niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
czwartek, 30 lipca 2009

praca, praca, praca...im więcej robię, tym więcej jej jest. I tak do 14 sierpnia. Zastępuję połowę działu i samą siebie ;)

A wieczorami spotkania albo z przyjaciółmi albo z książką lub dr Housem.

Wróce niedługo do żywych. Przynajmniej mam taką nadzieję.  

wtorek, 28 lipca 2009

Ważne, mądre, prawdziwe - ja też tak myślę. Z podziękowaniami dla JB.

Tekst Magdaleny Środy (którą uwielbiam) ze wspomnieniem o Leszku Kołakowskim. Zródło: wp.pl

"Ludzie moralnie wartościowi nie czują się świętymi"

2009-07-27 (06:00)


Nikt chyba trafniej nie ujął istoty moralności niż Leszek Kołakowski. I to nie dlatego, że ją definiował, opisywał, szukał znaczeń, badał w jej rozlicznych teoriach. Nie. On po prostu zawsze pisał o odpowiedzialności moralnej i mówił: nie uciekniesz! Żaden system, żadna wiara, żadne usprawiedliwienia nie zwolnią cię od niej. Jeśli myślisz, że jest inaczej, że wystarczy pan Bóg, kodeks etyczny, posłuszeństwo autorytetom lub teodycea - mylisz się. Istotą moralności i człowieczeństwa jest - prywatna odpowiedzialność.

W "Etyce bez kodeksu" Kołakowski pisze, że w życiu każdego człowieka jest taki moment, kiedy dowiaduje się o dwóch sprawach. Jedną jest to, że świat jest zły, że są na nim wojny, krzywdzone dzieci, kobiety zmuszane do prostytucji i inne okropieństwa. Drugą to, że możemy się z tego świata wycofać. Możemy powiedzieć mu "nie", popełniając samobójstwo. Jeśli tego nie robimy - a z reguły tego nie robimy - to znaczy, że powinniśmy wziąć na siebie odpowiedzialność za ten świat. I nic nie jest już takie jak przedtem. Świat to spadek, który mamy nie tylko konsumować, kontemplować czy znosić go, lecz czuć się zań odpowiedzialni.

Odpowiedzialność ta jest - do pewnego stopnia - niezależna od sprawstwa. Nie możemy więc mówić, że nic nas nie obchodzi daleka wojna, bo nie mamy na nią wpływu, lub że mamy czyste ręce jeśli nie przyłożyliśmy się do czynienia zła. Musimy wiedzieć, że wszelkie zło tego świata jest powodowane przez istoty takie jak my. Jak każdy z nas. To w nas tkwi zarzewie zła. I mimo, że nie jesteśmy sprawcami, że nie zawsze możemy przeciwdziałać, nie pozostajemy bez winy. Bo jesteśmy ludźmi, a to ludzie ludziom gotują zły los.

Kołakowski w tym samym tekście pisał o złudnej wierze w kodeksy moralne. Pisał, że - po pierwsze - takie kodeksy są niemożliwe, bo nie da się po prostu ich skonstruować. Życie moralne jest bowiem tak złożone i tak niepowtarzalne, że nie można różnych przypadków rozstrzygnąć według zbioru zasad. Nawet świętych. Po drugie, nawet gdyby taki kodeks był możliwy, posłuszeństwo mu rozmijałoby się z tym co najcenniejsze w życiu moralnym: z wrażliwością i indywidualną odpowiedzialnością. Bo czasem trzeba złamać reguły, by ochronić jakąś wartość, czasem trzeba zawiesić ważność jakiejś wartości, by ochronić inną, czasem trzeba postąpić wbrew powinnościom, co nie znaczy, że wbrew wartościom, których powinności te chronią.

Jak mówił Kołakowski, w życiu moralnym nie istnieje symetria roszczeń i powinności. Istotą obowiązku moralnego nie jest bowiem jego uogólnialność, a jego ekskluzywność: czuję że jest moim obowiązkiem coś, czego zarazem nie mam prawa wymagać od innych. Życie moralne według Kołakowskiego jest jak świat, w którym jest sporo dziur. Zszywając jedną, powiększam inną. Poruszam się we mgle. Sztywne drogowskazy są fikcją. Za każdą decyzję, która rości sobie prawo do bycia moralną, ponoszę pełną odpowiedzialność i nigdy nie wiem, i nie dowiem się, czy była ona właściwa. Ta niepewność powoduje, że ludzie moralnie wartościowi nigdy nie czują się świętymi. I że święci nie zawsze są moralnie wartościowi.

Magdalena Środa specjalnie dla Wirtualnej Polski

 

(wp.pl)

poniedziałek, 27 lipca 2009

Wakacje idą pełną parą. Tajfuny nasze wraz z Basią wyjechały do Busi i Dziadzi korzystać z uroków wsi, cierpliwości i oddania dziadków oraz wyrodności rodziców, którzy całe dnie spędzają w pracy.

Kiedy dzwonię dowiedzieć się jak się miewają, wybuchają konflikty kto pierwszy ze mną  porozmawia i jak długo. Dowiaduję się wiec szeregu istotnych rzeczy "mamusiu, idziemy zwiedzać dom z duchami!","Mama, ale tu na łące jest koników polnych", "Ciociu, a dzisiaj widziałyśmy czarnego konika!", jak również częste są wypowiedzi w tle "ja jeszcze chcę porozmawiać, nie teraz ja, a właśnie że ja" a potem wypowiedzi typu "maaamaaa? i naprędce wymyślane wypowiedzi. Brunio przekaz miał konkretny - Mama? Am am! " -w ten to sposób zakomunikował, że zrobił wyłom w swojej diecie powietrznej i wyjątkowo u Busi zjada pomidorówkę.

Banda działkowa to bardzo ciekawe trio. Rządzi nim zdecydowanie Hania, jako najstarsza, nadająca ton oraz weteranka przedszkolna. Nie znaczy to jednak, że Basia daje sie sobą łatwo zarządzać. Co chwila słychać przekomarzania i wyliczanki, niczym przekupki co która ma, jaką lalkę i co umie. Hania opowiedziała mi na przykład, że bawią w starsze siostry:

Ja: Jak to dwie starsze siostry, przecież któraś siostra musi być młodsza?

Hania: no tak, ja powiedziałam Basi, że ja jestem starszą siostrą, a ona młodszą. Basia na to, że to nieprawda, że to ona jest starsza! Ach ta Basia!

ja: i co wtedy zrobiłaś?

Hania: zaproponowałam, że obie będziemy starszymi siostrami i tak jest dobrze :)

To się nazywa kompromis :) Żeby nie było, Hani zdarzyło się też uzyć nieodpowiednich słów do Basi " Basiu, jesteś najgłupsza osobą, jaką znam!" -wiem, że to niepedagogiczne, ale po usłyszeniu o tym, dostaliśmy z M. głupawki, na szczęście nie w obecności Hani :)

Brunio załatwia swoje własne sprawy (samochody, prace ogródkowe z Dziadzią), ale też dołącza się do dziewczynek. Zapatrzony jest w Basię i zalewa ją co chwila falą niekontrolowanych czułości - całuje ją i przytula, po swojemu, po męsku.

Banda rządzi na działce. Busia mówi, że wszystko musi być kupowane w ilości trzech sztuk, bo inaczej dzieją sie dantejskie sceny. Do atrakcji należy też naciąganie Dziadzi na lody :)

A na weekend Tajfuny wracają do domu. O naszym pięknym weekendzie następnym razem.

środa, 22 lipca 2009

W wolne wieczory, kiedy nie ma dzieci, załatwiam wszystkie zaległe sprawy. Miedzy innymi wybrałam się na drugi koniec miasta, do czego potrzebny był mi samochód. Prowadzenie raczej nie sprawia mi problemu, staram się jeździć dynamicznie i zdecydowanie, a przy okazji obserwuję innych kierowców.

Dużo sie mówi o stereotypach w prowadzeniu, baba za kółkiem, mężczyźni są bardziej agresywni, a kto jeździ ten wie, że to nieprawda, że sposób prowadzenia nie zależy od płci. Co do równouprawnienia zauważyłam za to inną regularność: jeśli para jedzie samochodem, to na ogół prowadzi mężczyzna. Kobieta musi/jest dopuszczana za kierownicę w soboty na powroty z imprezy lub w niedzielę, kiedy kierowca główny ma kaca. W związku z tym nie ma możliwości stać się dokonałym kierowcą, gdyż doświadczenie to podstawa. I koło stereotypów nakręca się.

A samochody? Do kogo kierowane są reklamy ich dotyczące? Na ogół do mężczyzn. Tak zwane kobiece samochody to na ogół najmniejsze miejskie autka, ozdobione jakimś kwiatkiem, znaczkiem czy innym wygibasem, żeby auto stało się bardziej "kobiece". Tak jakby kobiety nie chciały jeździć samochodami z zacięciem sportowym, mocniejszymi, większymi. A może lepiej taki samochód reklamować jako męski, wtedy bardziej skusi kobiety, bo z góry wiadomo, że samochód dla kobiet to coś, do czego rasowy mężczyzna nie wsiądzie, coś gorszego?

A wydawało by się, ze w samochodzie nie widać kierowcy, że nie ważne, jakiej płci jest prowadzący, że powinno się oceniać tylko to, jak zachowuje sie na drodze. A jednak samochód to wciąż takie kobiece tabu, produkt przeznaczony dla mężczyzn, tak samo jak jego naprawa - ile kobiet w warsztatach jest traktowana jako produkt ludzki drugiej kategorii!!!

Myślę, że warto byłoby to zmienić, dziewczyny nie dajcie się! :)

poniedziałek, 20 lipca 2009

Tupanie bosych pięt o podłogę, samochodziki w salonie, gwar i hałas i piosenki (panie, panie!), wanna pełna brudnej wody po myciu "wieśniaków", lodówka pełna serków, mleka, ryb, dużo par butów w wiatrołapie i czyjeś towarzystwo od rana do nocy - od razu wiadomo, że dzieciaki wróciły do domu.

Hania po przyjściu od razu zajęła się śledzeniem zmian - najpierw niespodzianką w pokoju Brunia - mapa świata dla dzieci "mamusiu, jesteś kochana!", a potem nowościami w swoim pokoju "ale super, mamusiu, jesteś najkochańsza!!". Mała bystrzacha latała po całym domu, kiedy trafiła do salonu i znalazła nowy fotel - mój wymarzony zakupiony na urodziny - stwierdziła głośno "Mamusiu, jesteś doskonała!" - żeby nie było wątpliwości powtórzyła to jeszcze raz czy dwa. Cóż, od soboty nie mam już żadnych kompleksów, skoro córka mi mówi, że jestem doskonała :)

Bruno powrót rozpoczął od pociągu w swoim pokoju i torami dywanowymi. Pozwiedzał tez inne pokoje, ale najbardziej ucieszył się odnajdując zabawki, którymi tak dawno się nie bawił. I oczywiście przytulając się do mamy.

Wieczorem było kąpielisko pt. odmaczanie dzieciaków, szorowanie i obcinanie pazurów i oto z pod zwał ziemi i piachu wyłoniła się dwójka uśmiechniętych i czyściutkich dzieci w czystych pidżamkach. Potem jeszcze kolacja, energiczne tańce przy muzyce romskiej, cała porcja czułości "psytulić!!!" aż w końcu dzieci padły, a my znowu mogliśmy poczuć się w komplecie.

Rano już o świcie przywędrowała do nas do łóżka mała dziewczynka, rozpychając się niczym buldożer a z sąsiedniego pokoju dobiegały odgłosy sugerujące, że ktoś niecierpliwie czeka, aż wstanie reszta. Po śniadaniu w ramach przyjemności pojechaliśmy na lody i jakoś tak dzień nam szybko zleciał,  na ganianiu za Bruniem, rozmowami o wszystkim, przytulaniach.  

Niestety wczorajszego wieczora dzieci znowu wyjechały na działkę - tym razem męczą Dziadzię i Busię i tym razem jest to trio. Mam nadzieję, że dziadkowie jakoś dadzą sobie radę :)

piątek, 17 lipca 2009

Wspomnienie z Jury dzięki zdjęciom naszych znajomych (moje zdjęcia jeszcze nie zrzucone).

W ramach spaceru poszliśmy na jagody. Dodatkową atrakcję stanowił fakt, że zebrane jagody miały się później stać główną częścią obiadu, a wiec ulubionych klusek z jagodami, a reszta miałą pójść na racuszki. Dzieciaki maszerowały żwawo, a w lesie zagłębiły się w krzaczki pełne fioletowych koralików. Najtrudniej było chyba powstrzymać się przed zjadaniem wszystkiego od razu i zbieraniem do kubka. Hania wzięła swój nowy, różowy kubek, który dzielnie usiłowała wypełnić, acz z przeszkodami, bo czasem przy jakimś weselszym podskoku wypadało jej trochę jagódek na ściółkę. Na koniec zrobiliśmy konkurs na najbardziej fioletowy język:

Tę piękną wyprawę zakończył niestety gwałowny deszcz, a raczej ulewa, która zmoczyła nas dokładnie od stóp do głów. Mimo tego wracaliśmy spokojnie (prawie wszyscy, Brunio wolał, żeby niósł go jednak Tata- jego idol i dawał mi to głośno do zrozumienia) do domu, w naszych kaloszach, z dziećmi na barana i wodą ściekającą z ubrania. Było fajnie!

Na wyjeździe działo sie tyle, że tylko raz udało się dzieciom usiąść przed telewizorem, na dobranockę. Za to kiedy wszystkie się zgromadziły, wyglądało to na mini-żłobek (uwaga, nie wszyscy zmieścili się na zdjęciu, bo siedzieli z boku, dodatkowo część młodszej grupy nie uczestniczyła w oglądaniu tv). Hania na oparciu kanapy, Brunio stoi przy stole (smerfy go nudzą, jak większość dobranocek).

Naszą nową tradycją jest świetowanie urodzin Brunia, nawet jeśli odbyły się już parę tygodni wcześniej. Tutaj moja kochana grupa przygotowała niespodziankę w postaci deszczu balonowego, prezentów i słodkiej przekąski. Każde dziecko próbowało chwycić balona, żeby wykorzystać go w swoim celu: do podrzucania, cieszenia się samym faktem posiadania, bądź też obijania kolegów. Na przyjeciu Hania pojawiła się eleganckiej i praktycznej kreacji: spodnie (mama kazała założyć, bo zimno)+spódniczka dla urody:

reszta zdjęć, jak zrzucę ze swojego aparatu.

poniedziałek, 13 lipca 2009
Tęsknimy. Wszyscy zbiorowo, każdy po trochu, każdy inaczej.

A najbardziej Hania, która by chciała być z nami, a już najbardziej, żebyśmy my byli z nią. "Mamusiu, dlaczego Ty nie możesz mieć urlopu, dlaczego musisz chodzić do pracy?". A ja cóż, w idealnym świecie nie pracowałabym a wakacje spędzała z dziećmi. W idealnym świecie nie musiałybyśmy za sobą tęsknić, chyba, że byśmy chciały od siebie odpocząć. W idealnym świecie nie byłoby "nie chcem ale muszem". Ale idealny świat nie istnieje nawet w książkach, bo zawsze redaktor może zrobić błąd.

I dlatego co wieczór i co rano ("mamusiu, ale na pewno dzwoń dwa razy dziennie, rano i wieczorem!") słucham Hani, jak coraz bardziej łamiącym się głosem mówi, że kocha, że tęskni i ile jeszcze dni do następnych wakacji, kiedy będziemy wszyscy razem. A mi przypomina się moje dzieciństwo, wyjazdy na kolonie od zawsze, kiedy to tak szaleńczo tęskniłam za mamą, że nocą płakałam w poduszkę. A byłam przecież trochę starsza. Dobrze, że teraz Hania jest z Babcią, która naprawdę stara sie jak może, żeby dzieciaki były szczęśliwe. Jestem jej za to wdzięczna. Ale nawet Babcia nie poradzi, kiedy Hania westchnie smutno "Mamusiu, ja chcę, żebyś Ty mnie przytuliła!".

To nic, już jutro Hania narysuje dla mnie łąkę pełną niebieskich i białych kwiatków. a może wreszcie zabiorę się nocą za malowanie piwnicy? Na razie idę robić obiad, chociaż wcale mi się nie chce. Ciekawi mnie, co będzie dalej w czytanej właśnie książce (S.Larsson "dziewczyna, która igrała z ogniem"). Wciągające. 

niedziela, 12 lipca 2009
A właściwie do krainy skałek, zamków, zielonych pagórków, łąk i wszelkich innych cudowności. Wraz z nami wyjechała cała grupa wspaniałych ludzi i banda wesołych dzieciaków, z których Hania była najstarsza. Było cudownie, jak zawsze odpoczywałam, bo z tymi ludźmi można konie kraść. Codziennie coś się działo, jak nie zdobywanie zamku, to wyprawa na jagody albo piknik wśród skał i pieczenie kiełbasek.

Bruno bił rekordy w paru kategoriach: najgłośniej śpiewającego "panie panie" czyli innowacyjnej wersji "panie janie", najbardziej zaraźliwie śpiewającego - po nim zaczęły śpiewać to inne dzieci; najbardziej wybrednego a przy tym najbardziej zaradnego - jak nikt potrafił wyciągać ciasta od nieznajomych nawet osób. Do tego był bardzo samodzielny, jak na dwulatka - zbierał jagody, ganiał sie z chłopakami, energii miał mnóstwo, chociaż był też chyba najmniej śpiącym dzieckiem - zasypiał już ciemną nocą, a rano zrywał się ze słowami "jestem!", brakowało tylko werbli - cóż, rodzice po nocnych nasiadówkach nie mieli siły o takowe o świcie :)

Hania zaś to rasowa turystka. Dzielnie zdobywała najwyższe wieże, najbardziej strome skałki. Nie marudziła, tylko dzielnie wspinała się dalej, wyżej. Można ją brać ze sobą na każdą wyprawę. Na potrzeby całej bandy chłopaków wcielała sie w rolę wszystkowiedzącej starszej siostry "tutaj nie wolno się wychylać, bo spadniesz w przepaść, tego nie wolno, tak się nie powinno robić", ale jej skłonność do zabawy w grupie oraz nowo poznane dzieci spowodowały, że i ona biegała od świtu po ogródku - najchętniej w klapkach, najgolej ubrana ze wszystkich. Zjadała co się dało, bawiła się z ciociami w przebieranie lalek i wcale nie chciała wyjeżdzać z tego cudownego miejsca.

- Haniu, a co Ci się najbardziej spodobało dzisiaj?
- Najbardziej mi się podobało, jak zupełnie zmokliśmy wracając z jagód. Byliśmy zupełnie mokrzy i to było super!!!


Powiem prosto z mostu: zostałam ustrzelona przez Magdę: www.madziorus.blox.pl a  o co w tym wszystkim chodzi wyjaśni autorka:

  • Ujawniam, kto mnie w to wrobił (powyżej).
  • Tłumaczę, o co w tym wszystkim chodzi (toć właśnie o to!).
  • Piszę 6 rzeczy o sobie.
  • Strzelam do sześciu wybranych osób.
  • Zostawiam im ostrzeżenie na ich blogach jednocześnie błagając, aby mnie nie znienawidzili za wścibstwo.

Już kiedyś na takie strzelanki odpowiadałam, tak mi się wydaje i nic jakoś nic intrygującego nie wymyśliłam, wiec wpiszę parę rzeczy, które tak po prostu przychodza mi do głowy:

  • lubię spać na brzuchu
  • lubię słuchać deszczu, kiedy nie jestem na dworze ;) zwłaszcza wieczorem czy nocą, deszcz tak wspaniale uspokaja
  • uwielbiam książki kucharskie, zbieram je, lubię je przeglądać, czytać, chociaż rzadko korzystam z ich przepisów
  • chciałabym być pisarką
  • chciałabym mieć trzeciego kota - ale tylko rudego "chłopaka". Ponieważ jednak z trzema kotami do nie taka prosta sprawa, czekam wiec aż los postawi go na mojej drodze i wtedy nie będę miała wyjścia (tak było ze Sroką :)
  • chciałabym miec króciutkie włosy, ale podobno nie wyglądam w nich za dobrze, więc na razie wstrzymuję się, czekam na starość, kiedy będzie mi już zupełnie wszystko jedno :)

A ja strzelam do: hmmm.....mmm....niech się zastanowię.....

poniedziałek, 06 lipca 2009

Po raz pierwszy od urodzenia Bru, zostaliśmy we dwójkę z Maużonkiem w domu. Cisza, spokój, a ja oczywiście jestem rozdarta wewnętrznie. Z jednej strony cieszę się z tego luzu i swobody, z drugiej strony tęsknię jak szalona. Wszędzie widzę dzieci, na ulicy same ciekawe rzeczy, które pokazałym Hani czy Bruniowi. W nocy śniło mi się, że jakiś gość porwał Hanię i byłam tym przerażona. A to dopiero pierwszy dzień bez dzieci.

Z drugiej strony po raz pierwszy od dawien dawna mogłam spać do bólu (nie spałam długo, z przyzwyczajenia i gorąca obudziłam sie wcześniej), zjeść śniadanie w łóżku czy wylegiwać się wieczorem w fotelu. Zobaczyliśmy z M. wiadomości zamiast kolejnych przygód Franklina. Wzięliśmy się do roboty i wykonujemy zaległe zadania domowe. A po południu zasiedzieliśmy się nad kawą z ciastem, którego nikt nam nie wyjadał i rozgadaliśmy się... o dzieciach. O życiu i innych tematach też, ale ciągle temat biegł ku naszym dzieciom.

I tkwię w takim kociole macierzyństwa, gdy chwilę cieszę się samotnością to od razu dopadają mnie watahą wyrzuty sumienia, że nie powinnam sie cieszyć, że dzieci są bez mamy, że pewnie tęsknią. A przecież wiem, że dzieciakom jest dobrze, że mają prawdziwe wakacje u kochanej Babci, która ofiarnie zajmuje się Tajfunami. Hani jest tam o niebo lepiej niż w zastępczym przedszkolu z 100 innych dzieci (tyle sie zgłosiło). Bru zaś szaleje upojony wolnością. A mimo wszystko gdzieś miedzy spokojem, wolnością i przyjemnością nie mogę w pełni nacieszyć luzem. W chwilach kryzysu marzyłam o chwilach, kiedy nic nie będę musiała, kąpać, karmić, sprzątać, tłumaczyć, uspokajać, kiedy będę mogla poczytać książkę, zobaczyc film. A teraz co: z jednej strony jest fajnie, a  z drugiej mój kat moralny gdzieś tam nade mną siedzi i woła: dzieci, gdzie Twoje dzieci, wyrodna matko ;))

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru