niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
piątek, 30 czerwca 2006

Hania jest szczęśliwa.

Zbiera siski (szyszki),potajemnie wyjada wiśnie z drzewka, sprząta ziemię (myje ją gąbką - to jej mania czystości, Hania uwielbia zamatać, myć, przecierać szmatą), włazi po wielkich schodach w górę i w dół, łazi z Dziadzią na lody, w sklepie zażądała "bułi" i dostała ..jagodziankę z truskawkami. Zjada jak odkurzacz a śpi jak suseł, od wieczora do rana i jeszcze sporo w ciągu dnia.

Tęsknię za nią, na szczęscie już dzisiaj wraca do mnie :) Znając życie pewnie latała w jednych majtkach, wróci brudna ale szczęśliwa.

wtorek, 27 czerwca 2006

Po mału coraz bardziej realny robi sie termin wyprowadzki do innej dzielnicy. Z jednej strony się cieszę, z drugiej - żal mi miejsc, które porzucam. Niezauważalnie wrastam w miejsca, w których mieszkam, oswajam zapachy, przyzwyczajam się do ludzi, miejsc, dźwięków.

Wyrosłam w dzielnicy, której prawie nie ma albo raczej zupełnie odmieniła swoje oblicze. Tam gdzie łaziłam i biłam się z kumplem z klasy, tam gdzie z mamą wiodły moje codzienne ścieżki, teraz wyrosły zęby wieżowców. Cały świat mojego dzieciństwa jest teraz tylko w mojej głowie - Baba kapuściana, kafejka ze starym automatem do kawy, księgarnia w której spędzałam w nerwach długie chwile, podczytujac ukradkiem książki (ksiązek nie wolno czytać na miejscu, od tego jest biblioteka). Teraz to najnowocześniejsza cześć miasta - promenada stalowo-szklanych konstrukcji, znikły gdzieś staruszki z wózkami na kółkach, dzieciaki, zastąpiły je zastępny młodych, prężnych użytkowników biur i stałych bywalców sklepów z garniturkami. Mimo to uwielbiam bywać w tamtych okolicach, wspominać, smakować, sprawdzać co jeszcze zostało ze starych czasów. Przypominam sobie wariactwa tamtych czasów, starą wariatkę, która woziła kota zawiniętego w rulon w wózku, znudzonych strażaków, którzy z pięterka pobliskiej remizy dosadnie komentowali rzeczywistość, sąsiedzi, do których można było w kazdej chwili wpaść po sól, zostać na obiad albo po prostu przyjść sie wygadać.

Teraz przeprowadzam się do dzielnicy, za którą specjalnie nie przepadam. Okolica kusi mnie zielenią, spokojem, czy zdoła mnie przekonać do siebie? Czy dla Hani też kiedyś będzie magiczną, sentymentalną pamiątką z dzieciństwa?

Wrzuciłam nowe zdjęcie Hani, nie mogłam patrzeć na to poprzednie. Oto mój śliczny kochany Haniołek, słodka dziewczynka, która kocha dzwigi, auta,a nade wszystko koty i psy, od Taty w prezencie dostała właśnie zestaw majsterkowicza, najchętniej biega w spodniach i na bosaka, ma na kolanach kolekcję zadrapań i tyle siniaków, że noga wygląda jak brudna. Moja córeczka, która dzielnie nurkuje w ogródkowym basenie, podlewa namiętnie kwiatki, szaleje przy muzyce, marzy o rowerku a w wolnych chwilach relaksuje się oglądając książeczkę, najchętniej na kanapie. Moja Hania :)
poniedziałek, 26 czerwca 2006

Scena rodzajowa

Miejsce: Popularny sklep sieci odzieżowej w centrum handlowym

Strona 1: sprzedawczyni lat ok.25-30

Strona 2: skośnooka rodzina (Szacowny ojciec z laseczką, elegancka pani domu, nastolatka i dwóch kilkuletnich chłopaków). Nie jestem pewna, może pochodzili z Japonii. W kazdym razie rodzina "zagraniczna", grzeczna, porozumiewa się miedzy sobą w rodzinnym języku.

Sprzedawczyni biorąc stertę ubrań:

- to będzie wszystko?

Rodzina w osobie Ojca wytrzeszczyła oczy i na wszelki wypadek pokiwała głową z pytaniami w oczach.

Od razu zauwazyłam, że zgromadzone grono nie rozumie po polsku. Niestety, sprzedawczyni zdawała się tego nie zauważać, przyjmując jako pewnik, ze skoro jesteśmy w polsce to jezyk polski jest powszechnie znamy (w końcu jezyk europejski, co nie? ;)

Sprzedawczyni: To będzie w sumie 17 rzeczy, płaci pan 507, 11 groszy.

Ojciec Rodziny w reakcji na wbity w siebie wzrok, spojrzał spłoszony na okienko kasy i zaczał szykować pieniądze. Poprosił po chwili Synka, żeby znalazł końcówkę w swoich zapasach. Ok.6-letni chłopczyk o pięknych migdałowych oczach i kruczoczarnych włosach wyciągnął portmonetkę i sumiennie odmierzał pieniądze, tylko 1 grosza nie mógł znaleźć (obserwowaliśmy go wspólnie tj. Rodzina, Sprzedawczyni i ja).

Sprzedawczyni: "nie martw się, ja Ci mogę wydać resztę, jak nie masz grosza, nie musisz szukać" i uśmiechnęła się.

Chłopczyk na dźwięk jej słów przyspieszył działania, znalazl grosz i przekazał go pani.

Sprzedawczyni: Dziękuję i zapraszamy ponownie!

Ojciec rodziny uśmiechnął się, mruknął coś co brzmiało jak "arigato" a może tylko mi się wydawało, po czym cała rodzina ukłoniwszy się sprzedawczyni opuściła sklep.

Zastanawia mnie zawsze w takich przypadkach, skąd to przekonanie o powszechności czy nawet wyższości języka polskiego? W sumie sprzedawczyni była miła i fachowa, ale uparcie "rozmawiała" z klientami po polsku, ignorując fakt, że Ci ją nie rozumieją i mogą czuć sie nieswojo na ten niezrozumiały potok słów. Nie było próby wyjścia z inicjatywą porozumienia w innym jezyku albo chociaż wspomożenia komunikacji pokazywaniem na migi, a wiec najlepszym jezykiem świata.

Nie wspomnę tu już litościwie o zerowej znajomości angielskiego wśród pracowników mcdonalda, nieraz już bowiem musiałam ratować obcokrajowca, który był na tyle "tępy", że nie rozumiał słowa "wiep- rzo-wi-na" staranne sylabizowanego przez uczynnego sprzedawcę. Raz obsługa w popłochu szukała jakiejś Maryśki, która podobno po angielsku mówi albo chociaż po rosyjsku.

W każdym przypadku zaradni sprzedawcy ratowali się staranną wymową w jezyku polskim, chcac ułatwić cudoziemcom zrozumienie. Cóż, w przypadku wieprzowiny żałowałam, że pan nie zaczał chrumkać chcąc naprowadzić niekumatego Anglika, widocznie aż tak nie zależało mu na sprzedaży zestawu. A szkoda...

piątek, 23 czerwca 2006

To, że życie sztuką kompromisu jest, wie każdy dorosły. Po najczęsciej niełatwym dzieciństwie, kiedy czeka się z otwartymi ramionami na tzw. Wolność czyli całonocne wypady, swobodny styl ubierania, picie czy też po prostu możliwość posiadania wszelkich autorytetów w głębokim poważaniu i uprawianiu stylu "tumiwisizm", nadchodzi Dorosłość (nie mylić z dojrzałością). Wtedy też to człowiek na ogół pierwszy raz dowiaduje się, że w życiu nie ma tak jak się chce, tylko jak się układa, żeby coś mieć, trzeba na to zapracować. I te pierwsze lekcje, nie powtarzane przez rodziców ale przez samo doświadczenie, pamięta się najlepiej. Konsekwencje, obowiązki, ot, dorosłość.

Po jakimś czasie skorupa krzepnie, przyzwyczaja się, docenia zalety tej wolności. Konieczność porannego wstania do pracy staje się nawykiem, garnitur czy też biurowa spódniczka jakoś tak zrasta się z ciałem, a większą część grona zastepują znajomi z pracy. Oczywiście to uogólnienie, ale tak to przeciętnie wygląda.

Czasem jednak ta zniewolna dusza wyrywa się, przypomina sobie, że jest młoda i że snujac plany w dzieciństwie, inaczej to miało wyglądać. Czasem życie tak to pokomplikuje, że pomimo że nie jest źle to chciałoby się inaczej, że ta praca ma swoje dwa przeciwstawne oblicza, jedno to wolność, jaką daje pensja, drugie to zniewolenie spowodowane koniecznością spędzania całych dni w firmie.

Od kiedy mam swoje dziecko, uswiadamiam sobie to tym mocniej, chętnie bym bowiem zmieniła proporcje czasu, jaki spędzam w biurze a z córeczką. Przyszły wakacje, ciepłe długie dni, jasne noce, czas kiedy kto żywy ucieka z miasta. Hania to dla mnie nagroda po całym ciężkim dniu pracy - to jej wyglądam jak tylko zbliżam się do domu. Jej nieustająca radość, ciekawość czy też sama obecność ładuje moje akumulatory. Cieszę się, ze ja mogę ją coś nauczyć, oglądamy razem książeczki, uczę ją nowych słów, łazimy wieczorami z M. na długie spacery. Tymczasem teraz stoję przed dylematem: Hania ma możliwość wyjechania na działkę, na wieś. Opiekunka do Hani odchodzi i sytuację ratuje jak zwykle Busia. Mała ma możliwość skorzystania z uroków pobytu w zielonej okolicy, a ze mną widywała by się w weekendy. Najchętniej powiedziałabym nie, bo nie lubię się z nią rozstawać, ale przecież to dla jej dobra. Jak chętnie poszłabym teraz na wagary, wyjechała razem z nią gdzieś do głuszy, gdzie nic nie trzeba. Wiem, że parę dni bez dziecka to nie problem (tylko czas na nadrobienie zaległości kinowo-knajpowych) - ale parę tygodni to prawdziwa udręka. Wszystko kręci się wokół mojej pracy - bo skoro ja musze do niej chodzić to nie zajmę się dzieckiem, a dziecko, żeby nie siedzieć w upały w stolycy może skorzystać z uroków wiejskich.

To może wydać się śmieszne, ale dla mnie to dylemat - nie chcę rozstawać się z Małą na minutę dłużej niż to konieczne, z drugiej strony nie chcę być egoistyczną matką. Mam cały czas odczucie, że za mało spedzam z córeczką czasu -tylko poranki, wieczory i wyczekiwane weekendy. Czy mam tracić i ten czas? Czy 20-miesięczne dziecko może się rozstać z mamą? Czy mogę powiedzieć nie czy to tylko egoizm?

czwartek, 22 czerwca 2006

I tym pięknym sposobem dotarliśmy do moich kolejnych urodzin.

Dostałam już piękny prezent: spotkanie z moimi kochanymi dziewczynami z forum (dzięki, było super!). Podczas powrotu zmoczyła mnie doszczętnie pierwsza letnia burza i tak to przy błyskach burzy rozpoczeły się moje urodziny.

Co najważniejsze: czuję się młoda, pełna energii, czuję, że jeszcze dużo mogę. Cieszę się z tego co mam, życie na co dzień przynosi mi najpiękniejsze prezenty. Spełniły się moje najważniejsze marzenia, mam rodzinę, mam kogoś kogo kocham z wielką wzajemnością, mam swoją ukochaną córeczkę i mam jeszcze parę marzeń, warto żyć, żeby o nie walczyć. Mam świadomość własnych wad zarówno w urodzie jak i w charakterze, ale wiem, ze nie są najwazniejsze. Jestem głodna na życie.

Cieszę się, że jest koło mnie tylu wspaniałych ludzi i chciałabym, żeby zawsze tam byli. I żeby im się super albo chociaż zwyczajnie dobrze układało. Dziękuję, że jesteście!

poniedziałek, 19 czerwca 2006

Można odpocząć od kultu sukcesu i kultu młodości i pobyć ze zgraną paczką ludzmi, z którzy wiedzą co w życiu ważne

Można zapomnieć o cywilizacji i przypomnieć sobie o tym, ze się posiada gnaty i mieśnie (zwłaszcza te na tyłku, rękach i plecach);

Można podziwiać liczne gatunki okolicznej fauny i flory, a wiec zarówno zadziwiające skrzypy, paprocie, wiekowe świerki, roje zwinnych kijanek, bobry, perkozy i czaple, jak również pokrzywy, komary, muszki i muszy, kleszcze i pijawki;

Można narzekać, że się dało wrobić w wiosłowanie a potem cieszyć się po dopłynięciu na miejsce, że tak fajnie było i wcale nietrudno (tylko jakoś rąk nie można podnieść do góry ;)

Można ograniczyć swoje menu do paru pozycji typu zupki chińskie, pulpety, gołąbki, chleb z pasztetem, które po przebyciu drogi smakują lepiej niż wykwintny obiad w najlepszej restauracji;

Można wygadać się z współpasażerem kajaka, pokłócić się o to, kto ma sterować kajakiem i kto źle wiosłuje, pochlapać zimną wodą, wyznawać sobie miłość nie patrząc sobie w oczy i czuć się jak nastolatka;

Można siedzieć do późna z grupą ludzi, którzych jeszcze wczoraj nie znałaś a dzisiaj są Ci bliscy, można obagadać wszystkie wpadki, pozyczyć zapałki, płyn do opalania, wypić wspólnie kawę, piwo, można spać do późnego rana, o ile nie przeszkadzają głosy porannych ptaszków;

Można łazić całą dobę na bosaka, mieć czarne stopy, krwawe zadrapania od podwodnych konarów, oparzenia pokrzywy, podrapania od gałęzi w lesie, pogryzienia i można machac nogami w wodzie, wystawiać nogi na słońce, czuć trawę i wode pod stopami;

Można łazić w jednej ukochanej koszulce, wygodnych szortach, myć się w rzece i cieszyć się, że woda taka zimna i czysta, zapomniec lusterka, mając za zwierciadło jedynie lustro wody i czuć się piękną;

Można usiąść, patrzeć na okoliczne pola i lasy, westchnąć, że świat jest taki piękny i cieszyć się tą chwilą, można płynąć kajakiem i uświadamiać sobie, jak świat jest piękny tam, gdzie nie ma człowieka;

Można...nie, trzeba jechać na spływ kajakowy.

środa, 14 czerwca 2006

Idę się pakować - jutro wyjeżdzamy z M. na kajaki, zamierzam piontegrować sie z naturą, zapomnieć o cywilizacji czyli przede wszystkim odpocząć. Mam nadzieję, że pogoga dopisze, gdyż to pierwsza moja tego typu wyprawa i mam obawy, jak będzie.

W każdym razie nie będzie mnie trochę. Proszę się nie niepokoić tylko trzymać kciuki za ładną pogodę :))

Jak zmienia się na lepsze spacer od kiedy ma się 20 miesięczne dziecko?

Oprócz tego, że spędza sie na świeżym powietrzu bardzo dużo czasu (dojście do pobliskiego kiosku zajmuje pół godziny), oprócz tego, ze dokładnie zna się ofertę każdego pobliskiego sklepu (ściślej - wie sie co stoi na której półce, kiedy trzeba to wyjmować z chwytnych rączek) i oprócz nocnego pogłębiania wiedzy (nie chcąc wyjść na nieuka trzeba przypomnieć sobie wszystkie gatunki pobliskiej fauny i flory), przede wszystkim zdajesz sobie sprawę, zę ludzie uśmiechają sie do Ciebie. I to wcale nie dlatego, że masz zadartą spódnice czy też ptasią kupę na głowie. Dlatego, że razem z Tobą maszeruje pewna słodka dziewczynka, ubranka w sukieneczkę, ze zdartymi kolanami, siniakami i śliwką na czole i ta to właśnie dziewczyneczka powoduje te piękne uśmiechy, które spadają i na ciebie.

To bardzo przyjemne.

kucho - ucho

koko - oko

bu -buzia

pąpe -pępek

kuku - kuku na nodze

drugi - drugi

nny - inny

resztę zapomniałam albo nie było mnie przy tym ;))

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru