niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
wtorek, 29 czerwca 2010

Ostatnie przedszkolne chwile - do Hani nie dociera chyba wyjatkowość tych ostatnich dni. - ale naprawdę, już nigdy więcej nie będe chodzić do przedszkola?

Może to taka cecha młodości, że patrzy do przodu, że już cieszy sie na to co będzie, nie robi żadnych podsumowań, streszczeń, wpisów w pamiętniczkach i pamiątkowych zdjęć z obowiązkowym uśmiechem czy też wpisów na naszej klasie. Przed nią wyzwania, samodzielność, z której blisko już do dorosłości, w której tyle rzeczy można robić a tylu robić nie trzeba (ha, i tu każdy dorosły by się nie zgodził).

Nie widzę w niej żalu, że coś się kończy, że z niektórymi dzieciakami się nie spotka, tylko tę wielką radość, że zaczyna sie coś nowego, wyjątkowego. I to jest piękne.

Bru też żyje myślą o przedszkolu, o przeobrażaniu się w Dużego Chłopaka. To największy motywator, jakiego jestem w stanie użyć. Duże Chłopaki uwielbiają sos mięsny do makaronu, jaki zrobiłam, Duże Chłopaki same sie ubierają, Duże Chłopaki są dzielne w czasie choroby i piją dużo wody. I Bruno idzie do przodu, zdobywa nowe umiejętności, czasem nie do końca przekonany (a może DCH wcale nie lubią tego sosu?), ale pod sztandarem Dużego Chłopaka i Autorytetem Innych Dużych Chłopaków trzeba wziąć sie w garść. W końcu niedługo będzie przedszkolakiem!

Na szczęście dużo w nim jeszcze Dużego Dziecka. Koję jego lęki przy piosence o marynarzu Kalle Teodor, którego duch woła z dna oceanu "hej ho", przytulam w każdej wolnej chwili, bo przecież Duże Chłopaki to też takie Duże Dzieci. W zamian słyszę "Ja Ciebie bardziej", co oznacza wielkie wyznanie miłości.


poniedziałek, 28 czerwca 2010

...a w tym tygodniu szczęśliwym zwyciezcą rotawirusa jest...Hanna! a za nią zaraz...Bruno!

Tak to w poprzednim tygodniu, żeby nie powiedzieć, że na urodziny, ale natura przyniosła nam tę mało przyjemną chorobę. Muszę przyznać, że dzieci zniosły ją nader dzielnie. Hania, doświadczona dziewczyna, której chorowanie nie straszne, potraktowała wymioty z pełnym stoicyzmem a nawet naukową dociekliwością. Bruno, którego choróbsko ścięło w środku nocy parę dób później, po raz pierwszy doswiadczał objawów tego obrzydliwego wirusa. I nad tym wszystkim ja: siedząc pół nocy w łóżeczku Bruna podrywałam się na każdy szmer i ruch, żeby podstawić miskę, złapać dziecko, wytrzeć buzię, wylać zawartość miski (i tak w kółko). Rankiem złożyłam broń i zasnęłam: pół ciała powyginane jak chałka, reszta gdzieś na podłodze. Stan umysłu zadziwiająco trzeźwy, matka nastawiona na zadanie to siła nie do zdarcia.

Możnaby mi współczuć ciężkiej nocy i podziwiać siły i motywacji, ale przyznam się szczerze, wolę siedzieć w środku nocy z miską niż rozdzielać rodzeństwo, które ustala sobie stosunki i relacje. Na razie Hania jest górą, co też wykorzystuje nader chętnie a nawet i wrednie, a mi pozostaje wtłaczanie do głowy, że brat to nie jest rodzaj tresowanej małpki czy innej myszy, którą można kształtować według potrzeb (Bruno, tutaj posprzątaj, Brunio, tutaj siadaj, teraz się będziemy bawić w to, a Ty masz robić to i tamto). Jak to z władzą jest, kusi do zachowań nieetycznych, Bruno zaś reaguje na to syreną słyszalną w promieniu paru sąsiednich ulic. W dodatku to, co Hania go nauczy (przepychanie, włażenie na siebie) Brunek kopiuje i stosuje na Hani w innym czasie, co już nie za bardzo jej się podoba. Koniec końców ostatnio ciągle wałkujemy te same tematy, ciekawe czy kiedys wreszcie to zaskoczy.

Na szczęście wreszcie jest ciepło, Tajfuny opanowały wiec ogródek i plac zabaw. Starannie i z zaangażowaniem pokrywają się pyłem i brudem, błotem, lodami (dziecko brudne=dziecko szczęśliwe), wieczorami zaś zaraz przed kąpielą robimy konkurs na króla brudasów. Czyli jest tak jak ma być. 

wtorek, 22 czerwca 2010

Tak, tak, to 22 czerwca ileś lat temu, pewne wrzeszczące dzieciątko przyszło na świat. Na dzień dobry zadziwiło swą rodzicielkę, miało być bowiem chłopcem, Romeczkiem (i sporo tej chłopięcości mu zostało), a potem zachwyciło czarnymi, gęstymi lokami. Dziecię urodzone w najdłuższy dzień w roku, w pierwszy dzień lata. Dziecię to zaczęło swój ziemski żywot i kontynuuje go z sukcesem, nie zamierzając go kończyć.

Tak, tak to ja. Trzydziestoparolatka, świadoma kobieta, matka. Zmieniam się, pozostając sobą. Cieszę się swoim wiekiem, przyniósł mi bowiem wiele zdystansowanej mądrości i spokoju. Wiem, ze najlepsze przede mną i trzymam kciuki za to, co jeszcze zrobię. Oby optymizmu i sił wystarczyło mi na długie zimowe miesiące, na kolejne lata i chwile słabości. Oby otaczała mnie nadal miłość, tak jak dzisiaj, kiedy córeczka narysowała dla mnie skoro świt arcydzieło i przyniosła mi do łóżka, a synek odśpiewał mi sto lat i oddał mi swój piękny, wielki samochód, który dostał dopiero co na urodziny. Obym wierzyła w siebie i wiedziała zawsze co ważne - bowiem zawsze lubię podążać swoimi drogami. I oby więcej słońca - czego i Wam życzę!

Patenty na niejadka i radocha dla przedszkolaka: zupa literkowa. Wystarczy do zwykłej zupy ugotować makaron w kształcie literek.

- Super, zupa literkowa! - cieszy się Hania - to ja go nie będę gryźć, żeby literki były całe!

- Mama, a jaka to literka? - pyta Brunio przy każdym kęsie - a to jaka? a literka z jak co jest? - ślęczymy nad zupą i dokładnie oglądamy każdą łyżkę.

- Mamusiu, ja już czuję te literki w głowie, są takie cieplutkie -woła Hania i czeka, aż spłynie na nią mądrość, jak w bajce o psie Marta, która dzięki zupie literkowej potrafi mówić ludzkim głosem. - ja przecież też mam na imię Marta, na drugie imię!

Za nami przyjęcie urodzinowe, udało się wyśmienicie. Chociaż troszkę przegięłam - przez cały dzień, aż prawie do północy byłam na nogach i następnego dnia ciało nieco odmówiło mi posłuszeństwa. Najważniejsze jednak, że było świetnie: rodzinnie, ciepło, wesoło, wszyscy gadali jedni przez drugich, zjadali wszystko co tylko stanęło na stole, wygłupiali i bawili sie z dziecięcą bandą, były też występy z uwagi na udział w imprezie Jacka, zawodowego muzyka wraz z harmonią. Było tak dobrze, że wszyscy siedzieli aż do późnej nocy.

Z uwagi na zbliżające się moje urodziny dostałam też niespodziankę: goście przynieśli prezenty i kwiaty a nawet dostałam wielki tort, wysłuchałam też 100 lat. Było wzruszająco: odkąd mam Brunia, który urodziny obchodzi parę dni przede mną, myślę o rezygnacji z hucznego obchodzenia tego świeta, a jednak jest mi w jakimś tam stopniu smutno, że przechodzi to bez echa. Chociaż mówię sobie, ze nie jestem dzieckiem, to każdy miły gest urodzinowy się liczy. To taka moja słabość, która nie chce minąć z wiekiem.

Niestety, w ramach imprezy dostaliśmy też mały prezencik, który wyszedł na jaw dobę później - wirus rota. Hanię zmogło poniedziałkowym świtem, mnie - pół doby później, chociaż słabiej. Chłopaki trzymają się dzielnie, my z Hanią nieco słabiej.

A wielka myśl na najbliższy czas, przeczytana w książce o piaskowym wilku - zrzędzenie i marudzenie to jest zepsute gadanie. Obiecuję sobie, że będę mniej narzekać, co nie jest łatwe, kiedy się słyszy różne jęki i stęki "a ona mi zabrała", a on mnie popchnął". Ale spróbować można!  

piątek, 18 czerwca 2010

Bruno to człowiek, który wie, jak trafić do serca. Kiedy wiec któregoś wieczora zupełnie nie mógł zasnąć, chociaż nadeszła czarna noc, przyszedł do naszego łóżka pod pretekstem wizyty u kochanego Tatusia. Wtulił sie w swego idola i obsypał go całusami. W związku z tym nawiązał sie pewien dialog, który uświadomił mi, jak bardzo nieuświadomy jest mój syn:  

(...)

Ja: Brunio, a czyim Ty jesteś synkiem?

B: Tatusia!

Ja: I kogo jeszcze?

B: hmm...Tatusia!

Ja: Tak? A kto Ciebie w brzuszku nosił, jak byłeś zupełnie malutki?

B: Tatuś!

Ja: a kto Ciebie karmił mlekiem z piersi, jak byłeś niemowlakiem?

B: Hmmm...Ciocia Ela! (Niania)

I tak to moja życiowa rola wynoszenia, wykarmienia Syna została drastycznie ograniczona, mam tylko nadzieję, że na potrzeby chwili, oraz przez przekorę w żartach, którą to Bru uwielbia uskuteczniać. Wolałam nie pytać o to, kto do niego w nocy wstawał (to też moja funkcja do dzisiaj), żeby się nie rozczarować, że może jednak mi się przyśniły te pourywane noce :)))

Żeby jednak nie pozostawiać syna w nieświadomości opowiedziałam mu jak to z nim było, kto go nosił i kto go karmił. Historia zafascynowała go i każe ją sobie opowiadać wciąż, jak to było, jak był mieszkańcem mojego brzucha. Hania uwielbia te historie "brzuchowe", jak Tata rozmawiał z brzuchem, jak kopała mnie po żebrach, jak to było z imieniem i jak Busia myślała, że Hania to chłopiec :)

A mnie podczas opowiadania Bruniowi o karmieniu piersią, chwyciła straszna tęsknota za tą bliskością, za tym małym niemowlakiem, za karmieniem, za tym wyjątkowym czasem, który niewiadomo kiedy odszedł w przeszłość.

czwartek, 17 czerwca 2010

Ciepły, pogodny, czerwcowy dzień. Tamtego dnia też była piękna pogoda. Trzy lata temu mój mały Niedźwiadek przyszedł na świat. Na poczatku był poważnym chłopczykiem o wielkich czarnych oczach. Przyglądał sie światu uważnie, jakby przemyśliwując ważne kwestie i sens istnienia. Długo musiałam czekać na pierwszy głośny śmiech. Podejrzewałam już syna o najgorsze - o brak poczucia humoru! Na szczęście moje obawy zostały rozwiane, okazało sie bowiem, że Bruno to Wesołek jakich mało. Przede wszystkim zaś Synek to Artysta!

Artysta przez duże A. Uwielbia występy i scenę, uwielbia skupiać na sobie uwagę i występować. Im więcej osób, tym lepiej. Najpierw ucisza wszystkich ("cicho!" ), a potem śpiewa, tańczy - co tylko chce. Na widok dzieci występujących na festynach czy w przedszkolu Hani, woła - mamo, ja też chcę występować!

Wygadany jest wyjątkowo i zwraca na siebie uwagę. Jego teksty są niezrównane i wie, jakich użyć słów.

Na powitanie Ciotki:

- czekałem na Ciebie i tęskniłem!

Na prośbę, żeby coś zrobił:

- Nie ma problemu!

Kiedy nie może zasnąć i bardzo chce zejść do nas na dół, a my mu nie pozwalamy:

- ale ja Was bardzo lubię! mogę zejść?

Lubi też rzucać znienacka złote myśli np.

- nie ma jak sen! (akurat wyeliminował drzemki dzienne)

W powszechnym użyciu są słowa dzieńdobry, proszę, zaś najcześciej używane to "dziękuje" - dziękuje wszystkim, ludziom obcym za przytrzymanie drzwi, za obsłużenie w sklepie.

Ma mocny charakter i wie czego chce. Potrzebuje partnerskiego traktowania i kompromisów, nie uznaje przyjmowania poleceń, bo tak. Kiedy mu się wytłumaczy - jest grzeczny i układny. Biada temu, kto będzie chciał nim rządzić absolutnie.

Potrzebuje dużo czułości i sam je zdobywa, włazi na kolana, przytula się i pieści, jak na misia przystało. Jak na niedźwiedzia - jest silny i niezniszczalny, potrafi nie spać i balować aż do późnej nocy. Parę godzin snu go regeneruje i gotowy jest do dalszych uciech. Trzeba mieć dużo sił, żeby dotrzymać mu kroku.

W sprawie jedzenia - nadal niemożliwie wybredny. W sprawie przedszkola - jest w pełni gotowy na przedszkolne wyzwania i nie może sie doczekać do debiutu. Przedszkole zna już pobieżnie, bo codziennie odwiedza go, odbierając Hanię z przedszkola.

Jest absolutnie rozbrajającym chłopcem. Ma w sobie wiele czaru i wdzięku. Cieszy mnie, że jest ekstrawertykiem - będzie mu o wiele łatwiej niż mi, introwertryczce. Brunek kocha świat, lubi, zabawę, wyprawy, przyzczywajony do naszego życia w ciągłym ruchu nie lubi stagnacji. Nawet wracając do domu po nocy, mówi ziewając i pocierając oczy "nie chcę jeszcze wracać do domu".

Syneczku, życzę Ci... wszystkiego co dobre. Niech zawsze otacza Cię miłość.

Zawsze będę Cię kochać.

I jeszcze małe zdjęcie Bruna, tylko takie teraz mam, jak zwykle Bru uchwycony w biegu :)

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Nie wyrabiam się z codziennością. Chociaż obiecuję sobie codziennie, że coś napiszę - nie da sie wykroić z tego okrojonego dnia ani minuty. W pracy mnóstwo pracy, w domu mnóstwo zadań, do tego nagle szkolenie, wyjazdy - i jest klops. Przyznaję się, nie wyrabiam się.  

A jest o czym pisać, o moich dzieciakach. Chwile z nimi to taki oddech od rzeczywiści. Chociaż bywa i trudno, ale to taki inny świat, w którym nie jestem sama, a ważne jest to, co jest ważne, a nie to co trzeba czy wypada.

W ostatnią sobotę mieliśmy cudowny wieczór. Najpierw było chlapanie sie w ogródkowym basenie. Hania, syrena, odporna na lodowatą wodę ze szlauchu, rzuciła się niemal od razu w zimne tonie. Bruno bardziej zajęty był spławianiem plastikowej łodzi po powierzchni. Hania wiec, wrzeszcząc w niebogłosy z radości zanurzała się po głowę, a Brunio spokojnie stał sobie z boku, rozlewając wodę konewką. Ale nikt nie pozostał obojetny na lodowaty prysznic, jaki dzieciakom zafundował M. Nieco później schroniliśmy się na tarasie i tam pod daszkiem, przy akompaniamencie deszczu zjadaliśmy we własnym czteroosobowym składzie kolację. Było swojsko, wesoło i tak jak ma być :) Tę chwilę zamknęłam szczelnie w głowie i wyciągam jak mi wyjątkowo trudno.

Parę dni wcześniej zaś odbył sie Festyn Rodzinny w przedszkolu. Święto to wymaga obecności członków rodziny, obiecałam wiec w robocie, że odrobię zaległości wieczorem, urwałam sie z pracy i wra z Brunem pomknęliśmy na przedszkolne boisko. A tam już trwała zabawa, skoczna muzyka, grill i malowanie buziek. Bruno od razu włączył sie do podrygującyh dzieci, brał udział we wszystkich tańcach, korowodach tanecznych, śpiewach i występach - nie sposób było odróżnić go od prawdziwego przedszkolaka. Dowodem tego jest, że spośród wielu chętnych dzieci, jako jeden z pięciu został wybrany do konkursu. Ten facet nie ma w sobie nieśmiałości, to urodzony artysta, o czym zresztą napiszę w innej notce, jak znajdę czas. Hania zaś sumiennie opiekowała się bratem a przy okazji okazało sie, że jest przedszkolną mistrzynią gimnastyki - to co wyprawia na drabinkach i trzepakach to już legenda, o czym powiedziała mi inna mama. No proszę, czego to można się o własnych dzieciach dowiedzieć. Największą atrakcją Festynu było malowanie buziek i włosów - i tak to moje dzieci wyszły z imprezy z pomalowanymi buziaki i włosami, niepodobne do siebie a jednocześnie podobne do wszysztkich dzieci na świecie - ubrudzone, umalowane, wysmarowane ciastem i szczęśliwe - bo nie ma to jak się wyszaleć w dobrym towarzystwie :) Nie wspomnę tu, że głównym zadaniem dla matek na festynie było stanie w kolejkach - najpierw do malowania włosów, a potem w upojnie długiej kolejce do malowania buzi, której cel osiągnęłam wraz z zakończeniem festynu za sprawą litości, bo i to mogło się nie udać. Ale co tam, ważne że dzieci były szczęśliwe :)

11:13, ingutka
Link Komentarze (2) »
środa, 09 czerwca 2010
Wyjechaliśmy na urlop, już z niego wróciliśmy, wkrótce relacja!
wtorek, 01 czerwca 2010

Dzień Dziecka oprócz świętowania z dzieciakami, przypomina mi też jeden temat: ile z dziecka jest w nas samych?

Z biegiem czasu coraz mocniej wchodzimy w rolę rodzica. Staramy się być autorytetem, wzorem, oparciem, jesteśmy odpowiedzialni i opiekuńczy. Bez względu czy mamy ochotę i siłę, robimy swoje, bo taka jest nasza rola.

A jednak, gdzieś tam w środku, wciąż czuję sie czasem takim wyrośniętym dzieciakiem, szalonym, ciekawym świata. Lubię pokazywać dzieciom, że świat nie jest taki zwyczajny, że obok racjonalnego świata istnieje ten niewidzialny. Lubię powygłupiać się z nimi, pobiegać po deszczu, poprzebierać się za smoka czy innego potwora.

Dzieci reagują na to różnie, od zdziwienia, że rodzic wychodzi ze swojej roli, do dzikiej radości że i ze starym wapniakiem można się powygłupiać. Z tego co widzę, przeważa szczęście, od razu są namowy do kolejnych szaleństw. Bo skoro mama moczy nogi w rzece to przecież i ja mogę? Skoro Tata krzyczy w głos "echo" w przejściu podziemnym to i mnie wolno? Od razu mam wiec towarzystwo, a duma dzieciaków z powodu, że z mamą/tatą jest tak po wariacku jest niebywała, zwłaszcza w większym towarzystwie, w którym zawsze znajdzie sie jakiś bardziej szalony od innych rodzic.

Myśl na dzisiaj: pozwólmy sobie czasem być dzieckiem, szalonym kumplem swoich dzieciaków, wariatem, niespokojnym, wolnym duchem, naprawdę warto! :)

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru