niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
piątek, 30 września 2005

Wyobraźcie sobie małą knajpę, gdzieś za granicą. Za ladą stoi młoda dziewczyna, tamtejsza a do knajpy wchodzi para energicznych, gadatliwych polaków. Gadają, śmieją się, wypełniają sobą przestrzeń. I oni i ona patrzą na siebie z dystansem, czują wzajemną obcość a może inność. Para czuje się pewniej, jest ich w końcu wiecej, są klientami ona jest sama, zobowiazana spełniać ich ewentualne zachcianki.

A teraz wyobraźcie sobie, że do knajpy wchodzi "tambylec" , przyjaciel Dziewczyny, chyba właściciel lokalu, w średnim wieku, pewny siebie; obydwoje siadają sobie, gadają i bacznie przyglądają się parze. Siły się wyrównują z lekką przewagą lokalnej pary, są w końcu u siebie. Oni wiedzą w co się tu gra.

Zastanówmy się teraz co zmieni wejście różnych osób:

1. Nieszkodliwy gadatliwy wariat, wygłupiający się i śpiewający na całe gardło - poczucie wspólnoty normalności obydwu par kontra psychol

2. Nawiedzony terrorysta wymachujący pistoletem - natychmiastowa integracja w obliczu zagrożenia

3. Pijany bełkoczący pijak polak, zagadujący do polskiej pary - wrogość tamtejszej pary kontra niepewność i wstyd polskiej pary za rodaka, wyjście z lokalu

4. turysta nie znający lokalnego jezyka, za to znający język ten sam co polacy np.. Niemiecki, angielski - pomoc w tłumaczeniu, pomost i zaistnieje relacji będzy trzema stronami

5. Wejście pięknego kota - "kici kici" u polaków, "tss tss, ellare! "u tamtejszych. Wspólne wołanie kota, integracja, nieśmiałe uśmiechy.

Czy wiecie jak mało nas czasem dzieli? Wystarczy drobne zdarzenie, żeby przełożyć kładkę nad naszą obcością, odrębnością. Jednak czasami tak bardzo tego brakuje. Tak się ostatnio zastanawiam jakie to wszystko jest umowne, płynne a my się tego tak kurczowo trzymamy, bo daje to nam poczucie bezpieczeństwa. Wrodzy wobec obcych i pełni życzliwości dla swoich. Gotowi jesteśmy zbluzgać nieznajomychy, wyzwać od ostatnich kretynów, a swoich znajomych usprawiedliwiamy jednym słowem.

Dziewczyna na ulicy może strzelić w twarz chłopaka, który chce się z nią umówić albo zignoruje go zupełnie, wystarczy jednak, że ktoś go jej przedstawi, a to Tomek znam go z pracy a już para będzie konwersować w najlepsze i umówi się na niejedną randkę.

Czy musimy się dać złapać w tę pułapkę?

środa, 28 września 2005

Koty z Koskinou to zbiorowisko wszelakiej maści i charakterów kocurów, które wiodą usystematyzowane życie kociej gromady, której kroki co chwila splatają się z krokami ludzkimi.

Powszechnym kocim zwyczajem jest rozmnażanie, kotki chodzą wiec albo w ciąży albo z napęczniałymi sutkami. Korzystają z tego wszystkie koty, niech no bowiem który poczuje pragnienie, wystarczy dobrać się do cycusia napotkanej dupowatej kotki. Chęć do nieustającej prokreacji powoduje również stworzenie najróżniejszych, najśmieszniejszych i najdziwaczniejszych mieszanek kocich. Codzienne spotyka się jakieś dziwaczne wcielenie adolfa H. Bowiem dość często czarne plamki zlokalizowane są na pyszczku koło nosa. W całej wiosce (a właściwie na całej wyspie, bo tego z fotki spotkaliśmy na obrzeżach starożytnego Lindos) można było napotkać wszelkie możliwe krzyżówki, od czarnych nygusów przez rude, trikolory, czarno-białe feliksy, szaro-niebieskie miśki aż po buraski i białych elegantów.

W naszej części koskinou rządziły kobiety (he he). Pierwszą z nich była Morfula

- tricolorowa koteczka, której cechą charakterystyczną było jej nachalstwo. Na widok człowieka wydawała przeraźliwy miauk i towarzyszyła mu aż do furtki. Towarzyska ta istota gotowa była do rozmowy z każdym napotkanym człowiekem - na pytania odpowiadała zawsze mniej lub bardziej głosnym miaukiem. Morfula to przykładna matka i jej dzieci były chyba najbardziej odkarmionymi i zadbanymi kociakami w okolicznej gromadzie (mieliśmy do porównania jest siostry z potomstem). Często cała rodzinka szła na żer albo też spacery - przodem szczupła i czujna matka a za nią jak szarańcza szalały dwa trikolorki i dwa białorude kociaki. Druga koteczka uzyskała nazwę Krówka. Pozornie najmniejsza, czarno-biała z dużą czarną łatą na piersiach dała się jednak zapamiętać z powodu swojej dystyngowanej i nienarzucającej się obecności w naszych wszelkich poczynaniach. Myliłby się jednak ten, który oceniłby małą Krówkę za jedną z niższych w hierarchi. Nie raz widziałam bowiem jak któryś zbyt pewny siebie wielki kocur obrywał po głowie od tego wcielenia spokoju poczym uciekał w te pędy byle dalej, byle dalej. Grono stałych bywalców uzupełniał Ruli - duży czarno-biały kocur z żółtymi oczami niczym guziki, które nadawały jego twarzy wyraz skupienia jak przy wydawania kału , Ernesto (wg.mnie Ernestyna), szczupły czarno-biały młodzieniec, którzy wdzięcznie ocierał się o Ruliego, Elżbieta - koktajl czarno-rudej sierści, piękne oczy i codzienny wspólny spacer ze sklepu z pieczywem do domu. Spotykaliśmy również bezczelnego Karmelka, który z arogancją młodziaka wciskał się każdemu do jedzenia, Hrabiego -dystyngowanego rezydenta z pobliskiej restauracji, Wilka -pięknego szarego kocura, z którym snuliśmy pogawędki o wolności w czasie spotkania w wązkich uliczkach wioski (mój wymarzony kocur, zbyt dziki by go zabrać ze sobą).

Warte wspomnienia są również koty koleżanki Ulli - Einstein, któremu szczury obgryzły ogonek i teraz jest częściowo łysy, Balon vel Lucky, uratowana Dupa Życiowa, mały i chudy, który nie miał siły nawet uciekać jak reszta stada dawała drapaka, Gollum, którego chcieliśmy adoptować, szary pieszczoch i Muku, który wlazł do Hanki do wózek, był bowiem wielkim miłośnikiem dzieci.

Koty to widok najzupełniej normalny w Grecji. Towarzyszą ludziom pozornie niewidoczne, ale jednak bardzo blisko nich. Nieufne, ale sprytne, korzystają często z ciepłych uczuć oraz kanapek jakimi częstują ich turyści. Każdy bowiem korzysta z turystów jak może najlepiej, póki są.

wtorek, 27 września 2005

Jak to mówi M. "jest tylko jedna gorsza rzecz od pierwszego dnia po urlopie" co to jest? "dzień kolejny czyli drugi" :))

Boję się pytać o trzeci

;))

poniedziałek, 26 września 2005

Jesteśmy wiec z powrotem. Głowę mam jeszcze w Grecji i powoli przyzwyczajam się do powrotu do naszego wymiaru.

Będę chyba systematycznie pisać bo w jednej notce opisać dwóch tygodni nie sposób, tymbardziej, że każdy dzień był osobną historią.

Jeszcze czuję ciepło i zapach słonego czystego morza, jeszcze pamietam smak nieprzyzwoicie taniej retsiny, jeszcze widzę ukryte starożytne miasta, zamki joanitów, klasztory na szczytach wzgórz. Udało mi się zatańczyć zorbę na wieczorze greckim i poznać prawdziwą kuchnię grecką. Hania (a po grecku Hanamu czy też moromu- czyli dzieciątko) dzielnie znosiła wszelkie niewygody - w czasie wszelkich podróży - samolotem czy też statkiem i podczas wieczornych imprez spała. Dała się zanurzać w cieplutkim morzu, ale znacznie bardziej smakował jej piasek i przeżuwanie wszelkich kamieni a nawet petów.

Oczywiście nie było całkiem różowo, bo po późnonocnych rozmowach przy winie trzeba było rano wstać wraz z kurami i uśmiechniętym dzieciątkiem i to codziennie, a cały plan dnia ustawiony był pod Hanię, ale naprawdę warto było. Cieszę się, że byliśmy tam we trójkę otoczeni przyjaciółmi oraz całym tabunem okolicznych kotów, z których każdy miał osobowość tak silną, że można by napisać książkę. O mało co nie przywieźliśmy zresztą jednego kocurka, ale nie wyszło. Cieszę się, że spędziliśmy tyle czasu razem, że uczymy ją naszego stylu życia, pełnego odkrywania i głodu, ciekawości na to co inne i nowe.

To by było na tyle, bo czasu brak, ale obiecuję, że opowiem Wam nieco więcej jak tylko się obrobię.

Trzymajcie się przesyłam Wam jeszcze wciąż grecki uśmiech :))

piątek, 09 września 2005

No to lecimy o świcie.

Kochani, życzę Wam pięknych dwóch tygodni, nie zapomnijcie tak zupełnie o nas, wpadnijcie za dwa tygodnie, przywiozę Wam garść słońca, trochę greckiego wiatru w rozgrzanych włosach, masę pięknych opowieści i mam nadzieję trochę dobrego greckiego wina oraz piękne zdjęcia, których parę zamieszczę na blogu.

Trzymajcie sie ciepło i do zobaczenia na blogu!

czwartek, 08 września 2005

Jak wygląda szcześliwy człowiek, który za chwilę zacznie urlop? Napisze może na moim przykładzie:

- obolałe plecy i nogi, którymi ledwie powłóczy, bo przed wyjazdem trzeba wszystko pozałatwić, kupić, wybrać, spakować. Noszony wszędzie 11 miesięczny bobas dodatkowo obciąża krzyż i inne gnaty, które wciąż czuję;

- wory pod oczami (porzadki, pakowanie po nocach)+dziecko-skowronek;

- zwisający pusty brzuch, kakofonia żołądkowa - wskutek stresu pracowo-przedwyjazdowego nie mogę nic przełknąć, dopiero wieczorem dociera do mnie,że nic nie zjadłam.

- amok w pracy - miliony mejli, spraw dopinanych na ostatni guzik, co chwila mi się coś przypomina a i tak mam wrażenie że o tylu rzeczach zapomniałam, w głowie mi się kręci i i mam umysłowy oczopląs;

- upiorna bladość - patrz powyższe dwa punkty +brak czasu na słoneczne opalanie;

ale już za 1,5 doby :D 

PS. Wolę nie myśleć o tym jak wygląda człowiek PO urlopie...

wtorek, 06 września 2005

Oznajmiam wszem i wobec że przygotowania do urlopu ruszyły pełną parą. Robię tysiące list, żeby o niczym nie zapomnieć, a potem zapominam gdzie są te listy. W kącie dużego pokoju wylądowała wielka walizka, do której zamierzamy spakować wiekszość klamotów - jej widok działa kojąco na moje serce, ze już za parę dni, za dni parę znajdę na ciepłej i słonecznej wyspie u przyjaciół, którzy czekają na nas z wielką niecierpliwością. Po mału topieje lista co jest do zrobienia, ale i tak znajduje się na niej zatrważająco dużo pozycji np.. Zdobycie magicznego formularza E-111, dzięki któremu, przynajmniej teoretycznie, ewentualne koszty leczenia za granicą będą zwrócone, najpierw jednak trzeba mieć podstemplowaną książeczkę ubezpieczeniową no i książeczkę rodzinną dla Hani, a żeby ją wyrobić należy... itepe itede. Do tego zakupy, bo jak zwykle okazuje się, że tak jak na co dzień korzystamy z niewielkiej liczby przedmiotów, tak za granicą potrzebna będzie nam ich cała walizka (tzw. Na Wszelki Wypadek). W ramach odpoczynku czeka mnie też pakowanie ubrań czyli wielka sztuka jak wziąć mało rzeczy a dobrze wyglądać tak żeby wszystko ze wszystkim pasowało (buty, doły(spodnie i spódnice) i góry (analogicznie) i żeby żadne anomalia pogodowe mnie nie zaskoczyły. I to wszystko dwa razy, bo trzeba jeszcze spakować Hanię.

Jak prawdziwy mól książkowy zatroszczyłam się już o to co najważniejsze - książki. Zawsze mam lęki, że zabiorę za mało książek prasy i faktycznie na ogół na urlopie czytam wszystko co jest w tydzień(3książki swoje +te Dyziaka) i potem pozostaje mi przeglądanie obrazków w gazetach lokalnych. Jednak odkąd jest Hania nie udało mi się na wyjeździe przeczytać ksiązki od deski do deski - Hania już o to zadbała, żeby nie odkładał mi się zbędny tluszczyk od leżenia z książką ;)

Tak wiec do roboty i do skreślania kolejnych pozycji z listy. Tym, że mam ciało blade niczym córka młynarza martwić się będę w samolocie. Albo na plaży. Co mi tam.

Odliczanie dni rozpoczęte.

Trzy i pół dnia do wylotu.

Są ludzie, których spotykam i po chwili zapominam ich twarze, wrażenie powstałe po ich spotkaniu spływa po mnie i wyparowuje w okamgnieniu. Jednak większość ludzi zostawia we mnie swój ślad, słabszy lub mocniejszy. Jedni zaszczepiają nieufność, inni wiarę w ludzką dobroć, jeszcze inni otwartości na świat. Uczą mnie, że nie ma przeciętnych, że każdy jest inny, że można nie zgadzać się w poglądach ale szanować wzajemnie. Są też tacy, którzy pokazują mi, że życie wcale nie jest takie piękne, że ułomność moralności to coś normalnego, z czym powinnam się pogodzić (przede wszystkim swoją)

I tak się zastanawiam, znacie to przysłowie: kto z kim przestaje takim się staje? . Na ile inni są w stanie nas zmienić? Dzień po dniu przesiąknać w nasza osobowość, żebyśmy na koniec nie mogli zauważyć zmian? Wstrząsowo po jednym spotkaniu zmienić wszystkie nasze poglądy?

Ilu ludzi spotkaliście, którzy naprawdę Was odmienili? I to nie tylko w pozytywnym sensie. Ilu tych spotkań nie zapomnicie do końca życia?

Jeśli chodzi o mnie to wpływają na mnie przede wszystkim osoby pozytywnie nastawione do ludzi. Dobroć, której doświadczam sprawia, że ja też chcę być lepsza, wiem, że warto, że ludzie są dobrzy. Cyniczni oszuści i drobni cwaniaczkowe, kłamcy, obłudnicy i ludzie niewrażliwi wywołują u mnie dreszcze, bo uświadamiam sobie, że taki też jest człowiek. Zdaję sobie sprawę, że taka też jest część mojej natury i zastanawiam się długo, jak duża jej część doszła do głosu.

Fascynują mnie ludzie oddani swojej pasji, zaangażowani w to co robią, ludzie którzy oddają swoje życie, siły, zaangażowanie, czas dla innych. Cieszą mnie spotkania z optymistami, ludźmi radosnymi, którzy zarażają tym swoje otoczenie.

Parę osób zrobiło na mnie wstrzasające wrażenie ale o tym innym razem.

sobota, 03 września 2005

Niedaleko pada jabłko od jabłoni, powiadają. Jak przystało na córkę Dyziaka, znanego w towarzystwie gadułę, Hania tak jak późno zaczęła gaworzyć, tak teraz mówi pełnymi zdaniami. Tworzy skomplikowane, pełne różnorodnej intonacji struktury słowotwórcze, które przekazuje nam swoim mocnym głosikiem. Jest tylko jeden problem: Hania mówi li i jedynie w jezyku hanieńskim. Gale gege baba jeje gaju mówi do mnie patrząc mi  w oczy, a ja czuję sie jak skończona idiotka. Cóż tam bowiem szkoły, cóż uniwersytety, skoro ja nie moge zrozumieć tak jasnego i prostego przekazu swojej własnej córeczki! Nie wiem już sama czy umrzeć ze śmiechu słyszac zawiłe tyrady małej Hanusi czy też spalić sie ze wstydu, że nie rozumiem z tego ani słowa. Doszło już do tego, że w nocy męczył mnie koszmar, że Hania jest starsza i wciąż gada tak jak teraz a ja jej nie rozumiem. We śnie wyrzuty sumienia ciążyły mi niczym niewygodne obcasy,dobrze, że każdy sen sie kiedyś kończy.

Całe szczeście że Hania absolutnie nie oczekuje z naszej zrozumienia. Patrzy na nas z pewnym pobłażaniem, coś jak profesor na pierwszym roku szacuje wzrokiem grono rozbrykanych studentów. Nie zrażając się naszymi cielęcymi spojrzeniami, wciąż spokojnie powtarza co ma do powiedzenia, często pokazując paluszkiem co dokladnie ma na mysli. Czasem wydaje się nam, że wiemy o co chodzi: Hania jest bowiem wielką fascynatką zwierząt. Uwielbia wszelkie spotykane pieski. Kiedy wiec pokazała na psa mówiąc: pie, pietek, pieciek byliśmy zachwyceni, ale co tak naprawdę pojawiło się w małej Haniołkowej główce, pozostanie w glębokiej tajemnicy miedzy Hanią a Bogiem.

Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru