niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Wróciła już Hania z wakacji i dom znowu jest taki, jak być powinien: głośny, gwarny, z poduszkami od kanapy na podłodze, z samochodzikami na podłodze, na których ktoś nieświadomy takich przedmiotów mógłby pojechac na jednej nodze w tył. W kuchni na stole stoi koparka, a w salonie prezentują sie dzieła sztuki: tym razem Hania namiętnie rysuje zamki z kolorowymi wieżami. Normalka znaczy się. Przy którymś z kolei odkładaniu traktora do kosza zawahałam się: właściwie po co to robię, skoro za chwilę znowu traktor wyjedzie na podłogę?

W wiatrołapie leży sterta butów, którą należy przejrzeć w trybie pilnym, okazało sie, że dzieciaki nie próżnowały i powyrastały z prawie wszystkich butów, poza kaloszami (czy będą pasowały do sukienki na rozpoczęcie roku?). Bruno nakłada Hani klapki i w zasadzie są na niego dobre. To samo z ubraniami, korzystając z deszczu spędziłam upojne dwie godziny na przejrzenie miliona dziecięcych ubranek, bielizny i przeprowadzkę Bruna do większej szafy. Powyciągały się dzieciakom ręce, nogi, nawet brzuchy. Drożdze jakieś?

Dzieciaki nadrabiają domowe zaległości, ganiają sie po salonie, wspinają na w miarę nowy fotel,wiszą na barierce od schodów, wycałowują koty i pełzają po kolanach rodziców, ilekroć uda nam się przysiąść, na przykład po to, by w spokoju wypić kawę. Ha, w spokoju. Widać, że cięzko im trochę kurczyć skrzydła po wakacyjnych szaleństwach na wsi, Hania prosi, żebyśmy pojechali gdzieś na wyprawę, najlepiej pociągiem do innego miasta. Zal mi ich, bo sama nie lubię zamknięcia w domu, ale niestety, tak to już jest, po lecie przychodzi jesień, przedszkole i szkoła a po wspólnie spędzonej, rozbrykanej niedzieli musi przyjsć pracowity poniedziałek jak ten. Oby do wieczora!

czwartek, 27 sierpnia 2009

Hania korzysta z ostatnich dni wakacji na działce u Busi a tymczasem my razem z Brunem wdrażamy się w życie w mieście.

Pierwszego dnia z nianią (po 1,5 mc przerwie na pobyt na wsi z dziadkami i urlop z nami), po naszym powrocie z pracy nie było łatwo. Bru, charakternik strzelił nam charakterystycznego focha. Najpierw krótko ucieszył się, że rodzice już wrócili, a potem stał i patrzył się obrażony na podłogę, rzucając tylko dyskretne spojrzenia spode łba. Minę miał zaciętą, widać było, że miał pretensje, że musiał zostać w domu. Przy próbach zagadywania rzucił się w milczeniu na podłogę i zakrył twarz dłonią pt. nie widzę was, nawet nie mówcie do mnie! Dopiero zmiana tematu po kilkukrotnych próbach odblokowała tamę i już po chwili Brunek wołał: "mama, goń!" i z kwikiem szczęścia uciekał z tupotem przez dom.

Na codzień to zreszta bardzo uprzejmy młody człowiek. Wychodzi na taras a tam lata stado gołębi. "O, ptaki mama! Dzień dobry ptaki".

Jedziemy samochodem, a tu logo sklepu biedronka. "O mamus, patć /patrz/, dronka! pa pa dronka! macha rączką żegnając się z owadem na sklepie. I mówi smutno" nie ma dronku!".

Chętnie robi wszystko sam. Po pobycie na basenie sam oddał numerek pani ze słowami "pani prosze!".

Najważniejszy jest zaś rytuał pożegnania - żegna się ze wszystkimi osobami wychodzącymi, ale też podczas wychodzenia ze sklepu czy innych miejsc publicznych. Macha pa pa wszystkim mijanym ciekawym postaciom, zwierzątkom. Przy żegnaniu zaś z bliskimi i znajomymi bez oporów rozkłada ręce i przytula się.

Ze mną też na pożegnanie przytula się, daje buziaka, tylko kiedy w ciągu dnia próbuję złapać buziaka, u synka na ogół zapalają sie w oczach chochliki, wystawia język i liże mnie w ramach wygłupu albo robi pięczątki ustami, taki to rozrabiaka.

wtorek, 25 sierpnia 2009

Za nami urlop, wakacyjny wypad na Kaszuby. Był dosyć krótki, bo tygodniowy, ale za to bardzo intensywny, tyle było do obejrzenia, przeżycia, dotknięcia. Przede wszystkim piękny skansen we Wdzydzach Kiszewskich, gdzie zdobyliśmy wiatrak a zachwycone dzieciaki lepiły z gliny miseczki i pisały gęsim piórem, a nawet klęczały na grochu udając, że to wcale nie boli :) Był też dom do góry nogami, do którego więcej nie wejdę, za to Hania chętnie, współczesny zamek, fabryka ceramiki rodziny Necli, czy stara Parowozownia w Kościerzynie. Oczywiście do codziennych rytuałów należała kąpiel w zimnym, ale czystym jeziorze, ciężko jest wejść do wody, ale jak przyjemnie się pływa.

Dzieciaki w grupie 5 szt. stanowiło niezłą bandę z lekkim podziałem na grupy wiekowe (starszaki, juniory i rodzynek-Bru).

Bru urósł i wzmocnił sie trochę, bo wreszcie zaczął jeść. Przy nieustannym towarzystwie sióstr rozgadał się wreszcie i w sposób ciągły uzupełnia swoje słownictwo, trzeba mu wszystko tłumaczyć, co to jest i dlaczego. Nadal głównym autorytetem jest Tata, który podejmował się strategicznych zadań z synem.

Ja za to doczekałam się wreszcie wyznania miłości. Leżeliśmy sobie, jak co rano, w łóżku i powiedziałam Bruniowi: - Kocham Cię Misiu! Na to Brumiś pocałował mnie czule i powiedział: "ja tes!".

Naczelnym zaś hasłem wyjazdu pozostało nieustające pytanie Brunia: "gdzie jest Hania? nie ma Hani!".

Hania też podrosła, wyciągnęła się i stara sie wszystko robić sama: ubierać się, sprzątać, myć zęby, zapinać się nawet w foteliku. Przez cały dzień brykała dzielnie bez chwili odpoczynku, jeździła na kucykach. Kiedy tylko za dużo wrażeń kumulowało się w ciągu dnia, kończyła dzień zmęczeniowym płaczem. Jak na moją czułą dziewczynkę przystało, co chwila wyznawała mi miłość.

Cudownie było oderwać się od rzeczywistości, komputera i cywilizacji. I chociaż w kranie wrzątek leciał na przemian z zimną wodą, to wyjazd był naprawde wyjatkowy i myślę, ze jeszcze wrócimy do Kaszubskiej krainy.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Bylismy na wakacjach w kaszubskiej krainie - wkrótce relacja.
wtorek, 11 sierpnia 2009

Bruno w towarzystwie dwóch, a teraz nawet trzech sióstr, błyskawicznie opanowuje niezbędne do zycia z rodzeństwem zwroty. Bez tego ani rusz, trzeba sobie radzić.

Kiedy wiec Brunio leży sobie na kanapie i odpoczywa (zamiast drzemki dziennej) i Hania przychodzi i kładzie się na niego i go męczy, Bru zdecydowanym ruchem strząsa jej ręce i woła:

- Taty idź! Taty idź sobie! (tłum. idź sobie do Taty!)

Tak jak wspomniałam i wczoraj, na porzadku dziennym jest zgłaszanie następujących zdarzeń:

- Hania bije!

- Hania dotyka!

W ogóle życie Brunia kręci sie wokół Hani. Najczęściej używanym przez niego zwrotem, który wypowiada średnio raz na minutę jest:

- gdzie jest Hania? Nie ma Hani!  - pyta się i stwierdza ten fakt najczęściej w obecności siostry. Hania stojąc tuż obok odpowiada: jestem Brunio, jestem, na co Bru nie zrażony odpowiada: nie ma Hani!

Cóż, niełatwe życie ma ten najmłodszy w rodzinie, zwłaszcza, jak się jest innej płci. Na szczęście natura wyposażyła Brumisława w wyjątkowo mocne narzędzie głosowe, z którego chętnie korzysta, a wrodzony spokój ducha i stanowczość pozwalają mu nie oszaleć. Przynajmniej na razie :)

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Moja codzienność teraz to jak jazda pociągiem: mija mi przed oczami ciąg intensywnych zdarzeń, które w żaden sposób nie mogę zatrzymać. Nie mam nawet na to czasu, bo za chwilę wydarza się coś nowego. A to pocztówki z ostatniego miesiąca:

  • zlot grupy zżytych ludzi, którzy poznali się przez internet. Wspaniałe rodzinne spotkanie, na które niektórzy przylecieli nawet zza oceanu. Niesamowita grupa, w której można pogadać o wszystkim a do tego cała chmara dzieciaków, w tym najmłodsza trzytygodniowa uczestniczka Marta, tak śliczna, że aż w głowach wielu kobiet pojawiła się myśl o trzecim dziecku :) Wszystko to w przytulnej (i smacznej!) scenerii polskiej Nigelli, mojej idolki kulinarnej, Moniki. A potem goście z trójką dzieci, tak spokojną i uprzejmą, że aż trudno uwierzyć. I do tego cała masa skarbów, które dostałam w prezencie. Było świetnie!

  • Niedzielne wyprawy na odkryty basen z dzieciakami. Basen taki to swoisty relikt z moich czasów, widać, że nikt nie inwestuje za bardzo w tego typu kąpielisko, skoro jest na sezon letni. Ale warunki wystarczające: woda, zjeżdzalnia, miejsce na koc, przebieralnia i już się robi wyprawa, do której tęsknią dzieci. Ja zaś wspominam sobie dawne czasy, kiedy to mama brała całą dzieciarnię z rodziny i jechała na moczydło. Żelazna żyrafa na powitanie, trzy zjeżdzalnie, tłumy ludzi, rozgrzany, uginający sie pod stopami asfalt i wymarzona wata cukrowa. Pamietam, że kiedy zamykałam oczy leżąc na ręczniku po kąpieli, słyszałam odgłosy tak intensywne, że bez otwierania oczu wiedziałam co się dzieje. A teraz moje dzieciaki ciesza się tą chlaparnią basenową na letnich mieszczuchów:

Brunio, co to jest? (pokazujemy synkowi basen, sprawdzamy, czy pamięta to słowo)

B: - woda!

M: Ale jaka woda?

B: zimna!!!

  • randki z mężem. Cóż, pierwszy to czas od paru lat, kiedy nie musimy wracać po pracy do domu, możemy robić wieczorami to na co mamy ochotę, dlatego też dany nam czas wykorzystaliśmy w pełni. Wielogodzinne spacery, przerywane przystankami w knajpkach, piękne plenery warszawskie i kropka nad "i" w kultowych zakąskach przekąskach. Jest co wspominać!

  • Zostałam poproszona na matkę chrzestną córeczki moich przyjaciół. Jest mi z tego powodu bardzo, bardzo miło :)

Działo się znacznie więcej, ale ani to miejsce, ani czas, zeby opisywać. Dzieci podrosny nam na Businej diecie, wygadane sie zrobiły, konflikty już mają miedzy sobą, bo Brunio dokładnie donosi co i kiedy zrobiła mu Hania (Hania bije!). Muszę wygrzebać książkę "rodzeństwo bez rywalizacji", bo chociaż moje dzieciaki kochają sie nad życie, to coś mi się zdaje, że rywalizacja i konflikty stają się ich codziennością. Trzeba wiedzieć, jak tu być mądrym. Moja codzienność to nadal dużo pracy, ale urlop wyłania się już zza horyzontu. Oby tylko kleszczy ani komarów nie było!

Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru