niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
środa, 31 sierpnia 2005

Nieco lepiej wygląda już u nas sytuacja opiekunkowa. Nie mamy niestety jeszcze docelowej niani, ale na razie zdecydowaliśmy się na dziewczynę naszego przyjaciela. Dziewczyna ta (nazwijmy ją Kinga)szuka bezskutecznie pracy, wiec tym chętniej podjęła się opieki (niestety na czas nieokreślony, do czasu znalezienia pracy). Uwielbia dzieci (nie cierpię tego zwrotu, jest taki egzaltowany, ale tak tu to wygląda), jest cierpliwa, ciepła i oddana temu co robi. Z Hanią biegała chyba z pół godziny na czworakach po podłodze,czule do niej przemawiając.

Niestety, Hania przeżywa obecnie okres "tylko mama i tata, reszta świata to wrogowie, mama ratuj". Zostawiana sama z Busią i Kinga wpadała w histerię,ryk tak straszny, że nawet Busina cierpliwość się kończyła. Kiedy ja usłyszałam ten płacz, szloch przez telefon w pracy, skamieniałam, gula nagle stwardniała w moim gardle, a łzy pojawiły niewiadomo skąd. Poczułam wściekłośc, że nie moge jej pomóc, że ją zostawiłam, że ona mnie potrzebuje, a ja co, siedzę przed komputerem w kącie.

Na szczęście po południu sytuacja uległa zmianie: Busia schowała sie na kilka godzin na balkon, a zostawiona sam na sam z Kingą Hania wykazała nadzwyczajny spokój i uśmiech. Kiedy nie miała alternatywy zaakceptowała swoją opiekunkę. 

I już jest lepiej. Hania trochę pogodziła się z tą sytuacją. Co prawda po moim przyjściu od razu biegnie w ramiona mamy, ale w ciągu dnia zachowuje się normalnie.

Ufff...czuję sie lepiej, może wreszcie zacznę jeść, spódnica zaczęła troszke wisieć (hurrra!), tylko Dyzio na mnie krzyczy że śniadania nie jem rano i w pracy, że sie głodzę, ale jak można jeść, jak coś dzieje sie z własnym dzieckiem! Ale jak tak to dzisiaj planuję obeżreć sie własnoręcznie zrobionym leczo :)

To że każdy jest inny to wiemy. Różnimy się od otaczających nas ludzi w milionach detali. A ponieważ ludzie boją się inności, wynajdują cechy wspólne. Jak fajnie jest znaleźć wśród tłumu bezimiennych twarzy kogoś kto też czyta tę książkę co ja! Na imprezie od razu kontakt łapie się z kimś, kto kończył to samo liceum.

Nic jednak nie przebije niedzielnego wieczoru. W godzinach wieczornych cała rodzina zbierała się do wyjazdu z działki. Każdy krzątał się, sprzątał, pakował, jedynie 4,5 letnia Zosia czekała na dobranockę. Kiedy z telewizora zaczęły lecieć pierwsze, znajome dziwnie dźwięki " jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie..." pierwszy nieśmiały głos zanucił znaną piosenkę. Już po chwili zgodny, acz niemiłosiernie fałszujący chór radośnie przerwał wieczorną ciszę na polach i łąkach. "Tę pszczółkę którą tu widzicie zowią Maaaaaaaaaaaaaaająąąąąąąąąąąąąąą......" W tej chwili rozdzierającej kakofoni i radosnego wydzierania się poczułam, że to jest właśnie moja rodzina! (ach to złudne euforyczne uczucie solidarności ze współśpiewającymi ;))))

wtorek, 30 sierpnia 2005

Lubię takie abstrakcyjne kawały

Lodówka zrobila impreze. Nazapraszala samych znajomych. wszyscy bawia sie

niezle: odkurzacz sie nawciagal, kaloryfer juz rozgrzany, kuchenka daje ostro w palnik, pralka sie rozkreca, w lazience wiatrak dmucha suszarke, impreza na calego. Gospodyni chodzi po mieszkaniu i rozdaje zimne drinki.

Patrzy a pod sciana stoi smutny Trabant.

Podchodzi do niego i mówi:

* ej trabant, a co Ty taki smutny stoisz i sie nie bawisz? Masz tu

seteczke walnij sobie to sie od razu rozruszasz.

A trabant na to:

* nie moge jestem samochodem...

poniedziałek, 29 sierpnia 2005

Ostatnio zastanawiam się nad miłością.

Zawsze przyjmowałam ją z całą swoją młodzieńczą naiwnością ją jako coś najważniejszego, co musi istnieć i trwać, coś ulotnego, co wystarczy wpuścić do serca.

Ostatnio do serca dopuszczam nieco bardziej gorzkie tony miłości. Ot, luźne przemyślenia.

Miłość się zmienia i ewaluuje. Miłość wymaga pracy i zaangażowania. Miłość jest niewidoczna, przezroczysta i delikatna, czasem wystarczy parę słów za dużo, żeby ją zniszczyć. Miłość ma wytrzymałość dobrego materiału - nie podda się tak łatwo, ale na każdą miłość można znaleźć nożyczki.

Chyba rozumiem już skąd jest tyle rozwodów wśród par, które jeszcze parę lat temu były tak szczęśliwie zakochane. Ludzie się przecież zmieniają i zmianom ulegają również ich potrzeby. Czego innego wymagamy od partnera, a on jest wciąż taki sam. Brakuje sił i chęci dbania o wzajemną wieź. Rzucamy piękne słowa, wierząc że to wystarczy aby było dobrze. Całujemy się na dzień dobry, jakby to miało sprawić,że dzień będzie naprawdę dobry. W przypadku konfliktu jedni ranią się słowami do gołych kości wiedząc, w którą strunę uderzyć, a potem kończą sprawę jednym przepraszam. Inna para nie kłóci się, ot komuś się czasem zbierze na duszy że ten drugi to już nie kocha, nie robi nic, olewa, że mu nie zależy a ona przecież tyle z siebie daje, on zapewni ją o miłości, powie jaki z niego drań, obieca poprawę i dalej żyją po staremu, udając, że teraz jest lepiej, dalej opowiadają sobie piekną bajkę.

Jedni kurczowo trzymają się tego swojego małego szczęścia, inni wierzą, że musi być dobrze i nie robią nic a jeszcze inni odpuszczają sobie i nie walczą o to co jeszcze istnieje. Ot, naturalna kolej rzeczy.

A chyba tak naprawdę chodzi o to, żeby obydwoje naraz chcieli to samo. Chcieli być razem. Dbać o siebie. Kochać się. Niby takie proste a jakie cholernie trudne!

Wpis dokumentacyjny: nasz mały gryzoń (bo przecież nie ssak :) ma już 10 zębów. Po jedynkach i dwójkach przyszedł czas na wielgachne czwórki (wyszły synchronicznie razem). Dziąsła przypominają jatki, na szczęscie Hania znosi to dzielnie, sprawdza tylko co jakiś czas wskazującym paluszkiem czy zębule już wyszły czy nie.

Na deser szykują się trójki, ale chyba jeszcze mamy chwilę spokoju.

czwartek, 25 sierpnia 2005

Przeczytałam na blogu Cioci Kasi, że ugryzła ją osa i to przypomniało mi straszną historię, która zdarzyła sie zaledwie trzy dni temu.

Rzecz miała miejsce na tarasie w domku siostry, jedliśmy właśnie obiad, a nad nami krążyła grupa os, która chciwie wgryzała się w stojące na stole jedzenie. Nie próbowaliśmy ich odganiać, nie chcąc rozzłościć, bowiem potem żądne zemsty pasiaste owady mogłyby się zemścić na którymś niewinnym członku degustacji. Niestety po chwili rozległ sie straszliwy wrzask od strony Hani - patrzymy a tu malutka rączka robi sie czerwona i spuchnięta, z wyraźnym ukąszeniem po chamce @$#%^*&%# osie. Rozpacz była straszna, natychmiast na miejsce przybyła pomoc w postaci połówki cebuli na wierzch dłoni.

Wyobraźcie sobie jednak co się stało, kiedy zapłakane, zaryczane od bólu dziecko spróbowało otrzeć sobie wysmarowaną cebulą dłonią oko...

środa, 24 sierpnia 2005

Jedno jest pewne: Szpakowski z Małej nie będzie, chociaz głos ma donośny. Fanka sportowa chyba też nie, chociaż entuzjazmu jej nie brakuje. Cóż się dziwić, skoro rodzice do sportowców biernych nie należą.

Znacznie lepiej Hania czuje się w imprezowych klimatach, powiedziałabym nawet clubbingowych, może być też domówka.

Swoje pierwsze zainteresowania Hania objawiła w dniu wczorajszym w "Lolku". Spotkaliśmy tam wczoraj w godzinach wczesnowieczornych z grupą znajomych. Po raz pierwszy w spotkaniu uczestniczyła także Hania, dla niepoznaki, że to niemowlak, ubrana w dżinsy i koszulkę polo, zaś jak prawdziwy imprezowicz przywiozła ze sobą słuszną flachę (tzw. drink mleczny bez malibu). Po przywitaniu Hania potoczyła uważnym spojrzeniem po towarzystwie, zapewne uwagi nie uszedł jej fakt, że towarzystwo było w przewadze męskie, przystojne, nieżonate, o braku dzieci już nie wspominając. Wyłuskała sobie z owego tłumu dwie osoby, wnuka pewnego znanego literata, który jednak siedział za daleko oraz Złotego Chłopca, mężczyznę ok. 30-letniego, który roztapia wszelkie kobiece kobiece serca niczym wosk. Ma on bowiem wdzięk słodkiego łobuziaka, piękny uśmiech, lekko zadziorne spojrzenie, jest inteligenty, kontaktowy, wesoły, ma dobrą pracę, ciekawe hobby i co ciekawe jest samotny. W tym miejscu proszę nie interpretować tej litanii zalet jako mojego osobistego zaangażowania, ten opis ma jedynie oddać postać, chociaż owego Chłopca bardzo lubię. Jakoś już tak jest, że kręcą mnie bardziej seksowne cholery czego przykładem jest mój M. Hani jednak wpadł on w oko i chociaz ostatnimi czasy płochliwe z niej dziewczę to jej wzrok wędrował co chwila ku obiektowi zainteresowań (z wzajemnością!). Troszkę później, kiedy karmiłam Małą owym w.w.drinkiem, Złoty Chłopiec patrzył na mnie z dziwnym pytaniem w oczach. Nie wiedziałam co się dzieje, aż się wydało: Hania podszczypywała go pod stołem, udając, że całkowicie pochłania ją butla, taka z niej flirciara. (zapewne ja byłam poczatkowo posądzona o pozamałżeńskie figle, hihi :)) Jednak z romansu wyszły nici, Hania udała się wiec na zasłużony odpoczynek do swojego wózeczka.

Od tej pory nic nie było w stanie zakłócić jej snu: ani nasze głośne śmiechy, ani wychodzący za stolika ludzie.

Jako że w lokalu tym wkrótce odpalono telebim z transmisją meczu "my kontra oni", nieco obawiałam się, że jednak zbudzi ją żarliwy entuzazm otaczających nas kibiców. Jednak ani bramki obcych, monotonny słowotok szpakowskiego aż w końcu trzęsienie ziemi spowodowane naszą bramką, nie było w stanie obudzić śpiacej Hanieliny. Nie wzruszyła jej ani tragedia polskich kibiców ani radość greckich zawodników.

Cały Tata!

niedziela, 21 sierpnia 2005

Nasz weekend minął pod znakiem mamusi. Muszę przyznać, że czułe deklaracje mojej córki podziałały na moją duszę niczym najlepszy poranny klinik dla pijaka tudzież 13- tka dla górnika. Jeśli czegoś bowiem trzeba mi było po ciężkim tygodniu, to właśnie takich małych rączek, które oplątały mnie na dobre oraz tego bolesnego podszczypywania pełnego miłości, które nie pozwalało mi za dużo myśleć (a myślenie, niestety, jest moim nałogiem).

Tak to jest bowiem, ze o wielu rzeczach na blogu nie piszę. Części wstyd mi opisywać, z części nie chcę sie zwierzać z uwagi na osoby podczytujące. Niech już lepiej tak zostanie, że jest pięknie, ale pamietajcie, że nawet za najpiękniejszymi notkami może się kryć drugie dno.

Wracając jednak do tematu: byliśmy w trójke na basenie. Basen to coś nowego w zyciu Hanieliny, w swoim zyciu raz jedyny znalazła się w tym dziwnym miejscu jako malusieńki bobas, a że akurat przypadła pora drzemki zrobiła awanturę na cały blok poczym zasnęła słodko. Tym razem było inaczej. Strach przed czymś nowym został pokonany dzięki opiekunczym ramionom mamy. Wyszło na jaw, że chociaż to Tata jest idolem to nie ma jak kochana Mama (to ja! :D

Resztę weekendu spędziliśmy u mojej siosty. Magiczne to miejsce przyciąga wszystkich: M. który twierdzi, że uwielbia spędzać ze swoimi kobietami czas, a potem znika i widzę go tylko jak dłubie w samochodzie albo coś naprawia/robi ze szwagrem. Na chwile przytomnieje w ciągu dnia z pytaniem, czy nie mogłabym wracać(w sensie prowadzić ;\, nie ma bowiem jak piwo ze szwagrem. Ja też czuję się tam dobrze, jest moja ukochana siostra, z którą godzinami rozmawiamy "o życiu", i siostrzenica Zosia, u której nie wiedzieć czemu mam wielki autorytet i jestem przez nią uwielbiana (Ciocia mnie dzisiaj wykąpie!!!")

Kończąc temat - Hania obudziła sie w środku nocy, właśnie wtedy kiedy śniło mi się, że złapał mnie kontroler, a ja nie miałam biletu - i ani myślała zasnąć. nie pomogło jedzenie ani picie, Hania zasnęła dopiero po półgodzinie przytulona ściśle do mnie. Ostatni raz spałyśmy tak w szpitalu!!! Było to dla mnie cudowne przeżycie i chociaż pobudka nie należała do najprzyjemniejszych (mała dentystka wbijała mi swój paluszek miedzy zęby) to było to niezapomniane przeżycie. Powtórzyłyśmy to zresztą popołudniu i jak o tym myślę do tej pory się uśmiecham.

A więc jednak HAnia kocha swoją wyrodną, pracowitą matkę :))))

No dobra, dobra, kończę już.

Zyczę nam wszystkich pięknego tygodnia i oby do weekendu!!!  

No dobra, przyznaję sie bez bicia. Zostaję na tym blogu całą dusza i ciałem, niech Hania ma pamiątkę nie tylko z tego co się z nią działo, ale co myślała też jej własna, rodzona matka.

Przepraszam, za głupią deklarację.

piątek, 19 sierpnia 2005

Niełatwo być mężem kobiety wyzwolonej czyli feministki. Niełatwo również być żoną mężczyzny, który jest za równouprawnieniem, od roboty nie stroni a i żonie dogodzić lubi. A wszystko to przez tradycję.

Tradycja wymaga, żeby to kobieta zajmowała się domem: prała, sprzątała, gotowała, a jak da radę to po nocach powinna prasować koszule i cerować mężowskie skarpetki. Gdyby ktoś usłyszał o takiej żonie, pomyślałby że to dobra kobieta, ze kocha męża i dba o niego. A mąż tej pani? Normalne, mężczyzną jest i tyle.

Gdyby jednak odwrócić role to żona pracującego w ten sposób mężczyzny została by uznana za ostatniego lenia, flejtucha, a mężczyźnie doradzano by zdradę lub też porzucenie tak niewdzięcznego gniazda. Kobiety zazdrościłyby tej lafiryndzie, która tak dobrze się w życiu ustawiła i łakomym okiem rzucałyby na tego "biedaka, którym żona nie potrafi się odpowiednio zająć".

W naszym domu podział jest sprawiedliwy z przewagą obowiązków M. Zaczęło się to w czasach, gdy oboje ciężko pracowaliśmy a ja dodatkowo studiowałam. Siłą rzeczy więc nie mogłam poświecić się domowym obowiązkom. Poza tym M. Uznał podział obowiązków, zmywanie czy też pranie za coś oczywistego, co nie wymaga dyskusji, w końcu każdy wkłada pracę we wspólny dom. Ja uczyłam się gotować,a on zmywał batalię garnków, jakie pozostawały po moich kulinarnych odkryciach. Często wracaliśmy razem z pracy i ramię w ramię przygotowaliśmy obiad, żeby było szybciej i wygodniej.

Oczywiście spotkało się z oddźwiękiem w rodzinie. "Ale Ci dobrze" "Biedny M." "ugotuj chłopu jak trzeba, a nie wykorzystujesz go do roboty".

Teraz kiedy obowiązków jest więcej niż zwykle, a M. Bardzo czynnie w nich uczestniczy, komentarze jak zwykle fruwają w powietrzu.

Mamy układ, że ja wstaję w nocy do Haniołka, a rano M. Ją przejmuje, ja mam problemy ze wstawaniem nawet o 9, a M. jak dośpi do 7 to źle się czuje, bo za długo spał. Mam więc ten komfort, że dosypiam aż do godziny wstania. W międzyczasie mój Skowroneczek M. robi mi kanapeczki. Widząc to wszystko Pewna Osoba powiedziała "no jak tak, to Ty musisz wybaczyć M. jakby Cię chciał zdradzić z jakąś młódką na boku, musisz mu wszystko wybaczyć i zdradę i humory!", "M. Słyszysz co mówię? Mówię, że możesz śmiało wziąć sobie na boku jakąś młodziutką dziewczynę, po takim poranku należy Ci się". M. na to: "ja już kocham pewną młodziutką dziewczynę, to moja kochana Hanusia" .

Rozumiem, że ten tekst miał służyć przypodobaniu się męskiego ego M., bo kontakty między M. A Pewną Osobą różnie wyglądają, ale żeby aż tak?! Czuję się zniesmaczona. To jak ja wysprzątam cały dom, zrobię dwudaniowy obiad, upiekę ciasto, umyję okna to też będę mogła zdradzić? ;||

Chyba nie znam się na "żarcikach". Nie podoba mi się :(((

PS. Żeby nie było: zrobiłam pyszny obiad dwudaniowy(w tym ulubione amerykańskie pulpeciki M.), ciasto jagodowe jeszcze jest, porządki na bieżąco. Nie jest ze mnie żaden leniuch!

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru