niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
czwartek, 14 sierpnia 2008

Lato, lato, lato czeka,

razem z latem czeka morze,

razem z morzem czeka las!

A tam ciągle nie ma nas!!!

Za to już niedługo przybędziemy - jutro bladym świtem ruszamy w drogę, hurra! Lista rzeczy do spakowania jest jeszcze długa niczym papier toaletowy i równie interesująca. Hania namiętnie planuje garderobę na wyjazd i składa starannie swoje rzeczy, nawet pakuje je, tyle że w reklamówki. Brunio jeszcze nie wie, o co chodzi, ale podoba mu sie, że coś się dzieje.

A my z M. nie możemy doczekać sie bijelej kavy na jednej z chorwackich starówek!

Życzę Wam pięknego sierpnia, dużo zdrowia i dobrej pogody! Trzymajcie kciuki za nasza drogą (dwa dni w aucie+ nocleg w Czechach) i do poczytania za dwa tygodnie!

środa, 13 sierpnia 2008

Mając dzieci ma sie wiele powodów do radości. Czasem nawet zapominam jak wiele.

Rozmawiamy z Hanią o papierosach. Ciężki to temat, bo jak wytłumaczyć dziecku, że papierosy są złe, szkodliwe, skoro część dorosłych je pali? Na szczęście w naszej rodzinie i wśród przyjaciół, nie pali nikt. Tłumaczę wiec Hani, że niektórzy postepują głupio (bez urazy, palacze, ale tak to wygląda), bo palą, ale że nie powinno sie palić. I że nasza rodzina nie pali.

Hania: no tak Mamusiu, bardzo dobrze, i Ty nie palisz i Tata nie pali i Brunio nie pali i ja nie palę!

Ufff, co za ulga ;))

wtorek, 12 sierpnia 2008

To był szalony dzień, pełen niespodziewanych zwrotów, mniej lub bardziej śmiesznych zdarzeń.

- koło południa okazało sie, że pewna panna młoda nie ma niebieskiej podwiązki, w związku z tym świadek jak szalony gnał do centrum wwy po wspomniany gadżet i przeszukał połowę sklepów w miejście (jakich to niewiadomo);

- w.w. świadek podczas ostatecznego dekorowania samochodu zatrzasnął w wypożyczonym samochodzie kluczyki. Oczywiście był to samochód, w którym para młoda miała jechać do ślubu;

- tymczasem w innej części miasta państwo młodzi czekali na samochód ze świadkami (świadkowa miała pomóc się Młodej ubrać). Pół godziny przed rozpoczęciem uroczystości zaczęli się denerwować. 5 minut później dostali nerwowego chichotu. 5 minut później świadek z obłędem w oku zajechał przed blok.

- na widok wozu eteryczna panna młoda podkasała kieckę, wsadziła wiązankę pod pachę, narzeczonego pod rękę i pomknęła w dół do auta (szybciej, szybciej!)

- świadek gnał przez Wwę niczym do porodu własnego dziecka - na szczęscie dekoracje i napisy tłumaczyły pośpiech a eskapadzie towarzysz życzliwy ton klaksonów i machanie ręką ;)

- w pewnym małym, barokowym kościółki zgromadzili sie wszyscy, którzy chcieli zobaczyć jak Pewna Panna z Pewnym Kawalerem stają sie Małżeństwem. Na poczatku było nieco nerwowo, ale po tym jak Pan Młody spektakularnie przydeptał własnej Narzeczonej welon, niemal zwalając ją z nóg przed samym ołtarzem, zrobiło sie wesoło.

- a potem było już tylko lepiej i weselej:)

Tyle pracy, wysiłku, zabiegów, żeby Ci co się kochają, mogli do siebie mówić: Mój Mężu! Moja Żono!

Dzień ważny, ale nie tak bardzo. Tak naprawdę to dzień, w którym staliśmy się parą, zmienił moje życie. A ślub był tylko kropeczką nad "i". Tak czy inaczej, cieszę sie, że nastąpił, jako że mogę zaliczyć sie do grona szczęśliwych mężatek.

PS. Kocham Cię M. Z Tobą za rękę chcę iść dalej, aż do końca i z Tobą chcę dzielić moje dni. I michy z makaronem i spacery i niekończące sie rozmowy, zwłaszcza nocne, obserwowanie jak nasze cudowne dzieci śpią i tysiące innych drobiazgów, które nas łączą i tworzą naszą codzienność. Dziękuję Ci za swiadomość, że zawsze jesteś - blisko albo dalej, ale zawsze mogę na Ciebie liczyć. I za wiarę we mnie. Dziękuję. :-*

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Jedni boją się wind, inni nietoperzy, jeszcze inni sztywnieją na dźwięk dentystycznego wiertła. Brunio za to nie cierpi wszystkiego, co jest związane z fryzjerstwem.

Już po urodzeniu synek miał gęstą i kruczoczarną czuprynę, z której byłam bardzo dumna. Stopniowo włosy zmieniły kolor na brązowo-złoty, nie tracąc z gęstości, kiedy wiec Brunio zaczął wyglądać jak Hipis, postanowiłam oddać go w ręce doświadczonej fryzjerki dziecięcej. Kiedyś bowiem przyłapałam Maużonka na skracaniu włosów synka maszynką, fryzura wyszła nieco asymetrycznie (czyt. ząb na zębie zębem pogania). Teraz ma być fryzura jak się patrzy, godna małego mężczyzny i wygodna na urlopie w gorącym kraju. Zabrałam wiec ze soba syna i jego ojca do towarzystwa i pojechaliśmy.

Już na sam widok nożyczek i grzebienia, Brunio wykonał arię połączoną z zestawem skrzywionych min. Radosne (żeby nie powiedzieć głupawe) przekonywania Mamy nie przekonały syna - nie chce, żeby ktoś majstrował przy jego głowie i już. Postawił tę sprawę jasno (a raczej głośno).

W końcu więc w proces postrzyżyn sierciucha zaangażowane były następujące osoby:

- Ojciec, na którego kolanach siedział synul i który próbował łagodnie powstrzymać syna przed wykonywaniem gwałtownych ruchów i zmian ciała;

- Matka, stojąca obok fryzjerki, wygłupiająca się ponad miarę (Misiu, zobacz tu jest samolot a tu ma śmigło, zobacz jak się kręci - na szczęście pod ręką był zestaw zabawek z uwagi, że to klub dziecięco-mamowy był).

- fryzjerka - bardzo sympatyczna, ale nieco przestraszona (ojejku, ja nie chcę go skaleczyć). Wykonywała wszystkie cięcia z prezycją torreadora (chociaż w zasadzie to nie jest dobre porównanie ;)

- przedmiot zabiegu czyli Bruno, zarośnięty chłopczyk, który po obcięciu wygląda znacznie lepiej - na małego, psotnego chłopaka, już nie niemowlaka.

Fryzjerka przekonywała mnie, że następnym razem bedzie lepiej, ale kiedy do niego dojdzie, to nie wiem. Może Bru bedzie pożyczał gumeczki od Hani?

A swoja drogą to moi chłopcy wyglądają teraz świetnie - obaj modnie obstrzyżeni. Tylko ja czuję sie zarośnięta z wiechciem włosów zwisających do 3/4 pleców. Po powrocie z urlopu nastąpi cięcie :)

piątek, 08 sierpnia 2008

Ostatnia prosta. Za parę dni Hania wróci do domu, już na dobre. Nie mogę sie doczekać - tęsknie za nią straszliwie. Zachodzę do jej pokoju, od nowa wycieram ramę łóżka, nowe biurko, szykuję wszystko, żeby mogła w każdej chwili wejść i zamieszkać. Szykuję niespodzianki na powrót i nie mogę sie doczekać, kiedy będę miała córeczkę w swoich ramionach. Kiedy nagadamy sie do syta.

Wieczoram dzwonie do niej i rozmawiamy o tym co sie wydarzyło w ciągu dnia, jakie książki przeczytamy, ile roboty mamy jeszcze z Tatą - Hania rozumie, że był remont i trzeba posprzatać, ale też już tęskni za nami. Na szczęście wiem, ze u Dziadków jest jej dobrze, że lepiej jej niż w remontowanym właśnie przedszkolu. Niech korzysta z wakacji, ale moje serce mówi co innego.

Bruniowi pokazuję za to zdjęcia siostrzyczki, ucieszony i uśmiechniety wpatruje się w aparat i wali paluchem w uśmiechniętą postać. Wiem, że dla niego siostra obecna w domu to tez prawdziwa atrakcja i wzór.

Jeszcze parę dni. Parę telefonów. Do zobaczenia Hanusiu!

czwartek, 07 sierpnia 2008

Zaaferowana sprzątanie poremontowym, piszę ostatnio trochę mało o synku, a robi on naprawdę zadziwiające postępy. Każdy dzień niesie cos nowego.

Chociażby chodzenie - Brunio wstaje, wyciąga ręce przed siebie niczym lunatyk - i idzie przed siebie. Czasem zatrzymuje sie po drodze i kuca, czasem spada na pupę zmęczony daleką drogą, ale chodzi z każdym dniem coraz dalej, coraz pewniej, pokonuje nawet zakręty. Cieszy go to bardzo, a zwłaszcza nasz entuzjazm i brawa. Stosuje też chodzenie kombinowane, trzyma kręcącą sie zabawkę, która sie opiera o podłogę czy też kijek - i w drogę. Najchętniej zaś chodzi przy swoim samochodziku, przy czym uważa, żeby nie uderzyć w ścianę, wyhamowuje, przechodzi na drugą stronę i od nowa rusza w podróż. Czasem siada na autku i jeździ odpychając się nogami.

Mówienie - ze zrozumiałych słów łatwo można już usłyszeć m.in Tata czy Mama. Co do mamy, to najczęściej słychać Mamama - Am am am, jako że dla Brumisia jedzenie to sprawa podstawowa - moim głównym obowiązkiem jest dostarczenie jedzenia na czas, inaczej awantura gotowa :)  Poza tym Bruno powtarza coraz chętniej usłyszane wyrazy a to "tałto - auto" a to hał hał - piesek.

Nadal lubi sie bawić autami, ale doszło do tego majsterkowanie. Korzystając z nieobecności siostry, Brumiś namiętnie bawi sie jej zestawem zabawkowych narzędzi i przykręca śrubki, wierci. Najlepsze zaś ze wszystkiego jest pomaganie Tacie przy wszelkich pracach monterskich i podbieranie mu śrubek.

I nadal jest strasznie śmieszny. Uwielbiam jak marszczy nosek z radości, nie wiem jak to robi, ale wygląda to naprawdę bosko.

środa, 06 sierpnia 2008

No dobra, przyznam się. Niech będzie. Bardzo lubię filmy niszowe, filmy dające do myślenia, kino europejskie, wszystkie takie niemasowe twory, o których pamięta sie długo po obejrzeniu. Ale mam jedną słabość - musicale. Tego typu filmy wytwarzają we mnie na ogół silne emocje, które porywają mnie i uzależniają od siebie. Tak to kiedyś stało sie z pięknie kiczowatym musicalem "Moulin Rouge" - muzyką z niego przez długie wieczory katowałam Maużonka.

Ostatnio dałam sie złapać w sieć "Phantom of the Opera". W zasadzie nie miałam zamiaru go oglądać, ale podczas wieczornej roboty łatwo mogłam słuchać tego co sie dzieje, nie siedząc przed telewizorem. Przede wszystkim zaś, był to film bez dubbingu, tej telewizyjnej zmory i wreszcie mogłam posłuchać pięknej angielszczyzny.

I stało się. Musical wszedł mi do głowy i nie chce z niej wyjść. Od paru już dni nucę namiętnie piosenki, które są tylko echem tych wyśpiewanych. Sam Phantom (Gerad Butler) rozbudził we mnie straszliwą tęsknotę - za czymś wiecej, za wolnością, za muzyką. No i nie ukrywajmy -przystojny i seksowny z niego gość :)

Zastanawiam sie też, że może jest prawda w tym, że nas kobiety kuszą właśnie tacy kochani dranie, inteligentni łajdacy, mroczni i potężni i zniewalający. Niezależni, wolni - pełno takich postaci w literaturze czy w kinie. Ja zdecydowanie wolę łajdaków i dziwię się, czemu Christinne - primadonna z Upiora wybrała mdłego i nudnego Hrabiego zamiast fascynującego Tytułowego Bohatera. Ech, pewnie była młoda i głupia ;)

PS. a tu jedna z piosenek, którą nucę pod nosem

http://pl.youtube.com/watch?v=qBYoarsGLXc

poniedziałek, 04 sierpnia 2008

- wiesz - powiedziałam do Maużonka, kiedy późną, wieczorną porą wracaliśmy totalnie zmęczeni po odwiedzinach u dziadków naszych dzieci - dobrze, że w odpowiednim czasie podjęliśmy właściwą decyzję.

- tak, a co masz na myśli? - dopytał Wyżej Wspomniany, nie zdziwiony faktem, że najdziwniejsze przemyślenia przychodza mi w najmniej spodziewanych chwilach do głowy.

- cieszę się, że powołaliśmy na świat Brunia, że ma już rok i że między dzieciakami jest taka mała różnica wieku. Nie mogę sie na nich napatrzeć, jak są razem, nie spodziewałam się, że aż tak się zgrają ze sobą - nie mogłam powstrzymać się od spojrzenia na słodko śpiącego chłopczyka w foteliku na tylnym siedzieniu. W grze cieni jego twarz sprawiała wrażenie prawdziwego spokoju i ta sielskość hipnotyzowała mnie.

- masz rację, Brunio wpatrzony jest w Hanię jak w obrazek. A z niej to już szczególnie jestem dumny, naprawde ma do niego świetne podejście.

- i anielską cierpliwość :) Jest rzeczywiście niesamowita starsza siostrą.

Przed oczami stanęły nam obrazki z kończącego się dnia: Brunio przełażącego miedzy nogami Hani, Hania karmiąca Brunia ogródkowymi śliwkami, dzieciaki bawiące się razem w piaskownicy czy też ganiające do utraty tchu i zaśmiewające sie na głos z radości podczas spaceru (Brunio na wózku, Hania z Tatą pod rękę). Hania tuląca i całująca co i raz swojego okrąglutkiego braciszka, prowadząca z nim wózek czy też jego samego za rączki. Śmiech Bruna na widok nadbiegającej siostry.

Jesteśmy dumni z Ciebie, Haniu, zadziwiasz nas każdego dnia. I cieszymy się, że jesteście, nasze Dzieciaki :)

piątek, 01 sierpnia 2008

Pierwszy sierpnia. Rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.

Z mojego dzieciństwa pamiętam, że data ta jest wyjątkowa. Mama brała mnie zawsze ze sobą na Powązki Wojskowe. Spacerowałyśmy powoli rozgrzanymi, zielonymi alejkami w towarzystwie staruszek i staruszków, a mama, (przewodniczka warszawska swoją drogą) opowiadała o dawnych bohaterach, innych czasach, o młodych chłopcach, którzy zginęli za nas. Zawsze zapalałyśmy znicz lub przynosiłyśmy kwiaty, chcąc uczcić ich pamięć. Wychowałam sie w szacunku dla historii, tradycji. Dlatego też dzisiaj poczułam sie w pewien sposób zawiedziona.

Kiedy weszłam do pociągu, tuż obok jednego z siedzień zobaczyłam młodego chłopaka ubranego od stóp do głów w strój Powstańca. Dyskretnie podziwiałam wypracowane szczegóły - opaskę na ramieniu, a nawet przytroczoną menażkę z boku. Chłopak ten z zapałem rozmawiał z kolegą na temat owego Powstania właśnie. Dyskutowali nad strategiami dowódców, o użytym sprzęcie, o tajnych planach - widać było, że są oni fascynatami tematu i mają potężną wiedzę historyczną. Uśmiechnęłam sie wewnętrznie od ucha do ucha - to naprawdę pocieszające spotkać młodego człowieka, pasjonata, który szanuje tradycję, który interesuje sie historią a polszczyzna jaką używał, była nienaganna - melodia dla moich uszu.

Kiedy pociąg ruszył, Przebrany Młodzieniec postanowił rozdać ludziom posiadane przez siebie małe ulotki - z charakterystycznym znakiem Polski Walczącej, z datami i z napisem, że pamiętamy. Świetna akcja, pomyślałam, znowu ciesząc sie w myślach z oddolnej inicjatywy, czyli że komuś po prostu sie chce. Chłopak zniknął, niestety wrócił po paru minutach jak niepyszny. Okazało sie, że zainterweniował kierownik pociągu - kategorycznie zakazał wydawania ulotek, powiedział że to sprzeczne z regulaminem (???) i ogólnie potraktował go jak akwizytora.

Opadły mi ręce. Jaki regulamin? To wszędzie mogą nam wciskać ulotki o kolejnych kursach angielskiego, o agencjach towarzyskich i ekspresowych pożyczkach zupełnie bezkarnie a taka inicjatywa jest zakazana? To ja dziękuję :(

Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru