niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
poniedziałek, 29 czerwca 2009

Na pomysł wpadłam już rok temu. W tym roku planowałam to od dawna, ale ciągle coś stawało mi na drodze, a to choroba, a to brak możliwości wzięcia urlopu. W końcu udało się zgrać wszystkie elementy i w piątek miałyśmy z Hanią "Wyprawdę dla Dziewczyn" bądź też babski dzień.

Zasada jest prosta: biorę urlop i dzień spędzamy z Hanią tylko we dwie, robimy to na co mamy ochotę, ale nie w domu. Jedziemy tam, gdzie sobie wymyślimy, nie spieszymy i nie zmuszamy do niczego. Rozmawiamy, przytulamy się, zwiedzamy, odkrywamy, wspominamy. Jemy to, na co mamy ochotę. Sprawiamy sobie drobne przyjemności.

Powiem szczerze, że już dawno nie miałam tak cudownego dnia. Hania mało nie przebiła sufitu głową, gdy dowiedziała się o moich planach. Z radości nie mogła usiedzieć w miejscu i co chwila dziekowała mi wylewnie. Podczas całej wyprawy była naprawdę dzielna, nie marudziła nawet wtedy, kiedy tenisówki obtarły jej boleśnie najmniejszego paluszka (Mamusiu, dam radę, chodźmy dalej!).

Nie wiem, która z nas cieszyła się bardziej. Było zatem oglądanie dinozaurów, ekologicznej syrenki ze starej pralki, fontanny w której chlapałam się jako małe dziecko, szklanych kulek (sufit złotych tarasów ;), był ulubiony obiad (pomidorowa i kluski leniwe) i odpoczynek na wygodnych kanapach w kawiarnio-księgarni przy kawie i czekoladzie z bitą śmietaną w towarzystwie książek. Było bosko.

Polecam taki pomysł każdemu rodzicowi. To była jedyna szansa, żeby pobyć spokojnie bez nieustającej obecności małego przeszkadzacza, to był dzień tylko dla Hani, kiedy nie musiała sie z nikim dzielić uwagą ani z bratem ani z Tatą, uśredniać poziomu wyprawy dla malucha. Hania miała poczucie wyjatkowości, ja wciąż mam uczucie nienasycenia, bo naprawdę przebywanie z tą uroczą pieciolatką to czysta przyjemność.

I nie mogę się doczekać do następnego razu :)

Tłum gości, matki, dzieci, partnerzy, koty, harmider. Organizuję wyjście do ogródka, żeby przedrzeć się przez rozgadany tłum krzyczę głośno:

- Kto chce wyjść do ogródka, na zjeżdzalnie i huśtawkę?

- ja! i ja! ja! - rozlegają się głosy z różnych stron.

Bruno: ja, ja ja! Ja - nie idę! Idźcie, idzcie, ja nie idę!

Taak. Bruno to chłopczyk, który wie, czego chce i czego nie chce. Nie da zarazić się efektem stada, decyzje podejmuje samodzielnie :)

czwartek, 25 czerwca 2009

Są takie chwile, kiedy bardzo sie wzruszam. Ogólnie nie noszę oczu w mokrym miejscu, ale pewne obrazki, sceny powodują, że czuję gulę w gardle i stoję oddychając cichutko, żeby nie spłoszyć tego, co właśnie widzę.

Ostatnio taki obrazek widziałam w ogródku. Niedzielne popołudnie, każde z rodziców krązy w okolicach ogródka, ale zajęte swoimi obowiązkami, Hania wzięła więc sprawy we własne ręce i postanowiła poćwiczyć z braciszkiem jazdę na rowerze. Bruno dostał bowiem ostatnio nowy rowerek, na którym trzeba już normalnie pedałować. A Brumisiowi to jeszcze nie wychodzi za dobrze.

Z cierpliwością godną prawdziwej nauczycielki Hania pchała Brunia w te i we wte, tłumaczyła jak się naciska na pedały i o co w tym wszytkim chodzi.

1. Zobacz, Brunio, tu są pedały, najpierw tu naciskasz, a potem z tamtej strony i kręcisz nogami:

2. ..i pamiętaj Brunio, patrz przed siebie i nie skręcaj!

3. a teraz zrobimy zwrot, trzymaj się mocno, dobra?

Najbardziej wzruszyło mnie to, że Hania zajęła sie tym zupełnie sama z siebie. Mogła pojeździć na hulajnodze, na swoim rowerku, a jednak wymyśliła atrakcje na brata i bez naszej pomocy tak świetnie sie nim zajęła. Naprawdę, wzruszyłam się, mam nadzieję, że Brunio jej to kiedyś wynagrodzi :)

Niepostrzeżenie okazało się, że nasza dziewczynka to już Starszak. Z powodu "reformy" systemu edukacji, od nowego roku szkolnego Hania będzie stanowić Starszyznę Przedszkolną, będzie należeć do najstarszej grupy. Elfy, jeżyki czy delfiny, tego jeszcze nie wiemy jak się będzie nazywać, ale zajmować będzie salę na piętrze.

A jeszcze przed chwilą wiązałam jej buty w szatni i przez uchylone nielegalnie drzwi obserwowałam, jak siedzi wśród innych dzieci przy małym, przedszkolnym stoliczku i dumna je zupę, której krople, niczym medale, spadały na wybraną starannie bluzeczkę. Dzieci ze starszych grup wydawały się być takie duże!

Jak na Starszaka przystało, Hania lubi chodzić do przedszkola, ma swoje koleżanki, ma nawet i kolegów. Co do Wielbiciela, to poszedł on w odstawkę z uwagi na to, że "ciągle się wygłupia", co akurat jest prawdą. Co cieszy mnie, osobę, która ma wyjątkowo mroczne i traumatyczne wspomnienia z przedszkola, Hania jest lubiana w grupie, na jej widok od razu dziewczynki wołają "o, jest Hania" i biegną do niej, zachęcając do zabawy.

Hania jest poukładaną i spokojną dziewczynką, która bardzo lubi rozmowy i opowieści. Można z nią rozmawiać godzinami, można opowiadać, planować i wspominać. A najlepiej to jechać z Hanią na wyprawę, bo z niej wyjatkowo dzielna turystka jest. I rowerzystka i pływaczka, od stycznia tego roku poczyniła kolosalne postępy, co bardzo chwali instruktor.

Z Hanią jakoś tak jest, że roztacza taki słodki czar wokół siebie, że jak o niej myślę to przypominają mi się same dobre rzeczy. Jest córeczką, którą zawsze chciałam mieć. Wiem jednak, że w stosunku do innych potrafi walczyć o swoje, złościć się i krzyczeć. Pewnie czuje, na ile z kim może sobie pozwolić.

A jutro robimy sobie z Hanią babską wyprawę - biorę wolne i cały dzień spędzimy razem, tylko we dwie, już się cieszę :)

 

poniedziałek, 22 czerwca 2009
A dzisiaj urodziny obchodzi pewna bliska mi osoba :) Dziewczę to:
  • nałogowo chodzi boso, musi się tylko ukrywać przed dziećmi, żeby nie dawać złego przykładu
  • najlepiej czuje się w nocy, ciężko wiec je zagnać do łóżka
  • rano jest nieżywe i nie reaguje na wszelkie próby komunikacji, dopiero po pierwszej kawie zaczyna kontaktować i mówić coś innego niż mhhh..
  • ma tendencje do stawiania najdziwniejszych pytań, szczególnie filozoficznych, lubi je zadawać w najmniej spodziewanych momentach
  • uwielbia czytać przy jedzeniu, zapominając o całym świecie, jedzenie wliczając
  • jest spontaniczne, skacze i krzyczy z radości i uważa, że to zaleta a nie dziecinność
  • wciąż ma ochotę to figli, dowcipów i wygłupów, chociaż już parę lat na karku ...
Jeśli ktoś się jeszcze nie domyślił, to przyznaję się. Tak, to ja mam dzisiaj urodziny. Chociaż w zasadzie w prozie życie wyszło, że nie obchodzę, ale to dzisiaj powinnam dostawać naręcza kwiatów i życzenia :)
niedziela, 21 czerwca 2009
Hani ostatnio tak się spodobało u fryzjera dziecięcego, ze ciągle kombinuje, jakby tu mnie przekonać, że powinnyśmy znowu tam pójść.

- wiesz Mamusiu, ja myślę, że musimy znowu pójść do fryzjera. Ta grzywka to mi strasznie szybko rośnie i znowu trzeba ją przyciąć. Może pójdziemy za parę dni?

- Mamusiu, ja powinnam pójść do fryzjera! Wiesz co się dzisiaj stało? Włos wpadł do oka!

Urodziny Bruniaste się odbyły i to w szerokim gronie, bo ledwie krzeseł starczyło i przydał się kilkunastoosobowy stół i drugi, dla dzieci. Bruno, domowy animator imprezowy, już od progu witał gości, odbierał prezent, po czym z piskami i z namaszczeniem rozpakowywał go i od razu się nim bawił. Towarzyszące mu dziewczynki miały niezły ubaw, zresztą one chyba najlepiej bawiły się na tej imprezie - przy tak dużej liczbie dorosłych nikt nie miał możliwości dokładnej kontroli nad nimi, tak więc Hania z Basią zachwycone delektowaly się lizakami i innymi słodkościami, od czego w końcu są urodziny :)

Był więc i tort w kształcie auta i dmuchanie świeczek (każdy po kolei!), pyszności własnoręcznie przeze mnie robione po nocy i ledwie skubnięte przez jubilata i czułości od gości :) Rodzina opowiadała ciekawe historie, zasłyszane plotki i wspomnienia. Poza tym ustaliliśmy, że w tym roku Bruno po raz pierwszy pojedzie do Dziadków, razem z Hanią na parę dni. Mam tremę, jak z naszym Niedźwiadkiem poradzą sobie Dziadkowie, ale Ciocia-Niania Brunia też potrzebuje chwili oddechu od małego buntownika. Nie ukrywam, że i my mamy plany na parę wolnych wieczorów, aż nie wiadomo za co sie brać - odmalować piwnicę, schody, narobić nalewek czy też pójść w miasto i nie wracać aż do świtu. Ale to będziemy rozważać za jakiś czas.

Postaram sie wrzucić w wolnej chwili zdjęcia (jeszcze ich nie zrzuciłam na komputer), ale jak na razie takowej nie mam. Jak nie urodziny syna, to wesele przyjaciół i moje urodziny za pasem, a w pracy nie ma szefa, ja go zastępuję, wiec roboty mam po pachy, a nawet wyżej. Ale to w sumie dobrze, lubię jak coś się dzieje - to zupełnie jak mój Brunio.
środa, 17 czerwca 2009

Tak, to dzisiaj mój kochany synek świętuje swoje urodziny. Na razie jest nieświadomy czekającej go wieczorem imprezy, ja natomiast wspominam z rozczuleniem, jak dwa lata temu patrzyłam na swójpękaty brzuch, sterczący przede mną, wypatrując właściwych skurczy i nie mogłam się doczekać, kiedy rozpocznie się poród. Bo niedziela, bo M. w domu, a w poniedziałek to będzie kłopot, może uda się w niedzielę? I rzeczywiście, Brumisiek wyrobił się na czas, wyjrzał na świat ok.23:11 (11:11 ;) 2 lata temu niedzielnym, pięknym wieczorem.

Powinnam pewnie napisać, że szybko mi to zleciało, ale nie do końca tak jest. Czas, kiedy Brumiś był małym niemowlaczkiem, okrągłookim niedźwiadkiem, który spokojnie leżał w wózku, wydaje się być bardzo odległy. Bo dzisiaj Bruno to chłopczyk, który:

- ma własne zdanie, wie czego chce, czego nie chce i potrafi to dobitnie wyartykułować;

- Po mału rozkręca sie z mówieniem, ćwiczy gadanie, powtarza raz usłyszane słowa, śpiewa sobie na głos piosenki (ulubiona o strażaku Samie :)

- jest wielkim samochodowym maniakiem, bawi się autkami, lubi jeździć "atem" lub chociaż "jowejem" (rowerem),

- jednocześnie zdradza zacięcie inżynierskie, lubi dłubać, składać, rozkręcać, układać, najchętniej klocki i narzędzia/śrubki i inne szpeja Taty

- jest pieszczochem i przytulakiem, pachnie cudownie, jak to tylko dzieci potrafią;

- jest samodzielny, wszystko stara sie robić sam: zjadać, nawet zupę, wkładać buty, czytać, myć zęby i nie lubi jak mu się pomaga;

- uwielbia towarzystwo i wszelkie imprezy i wyprawy - bawi się wtedy do upadłego, nie zważając na brak snu, czy jedzenia (patrz Terminator);

- śpi od 20:30-21 do 7-8 rano, w ciągu dnia jeszcze 1,5h, ale bywa, że nie :)

- Co do jedzenia, to jest wybredny, zjada to na co ma ochotę, mięsa nie zjada, a jest jednocześnie wielkim łakomczuchem, pożera wszelkie ciasteczka, kluseczki czy inne słodkie rzeczy :)

- jest kochającym, acz asertywnym starszym bratem; lubi bawić się z Hanią, częstowany często bierze też dodatkową porcję dla Hani, prz zabawie wręcza jej autko. Jednocześnie przy próbach ustawiania, popychania odpycha ją rączkami, czy głową, czy też przepycha się, żeby zająć właściwe miejsce. Ulubiona zabawa rodzeństwa to przytulanie, kiedy to m.in. Bru kładzie sie na Hani lub ją łaskocze;

Synek rozczula mnie często, taki z niego już mały mężczyzna, a przecież to taki mały chłopiec. Ciągle mam ochotę go całować i przytulać i cieszę się, że Bru jeszcze poddaje się tym zabiegom.

Wszystkiego pięknego i dobrego Misiu mój Kochany, bądź szczęśliwy, otwarty na ludzi, świat i siebie. Uśmiechaj się i ciesz się życiem. I pamiętaj, że kocham Cię, jesteś moim najkochańszym synkiem na świecie! :)

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Poza nocnymi ekcesami, nad morzem było wspaniale. Wiem, że pogoda nie dopisała, a w sobotę rozszalała się nawet na całego, chcąc pokazać swoją potęgę (deszcz, zimno, wicher), ale my i tak cieszyliśmy się po prostu sobą. Było na luzie, robiliśmy na co mieliśmy ochotę, chodziliśmy na "przyjemności" i byliśmy na wakacjach.

Brunek w ciągu tych paru dni zrobił kolosalne postępy. W towarzystwie motywującej siostry, codziennie uczył sie nowych zwrotów, powiedzonek. Zasypuje nas pytaniami "a co to jest?, na które trzeba natychmiast odpowiedzieć. Zwroty grzecznościowe powiększyły się o "na zdrowie" przy kichaniu, czy dziękuję przy otwieraniu drzwi. Odnośnie jedzenia odpuściliśmy temat zupełnie i Brunek jadł jak miał ochotę i co chciał. Metoda podjadania zjadał niezłe ilości i po raz pierwszy upominał się o konkretne jedzenie "zupę!!!". Poza tym gadał, śpiewał (stjaziak sam), tańczył a już zupełnym hitem było chodzenie po kołyszącym się intensywnie pokładem wycieczkowego statku - to dopiero coś nowego.

Hania cieszyła się po swojemu. Morska plaża to wymarzone dla niej miejsce, można moczyć nogi, gonić się z falami czy budować zamki. Nie zdziwiliśmy się wiec, kiedy  po wejściu na plażę podczas wieczornego spaceru przy wyjątkowo niskich temperaturach, chlupotało u Hani w kaloszach (weszła do morza i nie uciekała przed falą). Dzielna turystka zachwycona zwiedzała też latarnię morską, weszła na nią pomimo stromej drabiny na samym końcu.

A z M. towarzyszyliśmy dzielnie naszym dzieciom, nadając kierunek całej wyprawie. Nie siedzieliśmy w domu, tylko łaziliśmy i zwiedzaliśmy co się dało, nawet w towarzystwie deszczu. Wieczorami leniliśmy się wspólnie lub łażąc na nocne spacery, rano odsypialiśmy figle Terminatora, a ja dostałam nawet 2 razy kawę do łóżka!

Ach, jak bardzo nie chciało mi się wracać, jak chętnie zostałabym tam chociaż na tydzień!

Cisza zapanowała na blogu, a dlatego, że postanowiliśmy urwać się ze smyczy codzienności i uciec nad morze. Byle dalej, byle ciekawiej, byle inaczej. Oprócz wielu wrażeń, o których być może napiszę później, zaliczyliśmy też Noc Terminatora.

Noc Terminatora rozpoczęła się podróżą na wspomniane wyżej polskie morze. Wsadziliśmy wyspanego synka i zmęczoną córkę do wypełnionego samochodu i o 18:30 wyruszylismy w drogę. Brunek w aucie był grzeczny, o ile grzeczny może być dwulatek - bawił się autami, oglądał sobie książeczki, śpiewał, gadał, obejrzał bajkę, zaczepiał rodziców, komentował widoki za oknem, a nawet wymiotował - na szczęście tylko raz i malutko. Większą przerwę zrobiliśmy koło 22, nakarmiliśmy dzieciaki, Brunek biegał szczęśliwy i po pół godzinie ruszyliśmy w dalszą drogę, popędzani przez burzę, w którą wjechaliśmy. Niedługo później zasnęła Hania, ale Brunio był twardy. Dopiero, gdy skończyły się dobre drogi i zaczęły wyboje i wstrząsy, poddał sie niemocy sennej, a było to koło 23:45.

Koło 0:30 dojechaliśmy na miejsce. Po cichutku przełożyliśmy Hanie do szybko pościelonego łóżka, ta westchnęła tylko i spała dalej. Bru natomiast... złapał wiatr w żagle. Po awanturze pt. gdzie jest tata, nieomal obraził się na mnie, gdy chciałam go położyć do łóżka, biegał w kółko, w końcu w akcie buntu rzucił się na ziemię i...zasnął twarzą do podłogi, nosem wbitym w wykładzinę. Spał może z 10 min, kiedy z sobie tylko znanego powodu zerwał się na równe nogi, skoczył dwa razy do góry na obydwu nogach z uśmiechem od ucha do ucha, usiadł, oparł się o kanapę i ...znowu zasnął, tym razem na siedząco i na krócej. Cyrków z jego kładzeniem mieliśmy parę, w końcu po rykach i ponownym wstawaniu udało nam się uśpić grubo po 2 w nocy. Padliśmy.

Już o 3:30 Termik (zdrobnienie od terminatora) zbudził się na dobre. Hania i M. obydwoje genetycznie odporni na wszelkie hałasy, spali dalej, a ja jednym okiem śledziłam co też wyczynia maluch. To go kładłam, to wstawał, łaził, kładł się na ziemi, szlajał po pokoju. Rozkręcenie akcji nastąpiło koło 5:30, kiedy to Bru wlazł na M. po czym zaczął go zasypywać buziakami, to samo spotkało po chwili i mnie. Wobec promiennego uśmiechu i soczystych buziaków nie mogliśmy zachować powagi, wiec rozchichotaliśmy jak szaleni, a z nami Brunio. Po chwili dołączyła do nas Hania, za oknem było już jasno i rozpoczął sie w zasadzie dzień, a z nim szanse na dospanie Bru spadły do zera. Nieprzytomni zamknęliśmy na chwilę oczy (na zmianę), zostawiwszy Bru pod opieką Hani (chodź Brunio, pobawimy się) i po dłuższej chwili (30min?) podjęliśmy decyzję, że jakoś przeżyjemy ten dzień i wstajemy.

Bru był wesoły i energiczny jak skowroneczek. Policzyłam mu wszystkie nocne drzemki i wyszło hurtem 3h. Hmm... Terminator. Jak nic.

W ciągu dnia Bru nadal trzymał formę, śmialiśmy się z wyimaginowanej rozmowy z nim:

- Bru, chce Ci się spać?

- tak!

- to dobrze, i tak Ci nie damy pospać, he he!

Przyjaciele, z którymi spotkaliśmy się nad morzem, powiedzieli, że w ogóle nie widać po nim, że tak mało spał.

W końcu skończyło się dwoma krótkimi drzemkami.

Następnego wieczora Bru zasnął jako przedostatni z rodziny około 22 (normalnie chodzi spać koło 20). Po paru nocnych pobudkach,  dzień rozpoczął sie ok.6 bodajże, ale z powodu niewyspania niezbyt dobrze pamiętam. W kolejne wieczorny nie zasypiał wcześniej niż 22-23. Od czego jest w końcu urlop :)

Od tego wyjazdu Bru ma nową ksywę - Termik. Może nie spać, może nie jeść, ważne, żeby coś się działo, żeby było wesoło, żeby nie siedzieć w domu. a może on ma zasilanie na słońce i wiatr?

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru