niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
środa, 29 czerwca 2005

Wczoraj wracając z pracy do domu napotkałam w samym centrum pewną parę. Ona i Ono. Ona - wyglądała na 50 lat, co oznacza, że pewnie miała 30. Ono było skryte za grubą wełnianą chustką, obszernym swetrem zapiętym na plecach oraz za nieokreśloną ilością ubrań. Ona siedziała po turecku zgięta nad nim. Ono - najprawdopodobnie ssało jej pierś przytulone do niej całym ciałem. Ono było już duże, wiec podejrzewam, że pierś była środkiem zastępczym za inne jedzenie, którego brak.

Rumuni.

Obserwowałam im za szyby autobusu i robiło mi się i smutno, że aż łzy miałam w oczach i złość mnie brała, że w takich czasach dobrobytu takie scenki są na porządku dziennym. Wiem, każdy powie, że to ich wybór, że to lenie, wolą żebrać niż uczciwie pracować. Pomyślcie jednak przez chwilę - czy takie dziecko ma wybór? Od maleńkości przyzwyczajane jest do określonego stylu życia. Myślę, że ten maluch z radością pobrykałby po okolicy ubrany z cienką koszulkę (było naprawdę gorąco). Jednak wszelkie próby poruszenia się z tej niewygodnej żebrzącej pozycji od razu powodowały karcące upominanie matki.

Co sprawia, że dziecko rodzi się tu a nie gdzie indziej? Kosmiczna ruletka? Bach i zamiast urodzić się w kochającej rodzinie, trafiasz jako przedmiot pracy codziennej u cyganów? Albo w Etiopii? Czeczenii? A jak źle trafisz to i tak Ci nikt nie pomoże z powodów 1.politycznych 2.egoistycznych 3.z nietolerancji?

Dla mnie dziecko jest świętością. Ma swoje nienaruszone prawa, które trzeba respektować. I wstyd mi, że w moim społeczeństwie nie jest to pogląd na porządku dziennym. Bez względu czy dotyczy to małego rumuńskiego chłopczyka czy też dziesiąte w kolejności dziecko z praskiej meliny.

Stosunek do dzieci jest miarą naszego człowieczeństwa?

poniedziałek, 27 czerwca 2005

Oświadczam wszem i wobec, że Nuśka jest już prawdziwym Haniołkiem. W sobotę zawarła bowiem bliższą znajomość z ojcem Jurandem i wodą święconą.

Ale od poczatku:

Piątek rano, czyli dzień przed uroczystością dopadł mnie wredny perfekcjonizm w postaci nerwobólu, który złapał mnie za pierś i ani myslał popuścić. Na nic zdało się powtarzanie: "Jestem spokojna, ja się wcale nie denerwuję i nie przejmuję i mam ochotę iść do pracy". Ledwo dotarłam do pracy w towarzystwie wystrojonych szkolniaków spieszących na rozdanie świadectw i wymachujących wiechciem kwiatów dla wychowawczyni. Trochę zazdrościłam im radości i tego niepowtarzalnego uczucia, kiedy całe wakacje lezą u stóp...ale do rzeczy. W pracy było w porządku, kolega troskliwie dał mi środki uspokajające i poczułam się lepiej. W domu czekała na mnie kupa roboty, na którą wcale nie miałam chęci. Za namową więc M. Udaliśmy się we trójkę do kościoła na przedchrzcielną spowiedź (karteczki wrrr).

Szczerze przyznaję, że nie cierpię spowiedzi. Jest to dla mnie coś tak intymnego, że przeznaczonego tylko dla Boskich uszu. Ksiadz wydaje mi się zbędnym pośrednikiem. Nie wiem nawet z czego się spowiadać - cześć grzechów wydaje mi się zbyt infantylna, żeby je wyznawać, części nie żałuję, a jeszcze części po prostu się wstydzę. Powoduje to, że zawsze plączę się w zeznaniach niczym przydrożny pijaczek plotę co mi ślina na język przyniesie i czekam co Xiadz na to powie. Nakrzyczy? Oleje? Powie coś madrego i ważnego? Na ogół jednak słyszę parę banalnych słów i już słyszę pukanie. I wcale nie czuję się przez to lżejsza.

W każdym razie Nuśce bardzo spodobało się w kościele - było chłodno, przytulnie a ludzie śpiewali tak pięknie, że Mała zasnęła zanim jeszcze zdążyłam dojść do konfesjonału (kolejka była długa i prawie wszyscy z karteczkami :).

Piątkowa noc to robota, gotowanie, pieczenie, sprzatanie. Ale przewińmy taśmę do przodu. Już jest rano,cudowna pogoda, już jesteśmy w pięknym barokowym kościółku jest uśmiechniety ksiądz, najbliższa rodzinka, przejęta siostrzenica Zosia, są chrzestni, jest w końcu zaciekawiona Nuśka. Chrzest przebiegł bardzo spokojnie, Hania nawet nie pisneła, że polewano ją po głowie. Bardzo podobał jej ołtarz, pełen barokowych zdobień i złoceń oraz śpiewy natchnionego acz fałszującego kościelnego. Ojciec Jurand, udzielajacy chrztu okazał się być przesympatyczny. Za każdym razem gdy podchodził do nas, zagadywał do Hani a na końcu złozył nam życzenia. Nuśce też się spodobał: podczas egzorcyzów złapała go za ręce i łągodnie odstawiła jakby chciała powiedzieć: "ależ naprawdę nie trzeba, ja już jestem Haniołkiem".Na koniec zaś z zainteresowaniem dotykała jego szaty, aż się przeraziłam się, że ją ciągnie do tego zawodu ;))

Podsumowując: było pięknie!

Przyznam się, że podobało mi się, że kościółek był mały, piękny i przytulny (nasz ślubny), ze Hanusia była jedyną gwiazdą ku zachwycie publiczności (czyli starszych pań, którym o 8 rano w sobotę chce się przyjść do kościoła oraz zgromadzonej rodziny). Było kameralnie i bardzo sympatycznie, rodzina się zintegrowała. Hania dostała piękne prezenty za które jeszcze raz gorąco dziękujemy. Śniadaie też podobno się udało i dostałam nawet zamówienie na chrzciny Skoczka, który jest jeszcze z brzuchu mojej siostry :))

A teraz oby do komuni!!!

czwartek, 23 czerwca 2005

To teraz w ramach niespodzianki dwa zdjecia. Dwie osoby.Mama i córka. A może odwrotnie. Podobne?

środa, 22 czerwca 2005

No dobra, przyznaję się,to dziś. To dziś mogę oficjalnie powiedzieć, że jestem bogatsza o rok doświadczeń, mądrzejsza o 365 dni albo taką przynajmniej mam nadzieję. Dzisiaj czekam na wyznania miłości i uczucia, kwiaty i uśmiechy ;)) Marzy mi się, że M. porwie mnie gdzieś na miasto w ramach niespodzianki, ale chyba na to liczyć nie mogę (powiedział, że mamy zająć się chrzcinami). Może sama pobuszuję po mieście w ramach spontanicznej przyjemności? Wielki sklep z książkami i kawa - to na mnie działa!

A jako matka chcę w tym dniu podziękować mojej mamie, że sie namęczyła, nanosiła, nastękała. Mamo - warto było! ;)))

wtorek, 21 czerwca 2005

Przygotowania do chrztu ruszyły pełną parą. Oznacza to, że po nocach mi się śni, że się spóźniliśmy na chrzest, że nie ma jedzenia, że ubranko zaginęło, ufff. Rano budzę sie uspokojona, że jeszcze cała ta zabawa przede mną. W weekend mieliśmy walne zgromadzenie rodzinne w osobie dwóch prezesów, czyli mnie i M. i ustaliliśmy ustawienie stołów i osób.Niestety wciąż brakuje miejsc, a chciałoby sie zaprosić i nianię i ukochaną ciocię Hani czyli Lui i innych bliskich.Czuję sie jak matka wydająca córkę za mąż - bo muszę skompletować zastawę na 14 osób, a to widelczyki a to talerzyki a to szklaneczki. Dobrze, że haftowanie piernatów tym razem odpada :)

Trudniejsze wydaje mi sie skompletowanie menu, bo z niego wciąż nie jestem zadowolona, a zdanie sie na moje umiejętności kulinarne przy tylu osobach i takiej powadze uroczystości wydaje mi sie ryzykiem podobnym do skoku do basenu z wodą po kolana. W końcu to moja pierwsza tak poważna impreza, a jak coś moze nie wyjść to na ogół nie wychodzi.

Na szczęście dzieki pomocy Teściowej mamy sukieneczkę dla Hanioła, dzięki własnym zasługom mamy dziecko, a więc najważniejsze podmioty chrztu są. Jeszcze spotkamy sie z chrzestnym, żeby oswoił się nieco z Hanią, bo pewnie będzie ją trzymał podczas uroczystości. Jego przejęcie całą uroczystością oraz tym wyróżnieniem sprawiło mi niekłamaną radość. Robert- dużo zdrówka życzę!

A w niedzielę zrobiliśmy pierwsze większe zakupy z myślą o chrzcinach. W rozpakowywaniu brała udział cała rodzina - M. chował napoje na specjalną półeczkę, ja układałam słoiczki z jedzeniem dziecięcym, Hania siedząc na podłodze robiła przegląd zakupów niczym rosyjski celnik, wyjmując rzeczy z siatek i wkładając je do buzi. Dzielnie towarzyszyła jej w tym Sroka, której jedną z namiętności są miski, pudełka i inne pojemniki, w które można wleźć.Kotka czekała więc, aż zwolni sie miejsce w kratce, w której M. przyniósł zakupy z samochodu i już zapobiegawczo wciskała sie w wąskie szczeliny, jakie powstały po wyjeciu pierwszej parti towaru. Wszystkiemu z wysokości stołka barowego przyglądała sie Gruba, jak zwykle ze stoickim spokojem, ale też z uwagą śledziła co też wyłania sie z torebek. Konkretnie jej wzrok wyostrzał sie na puszkach w kolorze zielonym, czasami fioletowym.

Nie ma to jak rodzina w komplecie!

poniedziałek, 20 czerwca 2005
  1. Złap najbliższą książkę.
  2. Otwórz ją na 123 stronie.
  3. Znajdź piąte zdanie.
  4. Obublikuj je na swoim blogu razem z tą instrukcją.
  5. Nie szukaj najfajniejszej książki jaką można znaleźć. Użyj tej, która faktycznie leży najbliżej Ciebie.

Mnóstwo książek obok mnie, całe półki i nie wiem już, która jest nabliżej, skoro wszystkie patrzą na mnie grzbietami aż proszącymi się o dotyk delikatnych dłoni. Wzięłam wiec do ręki ksiażkę, która przynosi mi ukojenie w rozchwianiu, w zbyt przyziemnej dreptaninie. Mała pigułka skromności, duchowości i radości życia. I jeszcze miłości, czystej i prostej i prawdziwej. Ale dość o tym. Zdanie brzmi:

"danach stille gewonhlich also schier unertraeglich"

Bo książka jest niemiecko-polska i nieparzyste strony są właśnie po niemiecku. Konia z rzędem temu, co rozpozna te słowa, chociaz po polsku pewnie nikt nie miałby z tym większych problemów. Mam przynajmniej taką nadzieję :)

pamiętajcie, miłość może złapać Was wszędzie :)

niedziela, 19 czerwca 2005

Wczoraj wieczorem przypomniało mi sie, że właśnie minęło 8 lat od naszego pierwszego spojrzenia z M. Jak naprawdę niewiele osób na tym świecie możemy naprawdę powiedzieć, że to było absolutnie pierwsze i stało sie poczatkiem historii, która w tej chwili zakonczyła sie Hanią (a to jeszcze nie koniec). Gdybym ja osiem lat temu wiedziała, jak to sie skończy! W życiu nie przypuszczałam, że moje szaleństwa młodości zmierzają na pewną ścieżkę stabilizacji. A potem były przegadane do rana noce, pierwsze nieśmiałe dotknięcia ręki, wspólne mieszkanie z ciasnym tapczanikiem wbrew rodzinie M., w końcu własne cztery odrapane ściany i szczęsliwe życie w prawie pustym mieszkaniu.

I tak sie zastanawiam, czy rzeczywiście prawdziwym szczęściem jest dążenie do celu czy jego osiągnięcie. Może zależy od tego co sie dzieje dalej, co zrobimy z tym co osiągnęliśmy? Na pewno jest mi lepiej teraz, kiedy jestem niezależna i spełniona, kochająca ze wzajemnością. Młodość jest piękna, ale nie tak, jak idealizują to starzy ludzie. Jest poszukiwaniem, czasem całkowitego egozimu, zwątpienia, zagubienia, jest też wolnością. Niczego nie byłam pewna oprócz tego, że wiedziałam, czego nie chcę. Moja niechęć do podporządkowania się układom, grupom oraz wszechobecne uczucie inności; niczego mi nie ułatwiały.

Teraz nie jest mi łatwiej ale lepiej. Mam solidną bazę, zarówno w sobie jak i w najbliższych. I chociaż jak zwykle wiem, ze nic nie wiem, to lepiej się czuję w skórze dzisiejszej Ingi.

piątek, 17 czerwca 2005

Przerażona jestem jak często ociera się o nas śmierć. Jak łatwo można zginąć i to nawet w środku miasta!

http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,2769639.html

Przeraża i dołuje mnie ta tragedia. Nie wyobrażam sobie, co czują jej najbliźsi, zwłaszcza mały synek, który prawie był świadkiem zdarzenia.Chłopczyk widział co sie zdarzyło, a potem czekał parę godzin w świetlicy zanosząc się od płaczu, bo tak naprawdę nie wiedział, co się stało z jego mamą. Roztrzęsiony ojciec musial później zapomnieć o własnej stracie i stać się oparciem dla rozhisteryzowanych dzieci.

Nie śmiem wypowiedzieć na głos swoich własnych lęków,tak bardzo mnie przerażąją. Jedno bym tylko chciała, odejść przed moimi najbliższymi. Ale jeszcze nie teraz.

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru