niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
czwartek, 29 lipca 2010

Nie było nas parę dni,wybraliśmy się wraz z paczką przyjaciół na rodzinny wypad do Bałtowa. Wyjazd udał sie niesamowcie, a pełen był przeżyć już od pierwszych chwil.

Zaczęliśmy od Kazimierza Dolnego, naszego ulubionego miasta, pod warunkiem, że nie ma w nim zbyt wielu turystów. Tym razem towarzystwa dotrzymała nam letnia burza, która zatrzymała sie zaraz nad barem "Weranda", w którym jedliśmy obiad i waliła piorunami ile wlezie. Tajfuny oczywiście były zaciekawione, Hania syrena marzyła tylko żeby wyjść na deszcz i solidnie zmoknąć. Wkrótce potem wybraliśmy się na długi spacer, żeby i dzieciaki załapały ten nieuchwytny i wyjątkowy klimat miasteczka, to był prawdziwy slalom przez kałużę, kończący się co i raz wejściem w największe kałużowo-błotniaste głębiny - oczywiście "niechcący". Kropką nad i była przeprawa promem. dla Hani, wytrawnej turystki to jedynie echo promu chorwackiego, dla Brunia była to zas pierwsza swiadoma przeprawa, trzymał sie wiec dzielnie mojej ręki i słuchał opowieści, na jakiej zasadzie działa prom.

A potem było tylko weselej, energiczniej i goręcej. Nie sądziłam, że Park Jurajski to aż tak rozbudowana baza rozrywki. Chociaż byliśmy tam parę dni, ledwo wyrobiliśmy się z zaliczeniem wszystkich atrakcji. Dinozaury, spływ tratwami, safari po zwierzyńcu, kino 5d, wizyta w kopalni - a to tylko mała cząstka. Było tak gorąco, że co chwila właziliśmy pod specjalnie w tym celu ustawione zraszacze.

- Jestem Diplodokiem i będę jadł małe i duże mieso - deklarował nam codziennie mały dinozaur, nieświadomy, że Diplodoki były roślinożerne, na szczęście nikt nie wyprowadzał go z błędu, jako że widok Bruna codziennie zjadającego kotleta to ewenement w skali światowej.

Hania ambitnie zaliczała kolejne atrakcje, zaimponowała mi na kolejce górskiej, na której ja się bałam, a Hania tylko stwierdziła:

- Mama, nie zdziw się, wiesz co ja będę robić? Będę się śmiać!

I rzeczywiście, jak powiedziała, tak zrobiła. Nawet na wielkich spadkach śmiała sie w głos - niesamowita jest w niej ambicja i odwaga.

Dzieci na wyjeżdzie spały w jednym łóżku z głowami po przeciwnych stronach, co noc mieliśmy wiec pojedynki baletowe na nogi. Wszystko działo się przez sen, ale widać i w takim stanie rodzeństwo musi ustalić, gdzie przebiegają granice, kto jak bedzie miał ustawione kończyny i w którym miejscu będą leżeć. Nie mówiąc o konfliktach, kto piewszy zasypia/wstaje, bo z tym nie mieli problemu - po całodniowych szaleństwach padali jak muchy.

Wyjazd był świetny, bo towarzyszyło nam grono przyjaciół, dzieciaki bawiły sie razem, zastawiały na siebie pułapki i wspólnie wymyślali kolejne zabawy, Hania włączała sie do chłopczyńskiej bandy, Bruno zaś chwilami próbował za nimi nadążać, niestety obecność 3-lata nie jest jeszcze atrakcyjna sama w sobie dla starszych przedszkolaków. Dorośli zaś zarywali noce na pogawędki o życiu, śmiechy-chichy i inne takie. Było świetnie. Cieżko tylko wraca sie do rzeczywistości.

PS. Hania ma na nodze przycisk od buta. (odcisk).

poniedziałek, 19 lipca 2010

Tajfuny szaleją na wsi. Aż miło popatrzeć, jak dobrze im robi ruch od rana do wieczora. Hania przez cały dzień albo siedzi w basenie, mocząc sie aż po czubek głowy i wykonując najdziwniejsze ewolucje albo jeździ rowerem po całym terenie - na bosaka. Biega szybko jak wiatr, ciężko za nią nadążyć.

Bruno za to zaczął ładnie jeść. Nie straszne mu zupy, a jego zęby nagle poradziły sobie z kotletami. Jeździ za Hanią na rowerku, ale ma też swoje własne zajęcia. M.in. pracuje nad własną samodzielnością. Siedzi sobie na przykład i mówi do siebie na głos:

- niamiot...namiot...namiot! Już się nauczyłem, już umiem to mówić. Namiot.

Swoimi elokwentymi dialogami zdążył już zresztą podbić serca wszystkich członków rodziny.

Kiedy przyjeżdzam do nich, wytęskniona aż po brzegi, przytulaniom nie ma końca. A potem tylko słyszę "Mama patrz!" "Mama patrz!" - każde pokazuje mi swoje nowe umiejętności, a to nowe sztuczki Hani na trzepaku, a to nowe figury Brunia. A potem siadamy sobie razem i czytamy - o dinozaurach a od soboty też nową książkę Hani, która bardzo przypadła jej do gustu - poprosiła o nią, gdy tylko pokazałam jej informację o niej w internecie: Sanna Töringe "O duchu, który się bał", wyd. Zakamarki 2010 - humorystyczna pozycja dla tych, którzy lubią się bać (Mamusiu, bardzo mi się podoba, nie wiedziałam że szkielet sie nazywa kościotrup, ja jeszcze chcę podobne książki, lubię duchy i strachy! - mówi Hania)

16:32, ingutka
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 lipca 2010

Kontakt z Tajfunami mam zapewniony:  dzwonię codziennie, rano i wieczorem i rozmawiamy, wisimy na słuchawce, omawiając wszystko co tylko się da, co sie zdarzyło, co planujemy i co pragniemy. A oto parę wyjątków z dzisiejszej rozmowy z Hanią:

Hania:[...] a ja marzę o wrotkach!

Ja: Wiem Haniu, ale w tym roku dostałaś piękny, nowy, duzy i drogi rower...

- Mamusiu, ale to było dawno temu, tak dawno,że wtedy jeszcze dinozaury żyły...

- Mamusiu, a czy to jest możliwe, żeby dinozaur urodził człowieka?

Ja: Nie, absolutnie niemożliwe;

- Ale Mama, jakby tak dinozaur porwał jakieś dzieci, zrobił dziurkę w brzuchu mamy dinozaura i tam je wsadził, to przecież by je urodziła?

- Mama, a co by było, gdyby wszyscy ludzie leżeli w grobach?

- Mamusiu, a Wy powinniście przyjechać do nas, wiesz, Babcia bardzo potrzebuje swojego Syna!

Ja; tak? a dlaczego?

- Bo nie mogła dzisiaj zapiąć Brunia w foteliku, miała z tym problemy!

- Mamusiu, a ja wczoraj miałam ranę krwi na nodze, ale wcale mnie nie bolało, wiesz?

- Mamusiu, a Bruniowi to zepsują sie wszystkie zęby! A dlatego, ze dostał od Babci opakowanie tic taców i zjadł je od razu, nic nie zostawił na później!

- mamusiu, a Ty w pracy musisz ciężko pracować? I możesz  wychodzić tylko na herbatę do kuchni? to ja Ci powiem zaklęcie, żeby Ci się dobrze pracowało!

poniedziałek, 05 lipca 2010

I stało się to, co było zaplanowane. Tajfuny wyjechały do krainy pełnej Zjednoczonej Armii Komarów prosto w ramiona kochających Dziadków, gotowych na opiekę i rozpieszczanie. Na miejscu mogą hasać do woli cały dzień na podwórku, do tego pyszna kuchnia Teściowej. Są niedaleko stolycy, wiec można często ich odwiedzać.

A ja co? Zamiast się cieszyć, że wreszcie wolność, hulanki, swawole, lenistwo i remonty wszelakie, trzymam się na sznurku pępowiny i zastanawiam się, jak im tam jest, czy nie tęsknią? Tęsknię, głupia, zamiast - przynajmniej póki co- wreszczeć z radości. Ale plan spędzenia kolejnych wieczorów już jest, czasu mało a zajęć dużo. Ale myśli o dzieciach nie da sie odciąć, widzę pociąg - myślę, Bruniowi by się spodobał, widzę informację o muzeum, myślę, pójdziemy tam razem z Hanią. A w wolnej chwili wyszukuję zajęć z hip-hopu dla Hani, bo co ta dziewczyna wyrabia na trzepaku to mistrzostwo. Akrobatka jak nic. A może plastyka? Nie da się ukryć, że dzieci są już stałą częścią mnie, nawet wtedy gdy jestem od nich daleko, nie da się odciąć od nich złotymi nożyczkami, chociaż czasem czasu dla siebie samej tylko, potrzebuję jak powietrza. Może teraz uda się wyciąć dla mnie parę chwil, egoistycznych po brzegi i beztroskich jak to kiedyś bywało. trzymam za to kciuki :)

piątek, 02 lipca 2010

W sklepie:

Hania: Mama, a Brunio za mną wszędzie chodzi, krok w krok!

Ja (żartobliwie): przyzwyczajaj się, niedługo tak bedą chodzić za Tobą Twoi wielbiciele :)

Sprzedawca: Oj, przewodnika wycieczki to z niej nie bedzie :)

- proszę Pani, proszę Pani, a Hania się całowała z Kubą!!! - poinformowała mnie koleżanka przedszkolna Hani, kiedy tylko wpadłam do sali ostatniego przedszkolnego dnia.

Hani mina  - banan od ucha do ucha i wesołe oczy - potwierdziły mi, że to prawda.

- Tak, mamusiu, bawiliśmy sie z Kubą w całowanie- powiedziała córka z uśmiechem.

I tylko tyle informacji otrzymałam, byłam spóźniona do pracy, a wiadomo filar działu (nazwa wymyślona nie przeze mnie ;)potrzebny jest od ranka, o czym domiósł mi przełożony podczas krótkiej rozmowy telefonicznej.

W pracy zaś miałam chwilę, żeby spokojnie zastanawić się nad tym co usłyszałam. I jak to bywa z matkami, moja wyobraźnia zaczęła snuć domysły i projekcje - a co to za całowanie? chowają sie po katach? próbują co to jest? czy całują się w usta? czy to taka przedszkolna miłość? No proszę, ja myślałam, że córka to lilija, czystość i niewinność, a tu całowanie?

Na szczęście spokojna ze mnie osoba, Hani ufam, postanowiłam z nią porozmawiać na spokojnie i dowiedziałam się, że owszem, że bawiła się w całowanie, ale polegało to, że Hania goni Kubę strasząc go całowaniem (albo odwrotnie), że w zabawie wzięło udział więcej dzieci, bo jeszcze Kasia i Ania i Bartek i że chodziło o te gonienie się na placu zabaw, a całowanie w usta w ogóle nie chodzi w grę.

Uff...mam jeszcze chwilę czasu :)

Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru