niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
poniedziałek, 28 sierpnia 2006

Mam dosyć ludzi. Mam dosyć ich znieczulicy, obojętności i wrogości.

Mam dość.

Dzisiaj jadąc do pracy w korku, a więc posuwając się w miarę wolno natrafiliśmy na przejściu dla pieszych malutkiego kociaka.

Nie wiem, miał może ze dwa tygodnie, może miesiąc?

Nieporadnie szedł po przejściu, nie wiedząc co dla kotów oznacza czerwone światło.

Wiedzieli o tym wszyscy oprócz niego.

Myślicie że tłum gapiów na przejściu, o pare metrów od niego, pomógł?

Czy ktoś przestał się gapić (a gapili się wszyscy) i zadziałał?

Myślicie, że któryś z kierowców, którzy i tak jechali wolno przystanął, zatrzymał się?

Wiem, że go widzieli, bo niektórzy, w ramach psedo-litości, starali się go wziąć miedzy koła.

Myślicie, że ktoś cokolwiek zrobił?

Tłum ludzi "wrażliwych" na widok małego przerażonego kotka narażonego na śmierć, na rozjechanie w centrum Wwy?

 

NIKT nie zrobił NIC! NIKT!!!

Mało tego, było nam ciężko zmienić pas, żeby do niego dotrzeć, nikt nie chciał się zatrzymać.

W końcu M. Wjechał ostro przed autobus i zatrzymał się przed kotkiem a ja schowałam go szybko do auta.

Nie będę pisać co było dalej, bo ledwie się trzymam.

Powiem tylko, że Kot miał godną i spokojną śmierć, zmarł na moich rękach.

I czuję w sobie dużo złości do ludzi. Nic na to nie poradzę i nie chcę radzić.

sobota, 26 sierpnia 2006

Wydawałoby się, że kot to takie śmieszne stworzenie, co ma cztery odnóża, ogon i wąsy, lubi polować na myszy i uwielbia pić mleko. W wolnych chwilach siada na płocie i pozuje twórcom piosenek (wlazł kotek na płotek etc.). Nic bardziej mylnego. No może z tymi częściami ciała to prawda, ale reszta to zależy od osobnika. Co kot to historia, zupełnie jak z ludźmi.

Dwa pokazowe egzemplarze tego gatunku, rodzaju żeńskiego, stanowi itegralną część naszego domowego inwentarza. Przedstawiałam już je, jest to po pierwsze bura kotka otrzymana z imieniem Zając a nazywana Grubą/panią Grubasińską/Grubissą i druga, z wyglądu większa czarno-biała Sroczka-Dzidziowa która przybyła jako druga.

Każda z nich to niezła lafirynda, ale na swój unikalny sposób.

Chociażby i Grubasa: mleka nie tknie chociażby i nic innego nie było do jedzenia. Wybredna jest i tyle. Nasza przeprowadzka do domu to dla niej uśmiech losu. Na poczatku zwiedzała parter domu z szeroko otwartymi oczami, kiwając głową niczym kiwaczek z rosyjskiego kultowego czasopisma dla dzieci "Wesołyje kartinki" (w ten sposób kocica łapała zapachy w powietrzu). Stopniowo odważyła się zejść do garażu i zwiedzić tamtejsze podziemia. Również ogródek szczególnie przypadł jej do gustu - soczysta trawa, co dobrze czyści ząbki, koci przegląd towarzyski za ogrodzenia . Prawdziwa jednak integracja z miejscem nastąpiła w momencie, kiedy nasz ogródek odwiedziło dwóch "absztyfikantów" - jeden piękny, syjamski, który od tego czasu stał się naszym stałym gościem oraz drugi srebrny, nieco agresywny. Grubasa z wysokości balkonu aż piszczała do przystojnych kocurów "wypuście mnie do nich, hej chłopaki tu jestem!". Przy następnej nadarzającej się okazji (otwarte drzwi wejściowe) poszła w tango na całą noc, wracając rano akurat na poranną miskę. Co robiła w tym czasie? Pytana przeze mnie Grubasa strategicznie milczy wypełniając powietrze przyjemnym dla ucha mruczeniem i gruchaniem i aż mruży oczy z rozkoszy, zwłaszcza że eskapady swoje powtarza co parę dni. Znaczy się, jest już miejscowa!

Dla odmiany Sroka to taki trochę dzikus. Z charakteru piesek - chodzi za swoją ukochaną panią krok w krok od rana. Czeka na mnie aż wstanę, siedzi ze mną w kuchni kiedy szykuję obiad. W wyglądu to taki trochę kocur -brak jej widocznego wdzięku czy też kociczkowej słodyczy. Rozbraja mnie gapowatym wyrazem twarzy i ufnym ,nieobecnym spojrzeniem pistacjowych oczu. Zjada większość rzeczy, które trafiają jej do miski. Dla niej przeprowadzka to był dopust boży. Pierwsze dni spędziła gdzieś na dnie pudełkowego manhattanu, tam, gdzie nawet kumpleta Gruba nie mogła jej znaleźć. Ruszona głodem przyszła cos zjeśc i szybko wróciła do swojej kryjówki. Po tygodniu - oswoiła się. Zaczęła chodzić normalnie po salonie i kuchni. Po dwóch zdobyła się na akt bohaterski i ...wyszła na taras! Jednak żadna siła nie zagna jej do piwnicy. Również świat za furtką jawi jej się niczym wszechogarniający koszmar i tylko w domu czuje się bezpiecznie.

Kiedy wracamy do domu, z okien domu patrzą nas często dwie pary oczu. Pierwsza która mówi" fajnie, że już jesteście, jestem już trochę głodna i chętnie bym sobie pospacerowała" i druga która przekazuje telepatycznie "Dobrze, ze jesteście, lubię jak jesteście w domu".

czwartek, 24 sierpnia 2006

Padają zewsząd pytania, jak nam się mieszka w nowym domu. Cóż mogę powiedzieć, mieszka się świetnie, bo jak ma się czuć człowiek zgnieciony wraz z familią w dwóch pokojach, który nagle dostaje przestrzeń, kwiatolub otrzymuje mały ale wystarczający ogródek, majsterkowicz garaż z kącikiem męskim (czyt.narzędzia i inne szpeja) a dziecię może podczas biegania po domu rozwinąc prędkość strusia-pędziwiatra, co przy poprzednim metrażu lokum było niemożliwe.

Każdy pewnie zastanawia się, jakie są minusy mieszkania w domku, bo przeciez nigdy nie może być różówo. Otóż melduję, że M. Widuję obecnie najczęściej przy posiłkach oraz w samochodzie, jeśli akurat nim jedziemy do pracy (a nie kolejką). W pozostałych chwilach małżonek mój z zaangażowaniem wierci, wkręca, skręca, montuje, remontuje etc. Wzrok ma nieprzytomny a myśli zajęte rozmiarem śrub, doborem kinkietów, żarówek itepe itede. Mogę wiec powiedzieć, że jest świetnym gospodarzem, tyle że ja muszę zapomnieć o rozmowach na luźne tematy, o zyciu i etc.

Naturalną koleją rzeczy przejęłam całkowicie kulinarną część naszego gospodarstwa. Tak jak kiedyś mężczyźni szli na polowania, potem na wojny a kobiety czekały na nich w domu piekąc kolejne mięsiwa, tak ja zapewniam małzonkowi odpowiedni bilans energetyczny. I chociaż staram się jak mogę dogodzić mu kulinarnie, żeby w ten sposób wynagrodzić mu cieżką pracę, czasem mam wrażenie, że zjada wszystko z podobnym entuzjazmem, nawet moja szarlotka na ciepło z lodami nie zrobila na nim wrażenia.

We wtorek, chcąc wyrwać Małżonka do świata żywych, zaproponowałam mu przejażdzkę rowerową. Doszłam do wniosku, że jako roweromaniak na pewno mu się to spodoba, zwłaszcza, że parę minut od naszego domu rozciągaja się wielokilometrowe lasy.Było wspaniale, zapach lasu i oderwanie od cywilizacji działały jak balsam. Z ciekawością tez obejrzeliśmy domki, położone w pobliskiej miejscowości - od brzydkich kwadratów poprzez odjechane pomysły architektoniczne na rozległych rezydencjach skończywszy). Niestety, M. potraktował przejażdzkę z entuzjazmem podobnym do wyprawy do sklepu (nie mylić z wyprawą do sklepu ze sprzętem budowlanym typu Liroj/prakiker etc). Niby mu się podobało, ale czułam, że myślami był gdzie indziej i zaraz po powrocie zabrał się do pracy, chcąc wynagrodzić ten niby stracony czas.

Z małżonka wiec jako takiego bezpośrednich korzyści nie mam. A Potomkini? Korzystając z letnich dni znowu wyjechała z Busią na działkę. Oddaje się tam typowym rozrywkom typu grzybobranie (znalazła jednego grzyba, mówi "Grzyb beee"), długie spacery i wspólne zabawy ze starsza siostrą cioteczną. Czy tęskni za mamą, nie wiem. Podobno dużo mówi, w tym wiele nowych, ciekawych słów (np.kapcie, kapciuszki, ciapciaczek - wiatraczek), tylko nadal starannie unika czasowników.

Ja tęsknie za nią tak, że to az boli. Na szczęście wracają już jutro :)

wtorek, 22 sierpnia 2006

Jako osoba wiecznie głodna nowych doświadczeń, poznałam w środę smak zycia bizneswoman. Bilans jednego dnia przedstawia się imponująco:

- pobudka o 4 rano, powrót do domu 23:30

- 19 godzin na nogach

- ok.2500 km zrobionych

- dwa razy samolot, ICE, taksówki, auto.

- spotkanie z ludźmi z poszczególnych krajów Europy zajmującymi się tym co ja

- różne języki, podejścia, chęć zaprezentowania się z jak najlepszej strony walcząca ze strachem przed kompromitacją

Sam wyjazd zaliczam do udanych, chociaż był bardzo męczący, tyle wydarzyło się w ciagu jednego tylko dnia a siły ma się jedne (albo ich brak).

Kiedy wracałam ICEm do Frankfurtu okazało się, że z powodu że pociag ten jeździ wahadłowo, siedzenia ustawione były tyłem do kierunku jazdy. Miałam więc nieodparte wrażenie, że niczym w filmie, ktoś włączył opcję REW i cofa całą podróż, nie zdziwiłabym się, gdyby samolot leciał tyłem, zresztą, może i tak było, po ciemku nic nie było widać przed okienka ;)

Zobaczyłam też jak wyglada życie biznesłumen - wiecznie w biegu, w drodze z samolotu na spotkanie, z jednego kraju do kolejnego, wymieszana dzień i noc. Dużo osób zazdrości tego stylu zycia, wyjazdów za granicę, podróżowania wygodnymi samolotami, znajomości, gadżetów i wszystkiego co się wiąże z tym stylem życia.

Powiem krótko - nie ma czego!

Wyjazd za granicę, który w wyobraźni przybiera formę krótkiego spotkania w interesach i przyjemnego zwiedzania dalekich krajów, ogranicza się do poznawania kraju z okien taksówki, bądź też biura korporacji najczęśniej na obrzeżu miasta. Słynące z zabytków miejscowości zna się jedynie od strony dworca bądź też lotniska. Podróżowanie wygodnymi samolotami zaczyna wychodzić bokiem, kiedy po raz któryś stoi się półgodziny do odprawy i przechodzi niekończące się rewizje i kontrole wszelkich możliwych dokumentach, prawie że na świadectwie ukończenia przedszkola skończywszy.

Kuchnia lokalna to jedzony w pośpiechu fast food, główny napój to nieśmiertelna kawa, która ma to do siebie, że na wszelkich spotkaniach smakuje po prostu bylejako. Zawsze zastanawiam się, jak to robią kawiarki, że uda im się zepsuć mój ukochany napój, a może to zmęczenie robi swoje. Nie przeczę, że w takich wyprawach zawsze tak to wygląda - są i wyjazdy z wystawnymi kolacjami przy smakołykach kuchni lokalnej. Jednak nie zawsze starcza na to czasu ani chęci partnerów.

Najciekawsze są z tego spotkania z ludźmi. Szkoda tylko, ze Ci szybko się zmieniają a znajomości są bardziej niż pobieżne.

A najważniejsze z tego wszystkiego jest, żeby mieć do kogo wracać. Wiedzieć, ze ktoś po powrocie zapyta jak minęła podróż i podsunie litościwie michę ulubionej zupy pomidorowej, jedyne normalne jedzenie od doby. I że kolejny tego typu wyjazd dopiero za trzy miesiące.

22:50, ingutka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 sierpnia 2006

Słownik zawiera tylko te słowa które pamiętaj i tylko te ciekawsze - pominęłam wszystkie odzwierzątkowe typu koko - kura, muuu- krowa czy też określenia osobowe, które na stałe zagościły w słowniku Potomkini - Mama, Tata, Busia, Dziadzia, Ciocia, Zosia, Dzidzia etc. Co najważniejsze - wszystkie wyrazy sa starannie odmieniane np.jest Ciocia, ale jak woła to Ciociu! Jest buła, ale jak ją chce to woła daj bułę.

Na pewno pominęłam sporo, ale wszystkich z biegu nie pamietam, najwyżej będę uzupełniać :)

Słownik poprawnej Haniołowszczyzny:

A

Abuś/tobuś - autobus

Ato - auto

Ał -piesek/Ału Ału - piesku! (w wołaczu)

B

Bobej - tramwaj

Bubek - ołówek

Bum bum - samochód

Ba bach - piłka

Buła - bułka

Buju buju - huśtawka

Bombaj - kombajn

C

Ciach ciach - nożyczki

Ciocia

D

dom (jak odjeżdzamy zawsze jest pa pa domu! na powitanie okrzyk - dom Jani!)

Duzi -duży

Dugi -długi

Dzidzia

Daleko (czasem wymawiane leko)

Dobzie -dobrze

Durzacz - odkurzacz

E

FG

guzi - guzik

na gózie - na górze 

H

I

ija ija -koń

J

K

kap kap - deszcz

Kótki - krótki

L

le le - ile ile, jak dużo

Lala- lalka

M

Małi - mały

Mniam mniam - jedzenie

Miau/Biau - kotek

N

O

oko

odź! -chodź

P

Pam - pan

Pani

Pepek - pępek

R

Rhurha -rura

S

Siama - sama (zaczyna się :))

T

tociąg -pociąg

Tapa - koparka

U

ucho/gucho -ucho

Uś - już

W

Z

Ziu - zjeżdzalnia

niedziela, 20 sierpnia 2006

Jest pewna cecha, przywara ludzka, która to szczegółnie działa mi na nerwy i powoduje odruchy wymiotne. Może dlatego, że znam parę osób, które są nią skażone? Ta cecha to snobizm. Piękny, wypasiony wręcz, podkarmiany przez sprzyjający wyścig szczurów, możliwości osiagnięcia oraz całą narośl konsumpcjonizmu.

Mam przykład takiego osobnika wśród znajomych - na pierwsze spojrzenie miły i pracowity chłopak. Pochodzi z niezbyt dużego miasta -  L.,  ze skromnej, inteligenckiej rozbitej rodziny. Kiedyś zapewne postanowił sobie, że będzie kimś. Wiedząc, ze nie może liczyć na nikogo wziął się do roboty. Dalej historia potoczyła się niczym american dream -dzięki pracy szedł wyżej i wyżej. Niestety, po drodze gubił gdzieś swój młodzieńczy idealizm i chęc nieustannego czynienia dobra - brakowało już na to czasu. Chcąc dostosować się do kasty, przyjął jej zwyczaje i oznaki. Jeśli randka - to w Paryżu (oglądając wszystkie zabytki i Luwr z zewnątrz, bo na zwiedzanie przez parę dni zabrakło czasu!). Jeśli sprzęt - to najlepszy, nie wiadomo zresztą dlaczego. Jeśli lokum - to w najlepszej dzielnicy, jeśli garnitur - to najlepszej firmy choćby i przymierać później głodem.

Powiem szczerze, drażni mnie taki kult pieniądza, bo tak to odbieram. Można podziwiać czyjeś ambicje, ale czy za tym nie kryje sie nie dająca się zaspokoić żądza posiadania czegoś wiecej i więcej? Śmieszą mnie kawalerskie kuchnie za kilkadziesiąt tysięcy z najlepszym na rynku sprzętem, który słuzy tylko jako podstawka do wina, bądz też w najlepszym wypadku do robienia herbaty czy też mrożenia lodu do whisky.

Śmiesza mnie też nabywane pasje i hobby - w świecie miliona twarzy każdy chce się wyróżnic z tłumu, choćby i poprzez oryginalne hobby. Szkoda tylko, że oznacza to tylko zobaczenie sprawni zrealizowanego filmu czy też przeczytanie artykułu w czytadle. Nie idzie za tym faktyczna chęc drążenia tematu, zgłębiania go od deski do deski. Mamy więc Tolkienomaniaków, ktorzy książki Tolkienia w ręku nie trzymali, a jedynie zachwycali się filmem. Mamy ludzi sukcesu, uważających się za dobrych kucharzy i pasjonatów kulinariów, ktorzy jedynie umieją zrobić jedną superpotrawę a o esencji kuchni wiedza tyle co nic.

Ech...

poniedziałek, 14 sierpnia 2006

Nadszedł czas opowieści. Potomkini, kultywując wielowiekowym tradycjom, kiedy to podania i legedny przekazywane były ustnie, starannie pielęgnuje historie, które słyszy, ugładza je sobie jak koraliki i opowiada w najdziwniejszych momentach. Mogę powiedzieć, że dzięki Hance widzę, jak teraźniejszość staje się historią. Poza tym zaczynam zdawać sobie sprawę, jak chłonna jest pamiec małej Potomkini i jakie to może mieć skutki - podczas weekendowej wizyty Teściowej, Hania jak nakręcona opowiadała co się nam ostatnio przydarzyło.

Na szczeście, póki co, do odcyfrowania opowieści Hani potrzebna jest enigma w osobie Mamy Haniołkowej czyli mnie. Tata tez teoretycznie też rozumie co Jania mówi, ale to ja głównie rozmawiam z Haniołkiem, wiec wiem co później do mnie wraca.

Np.

1. Hania mówi: " Tata mama Jania bum bum Ija ija ija, Bu bu, bu bu, kap kap, duzio, duzio kap kap, mama, tata, Jania, duuuzio kap kap" (tłumaczenie: Wczoraj pojechaliśmy autem (bum bum) oglądać konie (inscenizacja Bitwy Warszawskiej), ale nagle przyszła burza bu bu, zaczał padać deszcz kap kap, zerwała się ulewa i wszyscy zmokliśmy, wszyscy byliśmy mokrzy"

2."Tata wrrr wrrrr, a taki duzi ,taki duzi, mamo, mamo! Mama no no Ty, tu dom! (tłumaczenie:słowem wstępu to wymyślona przeze mnie historia opowiedziana podczas jedzenia: tata wiercił wiertarką a tu patrzy siedzi duży pająk. Zawołał więc mamę, mama przyszła i mowi: "tato, nie można ruszać pająka, on tu mieszka, tu jest jego dom!)

środa, 09 sierpnia 2006

W związku z rozpoczęciem pory deszczowej, po porze suszy, postanowiłam zakupić kalosze Hani i sobie na deser.

Piekne, gumowe kalosze, w których po prostu trzeba iść na łąki czy do lasu.

Kalosze, które stoją w kącie i aż krzyczą: użyj mnie, chodź na spacer!

Kalosze, wehikuł czasu do dzieciństwa, kiedy tyle frajdy sprawiało skakanie po kałużach.

Kalosze, w których tyle wolno, włazić w najmokrzejsze dziury, sprawdzać głębokość wszelkich kałuż.

Kalosze, na które trzeba uważać, żeby nie spadły przy bieganiu, zwłaszcza na szczupłych nóżkach.

Kalosze, które mówią: no i co z tego, że pada deszcz?

Ja nosze kalosze

Ty nosisz kalosisz

On nosi kalosi

My nosimy kalosimy

Wy....nosicie kalosicie???

poniedziałek, 07 sierpnia 2006

Zbliża się nasza z M. okrągła rocznica ślubu. Po rozlicznych rozmyślaniach zarządziłam w swoim dziale w pracy (sami faceci) burzę mózgów pt." o czym skrycie marzą faceci na Waszym przykładzie - co chcieli byście na prezent". Liczyłam na nowe, zaskakujące pomysły, wynurzenia, skrywane zachcianki. Oto jakie odpowiedzi otrzymałam:

R: kinkiet...tak,piękny kinkiet do salonu! (urządza mieszkanie, którego jeszcze nie ma, ale będzie za parę miesięcy)

S: czołg! (S to facet z przeszłością wojskową, co wspomina z rozrzewnieniem)

RR: nie ma pragnień (co jest dla niego typowe)

M (rozmarzony): szlifierkę kątową albo wkrętarkę, ech tak mi się to marzy....

Wniosek końcowy: W przypadku facetów nie należy stosować żadnych uogólnień!

Rodzina w komplecie, Hania wróciła do domu na dobre i wreszcie nowe lokum nosi nazwę prawdziwego Domu.

Strasznie się za sobą stękniliśmy, więc cieszymy się wzajemną obecnością - Jania, Mamu i Tati i większość działań robimy z asystą.

Zaskoczyło nas po raz kolejny, jak zmyślnie Hania gada - jak nieustająco odpowiednio deklinuje wyrazy, jaką ma intonację. Przy kolejnych rozmowach i opowieściach wychodzi jakie wyrazy zna.

Mama:" co to jest Haniu? - pokazuję na niebo i majączące sylwetki.

H:"Ptapi!" (ptaki)

Nieco później Tata pokazuje Hani różne ptaszki w książce, wskazując na jednego

Tata: a to co jest Haniu?

H:"ptaka!"

Po przebudzeniu w sobotni ranek obserwowałysmy z Hanią ulewę i komentowałyśmy co się dzieje przez okienko w połowie schodów.

Trochę później Hania schodzi z Tatą po schodach, zatrzymuje się i opowiada z przejęciem pokazując paluszkiem:

"Tata, tata - tam kap kap (deszcz), ile ile (ile pada, jak dużo), myju myju (woda).

Kiedy odjeżdzaliśmy na starówkę, Hania pomachała rączką i powiedziała "Pa pa domu! Pa pa domu!!" (na powitanie było "dom Jani")

Na Starówce - jak to w wakacje - mnóstwo ludzi, ścisk. Na początek odwiedziliśmy przedwojeny plac zabaw dla dzieci, który polecamy - tutaj przeczytacie o tym coś więcej :http://warszawiarnia.blox.pl/2006/07/Lato-w-miescie-cz2.html Hani szczególnie spodobała się rzeka Wisła utworzona z piłeczek i...lód czekoladowy Wedla, który dostała od mamy i namaszczeniem lizała przez prawie pół godziny.

Po kościołem św. Anny kolejka niczym w McDonaldzie - tylu jest bowiem chętnych do ślubu w tej akurat światyni (Cieszę się, że nasz ślub z M. Odbył się w malutkim, barokowym kościółku bez zbędnych tłumów). Przed budynkiem wystrojona panna młoda musiała czekać na swoją kolej, potrącana przez przeciskających się z plecakami i majdanami pątkników i uspokajana przez własną Matkę, że jeszcze tylko 20 min. Kierowcy aż trzech różnych limuzyn z przed kościoła czekali aż kolejne pary powiedzą wreszcie Tak! Tak! I pomkną na wyczekane przez wystrojonych gości wesele.

Nieco dalej swój kramik rozłożył Nawiedzony Katolik - prężnym i charakterystycznym głosem wykrzykiwał grupce znudzonych narkomanów (reszta pouciekała z zasiegu jego głosu), że seks pozamałżeński to ciężki grzech, a katolicy, którzy niepraktykują skończą w najgorszym piekle. Poglądowo stały tam też dwa odpowiednie plakaty sugerujace, co czeka grzeszników (kolory czarne i czerwone) a usłużny pomocnik częstował ulotkami, które jednak sobie darowałam.

W końcu wylądowaliśmy na Rynku Starego Miasta, gdzie własnie rozpocząl się koncert Jazzowy, w ramach letnich koncertów starówkowych. Bardzo nam się z Hanią podobało - mi jako miłośniczce Smooth Jazzu i Hani, która uwielbia śpiewać do tego stopnia, że włącza się ze śpiewającym w duet. W pewnej więc (m i całkiem sporej)częsci starówki słychać było dziecięcy, przęjety głosik, którzy z zaangażowaniem śpiewa "la la laaaaaa", ludzie uśmiechali się, widząc moją małą śpiewaczkę.

I w takich to klimatach upłynął nam weekend - było dużo śmiechu, przytulania, głaskania (czyt. Męczenia) kotków, czytania książeczek, porannego wstawania (Hania budzi się koło 6, mniam mniam (Hania lubi jeść i lubi odkrywac nowe smaki, podjada chętnie przez cały dzień np.pierożki od Mamy a na kolację nowość - kasza manna na krowim mleku z cukrem waniliowym i masłem). Na dworze padał deszcz, ale nam było dobrze w środku. Wreszcie w komplecie!

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru