niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
niedziela, 31 lipca 2005

Ufff...przetoczyła się fala upałów na Warszawą a z nią i zaduch, parność, zmęczenie i lekka niemoc. Hania lata w pampersie, a ja zazdroszczę jej, że może sobie pozwolić na tak niefrasobliwy strój.

Tak wysokie temperatury spowodowały, że wieczorem padałam jak mucha, a wieczorne plany rozpływały się w lepkim powietrzu. W piątek, chcąc jednak skorzystać z wolnego wieczora i antałka schłodzonego winka, zaprosiłam (a raczej dałam się zaprosić ;) na mrożoną kawę do coffee heaven. Spowodowało to wielką zwyżke formy, Monsz został zasypany moimi dociekliwymi pytaniami typu: "skoro identyfikuję sie osobę po DNA poprzez badanie krwi, to co dzieje sie w przypadku, gdy ktoś ma przetaczaną krew i to od paru osób?", "dlaczego jest panista  a nie ma fortepianisty?". Na szczęscie miłosierne niskie ciśnienie i ogólne zmęczenie zamknęło mi w końcu miłościwie oczy.

Sobotę spędzilismy u teściów na działce. Z naszej Hani wyszła arystokratyczna krew, unikała bowiem jak mogła kontaktu z trawą (poza wkładaniem jej do buzi, ma się rozumieć). Stawiana na miękim zielonym dywanie z trawy podkulała na nóżki jak się tylko dało, a kiedy ją posadziłam, uniosła całe nóżki do góry utrzymujac w niesamowity sposób równowagę.

I coś mi się wydaje, że świadomie mówi MAMA!!! Niby wciąz coś tam gada pod nosem, prowadzi całe dyskusje poczawszy od prostych ba-pababa poprzez afrykańskie mba- mba -ojej aż po ciągi zlepków sylab nie do powtórzenia. Wystarczy jednak, że mnie zabraknie (np.wyjdę do drugiego pokoju) i naraz rozlega się Ma-Ma! Na przykład dzisiaj rano, gdy jeszcze spałam w sypialni, przypełzła do drzwi, zaczęła w nie walić i zakrzyknęła" Ma-ma!" .

Zaczęło się :D Wreszcie!

czwartek, 28 lipca 2005

Doszłam do wniosku, że praca nad sobą to ciężka sprawa.

W ramach samodoskonalenia wynajduję paskudne cechy swojego charakteru, przyglądam im się pod mikroskopem, stukam młotkiem, gryzę, dręczę czyli po prostu próbuję, żeby tak bardzo nie wrzucały się w oczy albo też, żeby nie męczyły mnie i innych tak bardzo. W końcu człowiekiem jestem i to podobno myślącym, nie wypada wiec stwierdzić "jakiego mnie Panie Boże stworzyłeś, takiego mnie masz" , jak to mawiał Pan Mietek, który niczego nie lubił w życiu zmieniać, łącznie z miejscem na którym siedział.

Do pewnego momentu udało mi się nawet osiągnąć niejakie sukcesy, bowiem walcząc z chorobliwą nieśmiałoscią, stałam się bardziej otwarta na ludzi. Zawsze bowiem można znaleźć jeszcze bardziej nieśmiałą osobę czy też przyjazdną duszę w towarzystwie. Doszło nawet do tego, że bardzo dużo osób nigdy by nie powiedziała, że byłam i bywam nieśmiała, tak się kamufluję ;)

Z brakiem asertywności nie poszło mi już tak gładko. O ile przyjemność sprawiło mi odkrycie, że mój spokojny acz stanowczy sprzeciw nie powoduje, że ludzie rzucają się na mnie z pięściami, o tyle zauważyłam, że stałam się osobą bardziej nerwową. Kiedy jadę szybko samochodem, zawsze napatoczy się jakieś auto, które wjedzie przede mną z pobocznej ulicy z prędkością 20km i ani myśli przyspieszyć. W urzędach nie da się nic załatwić bez osobistej znajomości z panią Formalnością. Ludzie wpychają się w kolejki z motywacją godną walki o życie, a najdłuższa kolejka jest ta w której ja stoję i zawsze jakoś właśnie skończy się taśma na kasie. Grrrr....

Pracuję więc teraz nad nerwami a raczej liczenie (raz, dwaaa, trzyyyyyy, głeboki wdech) i tak się zastanawiam, czy to ma jakiś sens.

Cholernie ciężko jest osiągnąć złoty środek, ba! Cholernie ciężko jest coś zmienić. A kiedy po wielu walkach z samym soba okazuje się, że coś się zmieniło, to naraz lista do poprawy się zwiększa.

A może by tak...jestem jaka jestem?

No tak, wrócił M. to lenistwo opanowało moje paluszki i mojego bloga. Ale jak fajnie mieć znowu chłopa w domu i jedzące dziecko (Hania albo z powodu ząbków albo z tęsknoty wypowiedziała strajk głodowy i przez parę dni żywiła się niczym ptaszek - ot tyle, żeby przeżyć).

Uprzejmie proszę wiec o parę dni urlopu, żeby zregenerować siły i nacieszyć sie w pełni rodzinką w całości.

Poza tym, niestety, nasza ukochana Niania wyjeżdza do Anglii :(( Jest nam strasznie przykro, bo bardzo ją polubiliśmy (i mamy wrażenie, że ona nas też troszeczkę ;), ale niestety próby przekupienia, brania na litość nie poskutkowały. Rozumiem zresztą tę dziewczynę: jest młoda, zdolna a tu w Polsce nie ma szans. Tam zarobi wiecej i ma szansę na rozwinięcie kariery.

Tak czy inaczej, poszukujemy opiekunki do Haniołka na dwa-trzy dni w tygodniu i to prawie od zaraz. Nie mam jakoś do tego serca, znowu oddawać mój skarb w obce ręce :( Ale może nie bedzie tak źle?

wtorek, 26 lipca 2005

Haniu, z okazji Twoich imienin (tak Ci ładnie mama latem wybrała termin :) życzę Ci, żeby Cie ludzie kochali. Wybacz mi, że czasem nie jestem idealna, ale dla Ciebie postaram sie być dobrą, kochaną Mamą. Wystarczy, że wyciągniesz rączkę, a zawsze będę tuż obok, pamiętaj o tym zawsze.  

Życzę ci Haniu jeszcze pięknego odkrywania świata, widzenia w ludziach dobra oraz szczęśliwej, wielkiej miłości na całe życie.

No i życzę Ci, żeby Twojej mamie się ciasto udało, które planuje upiec wieczorem, o ile dasz jej czas ;))

I Haniu zobacz, muminki też składają Ci zyczenia. Już nie mogę sie doczekać, aż będziemy razem czytać tony książeczek!

niedziela, 24 lipca 2005

M. wyjechał i jest mi nieco smutno. Potykam sie ciągle o pustkę, słowa odkładam na półkę, a druga połowa stołu rozlała się po pokoju, żeby tym bardziej dręczyć mnie, że nikt tam się nie rozpycha.

Siedzę wiec sobie, ubrana jedynie w wielgachny ulubiony szlafrok, popijam obłędnego śledzia schłodzonym, białym winem i dochodze do wniosku, że ta samotność nie jest zła. Uporzadkowana i pewna siebie, cicho przemija wśród ciemności za oknem.

Przypominam sobie czasy, kiedy samotność wyła we mnie. Nieokiełznania i dzika obezwładniała mój poniekąd racjonalny umysł. Wierzyłam ślepo, że nikt nigdy mnie nie zechce i marzyłam, że ktoś odkrył, że ta spokojna wydawałoby się dziewczyna, kryje w sobie ciekawe wnętrzne, mnóstwo zainteresowań i ciepło, którym chciałaby ogrzać idealistycznie cały pokrzywdzony świat. Moja nieśmiałość i niepewność sprawiały, że odbierana byłam jako osoba zadzierająca nosa, zadufana w sobie - niesprawiedliwość poglądu sprawiała mi wielką przykrość i powodowała, że jeszcze ciaśniej zasznurowywałam gorset własnych lęków. Zagubiona wśród domysłów jak żyć, starałam się zawsze podążać własną ścieżką. Moje przyjemności takie jak cotygodniowe wizyty w teatrze, cokilkudniowe wizyty w bibliotece, liczne kursy, zainteresowania, potajemne pisanie opowiadań, powodały, że stwarzałam świat, w którym dało się żyć. Jednak w sylwestrową noc najboleśniej odczuwałam, że wciąż nie znam swojego miejsca.

Te traumatyczne chwile już za mną. Cieszę się, że mam parę numerów, pod ktore mogę zadzwonić, choćby teraz. Cieszę się, że jest parę osób, na które zawsze moge liczyć. I że w elektronicznej niani słyszę czyjś miarowy oddech.

Cieszę się, ze nie jestem tak naprawdę sama.

Łup! Plask!...Łup! Plask!...Łup! Plask!.... takie odgłosy rozbrzmiewają w naszym mieszkaniu o różnych porach dnia, czasem bladym świtem, czasem wieczorem. Czy to Monsz ogląga horrror w telewizji? Letnie chrabąszcze o drewnianych nogach uciekają przed kocicami? Mamma Haniołkowa ćwiczy chodzenie na obcasie w jednym bucie? Nie.

Tak przemieszcza się Hanielina po domu. Skąd takie dziwne dźwięki? Hania lubi coś przy sobie mieć. Widać gadżety to nie tylko rozrywka dorosłych. Tyle przyjemności sprawia przecież posiadanie metalowej łyżeczki, puszki pomidorów krojonych czy też drewnianej szpatułki otrzymanej w dowód uznania od ulubionej cioci-pediatry. Wydawałoby się, że przemieszczanie się z takim ładunkiem moze nastęczać pewne trudności, zwłaszcza dla małych, dziecięcych rączek czy też raczkującego bobasa. Nic bardziej mylnego!

Kiedy więc słyszę Łup! (przedmiot trzymany) plask (przednia dłoń) wiem, że to nie kapitan Hak, tylko że za chwilę nadciągnie moje małe, słodkie dziecko, które kombinować po mamie potrafi!

piątek, 22 lipca 2005

Wczoraj nałożyłam na nas bana. Z góry zastrzegłam, że komputera wieczorem nie można włączać, bo to złodziej czasu i snu, a że Monsz, tak jak i ja miał na sumieniu zaległe roboty domowe, ochoczo przystał na moje ustalenia. Ustaliliśmy listę robót i co dziwne udało nam się zrobić co nieco; ja ugotowałam zupę pomidorową-postrach wampirów oraz usmażyłam armię kotletów, w ilościach dla kolonii dziecięcej, które zapewne zostaną zjedzone w ciągu dwóch do trzech dni (a gdybym nie pilnowała Sroki zostałyby pożarte w ciągu paru chwil powodując dotkliwe poparzenia kociego jęzora) a Monsz zamontował płytkę pleksi anty-kreatywnoniemowlakową na komputerze. Co prawda musiałam w trakcie roboty robić przerwy na coraz dłuższe łyki wina i ochłonięcie z temperetury powstałej przy smażeniu, ale wykonanie planu przy tak niesprzyjającej pogodzie cieszy mnie. Wiem też, że jego osiągnięcie było możliwe dzięki wypiciu przez nas paru litrów mocnej jak diabli kawy esspreso w godzinach wieczornych i już sie zastanawiam nad jakąś kartą stałego klienta w kafejce. Efekty wypicia kofeiny w takich ilościach zadziwiły mnie samą: staliśmy się nad wyraz gadatliwi i ruchliwi aż ciało nie mogło nadążyć za tym co wymyśliła utopiona w odmętach kawowych głowa.

Niestety, mieszkanie nadal przypomina przechowalnię dla bezdomnych. Jak w każdy piatek, planuję ambitnie spędzić te dwa dni, od gruntownych porzadków, poprzez prasowanie i pracochłonne gotowanie kończąc, znając zycie jednak będę uprawia sprint za niemowlakowy i wzdychy niskociśnieniowe.  

Ech gdyby tak mieć samosprzątające się mieszkanie...

czwartek, 21 lipca 2005

Od wczoraj gnębie znajomych to pognębię i czytających:

Wyobraźcie sobie, że możecie przeżyć wielką miłość, taką wymarzoną, najszczęśliwszą ze szczęśliwych, najwspanialsza we wspaniałych. Jednak z góry wiecie, że miłość potrwa tylko pół roku i skończy się śmiercią tej drugiej osoby.

Zdecydujecie się na nią?

A jeśli po tym pół roku miłość zakończyłaby się zdradą tamtej osoby a nie śmiercią? Wejdziecie w to?

Napiszcie proszę!  

środa, 20 lipca 2005

Pracuję w świetnie prosperującej firmie, która zdaje się, że skupia najlepszych z najlepszych (albo też czasem najlepszych sposród znajomych ;). W każdym razie studia w renomowanej uczelni na ciekawym kierunku to coś newartego wspomnienia, powoli MBA staje sie zaś normą, która obowiązuje kierownictwo każdego szczebla. Zdawałoby się, że ta śmietanka intelektualna, ludzie ktorzy kozie z pod ogona nie wypadli, reprezentują otwarte horyzonty myślowe i postępowe myśli społeczne. Inaczej mówiąc że to są ludzie liberalni, tolerancyjni, sprawiedliwi.(uściślając mam na myśli facetów).

Okazuje się jednak, że to tylko maska i to bardzo cieniutka. Powszechnym staje sie pogląd, że miejsce kobiety jest w domu, wśród garów i szmineczek. Jeśli chce pracować - ok, ale niech siedzi cicho na niskim stanowisku, odwala brudną robotę i cieszy sie, że może pracowac wśród elity. Biznesowe zabawy i gadżety przewidziane są przede wszystkim dla facetów. Kobieta niech lepiej zajmie się swoimi dziećmi.

Nieodosobnionym jest też pogląd o własnej tolerancji wobec innych nacji pt."ja nie mam nic do murzynów, dopóki te (wybaczcie to cytat) czarnuchy siedzą w tej swojej zakichanej afryce". "Gej" staje sie najgorszym wyzwiskiem, chociaż zapewne biedacy znają ich na pęczki, nie zdając sobie z tego sprawy. Jednak ktoś musi być winny całego zepsucia moralnego, w końcu gej to zboczeniec, pedofil o wizerunku transwestyty, do czego walnie przyczyniają sie różne pisemka (ostatnio wprost) załączając przy artykule o homoseksualistach zdjęcie draq queen.

Nie mówię, że wszyscy fiksują w ten sposób. Jednak dość znaczny procent tego typu ciemnogrodu i betonu w myśleniu, powoduje we mnie wysypkę. Czy naprawdę nasze społeczeństwo jest takie ograniczone i ciemne? Czy naprawdę tolerancja jest aż takim dziwactwem, a nie jest naturalna jak prawda, że każdy z nas jest na swój sposób inny? 

Ratunku :(

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru