino solo i kurs języka chorwackiego i kurs gotowania i miliony innych rzeczy, które mogłabym robić po pracy. Tyle, że czas wolny zaczyna mi się po 21, a po pracy to żal mi urywać się z domu, bo wiem, że czekają na mnie stęsknione Tajfuny. Zawsze to jest coś kosztem kogoś. I nie wiem czy to ja powinnam być bardziej egoistyczna i czy to nie lenistwo, czy też dobrze robię, że oddaję ten czas dzieciom. Myślę, że są takie małe i że na razie wciąż tak ważne jest żebym była z nimi codziennie, chociaż wieczorem, że tego czasu nic mi nie wróci, że mogę poczekać ze swoimi pasjami jeszcze trochę. No dobra, niech tak będzie, wciągam rower z garażu i jeżdzę do pracy, nie ma to jak ekologiczny fitness :) 

14:08, ingutka
Link Komentarze (6) »
czwartek, 24 września 2009

Lato minęło, skończył się czas laby i wypoczynku, postanowiliśmy się wziąć poważnie za Brunia i podokręcać mu nieco śrubę wychowawczą. Jak rzuci coś specjalnie na ziemię - musi podnieść, jak porozwala, ma posprzątać. Chłopiec mój bowiem zmienia się czasem w tajfun, który lata niczym niszczycielska siła po domu.

Jako karę wymyśliłam pójście do kąta - tłumaczenie bowiem nie wystarczało, jestem przeciwniczką klapsów, pochwały sprawdzają sie w innych momentach, za bajkami w tv bru za bardzo nie przepada (zakaz oglądania), a w kącie ma szansę się uspokoić i wyciszyć i krzywdy mu on nie zrobi. Za pierwszym razem, Brunek olał  moje prośby i ostrzeżenia i z ciekawości wylądował w kącie. Za drugim razem zakapował o co chodzi, a za trzecim razem posłuchał wypowiedzianej prośby. Sukces, pomyślałam naiwnie, bo wiadomo, nie od razu kraków zbudowano.

Cóż, proces wychowawczy nie jest łatwą sprawą, zwłaszcza u dwulatków. To taki wiek, kiedy trzeba sprawdzić wszelkie granice, dotknąć jej rękami, wytupać nogami, wyleżeć i wywrzeszczeć swoje. Trzeba sprawdzić odporność rodziców i to, czy rzeczywiście są wierni swoim zasadom. Brunek już nie raz z uśmiechem na ustach coś broił, w ramach dobrego żartu, co doprowadzało nas do rozpaczy.

Wczoraj wieczorem znowu wypróbowałam swoją metodę. Bruno przestawił krzesło (przejechał nim przez cały salon) tak, że zasłaniało Hani tv z ulubioną dobranocką (muminki). Synek poproszony o odstawienie mebla, bo przeszkadza rzucił tylko krótko: nie i zajął się swoimi sprawami. Rzuciłam więc ostrzegawczo:

- Brunio, chcesz iść do kąta?

- Tak! padła błyskawiczna odpowiedź.

Po czym Bruno zamaszystym krokiem odmaszerował do swojego kąta w ciemnym (! - nigdy nie zostawiam dziecka samego w ciemnym pokoju) pokoju i zamknął za sobą drzwi. Kurtyna sceny wychowawczej opadła a wraz z nią opadły nam kopary. Hmm... nie bedzie łatwo.

Po chwili Bruno równie zdecydowanie wyszedł z pokoju z kątem, podszedł do krzesła i pięknie odstawił go na miejsce. Wiwatom i pochwałom nie było końca, a mina Bru świadczyła, że i on lubi się czuć w porządku. Byleby mu nikt nie mówił co ma robić, a czego nie.

środa, 23 września 2009

Kiedy wróciłam wczoraj do domu (rowerem!), zamiast usłyszeć połączonego chóru okrzyków dziecięcych "mama!", zobaczyłam tylko radość Brunia. Hania siedziała na kanapie i minę miała bardziej niż niewyraźną. "Ocho, coś się święci", pomyślałam i poszłam zapytać o co chodzi.

Na mój widok twarz Hani zmieniła się niczym w kreskówce. Wymalowała się na niej rozpacz, bezradość, wyrzuty sumienia i ogólna niepewność, zaś usta przybrały kształ podkówki.

- Hanulku, co sie stało, co to za smuteczki? Co się stało?  - spytałam przytulając ją. Na to Hania wybuchnęła gromkim płaczem i wykrztusiła:

- Połknęłam kamień....buuuuuuu!

Serce zatrzymało mi się na chwileczkę, po czym ruszyło biegiem, mózg zaś starał sie znaleźć racjonalnie zachowanie.

- Kiedy to się stało, teraz? Brzuszek Cię boli? jak duży był kamień, możesz pokazać?

Okazało się, że kamień został połknięty niedawno, Hania najprawdopodobniej trzymała go w buzi i przypadkiem połknęła. O niebosa, pomyślałam, nasza rozsądna Hania przeżuwa kamienie? Uspokoiłam płaczącą Hanię, że się tym zajmę i Brunia przytulającego i całującego zapłakaną siostrę, ku pocieszeniu i zadzwoniłam na ostry dyżur. Okazało sie, że trzeba przyjechać do szpitala, do chirurga i zrobić prześwietlenie brzucha.

Szybko wiec odwieźliśmy Brunka do mojego Szwagra, a z Hanią pomknęliśmy do najbliższego dyżurującego szpitala. Główna bohaterka zdarzeń, po uspokojeniu, że jedziemy do szpitala na zdjecie, które nie boli, była szczęśliwa wyprawą samą w sobie. Siedziała na tylnym siedzieniu i opowiadała nam wspomnienia z innych wypraw i ciekawa była, jak to będzie w szpitalu, jak on wygląda. Gdy podjechaliśmy, spytała spokojnie" Mamusiu, to tu zostanę na noc?", widać szpital nie kojarzy jej się z niczym złym. I rzeczywiście, podczas wizyty, zdjęcia Hania była wesoła, podobnie jak personel, który czasem nie mógł powstrzymać śmiechu na wiadomość, co też Hania zmalowała "kamień? zjadłaś kamień? Dobrze, że nie monety albo otwartą agrafkę". Szybko też stałam sie rozpoznawalną atrakcją w grupce rodziców z dziećmi, jak to bowiem bywa w tych okolicznościach, ludzie zżywają się, opowiadając sobie historie dzieci lub też rywalizują między sobą zażarcie o miejsce w nieistniejącej kolejce (pacjenci byli wyczytywani). "Mała połknęła kamień? Jak to się stało????".

Kamień siedzi w jelicie cienkim i na razie czekamy, az wyjdzie. Hania po skończonej wizycie na ostrym dyżurze kazała nam szybko jechać po Brunia, który pewnie za nią tęskni i musi być biedny bez nas. A wracając wspominaliśmy razem przygody psotnego Emila ze Smalandii, szczególnie tę o włożeniu głowy do wazy od zupy. Cóż, od wczoraj i Hania ma swoje osiągnięcie, ma co wspominać, mam nadzieję, że tyle popisów połykaczki kamieni wystarczy :)

PS. Na szczególną uwagę zasługuje kartka w gabinecie przyjęć na ostrym dyżurze w szpitalu pediatrycznym. Był tam napis, na szczęście w jezyku angielskim, że rzeczą ludzką jest popełniać błędy i pomyłki. Ha, to chyba ostatnia rzecz, jaką chcieliby przeczytać rodzice z chorym dzieckiem u lekarza... ;)

10:34, ingutka
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 21 września 2009

Korzystając z pięknej, słonecznej, wczesnojesiennej pogody Tajfuny wraz z siostrami przeobraziły się w Bandę* i pojechały zdobywać zoo. Powitanie nastąpiło tuż przy bramie, piskom, uściskom i całuskom nie było końca. Kiedy zaś przestąpiliśmy próg tejże placówki, cała Banda rzuciła się na przód, ku nieznanemu, ku wolności, wydając dźwięki świadczące o tym, ile radości im to sprawia. W końcu wybiegali się, tuż przed wybiegiem z Hipopotamem. Odpowiedzialna jak zwykle Zosia ustawiła dzieci w szeregu, poinstruowała jak należy i tak czwórka dzieci, trzymając się za ręce ruszyła na zwiedzanie. Za nimi oczywiście rodzice, cieszący oczy miłym widokiem kochających się dziatek.

Każde oglądane zwierzę było powodem do niesamowitej euforii - kiedy jedno dziecię zaczynało kwiczeć z radości" o, lew, patrzcie, macha ogonem!", reszcie udzielał się nastrój chwili i wkrótce wszyscy razem ekscytowali sie, jakby rzeczywiście coś się wydarzyło na wybiegu. Reszta gapiów, wietrząc ciekawe zjawisko, zaczęła baczniej przyglądać się zwierzętom, ale nie mogła znaleźć powodu do takiej reakcji. W wyniku tak radosnego podejścia po paru godzinach zdążyliśmy zobaczyć zaledwie połowę, a może i mniej zwierząt - w końcu wszystko trzeba omówić. Trzeba zobaczyć i pająki i "orzeła" i sowę huhuhu i małpę, słonia czy żyrafy. Największe emocje wzbudził Goryl, który nie zważając na tłumy przyklejonych do szyby dzieciaków, wypiął się i spokojnie zrobił siusiu. W dzikim tłoku, jaki zapanował brakowało tylko fotoreportera z superexpressu, który by uwiecznił to wydarzenie.

A potem były i lody i placki ziemniaczane, plac zabaw i osiołki, które dały się drapać po nosie i tak to Banda opanowała połowę zoo. Druga połowa, jeszcze nie odkryta, czeka na kolejną wyprawę. Oby tylko zwierzęta to przeżyły :)

*banda- połączone siły dziecięce czyli Zosia, Basia, Hania i Bruno.

16:25, ingutka
Link Dodaj komentarz »

Hania po raz pierwszy po wakacjach poszła na basen, gdzie pod okiem swojego ulubionego trenera ćwiczy pływanie. Teraz ma przygotowanie do pływania strzałką pod wodą, miała wiec szukanie przedmiotów pod wodą i pływanie pod "makaronem", wszystko to bez rękawków. Naprawdę świetnie jej idzie, ambitna jest po mamie, wiec ćwiczy dzielnie i dzięki temu widać postępy. 

W ciągu dnia Hania to wielka przyjaciółka Pędzla, troszczy się o niego, niczym prawdziwa Kocia Mama. Coś mi się zdaje, że los Pędzla jest już przesądzony, wszedł już chyba w poczet członków naszej rodziny, nie mogłabym tego zrobić Hani i go oddać - zbyt jest do niego przywiązana. Pomaga też sie nim opiekować i pilnuje, żeby nie otwierać drzwi na zewnątrz, żeby Pędzelek nie uciekł. Raz, gdy jej własny Ojciec zostawił je otwarte, popłakała sie, bo myslała, że Pędzel dał nogę, na szczęście ów znajdował się w kuchni, gdzie pełnił wartę honorową przy misce, którą trzeba napełniać parę razy dziennie.  

Wieczorami zaś czytamy z Hanią, z jej wyboru, encyklopedię dla dzieci, jednego dnia o czaszce i mięśniach, innego o plemniku, kolejnego i piorunach i o obiegu wody w przyrodzie. Zadziwia mnie ile Ona rozumie. A jak już nie mamy siły, to leżymy razem na łóżku, przytulone i opowiadam Hani o tym, jak pojechałam w góry, skakałam po skałach i pływałam po spienionej rzece, skąd przywiozłam jej zielony kamyk. W końcu przylatuje Duch Pocałuch, wycałowuje Hanię, mówi zaklęcie na uszko i parę minut później Hania śpi.

10:12, ingutka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 17 września 2009

U Brunka rozpoczyna się jeden z najpiękniejszych okresów w życiu. Każdego dnia może być kim chce, wystarczy tylko odrobina fantazji by zmienić swoje życie. Czarodziejski proszek dzieciństwa sprawia, ze Brunek zapytany o to kim jest, na ogół nie jest chłopcem, ani nawet człowiekiem.

Wieczorami i rankami synek zmienia sie w samolot. Rozkłada rączki do góry, zaburczy silnikiem i odlatuje w przestworza salonu. Innym razem warczy silnikiem niczym najlepsza wyścigówa (mamus, jestem autem!). Na łóżku rodziców można spotkać pieska, który szczeka i skacze na dwóch nogach, a pod stołem łasi się kotek miau, który chichocze zupełnie jak Bru.

Kreatywność dwulatka oczywiście nie ogranicza się tylko do przeobrażeń. Bru nie potrzebuje, by mu śpiewać piosenki, wymyśla swoje własne, zawodząc niczym grajek na dworcu centralnym. "jedzie auto, jeeeeeeeedzie..... i jeeeedzieeeeeee" - ta dość monotonna piosenka pełna jest jednak emocji i osobistego zaangażowania śpiewaka. Aż się prosi, żeby podstawić mu kapelusz na datki.

Na kartkach zarysowywanych przez Bru wykwitają fantastyczne obrazy: samoloty, pieski, samochody. Niewprawne oko mogłoby powiedzieć, że to tylko bahomazy, kolorowe kółka i parę kropek. Jednakże pewien siebie Bru potrafi dokładnie pokazać, gdzie narysowany piesek ma nogę, gdzie oko, nawet jeśli ucho wyrasta gdzieś pod łapą, a koło samochodu toczy się parę metrów za podwoziem. Najwazniejsze, że wszystko jest na miejscu, wystarczy tylko umiec patrzeć.

To jest właśnie ta magia dzieciństwa.

środa, 16 września 2009

Wróciłam już z dalekich wojaży, przezyłam najbardziej ekstremalna przygode w moich życiu - kanion, pionowe, wysokie ściany, środkiem płynie górski potok, krystalicznie czysty o temperaturzej podobnej do lodu: 5 stopni. I w tym wszystkim ja, ubrana w grubą piankę, buty i kask, przedzierająca się przez kamienie, szczeliny skalne, pływająca wąskim przesmykami, zjeżdzająca na linie i skacząca z wyskokiem z wysokości 7m prosto w zieloną czeluść. I tak przez 5 godzin a potem jeszcze ostra wspinaczka. Było wspaniale, chociaz dopiero zeszły mi zakwasy i chociaż dopiero niedawno nabrałam znowu temperatury 36,5. Uwielbiam takie wyzwania.

Na lotnisku czekał już na mnie komitet powitalny w trzech osobach. Wszyscy mieli coś ciekawego i ważnego do powiedzenia, nawet Brunio perorował jak najęty. I tak przez cały czas, aż do zaśniecia. Hania zasnęła z przywiezionym przeze mnie zielonym kamykiem, znalezionym w górskiej rzecze, który stał się skarbem, Brunio zaś tulił autobus zwany ogórkiem, zakupiony na lotnisku. Z M. zaś rozmawialiśmy przy przywiezionej przeze mnie regionalnej muzyce, naprawdę wartej uwagi.

Świetnie jest wyjechać, oderwać się, nasycić inną rzeczywistością, ale najprzyjemniejsze jest to, że ktoś na nas czeka. Że ktoś na mój widok piszczy głośno i biegnie prosto w moje ramiona. Że ktoś musi opowiadać mi swoje życie. Ktoś a w zasadzie ktosie. Moje ktosie kochane :)

środa, 09 września 2009
A teraz kończę pakować walizkę, bo jutro wybywam do pewnego pięknego i dzikiego kraju europejskiego, która przyciąga mnie już od dawna. Spędziłam tam kiedyś piękne chwile, odkrywając miejsca nieznane masowej turystyce. Teraz poznam to miejsce z nieco innej strony - jadę służbowo, ale i tak będzie ciekawie. Żeby tylko nie tęsknić...
W ostatnich dniach miało miejsce podniosłe wydarzenie: zostałam mamą chrzestną małej i słodkiej Weroniki. Czuję sie zaszczycona i mam nadzieję, że dzielnie będę pełnić swoje obowiązki.

Uroczystość odbyła się w przytulnej kaplicy. Moja chrześnica cały czas się uśmiechała i spokojnie przyglądała wydarzeniom, po wszystkim zaś cichutko zasnęłą w swoim wózku. Pozostałe dwie dziewczynki były płakały, jęczały - jak to przystało w końcu na takie maluchy. Jak sobie przypomnę Bru, który przez większość uroczystości wydobywał ze swojej paszczy o najwyższych możliwie wysokościach...zresztą Brunek i teraz zaznaczył swoją obecność. Niestety, była pora jego drzemki, poprzedni dzień był męczący i prawie bez snu, wiec podczas ceremonii wyrywał się do mamy i marudził głośno. W końcu padł w wózku, a tym samym ominęła go długa msza, obudził się akurat podczas uroczystego obiadu, kiedy podano rosół. Hania była zaś bardzo grzeczna i zafascynowana, bo siedziała ze mną, w pierwszej ławce. Najbardziej mi sie podobała, jak trzymała podczas mszy ręce szeroko rozłożone, jak ksiądz prowadzący mszę: postanowiła go bowiem dokładnie naśladować.

I tak to mój los jeszcze mocniej splótł się z życiem moich przyjaciół. Jest mi bardzo miło, bo to wspaniała rodzina, która trzyma się razem i która dała mi odczuć, że w pewien sposób i ja do nich należę. A mała Weronika przyglądała się wszystkiego ze swoim uroczym uśmiechem, wodząc wzrokiem od jednej babci do drugiej, od cioci do wujka, cała bowiem sala pełna była jej fanów. A jej starsza siostra nie traciła czasu i szalała z moimi Tajfunami i kuzynami. Hania z Bruniem byli zachwyceni, obżarli sie lodami, czekoladkami i wcale nie chcieli wracać do domu. Cóż, na razie żadne chrzciny się nie szykują.
 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru