niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
poniedziałek, 31 lipca 2006

Mieszkamy już na swoim, w swoim nowym, w pełnym tego słowa znaczeniu - Domu. Jeszcze parę dni temu czułam się zawieszona miedzy starym mieszkaniem a nowym Domem. Ani tu, wśród pudełek, ani tam, wsród opustoszałych ścian nie czułam się u siebie. Byłam ciągle z drodze, z kolejnymi rzeczami, z kolejnymi pakunkami, skrajnie zmęczona, a w Domu jest tyle do zrobienia, że myśleć nie ma kiedy. Teraz po mału zaczęłam zapuszczać korzonki. Przede wszystkim, pokonał mnie spokój - życie w nowym miejscu płynie znacznie spokojniej niż w centrum warszawskiego blokowiska. Natchniona nowym klimatem, włączyłam radio Vox, puszczające stare hity (tj.z lat 80,90-tych), które idealnie splotły się z atmosferą, panującą w okolicy. A jak świetnie się przy nich sprząta!

Oswajaniu z okolicą sprzyjają spacery - podczas jednego z nich odkryliśmy zakład garmażeryjny Pana Kluseczki, na innym odnalezliśmy niesamowity pałacyk-zameczek, wybudowany przez diwę operową w bardzo ekscentrycznym stylu. Zresztą w okolicy nie ma dwóch jednakowych domów - każdy to inna opowieść. Zaglądam ludziom do ogródków, próbuję domyśleć się, co jest za oknami i kim są. Robię też rozeznanie wsród okolicznej społeczności Kociej - widać wsród nich już pewne tendencje. W moich okolicach rządzi zapewne czarno-biały Kocur, gdyż po ogródkach widać pełno jego progenitury, nieco dalej rządzi już Rudzielec stad też pełno trikolorowych kotów. Moim ulubieńcem już pierwszego dnia został wielki, biały kocur na cienkich nóżkach i jeszcze cieńszym szarym ogonku, obdarzony niesamowitym spokojem i pewnością siebie. Widać na mojej własnej Zającowej też zrobił wrażenie, bo ta ciągle wysiaduje na balkonie i tęsknie wygląda w dal.

Co do Hani - urosła nagle i jakoś tak wydoroślała, jeśli można powiedziec tak o 22-miesięcznym dziecku. Nowy Dom przyjęła jako rzecz oczywistą - rozpoznaje go i odpowiednio nazywa (Dom Jani Mami i Tati). Duzy salon wykorzytała do rozłożenia otrzymanych zabawek, zaś najbardziej zachwycona była..łazienką, nazwaną przez poprzednich właścicieli pokojem wannowym z uwagi na rozmiar. Oczywiście podlewanie ogródka to też super zabawa, zwłaszcza jeśli zarówno mama jak i córka piszczą czując na sobie lodowatą wodę ze szlauchu.

Spełnienie marzenia daje mi strasznie dużo pozytywnej energii - i wciąż cieszymy się z tego jak dzieci.Chociaż roboty jeszcze sporo przed nami, a kolejka rzeczy do zrobienia kończy się gdzieś na emeryturze - to jest po prostu świetnie!

poniedziałek, 24 lipca 2006

Sobota była wykańczająca - łaźnia turecka podczas pakowania i przewożenia pudełek, obolałe łydki od dreptania i biegania, kurz, milion myśli co by w co pakować, czego jeszcze nie pakować a co koniecznie zabrać ze sobą, wyjmowanie kota z kolejnego pudełka i wkładanie tam dodatkowej kolekcji filiżanek użytej raz w życiu, tłumaczenie poczciwej gospodyni czyli pani Zosi - cieciowej, że niestety się wyprowadzamy i że jakoś tak zleciało te 5 lat a nawet 5,5 roku. Wnoszenie kanapy po schodach i przez okno i opisywanie w notatniku zawartości kolejnego, czterdziestego tym razem pudełka.( I tu podziękowania dla mojego Teścia, który kolejną sobotę dzielnie pomagał w przeprowadzce, nie zważając na rekordowe temperatury i strugi potu, bez niego trwałoby to o wiele dłużej i cięzej. Był niezastąpiony).

W niedzielę, siedziąc na werandzie zwyczajnego drewnianego domku na zwyczajnej polskiej wsi na zwyczajnym starym fotelu stwierdziłam, ze nie potrzeba mi niczego wiecej do szczęscia. Żadne tam drogie tropiki pełne rozwrzeszczanych yuppies, żadne snobistyczne egipty czy tunezje na których zaznacza się ślad "tu byłem" leżąc dwa tygodnie na piasku a o odwiedzanym kraju wiedzac tyle ile się zobaczy na lotnisku (tak podrózują polscy turysci!).

Kawałek ziemi, kawałek widoku na rozgrzane pola. Parę brzózek, dużo sosen. Sporo ptactwa, oczywista zieleń. Rozgrzany zapach żywicy i ciepła ziemia pod stopami. Zwykła miska z wodą pod drzewkiem a w niej szczęśliwa Haneczka. Ubrudzony M. dłubiący przy aucie, całujący mnie z czułością w kark. Busia z Dziadzią. Ciekawa książka (nota bene, rozważania o szczęściu), byle jaka kawa i wszechogarniający spokój. Jest niedziela i tylko to jest wazne. Gdzieś tam w Warszawie został cały pracowity tydzień i kolejne dni, kolejne spotkania, problemy. Tu jest tylko ten jeden dzień, to jedno słońce, ta jedna ziemia i ta chwila.

Moje szczęscie.

piątek, 21 lipca 2006

- Hania dorwała się do tabliczki gorzkiej czekolady (wyrodni rodzice nie dają) i pożarła od razu pół

- Dziadzia (dziadek) nadal jest największym idolem Haniołka - wszędzie chodza razem, Hania pomaga Dziadzi w większości zajęć domowych, karmi pieski, podlewa ogródek. Nawet podczas rozmowy telefonicznej słychać w tle: " Dziadziu!, Dziadziu". Jako idol Dziadzia cieszy się największym autorytetem (pomimo, że to Busia zapewnia pełną obsługę, urozmaiconą dietę, spacery itepe itede)

- dziecko zażywa entuznastycznie przyjmowanych kąpieli w misce na środku podwórka. Wyciągnięcie dziecięca z owej miski przypomina wyciągnięcie polityka od koryta, co też staje się natchnieniem do tworzenia pięknych lepiei " Lepiej mieć na tyłku wrzody niźli wyjąć Hanię z wody, Lepiej Xa (członek rodziny płci męskiej znany ze swojej kurduplowatości i wybujałego ego) mieć wzrost niskie niźli wyjąć Hanię z miski"

- dziecko odmawia współpracy nocnikowej - owszem dla towarzystwa może posiedzieć na owym urządzeniu, wykazać się fachową wiedzą (tu psipsi) by po nastepnych paru minutach ostatecznie porzucić te niewygodne siedzisko. Jako, że czyściocha z niej straszna, jak tylko zdarzą się jakieś siuśki podczas zabawy, głosno krzyczy i każe je zakopywać.

- nie muszę już wspominać o urokach wsi np. jedzie duzi bomba! (jedzie duży kombajn) czy też widok wszelakich krówek, świnek i innych zwierzątek wydających śmieszne odgłosy.

Resztę relacji napisze po odwiedzinach u Potomkini.

wtorek, 18 lipca 2006

Wychodzimy na prostą, o ile droge po gruzie można nazwać prostą. Mieszkanie sprzedane, ale pieniędzy nie ma - kupująca wypięła się na sprawę, mówiąc, że jako szary człowiek nie może wymóc na banku, z którym ma podpisaną umowę, wypłaty na czas. I tak termin płatności minął a kasy jak nie było, tak nie ma.  

A my pokrywamy się warstwami starannie ponumerowanych i opisanych pudełek z kurzem - i im więcej pakujemy rzeczy, tym więcej pozostaje do spakowania. Czasem ogarnia mnie przerażenie czy zdołamy to wszystko wywieźć? Niestety, pierwsza strata już za nami - w ferworze pierwszej tury zaginęło pudełko ze starannie zbieraną przeze mnie kolekcją książek. Nie było mnie na miejscu, to i nie wiem jak to się stało, niby to tylko rzeczy, ale same moje perełki, skrupulatnie wyszperane w księgarniach i antykwariatach, moje oczko w głowie :(( Nie robię M. awantury, bo ma wyrzuty sumienia, ale aż płakać mi się chce...

Za to Haniołek na wakacjach u niezastąpionej Busi, która ratuje nas po raz kolejny, zwłaszcza, ze opiekunka z bólem serca nas opuściła. Chociaż Hania się wywczasuje, odpocznie, nas czeka pietrząca sie robota, pakowanie, wożenie, wcześniej formalności a potem rozpakowywanie.

Zapewne nie będę miała teraz czasu tu zajrzeć - zwłaszcza że tam nie ma netu, zatem do zobaczenia wkrótce!

środa, 12 lipca 2006

Mama, lalala! - słyszę coraz częściej od Hani. Mama - lalala i silna mała rączka rytmicznie porusza moją szczeką, chcąc naprowadzić mnie na temat (te matki bywają okropnie niedomyślne!).

Nie ma wyjścia - skoro własna Potomkini prosi, to śpiewam jej co tylko przychodzi mi do głowy (a raczej nic nie przychodzi mi do głowy). Hania wysłuchuje wiec cierpliwie po raz kolejny piosenkę o pewnym gapie i dzielnej stokrotce. Jest zachwycona tym co słyszy i uważnie skupiona na słuchaniu, wręcz spija słowa z moich ust.

Pierwszy raz w życiu ktoś docenia mój śpiew! Pierwszy raz ktoś chce słuchać tego jak bezlitośnie fałszuję, jak zwija się mój głos, jak nierówne nutki wybijają dziwny rytm, jak gaśnie mi melodia. Nieważne, mama lalala i uś (już). A przed spaniem - obowiązkowo kołysanka - tu na szczęście można nadrobić mruczeniem.

Mam nadzieję, ze nie spaczę jej gustu i potem z zachwytem będzie słuchać kolejnych gwiazdek pop, które mają głos mniejwięcej na moim poziomie (czyli żadnym). Mam nadzieję, że słuchanie PINu i rocka pomoże.

Bo przyznam się, że fajnie jest jak Hania słucha mnie z uwagą. Zwłaszcza jak wtula się przed zaśnięciem a mruczana przeze mnie kołysanka prowadzi ja prosto w ramiona orfeusza. Fajnie być taką śpiewającą mamą :))

wtorek, 11 lipca 2006

Sprzedaż i zakup mieszkania i domu to niekończąca się kolejka papierów, dokumentów, pieczątek, urzędów czynnych od 13 i okienek otwartych do 11, opóźnień decycji i ich braku. Do tego dokładają się zakupy związane z nowymi potrzebami lokalowymi, które zapewne nie skończa się nigdy.

W takich sprawach, przy jakichkolwiek problemach, grzeczny klient nie ma szans na przeżycie. Miły klient czeka chociaż decyzja miała być w zeszłym tygodniu. Cichy klient dostarcza dokumenty, których nikt od nikogo w Polsce nie wymaga i a na informacje, że w sumie to one nie są potrzebne kwituje uśmiechem. Nieśmiałemu klientowi zabierają ostatni promocyjny sprzęt, chociaz był pierwszy.

Taki klient długo nie przetrwa. Wykorzystany, olany stopniowo przeobrazi się w Mr Hyde by po prostu dociec swoich spraw. Kiedy zjawi się z roszczeniowym rykiem wśród obsługujących pracowników, wszystko odmieni się jak za dotykiem czarodziejskiej różdzki - Kierownik kłania się w pas, proponuje rabat, pracownik pyta czym jeszcze może pomóc, czasem nawet sam dyrektor zejdzie z piedestału, by pokazać, ze kto jak kto, ale firma X czy Y (wszystko jedno, ta zasada obowiązuje wszędzie) dba o każdego klienta.

Każdego bojowego klient.

To prawie to samo co o klienta.

Prawie... robi wielką różnicę.

Straszne ale prawdziwe. Mało tego, firmy mają założone nawet swoiste "schody" mające na celu sprawdzenie odporności klienta. Przetrzyma dwie reklamacje - to dać mu coś, nie wystarcza mu rozmowa z kierownikiem i przepraszam - znaczy, że rzeczywiście mu zależy. Wyczekał w punkcie obsługi klienta przez pół godziny - znaczy, że nie odpuści. I dopiero takim klientem, któremu piana kapie z pyska warto się zająć.

Cieszę się, że mój M. Jest po prostu asertywny, spokojnie walczy o swoje prawa, ale jakość i niepisane prawa obsługi klienta są dla mnie dołujące, bo ja nie lubię domagać się swoich spraw. Owszem, kiedy ktoś zalezie mi za skórę i czuję, że chce mnie oszukać - walczę jak lwica. Ale żeby tak na co dzień?

sobota, 08 lipca 2006

I faza:

- wszyscy sie cieszą, że wreszcie jest ciepło i słońce świeci;

- okoliczne skwerki zapełniają sie roznegliżowanymi, bladymi golasami;

- dziewczyny noszą seksowne rybaczki, buty na obcasach;

- wszystkie jadłodalnie dopisują do menu mrożone kawy, chłodniki;

II faza

- wszyscy narzekają, że jest za gorąco

- ludzie dzielą się na tych, którzy pracują w klimatyzacji i bez niej, następnie wszyscy jednoczą się podczas wspólnej jazdy autobusem- najsilniejsze jednostki dojeżdzają do przystanku, reszta mdleje i ciuci się na pętli

- handlarki koperkiem i pumeksem zastanawiają sie czy nie porzucić roboty, robotnicy drogowi przyjmują barwę czekoladową, miasto planuje remonty miejskich basenów i większości możliwych ulic;

- w sklepach sprzedaje sie przede wszystkim woda oraz warzywa, owoce i nabiał.

- dziewczyny noszą krótkie szorty i topu odsłaniające co trzeba i co nie trzeba

III faza

- topi się asfalt, przechodnie, topią się mózgi, zanim zdążą gdzieś spłynąć, wyparowują w powietrze;

- dzień od nocy odróżnia się tylko ilością światła, nie temperaturą

- na ulice wychodza desperaci;

- wszyscy szukają ochłody w najbrudniejszych nawet fontannach, do których ustawia się kolejka dzieci, psów i nawet rozgrzanych dorosłych;

- przejazd autobusem przez całe miasto = samobójstwo;

- kto może chodzi nago, reszta obleka ciało w byle co;

- wody! wody! wody!!!!

czwartek, 06 lipca 2006

Hania rozgadała nam się i wciąż próbuje powtarzać słowa, które usłyszy. Jedne przychodzą jej łatwiej (np.drugi, misio, duzia, mała), inne wymagają gimnastyki języka, które przerastają chyba jej możliwości - np. papuga to papupa, pepipi, pipipi. Niektóre skraca sobie dla wygody, wymawiając tylko ostatnią sylabę np. da - to winda, nny - inny.

Parę dni temu wróciliśmy do domu z siatką z zakupami.

Hania: A co to?

Ja: Zakupy

Hania (ucieszona, że poznaje słowo, które już dobrze zna krzyczy z radością): Kupa! Kupa!

wtorek, 04 lipca 2006

Moje motto na najblizsze dni

"Nie kłóć się z głupcem i chamem - pokona Cię doswiadczeniem".

Grrr..

Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru