niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
poniedziałek, 29 września 2008

rzucający czary

badający świat

niedziela, 28 września 2008
Nic oryginalnego, ja wiem, wiele osób tak ma. Ot, typowa reakcja przechodzenia z dobrego w gorsze. Samoistny odruch, można powiedzieć.

W niedzielę wieczorem na ogół mam zepsuty humor.

Najpierw, w dzieciństwie, sygnał zakończenia dobranocki oznaczał, że poniedziałek nadciągnie nieuchronnie, że już nic nie zostało z weekendowych radości. Nic tylko mycie i spanie. Potem nadeszła praca i życie od weekendu do weekendu. Niby najgorszy moment to poniedziałek rano, ale ja już w niedzielny wieczór wiedziałam, że ten poranek nadejdzie i to mnie dołowało. A kiedy nadchodził, byłam zbyt niewyspana, żeby zdawać sobie z tego sprawę.

Teraz odczuwam to jeszcze inaczej. Praca jest w porządku, całkiem miłe miejsce, koniec weekendu oznacza natomiast rozłąkę w byciu z dziećmi na cały etat. Krótkie urywane chwile między pracą, przedszkolem a nocnym spaniem. Bieganinę i łamigłówkę, jak tu ze wszystkim dać radę i poświęcić dzieciom 100% potrzebnej im uwagi. Jak tu mieć czas pozbierać czerwone liście, nauczyć się rysować kwiatka i porozmawiać o Kubku.

Weekend to nasz czas, kiedy po prostu jesteśmy razem, bez tego nieustannego bata nad głową, licznika, który ciągle cyka mi w głowie. W weekend mama jest dla dzieci a dzieci są dla mamy, wypełniamy się sobą aż po brzegi, ganiamy, ściskamy, robimy zaśmiewając się "kanapkę" - na dole jest mama, na niej Hania a na niej Bruno. Robimy wyścigi i zdobywamy nowe miejsca, choćby i to była górka w innej dzielnicy. Cokolwiek byśmy nie robili - jesteśmy razem od rana do nocy i tego mi brakuje aż do piątkowego popołudnia.

I dlatego niedzielny wieczór jest taki smutny.
czwartek, 25 września 2008

- Mama, jak będę duża to Brunio zostanie moim mężem.

- Haniu, ale to niemożliwe, on jest Twoim braciszkiem!

- Oj mama, przecież nie teraz, tylko jak Brunio już będzie dorosły! Ja chcę Brunia.

- Haniu, ale nie wolno, on jest Twoim bratem i dlatego nie może zostać Twoim mężem.

- ale dlaczego? Przecież ja go kocham a męża trzeba kochać!

- bo takie są zasady i prawo, po prostu nie wolno i już. Ty lepiej weź swojego Kubusia za mężą, tylko zapytaj go czy sie zgadza.

- No dobra, zapytam, ja myślę, że na pewno się ucieszy! (mój dopisek: swoją drogą to racja, Kubuś wpatrzony jest w Hanię jak w gwiazdy, spełnia wszystkie jej zachcianki na skinienie palca czy głowy, a ostatnio na zyczenie Hani bawią sie w dom - Kubek jest jej mężem :)

****************** po dłuższym namyśle następnego dnia rano ******

- Mama, a Ty sama wybrałaś sobie męża?

- Hmmm...no raczej tak (do siebie: w moim przypadku to akurat skomplikowana kwestia ;)

- To ja Ci go zabiorę, ha ha ha!!!

- coś Ty, przecież to jest mój mąż!

- a teraz będzie mój, ha ha! Tatulek jest kochany!

Na szczęście zainterweniował M. stwierdzając, ze żonę już ma a Hania jest jego ukochaną córeczką a nie żoną. Poszukiwania męża - zięcia w toku, ciekawe, co na to Kuba? :)

Śmieszne jest to wchodzenie dzieci w buty dorosłych. Ciekawe jest to, że Hania najpierw miała (i ma) tabun dzieci, a dopiero teraz zatroszczyła sie o męża. Mam nadzieję, że jak dorośnie, zrobi to w odwrotnej kolejności :)

środa, 24 września 2008

Świat mojej czterolatki już dawno temu rozszerzył swoje granice o nieskończone obszary wyobraźni. Czasem zapominam jednak, jak bardzo realne wydaje sie być ten świat fantazji dla dziecka.

Ostatnio, po wizycie kwalifikującej na zabieg, pojechałyśmy z Hanią na obiecaną gorącą czekoladę za "dzielność". Przeszczęśliwa Hania, która zamiast siedzieć w przedszkolu, spędzała dzień z mamą, w kosmicznym tempie pochłonęła cały kubek smakołyku. Już po chwili, z usmarowaną buzią, ganiała po niebiańskiej kawiarni.

- Mamusiu, a wiesz co ja robię? Bawię się w berka z krokodylami.

- z krokodylami? Jakimi krokodylami?

- No tymi tam dwoma, małymi krokodylami. Ganiamy się razem. Ojej, nadbiegają, muszę uciekać!

Po chwili:

- już jestem. Te krokodyle to bardzo lubią sie bawić w berka.

- a nie podgryzają Cię po łydkach?

- Nie, one mnie lubią, one mogą tylko pogryźć innych ludzi, ale nie mnie i Ciebie.

- a co one piją i zjadają?

- piją kawę i już sama nie wiem co zjadają. Może sernik?

Parę dni później znów miało miejsce spotkanie w sklepie z sympatycznymi krokodylami. Jak sie dowiedziałam, jeden nazywa sie Mateusz, drugi Kuba. Mam sie nie bać, bo one tylko trochę szczypią mnie po kostkach, ale mnie nie ugryzą. Wieczorem okazało się, ze krokodyle siedzą za kanapą i czekają na Hanię, która kazała im grzecznie usiąść na podłodze i poczekać aż skończy jeść.

Kiedy patrzyłam na cienie za kanapą i słyszałam władczy a zarazem pełen pewności w to co widzi ton Hani, prawie je zobaczyłam. Ale prawie, jak wiadomo, robi wielką różnicę :)

poniedziałek, 22 września 2008

Przywalona jestem drobnymi i grubszymi sprawami i nie wystarcza mi już czasu na blogowe zapiski. Ale z szacunku do Czytających i ku pamięci, napiszę w skrócie co i jak:

  1. We wtorek byłam z Hanią na wizycie kwalifikującej do usunięcia trzeciego migdała. Jego symptony są widoczne gołym okiem, zatkany nos, chrapanie, bezdech a także większa niż wcześniej drażliwość czy - jak m i się wydaje - problemy z koncentracją. Badania słuchu wykazały, że Hania jak najbardziej kwalifikuje sie na zabieg - ledwo słyszy na uszy a jeden test wykazał w ogóle brak odpowiedzi. Wskazaniem jest wiec usunięcie mgdałka wraz z założeniem drenu, jest tylko jeden mały problem: muszę spodziewać sie, że termin oczekiwania to około roku - w sprawie dokładnego terminu mam zadzwonić za 4 miesiące. Nosz kurcze i znowu okazuje sie, że jeśli cokolwiek muszę zrobić, powinnać zrobić to prywatnie. Chociaż personel w Instytucie Patologii Słuchu był bardzo miły i fachowy - to przecież nie mogę czekać roku, bo może dojść do trwałego uszkodzenia słuchu. Szukam wiec namiarów i kontaktów na prywatne zabiegi, na razie słyszałam o Krajmedzie i Kajetanach prywatnie. Za wszelkie namiary i opinie będę wdzieczna.
  2. Od środy wyjechałam do Danii na służbowy wyjazd. Oprócz licznych wykładów zaliczylam też elegancką kolację, na której liczba sztućców podana do stołu wprawiła w konsternację większość gości: było to 5 widelców, 4 noże i 2 łyżki a do tego 5 kieliszków, do większości potraw inne wino. Czysta sztuka dla sztuki, ale czy to było rzeczywiście smaczne, ciężko stwierdzić, zwłaszcza że większość potraw było na jeden kęs. Na pewno jadłam lepsze jedzenie, czasem myślę, że takie jedzenie to pożywka dla snobów. Podejrzewam, że wiekszość gości wolałaby zjeść coś normalnego :) Następnego dnia za co cudownie zrelaksowałam się w basenach termalnych w Jutlandii i to był najprzyjemniejszy moment wyjazdu, na którym straszyłam ludzi krwawym okiem, już w samolocie bowiem dostałam zapalenia spojówek. Ogólnie wyjazd udany, chociaż dopadły mnie przemyślenia na temat mojego wzrastającego dystansu do tego typu atrakcji i podejścia do rzeczywistości. Dołuje mnie nieco to, że dla niektórych celem jest picie samo w sobie.
  3. Brunio łazi po domu i dzięki niesamowitemu sprytowi dostaje sie do coraz bardziej ukrytych schowków, co raz, podczas mojej nieobecnosci skończyło sie rozwalonym, zakrwawionym palcem. Hania za to uprawia woltyżerki słowne i po czasie względnego spokoju zbiera w niej bunt -teraz nie przyjdę, tego nie zjem a Ty mama jesteś niegrzeczna i niedobra, że każesz mi to jeść, nie dam Ci więc obrazka, który dla Ciebie narysowałam! Nieładnie mówisz mama, tak nie wolno mówić do dzieci. Nie przeszkada to obydwojgu w ciągłym przytulaniu się do mamy. U Hani pełni to rolę wentyla bezpieczeństwa, bowiem w krytycznych momentach ryków pojawia się nagle hasło "przytulić" i wyraża ono całą dzieciecą bezradność w radzeniu sobie ze światem emocji z dorosłymi i wielką potrzebę bycia w zgodzie ze światem.

Oprócz tego załatwiam milion innych spraw, nie wymienionych w w.w spisie. Prosze wiec o wyrozumiałość, zwłaszcza, że jako niskociśnieniowiec, przy takiej pogodzie nie mam łatwo.

poniedziałek, 15 września 2008

Brunio wymaszerowuje z kuchni z długą łyżką drewnianą w jednym reku i z otwieraczem do konserw w drugiej.

Hania (ze śmiechem): Brunio, no co Ty robisz?! Mama, zobacz, on myśli, że jest kucharzem, a przecież kucharzem mogą być dorosłe panie i pany a nie małe brumisławy! :)

Mój komentarz: Małe Brumisławy - bardzo mi się podoba to określenie, wymyślone przez Hanię :)

czwartek, 11 września 2008
Jesteśmy z M. razem już 9 lat. Niby to niedużo, a może właśnie bardzo wiele? Ostatnio zastanawia mnie, jak bardzo przenikamy się nawzajem, jak zacierają sie czasem granice miedzy nami. Stanowimy dwie odrębne jednostki o różnych charakterach i typach osobowości. Każde z nas ma swój świat zainteresowań, a jednak z każdym dniem łączy nas co raz więcej.

Nieustannie któreś z nas wypowiada na głos to, co ta druga osoba pomyślała, łapiemy się w tym samym momencie na nawet najdziwniejszych, ale takich samych skojarzeniach. Nauczeni doświadczeniem wypowiadamy je szybko na głos, żeby to ten drugi/a z nas musiał wykrzyknąć: "też o tym właśnie pomyślała/em!, znowu czytasz w moich myślach". Często zdarza się też, że gdy jedno z nas dzwoni do drugiego, słyszy w słuchawce sygnał zajętości - po chwili okazuje się, że w tym samym momencie do siebie zadzwoniliśmy.

Wspólnota dotyczy też codzienności, naszych nawyków, tego co lubimy zjeść, co lubimy robić, jak spędzać czas. W ciemno wiem, że zmęczeni całym tygodniem, wpadniemy na bardzo podobny pomysł spędzenia wieczoru wraz z doborem identycznego menu.

Wiem, że to nie bajka, a my nie jesteśmy dwoma klockami puzzli, które sie po prostu uzupełniły. Nie jesteśmy idealną parą, dopasowaną jak klucz do zamka, bo takie nie istnieją nigdzie poza światem fantazji. Dochodzę jednak do wniosku, że każde z nas zaraziło tę drugą osobę swoimi nawykami, przywarami i słabościami. Fascynuje mnie jednak, jak głęboko weszły nam one pod skórę, jak wniknęły w naskórek, łącząc się w jedność. Wydawało mi się na poczatku, że jesteśmy tak różni, dwie jednostki,tak inne, jak ogień i woda, a jednak!  Kiedy to sie stało i kto kogo bardziej wciągnął w swój świat, pozostaje tajemnicą, której chyba nie chcę zgłębiać.

I chociaż wiem, że parówki nadal jem ja z musztardą, on z majonezem, zagryzając bułką w podziale ja-góra, on doły, i że jeszcze nie jeden raz sie pokłócimy, na przykład o to, jak wymawia sie po polsku ketchup: keczap czy keczup, to niesamowicie cieszy mnie, że wystarczy jedno spojrzenie znad wyżej wspomnianej parówki, jedno połączenie piwnego i zielonego oka, by rozumieć się bez jednego słowa. Śmiejemy się, że jak tak dalej pójdzie, to na starość nie będziemy w ogóle ze sobą rozmawiać, rozumiejąc się w lot, ale chyba nam to nie grozi, wiedząc, ze po tylu latach ciągle nie możemy sie nagadać. Mam nadzieję tylko, że na starość nie będę chrapać jak Maużonek a on nie zrobi się tak roztrzepany jak ja :)
środa, 10 września 2008

Ostatnie dni mam wypełnione po brzegi i nie nadążam z opisywaniem wszystkiego. Znowu krążą mi w głowie myśli o sklonowaniu się :)

Bruno wziął sobie do serca chodzenie. Tak jak nie chciał przemieszczać sie w pozycji stojącej (chociaż potrafił), tak teraz nadrabia to przez całe dnie. Nigdy nie snuje się sennie - zawsze przemieszcza sie z miejsca w miejsce z jakąś wyraźną misją, z ukrytym celem. Nóżki lekko rozstawione, ręce wykonujące najdziwaczniejsze ruchy (M. twierdzi, że Brumiś po prostu nie wie co z rękami zrobić, dlatego tak nimi macha) i w drogę. Na przykład do kuchni, do ulubionej szuflady z akcesoriami kuchennymi Mamy. W jedną rękę trzepaczka, w drugą inna (do teflonu), na buzi uśmiech od ucha do ucha  i już można ruszać na podbój mieszkania :) Przenoszenie to zresztą świetna zabawa sama w sobie. Dzieć zostawiony na chwilę w ulubionym Warzywniaku uskutecznia mixy owocowe - jabłka wrzuca mi do korzyka, węgierki przenosi po parę sztuk do jabłek. Po drodze można jeszcze sprawdzić, co zostanie ze ściśniętej śliwki...Chwilę wytchnienia mieliśmy tylko w jednym z marketów, gdzie udaliśmy sie po większe zakupy (woda, mleko, kocie etc.). Podczas gdy czekaliśmy w długiej kolejce do kasy, szczęśliwe dzieciaki pod wodzą Brunia, układały masła w plastikowych pojemniczkach leżące na końcówce regałowej. Frajdy mieli co niemiara, aż do zmarznięcia rączek :)

Hania dzielnie zdobywa przedszkole, jej wielbiciel "mój Kubuś" nadal darzy ją uczuciem, ale rano bywa ciężko. Na dżwięk tatusiowej porannej działalności (pobudka bodajże 5:20/5:40), Hania zrywa się z łózka i odmawia snu, a potem jest niewyspana. Wciąż nie chce sie rozstawać z rodzicami, taka to z niej wrażliwa dziewczynka. Dzisiaj w przedszkolu zebranie, to dowiem czegoś więcej.

A my w sobotę zaliczyliśmy przepiękny ślub naszych znajomych. Wszystko było perfekcyjnie, para wychodząc z kościoła otoczona była szpalerem maleńkich baniek mydlanych, wyglądało to uroczo. Na weselu wytańczyliśmy sie z M. za wszystkie czasy - już dawno nie mieliśmy takiej szansy. Poznałam też Rafała Królikowskiego, bardzo sympatyczny z niego facet.

W niedzielę wyciągneliśmy za to naszą przyjaciółkę, "Ciocię Ulizę" na długi jesienny spacer. Uwielbiam nasz pobliski las, widok skąpanych w słońcu brzóz był niezapomniany. Tak samo jak widok Cioci Ulizy i Hani zbierających jarzębinę i podskakujących na górkach i dołkach :)

wtorek, 09 września 2008

Kreatywność dzieci i ich inne spojrzenie na świat, nigdy nie przestanie mnie fascynować. I chociaż wydaje mi się, że umiem spojrzeć na świat oczami dziecka, to czasami nie jestem tego taka pewna.

Hania ostatnio zainteresowała sie znakami drogowymi- może ze względu na to, że dwa dni spędziła w samochodzie? Kiedy wiec dokądkolwiek jedziemy, Hania pyta o znaki, które widzi. W sobotę, w drodze na ślub bardzo dobrych znajomych, Hania zadała nam zagadkę:

- Mamusiu, a co to był za znak?

- Ale jaki miał kształt i kolor i co było na nim narysowane?

- Znak był zółto-czarny, to był trójkąt i był na nim odwrócony samochód.

- odwrócony samochód?? Na pewno?

- Tak, Mamusiu! O, jest jeszcze tam!

Kto spróbuje zgadnąć o jaki znak chodzi? Żeby nie było za trudno, dodam, że rozwiązanie kojarzy mi sie z książką "Mały książę". Jest to w miare popularny znak i można go spotkać w wielu miejscach. Rozwiązanie zagadki dzisiaj popołudniu lub jutro rano :)

Rozwiązanie:

Oczywiście, chodzi o znak "nierówna droga" :) podejrzewam, że bez podpowiedzi byłoby nieco trudniej zgadnąć, chociaż kiedy teraz patrzę na tę grafikę, to rzeczywiście to może być samochód. Dzieci naprawdę potrafią patrzeć i widzieć!

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru