niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
piątek, 31 sierpnia 2007
Większość z nas to dopadnie. Spora część społeczeństwa już zalicza się do tego szacownego grona. Wiedziałam, że mnie to kiedyś czeka, ale...jeszcze nie teraz! Jestem jeszcze za młoda. Niestety, nadszedł dzień, kiedy całkiem nieoczekiwanie zostałam...babcią!

Ha! Żeby to chociaż dochować jakieś jednej spokojnej wnuczki, ale nie - od razu los w osobie Hanusi obdarzył mnie wdzięczną gromadką synków i córek. W dodatku charakter odziedziczyły chyba po swoim ojcu, bo wyjątkowo łobuzerskie z nich dzieciaki. Kiedy ginie nagle kocyk, Hania zarzeka się, że go nie brała - w końcu okazuje się, że do pudełka schowały go jej córki. Kiedy w pokoju panuje straszny bałagan, wiadomo, że zrobili to synkowie i córki, leżący pokotem na podłodze. Jej lale.

No dobrze, ktoś może pomyśleć, że taka sytuacja ma swoje dobre strony - nie musimy ich karmić, ubierać, mamy bezpłatne wnuczęta. Nic bardziej mylnego! Świeżo upieczona matka zużywa bowiem spore ilości chusteczek, pieluszek do pielęgnacji swoich dzieci. I nie daje sie przekonać do chusteczek wielorazowych czy też zwykłych - wszystko musi być takie same jak Brunia! Do tego jak na młodocianą matkę przystało, należy odpowiednio ubrać swoje potomstwo - a najlepiej w swoje rzeczy. Nigdy nie wiem, czy bluzeczka, którą pieczołowicie prasuję nalezy do Hani czy też którejś z wnuczek (wnuczkowie na szczęście nie zmieniają ciuchów).

Najciekawszym dla mnie aspektem tej sytuacji było dowiedzenie się, kto jest tatusiem tej gromadki. W końcu Hania wyjaśniła mi, że jest nim...pies, który dzień i noc pilnuje drzwi do jej pokoju a czasem nawet sypia w nogach jej łóżka. Wygląda jak zwykły, miły pluszak, kto by pomyślał...
czwartek, 30 sierpnia 2007
Od paru dni zbieram sie do opisania codzienności z dwójką w domu. Niestety, czasochłonność i ciągłość tego procesu powoduje, że piszę tę notkę na raty. Może tym razem się uda.

Otóż bycie z dwójką w domu to wyzwanie. To codzienne zdobywanie Mount Everestu w domowych kapciach, w którym głównym potrzebnym ekwipunkiem jest cierpliwość i nie ukrywajmy, sprawność fizyczna. A o to parę charakterystycznych wymagań i cech dodatkowych:

- wymagana jest wysoka sprawność intelektualna. Tylko bowiem w ten sposób mogę być w stanie permanentnej koncetracji z powodu miliona pytań trzylatki zaczynających się od "a dlaczego?/a co to jest?". Bez względu na to co robię (gotuję, czytam, przewijam, rozmawiam przez telefon), muszę jedną półkulą śledzić tok wypowiedzi córy, by niczym przyszpilony motyl odpowiedzieć na pytanie: a co to jest ruch? a dlaczego jest zimno? A dleczego ten pan jedzie na rowerze? A co to jest żal? Wieczorem błagam o litość i moja kochana Hania robi minutowe przerwy między pytaniami :))

- Moje kochane dzieciaki uwielbiają grę pt. "kumulacja". Jak sie w to gra? Proste - należy skutecznie zająć mamę sobą dokładnie w tym samym czasie co drugie z rodzeństwa. Kiedy więc Brumisiek je, Hania musi spektakularnie wywrócić się na równej drodze, kiedy karmię Hanię, mały budzi się i żądza ciepłej piersi, kiedy przewijam Bru, Hania dumna i blada woła mnie, bo własnie zrobiła kupę. Czuję się wtedy jak zezowata ośmiornica, która jedną ręką ogarnia niemowlaka, drugą przedszkolaka, trzecią pilnuje wszędobylskie koty, czwartą gotuje obiad dla małżonka, piątą sprząta bałagan po przedszkolaku, szóstą prasuje, siódmą.... a oczy tylko latają mi od jednego do drugiego.

- wyjście na spacer oznacza proces logistyczny przy którym cała branża FMCG wymięka. A więc najpierw trzeba nakarmić młodszego, przewinąć go, potem trzeba nakarmić starszą, odsikać, ubrać, potem ubrać niemowlaka, w miedzyczasie spakować się i rzeczy na tzw. wszelki wypadek (pieluszka, ubranko, picie dla małej etc. , przekonać dziecko żeby nie brało na spacer wszystkich swoich dzieci, pochować leżaczek i matę, żeby kot na nim nie spal, znieść rzeczy i dziecko do wózka, wrócić po kocyk, po wiaderko z zabawkami. Wyjść i usłyszeć, że dziecku jest jednak zimno/gorąco, że zapomniało lalki, że nie wzięliśmy czapki. Kiedy w końcu wychodzę za furtkę, najchętniej usiadłabym pod nią ze zmęczenia, tyle że u nas nie ma ławek.

- podwójne macierzyństwo oznacza, że muszę pilnie konczyć tę notkę, bo zadowolona trzylatka korzystając z mojej nieuwagi rozebrała się do golasa - twierdzi, że jest ciepło. No comment.
niedziela, 26 sierpnia 2007
Tak sobie myślę: fajnie byłoby przed śmiercią powiedzieć sobie, że się niczego w zyciu nie żałuje - to tak pięknie brzmi. Świetna byłaby świadomość, że przeżyło sie życie dokładnie tak jak sie chciało. A jednak nie wszystko jesteśmy w stanie przewidzieć i nie wszystkie decyzje, które podejmujemy, są słuszne. Wszak rzeczą ludzką jest błądzić. Może wiec chodzi o to, żeby umieć się pogodzić z tym, co przyniosą nasze decyzje? I te dobre i te złe? Może chodzi o to, żeby i w najgorszej głupocie umieć znaleźć dobre strony?

Dlatego wiec może lepiej na łożu śmierci zamiast "niczego nie żałuję" (czy to w ogóle możliwe?) powiedzieć "umiałam być szczęśliwa"?
piątek, 24 sierpnia 2007
Już wkrótce więcej o mnie i Hani (szykuję zdjęcia :)
A oto jak wyglądał Brumisiek dokładnie w dniu, w którym skończył dwa miesiace:


Jak widać, chłopak potrafi sie już pięknie uśmiechać. Od jakiegoś czasu uśmiecha się całą buzią, najchętniej do mnie, ale też i do Taty, siostry lub do innej osoby, która poświęci mu uwagę. Parę ostatnich nocy bije swoje rekordy - w nocy śpi nieprzerwanie 8-10h (np. od 20:30 do 6 rano) co oznacza, że w zasadzie mam przespane noce (w zasadzie, bo kładę się tak późno w nocy, że pobudka synka i tak wypada nieco za wcześnie, ale to moja wina). W dzień jest różnie ze spaniem i z jedzeniem - ale na ogół zjada co ma zjeść w 5 min, czasem dłużej. Nie możemy już sie doczekać kiedy zacznie trzymać pewnie głowę, bo taki jest duży, że wydaje się, że zaraz będzie raczkował, ale na to trzeba poczekać ;)) Mruczy już po swojemu oraz ma najróżniejsze rodzaje płaczu, od miauków przez donośny ryk aż po żałosny cieniutki pisk. z każdym dniem zauważa coraz więcej  przedmiotów wokół siebie, ale do pełnej "kumatości" to jeszcze mu daleko.
No i jest świetnym kompanem wszelkich wypraw, ale o tym już pisałam. Ciekawe co to bedzie za miesiąc...
Zycie z rodziną nie bywa łatwe, o nie! Wiem coś o tym, chociaż jestem dopiero dwumiesięcznym facetem. Chociażby moja siostra - fajna dziewczyna, ciągle mnie całuje i przytula i robi ciekawe rzeczy. Jednak straszna z niej melomanka - jak tylko gdzieś idziemy na spacer, jedziemy samochodem to śpiewa głośno. W dodatku sama wymyśla sobie słowa, normalnie skupić się nie można! Podobnie moj Tata - ogólnie to fajny gościu, ale często go nie ma w domu. A jak już jest - to zamiast przeprowadzać ze mną męskie rozmowy to stuka, wierci i puka. Mama mówi, że to wiertarka i że Tata coś tam montuje. W dodatku chyba to rodzinne, bo Siostra też ma swój zestaw narzędzi i co pewien czas coś nim dłubie - najpierw mówiła, że montuje szafki a ostatnio naprawia podłogę. Tylko mama nic nie naprawia. Ale żeby nie było różowo - ta kobieta ciągle gdzieś biega. A to prasuje, a to gotuje a jak ma wolną chwilę to widzę już jak na mnie wymownie patrzy. Jej wzrok mówi: Ty sobie synku tutaj spokojnie poleż, a ja przeczytam tylko parę stron, tylko jeden rozdział, tylko chwilę...doprawdy nie wiem co ona widzi w tych książkach.

Ale ogólnie to nie narzekam. Ostatnio robimy sobie bardzo ciekawe wycieczki. Byliśmy w zoo, tylko z tego mojego wózka to kiepsko było widać, tylko czubki klatek. Chciałem tez nakarmić kozy i osiołka jak siostra, ale mama powiedziała, że najpierw muszę sie nauczyć trzymać marchewkę w garści.

Wczoraj za to pojechaliśmy do jakiegoś innego miasta, to podobno ulubione miejsce rodziców. Mają tam swoje ulubione zakątki i knajpki. Miejsce to nazywa się chyba Kazimierz. Było nieźle, jeździłem ubrany w samą pieluchę prezentując dorodną klatę (i włosy na ramionach) a dzieki mamie poczułem we włosach ciepły wiatr znad wisły. Siostra skorzystała i wrzucała kamienie do rzeki, to musi być fajne zajęcie. Potem rodzice rozsiedli się w barze na Werandzie a ja uciąłem sobie drzemkę - jakoś mnie te ich obiadki, zupki nie interesują. Za to na lodach było super- mama trzymała mnie na rękach i mogłem sobie wszystko obejrzeć. Wróciliśmy późnym wieczorem, ale mój fajny Tata wykąpał mnie jeszcze a po dłuższej chwili zasnąłem na piersiowej "poduszce" przytulony do mamy!
poniedziałek, 20 sierpnia 2007
Obserwując mojego syna dochodzę do wniosku, że póki co jego charakter można określić jako spokojny zrzęda. Dlaczego zrzęda? Bo Mały, jak jest zmęczony, to nie płacze tylko po męsku narzeka niezadowolny. Wydaje z siebie głośne, basowe dźwięki, dające całemu otoczeniu do zrozumienia, że mu się ta sytuacja nie podoba, że chce spać, a nie może zasnąć itepe itede. Przy czym zrzędzenia z dnia na dzień jest coraz mniej (oby!). Jedna natomiast rzecz jest u chłopaka wyjątkowa.

Otóż Bru, zabrany na jakąkolwiek wyprawę, zapada w spokojny sen. Bez względu na to, ile wcześniej spał, zasypia sobie i śpi aż nie wróci się do domu. Co pewien czas otwiera kontrolnie oko, żeby sprawdzić czy to już i po chwili znowu odpływa w objęcia Morfeusza. A jesli synek jest za bardzo wyspany, to ciekawie czuwa. Rozgląda sie swoimi oczami jak paciorki i czeka na powrót do domu.

Dzięki temu Chłopak zaliczył już szereg wyjść: parę wizyt w kinie, zakupów w większym sklepie, posiłków w restauracji i barze mlecznym, grill, ślub i huczne wesele, wizytę w pracy u Taty. Byle gdzie, byle nie w domu - i najchętniej, żeby jechać tam autem! Ostatecznie autobus może byc, byle niskopodłogowy.

Cóż, śmiejemy się, że pewnie wejdzie mu to w krew i za kilkanaście lat rozimprezuje się na całego i sami bedziemy temu winni. Ale póki co cieszy mnie to, bo nie lubię ograniczeń i ciagnie mnie do wyjść z domu, do ludzi, synek chyba podziela moje zdanie :)
piątek, 17 sierpnia 2007
Wracamy z wieczornego spaceru. Bru odłożony do wózka zaczyna głośno płakać. Hania zakłada kapcie i mówi do mnie:
- Ty go nakarm a ja Ci podam fokę (foka- to poduszka do karmienia w kształcie foki)

Ten sam wieczór, po kąpieli Bru zjada swoją porcję mleka z piersi, potem jednak zaczyna przeraźliwie płakać. Próbuję go uspokoić na rękach, ale bezskutecznie Hania ze stoickim spokojem ogląda swoją bajkę (chociać Bru zagłusza całkowicie dialogi z bajki o Cliffordzie) i mówi mi tonem znawcy:
- trzeba go odbeknąć!

Czasem aż nie wierzę, że Hania ma niecałe trzy lata.
czwartek, 16 sierpnia 2007
Godzina 4 rano. Cała nasza rodzina śpi w jednym pokoju (na działce). Budzę sie zlana potem, mlekiem i niepokojem, bo Brunio po raz pierwszy uciął sobie 8-godzinną nocną przerwę w jedzeniu. W końcu zapalam lampkę, karmię Brunia. Po chwili budzi sie Hania, siada na łóżku, patrzy na mnie i zupełnie przytomnie mówi:
- muszę poczytać swoim córkom (czytaj: swoim lalkom) książeczkę o wróbelku! zapomniałam im poczytać!
-
Haniu, lale już śpią, poczytasz im rano, jak będzie jasno, teraz jest noc tłumaczę mojej dzielnej córeczce -matce.
Hania myśli chwilę, w końcu kładzie się i mówi:
- dobrze, przeczytam im rano.

Po sekundzie już śpi.

czwartek, 09 sierpnia 2007
Ostatnio nie piszę nic o sobie. Chociaż miałam parę planów co do notki, to zawsze jakoś mi uciekały. To co się ze mną dzieje, nie wydawało mi się tak ważne jak moje dzieciaki. A jednak napiszę trochę.

Często słyszę teraz pytanie, jak to jest być mamą dwojga? Lepiej, gorzej, ciężej?
Przede wszystkim czuję sie spełniona. Wiem, że już jesteśmy w komplecie, już nie czekamy na nikogo. Poza tym gdy się nad tym zastanawiam dziwię sie jak dużo dzieje sie w moim życiu. Mam 30 lat, męża, dom, dwójkę dzieci  - a jeszcze jakiś czas temu byłam wzdychającą posępnie nastolatką, która tylko marzyła o wielkiej miłości swojego życia. Teraz wiem, że ta miłość składa sie z malutkich kawałków - część daje mi mąż, część dzieciaki, część rodzina a jeszcze część przyjaciele.

Oczywiście mam tez świadomość, że coś za coś, że nie mogę spontanicznie wybrać się na szalony wieczór, że moje poranne wstawanie wyznaczają dzieci, że wakacje to tylko we czwórkę i ze najważniejsze punkty wieczora to kąpiel dzieciaków a nie kolacja przy świecach i dobry film. Jednak wiem, że nic nie trwa wiecznie, ze za chwilę ten mały niemowlak, który tak ufnie patrzy na mnie i z którym nie rozstajemy się od urodzenia, urośnie, dorośnie i mama nie będzie mu już potrzebna. Szybciej niż myśle upomni się o niego świat. A na razie mam ten czas, kiedy to ja jestem najważniejszą kobietą a zarazem osobą w jego zyciu.

Zapewne im dalej tym będzie ciężej z dwójką - ale dzieci nauczyły mnie tego, ze nie warto wybiegać myślami na przód. Nic dwa razy sie nie zdarza - dlatego trzeba się cieszyć tym co jest teraz, bo takie chwile już nie powrócą. A w nawet najcięzszej sytuacji można znaleźć dużo dobrych stron, wystarczy chcieć.
I tym (zbyt?) optymistycznym akcentem życzę Wam "carpe diem"!
 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru