niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
sobota, 30 czerwca 2007
Przyjechali do nas moi Teściowie. Wieczorem zrobiliśmy sobie grilla, siedzimy w ogródku, w tle piosenki dla dzieci (w ramach dopieszczania Hani), miła atmosfera.
Naraz Hania patrzy się na dziadka i pyta:
- dziadku, czy Tobie wypadają zęby?

środa, 27 czerwca 2007
I tak to zaczęła się dla mnie nowa codzienność z dwójką dzieci - na razie w wersji light, gdyż jeszcze przez parę dni jest ze mną w domu mój mąż.

Hania zareagowała na braciszka z zainteresowaniem acz z dystansem. Dokładnie przygląda się jego kąpielom, przewijaniom, prosi żeby czytać jej książeczkę o małej dzidzi w rodzinie, którą dostała zawczasu. Z nieco barbarzyńską, ale z miłością całuje Brunia, głaszcze jego rozwichrzone włosy a jak zakwili to buja wózeczkiem.
Jednocześnie, jej dziecięca nieświadomość zareagowała też normalnymi odruchami jaki niepewność i chęć bycia najbliżej mamy. Tak więc na spacerach z płaczem żąda noszenia na rączkach (koniecznie u mamy), chce wejść na kolana jak karmię a przy zasypianiu pojawiły się smuteczki pt. "mamusiu, chcę do ciebie".

Staram się jej poswięcać jak najwięcej uwagi i przekonywać o mojej niezmiennej miłości, ale podejrzewam, że najlepszym lekarstwem będzie teraz czas. A propos czasu to jest to towar wysoce deficytowe u mamy dwójki maluszków, bardziej deficytowe jest tylko wysypianie się, wypady do restauracji czy romantyczny weekend we dwoje (a co to jest? mam nadzieję, że do czasu jak dzieciaki podrosną, nie zapomnę o tym ;P

A Brunio? Najszczęśliwszy jest, kiedy z mozołem, posapywaniem a'la lokomotywa ssie moją pierś, po to by po chwili odpłynąć w błogi stan najedzenia. Mój mały mężczyzna już od urodzenia wie, co dobre :))
niedziela, 24 czerwca 2007
Jak przystalo na aktywną rodzinę Haniołkową, Brumiś godnie rozpoczął swój żywot na tym świecie, na którym ważne są tylko chwile.

Oto w 6 dniu swojego życia, Bruno zaliczył swojego pierwszego grilla! I nie była to bynajmniej impreza w domowych pieleszach! Na spotkanie wybraliśmy się pieszo+ wózek do mieszkającej ok.1,5 km od nas, siostry z rodziną. Wzbudziliśmy ogólne zachwyty, przede wszystkim z powodu urody małego mężczyzny, wieku (podobno wygląda na miesięczniaka) oraz tego, że jeszcze tydzień wcześniej mały siedział w brzuchu a już imprezuje. Skromnie dopowiem, ze ja również podobno nie wyglądam na kobietę w połogu, bo zrzuciłam już 9kg i mieszczę się wreszcie w dżinsy.

Po zachwytach przyszedł czas na pogaduszki, żarty, śmiechy i podjadanie smakołyków, jak to na grillu bywa. Po pewnym czasie Bruno pozazdrościł balangi i zażądał w dość krótkim czasie paru karmień. No ale cóż, jak sie bawić to się bawić.

Wróciliśmy szczęśliwi późnym wieczorem do domu a niedlugo później świat zalał deszcz.W nocy zaś synek zrobił mi prezent robiąc przerwę w karmieniach 5h i 3h - rewelacja! Oby mu tak zostalo, bo jak nie, to codziennie trzeba będzie robić balangi ;))

Pierwszą imprezę Synka uważam za udaną!
piątek, 22 czerwca 2007
Jesteśmy bardzo szczęśliwi: nasz kochany synek urodził się w niedzielę 17.06, o godz.22:10. Brunio ważył 4250g i mierzył 59 cm, dostał 10 pkt w skali Apgar. Już od urodzenia wzbudzał zachwyty szpitalnego personelu swoją niezwykłą czupryną: ma czarne, gęste włosy, sterczące na wszystkie strony.

Na razie aklimatyzujemy się w domu, przed nami pierwsze spotkanie z siostrzyczką, wkrótce postaram sie napisać coś więcej i wkleić zdjęcie.

No i muszę wymyśleć nowy tytuł bloga, a co do adresu to tutaj zostaniemy.

pozdrawiam i bardzo dziękuję za trzymanie kciuków - pomogło!
sobota, 16 czerwca 2007
Pozdrawiam ciepło (i to nie tylko ze względu na pogodę) wszystkie dobre dusze, które trzymają za mnie kciuki. Melduję, że wciąż pozostaję w sylwetce foczej a moje milczenie wynika z mocnego postanowienia ignorowania tematu porodu.

Oto bowiem w czwartek, oczywiście w środku nocy, kiedy wszyscy normalni ludzie śpią (tylko ja czytałam książkę) dopadł mnie fałszywy alarm. Kosztował mnie on prawieże nieprzespaną noc, nerwy i pół dnia na Izbie Przyjęć w szpitalu, gdzie niestety, pomimo dobrej woli personelu, na każde badanie należy poczekać.
Połowa rodziny, której udało się namierzyć, że jestem w szpitalu, skandowała tymczasem moje imię z nadzieją, że zaraz nastąpi to cudowne wydarzenie jakim jest poród.

Niestety, to jeszcze nie to.

Kiedy w końcu głodna, niewyspana, ugotowana od upału i potwornie zmęczona dotarłam do domu, postanowiłam sobie, że zapominam o porodzie. Żadnego wyczekiwania, oglądania się na normy, wyglądania symptomów - nie to nie. Dopóki nie bedzie widać na dole główki - udaję, że temat mnie nie dotyczy. Inaczej zwariuję.

Dlatego też w piątek wybraliśmy się z M. na kolację na mieście a następnie do kina, a cały dzień był odprężający i miły.

Dzisiaj wzięłam sie za robotę (mycie podłóg i okien) i coraz słabiej wychodzi mi udawanie, że nie myślę o małym. Zresztą Brunio sie ze mną solidaryzuje, na własną rękę próbuje rozwiązać tę sytuację, ale nic z tego.

Może podobnie jak ja czeka aby urodzić się już w znaku raka? Moja mama bowiem miała termin porodu podobny do mnie a ja przeciągnęłam ją aż do momentu, kiedy słońce weszło w znak raka, czyli do 22 czerwca. Oby nie!
wtorek, 12 czerwca 2007
Jak widać na suwaczku z terminami, syn mój ani spieszy się urodzić, chociaż w dniu wczorajszym przypadał teoretyczny termin porodu. Chociaż  poród może sie rozpocząć w każdej sekundzie, zaczynam sie przyzwyczajać do myśli, że pochodzę w ciązy kolejne 9 miesięcy i na koniec ulecę uniesiona wielkim brzuchem-balonem, bądź też syn wyskoczy mi z brzucha od razu z zarostem i w trakcie mutacji.

Wczorajsza wizyta w szpitalu i rozmowa z lekarzem potwierdziła moje spostrzeżenia: muszę być cierpliwa i czekać na skurcze.
- A to nie są skurcze? - zakrzyknęłam pokazując wskazania na wykresie KTG
Rozbawiony lekarz, który zapamiętał mnie sobie już z poprzedniej wizyty, kiedy to marudziłam, że już bym mogła rodzić, rzekł - eee, to tylko macica sobie ćwiczy! Ci pani je w ogóle czuje? - spytał niedowierzająco i lekko drwiąco, jak przystało na mężczyznę, który nigdy żadnych skurczy nie czuł i czuć nie bedzie. Gdyby nie jego śmieszny akcent wskazujący podobnie jak kolor skóry na cudzoziemskie pochodzenie oraz rozbrajający uśmiech, to pewnie bym się na niego obraziła, a tak to westchnęłam tylko teatralniei umówiliśmy się ponownie za parę dni.

Kolejny lekarz, do którego trafiłam w dniu wczorajszym trochę mnie zmartwił, bowiem okazało się, że upiorny kaszel, który mnie męczy od dłuższego czasu, to nic innego jak zapalenie oskrzeli i mam natychmiast brać antybiotyk, żeby nie przeszło to w zapalenie płuc :((

Po powrocie do domu zaś moja kochana córka, świadoma wizyty u lekarza, zapytała na mój widok " Mamusiu, czy już urodziłaś?"
- Nie, Haniu, byłam tylko u lekarza.
- Mamusiu, Ty przecież byłaś w szpitalu, dlaczego nie urodziłaś?


PS. Z porodem muszę czekać chociaż do jutra, bo jutro ukochani dziadkowie (Dziadzia i Busia) Hani zabierają ją do siebie, żebym mogła skupić się spokojnie na polowaniu na miejsce na porodówkach. No i na skurczach rzecz jasna :)
czwartek, 07 czerwca 2007
Hania: Mamusiu, gdzie jest Tatuś?
Mama czyli ja: w łazience
H: a dlaczego?
M: bo się myje
H: a dlaczego?
M: żeby nie być brudnym
H: a dlaczego?
M: żeby nie śmierdzieć ;)
H: a dlaczego?
M: ...

Litania dlaczego zdaje się nie mieć końca niczym wąż połykający własny ogon, przy czym mam wrażenie, że dla Pytka najważniejsza nie jest odpowiedź, tylko sprawdzenie dokąd można doprowadzić w ten sposób rozmowę (Mamusię?  ;))
środa, 06 czerwca 2007
Ponieważ dawno nie dawałam znaku życia, śpieszę donieść, że Brunio nadal pozostaje po wewnętrznej stronie brzucha. Generalnie dobrze małemu i na wszelkie moje aluzje odpowiada "Oj, Mamo nudzisz, jeszcze nie, jeszcze trochę". Czasem odpowie na odczepne "oj, zaraz" i nie dociera do niego to, że zaraz to taka duża bakteria a nie termin porodu. Cóż jednak robić - udaję, że cierpliwie znoszę ten stan (co całkowicie mija się z prawdą :)

Ostatnie parę dni moja dobra Mama widząc zmęczeniowy dół w jakim się znalazłam, zabrała Hanię na działkę. Dzięki temu miejskie dziecko mogło nasycić się takimi atrakcjami jak świnki, konie, krowy czy też nawet swojskie żaby. A radości było więcej niż z wizyty w najlepszym parku rozrywki. Cała trójka (Hania, Busia i Dziadzia) trwała zresztą w sielance, wyznając sobie nieustająco werbalnie i niewerbalnie miłość, bowiem już od niemowlęctwa to trio uwielbia po prostu spędzać ze sobą czas i wymieniać się spostrzeżeniami o życiu. A ja cieszę się, że ktoś po prostu chce z Hanią być i kocha ją za wszystko i za nic.

Teraz Hanusia już wróciła i wypełniła od razu dom swoją obecnością. Całe powietrze, nastrój oraz wszystkie możliwe powierzchnie wypełnione jest małą dziewczynką, która ma tyle do powiedzenia i tyle do zrobienia. Nawet panie w pobliskim społemie powitały Hanię z radością, wymieniając jej szyszkę na cukierki.

Tak wiec wracam do matkowania i postaram sie odezwać wkrótce!
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru