niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
środa, 26 maja 2010

Dzieci przychodzą na świat już z pewnymi danymi sobie cechami, określonym temperamentem czy typem osobowości. Na nic nasze pobożne życzenia, żeby dziecko było spokojniejsze/bardziej żywe, mniej/bardziej wygadane.

A jednak zawsze postrzegam to też tak, że dzieci pojawiają się na świecie z takim małym, magicznym workiem. W worku tym gromadzą swoje doświadczenia, odczucia, zbierają każdego buziaka, każde przytulenie, każdą chwilę. Taki jeden gest sam w sobie nic nie znaczy, ginie gdzieś w przepastnym woreczku, a jednak tak jak krople tworzą ocean, tak u Dziecka wszystkie rzeczy kumulują się. Kiedyś, w dowolnie wybranej chwili Dziecko bedzie mogło rozwiązać worek i zobaczyć co w nim niesie: miłość bliskich, wiarę w siebie, piękne wesołe chwile z bliskimi, które przechowuje jako skarby, czy też obojętność i nicość. Będzie mogło sprawdzić, czy worek ten dodaje mu sił czy też ciąży niemiłosiernie, spowalnia krok?

Nie wpadam w paranoję czy przesadę, bo zdarzają mi się gorsze dni, zniecierpliwienie, podniesiony głos czy po prostu brak sił na to, żeby być super matką. Ale gdzieś tam podświadomie wierzę, że każda dobra chwila spędzona razem nie zginie w przestrzeni czasu, tylko stanie się częścią skarbu moich dzieci. Staram się, aby to co jest między nami było dobre, mądre i ciekawe, żeby było odkrywcze, wierzę może naiwnie, że kiedyś to doda im sił. Kiedy słyszę, że Hania świetnie radzi sobie wśród rówieśników, zastanawiam się, na ile jest to sprawa jej osobowości, a na ile pomogło jej moje/nasze wsparcie.

Nie ma to nic wspólnego z inwestowaniem: skarby te Dziecko gromadzi dla siebie, dla niego właśnie będą drogowskazem i początkiem własnej drogi.

Ciekawa jestem też, które chwile moje dzieci będą wspominać szczególnie czule, które to dni zapadną im w pamięć tak mocno, że będą światłem aż do późnej starości. Hania czasem przypomina sobie coś z zamierzchłych czasów, zadziwia mnie jej pamięć. I tak sobie myślę, co jeszcze będzie tą wyjątkową, zapamiętaną chwilą: zwykłe przytulanki w łóżku, rozmowy o życiu, siedzenie na drzewie a może babska wyprawa na wystawę?

piątek, 21 maja 2010

Samodzielność jest trudna, przynajmniej dla początkujących. Bru, typ skrycie ambitny (sam nigdy się do tego nie przyzna), postanowił, że skoro jest dużym chłopakiem, musi wziąć się za siebie i robić to, co robią dorośli. I oto od paru dni sam rozbiera się do kąpieli, siada na wysoką ubikację i wyciera się po kąpieli itp.

Dzisiejszego poranka Bru zaskoczył mnie po raz kolejny. Oto bladym świtem (słowo blade chyba odnosi się do mojego zaspanego oblicza) usłyszałam płacz i jęki. "Maamaaa" Maaaaamaaaa" - zawodził Bru a przy każdym jeku zwiększała sie liczba a w słowie mama. -"ojej" - jęknął mój egoizm, który rozpoczął batalię z instyktem macierzyńskim.- " Wstawać czy nie wstawać, do budzika jest jeszcze sporo czasu, a Bru ma zwyczaj wzywać rodzicielkę z powodu błahych spraw". W wyniku kompromisu zawołałam "Bruuunio, chodź do mnie, jestem w sypialni, chodź synku!!". Po długich namowach Bru objawił się w przedpokoju.... golusieńki niczym święty turecki (swoją drogą, ciekawe co to za święty?). Co się okazało: Bru postanowił, jak przystało na dużego chłopaka, sam sie ubrać. Wlazł na szafę, wyjął sobie prawie wszystkie części ubrania, ułozył je w łazience, tak jak ja to robię, rozebrał sie, ale utknął na zakładaniu bluzki. Próbował, próbował, ale nie wyszło. W końcu pokonany przez własną ambicję przyszedł do mamy po pomoc. Wzruszyło mnie, że postanowił mnie nie budzić, tylko samemu zająć się sobą.

Szkoda tylko, że argumenty, że duże chłopaki i dorośli zjadają kotlety i kiełbasy i obiady w ogóle, jakoś nie trafiają mu do przekonania...

14:59, ingutka
Link Komentarze (3) »
środa, 19 maja 2010

Wytworzył się u nas pewien poranny zwyczaj. M. wychodzi wcześnie rano do pracy, a ja zajmuję sie dziećmi i odpowadzam gdzie trzeba. Najpierw lunatykuję w kierunku porannej kawy, którą raz na ruski rok udaje mi się wypić do końca, a potem dzieje się, wiadomo - poranny młyn, wyzwanie rodzicielstwa. Do ulubionych porannych zwyczajów dzieci należy opowiadanie bajek przez mamę- oczywiście wymyślonej przez nią samą. Takie bajki na zamówienie. Opowieści towarzyszą porannego zjadaniu kaszki i chociaż mają przyspieszyć bieg akcji, często ją spowalniają. Bowiem opowieści Mamy sa wciągające jak żadne inne i każde chce wiedzieć, co było dalej?

I tak to, o godzinie 7 rano, z zdecydowanym dołku intelektualnym, snuję opowieści o pewnej rodzinie koparek (w której jest i synek i córeczka) lub o dzielnej Wywrotce. To ulubione opowieści Brunia, Hania zaś woli moje opowieści o śmiesznym Smoku Baltazarze i Smoczycy Lukrecji. Co rano trwa spór, o czym mam opowiadać, podczas gdy ja chętnie schowałabym głowę pod kołdrę. Sama wolę opowieści o smokach, gdyż zakres przygód rozszerza sie znacząco a można i wrzucić dużo humoru, tak niezbędnego w opowieściach dla dzieci.

Wieczorem role się zamieniają. Codziennie przed spaniem, oprócz czytania książki, muszę zaśpiewać Bruniowi kołysankę, a on zainspirowany jej słowami, opowiada mi zmyślone historię (z Hanią omawiamy co się wydarzyło, co nas czeka, tzw. rozmowy o życiu). Zaczęło sie od zaskakująco sprytnych komentarzy:

Ja: ....jeśli gwiazdkę z nieba chcesz, dostaniesz...

Brunio: Mama, a ja nie dostałem gwiazdki, dlaczego?

Ja: ...wiec dlaczego nie chcesz spaaaać!

Brunio: ja nie chcę spać?

A potem już rozwinęły się opowieści, bo ulubiona zwrotka Brunia dotyczy księżyca. I oto co się dowiedziałam: Księżyc przed spaniem zjada na kolację chmurkę (waniliową), kąpie się w morzu (ma dłuuugie nogi), ogląda bajką w malutkim tewizorku o zepsutych samochodach, bo taką lubi, a potem idzie spać. Historie rozwijane sa na ogół niczym z kłębuszka, bo co jak co, ale Brunek nie lubi chodzić spać. Znacznie lepiej jest leżeć z mamą i gadać na ciekawe tematy. Tylko mama coś śpiąca dziwnie - ostatnio Brunek spojrzał na moje ziewanie ze zrozumieniem i powiedział" O Mamusiu, jesteś bardzo zmęczona!". Nie mógł tylko zrozumieć, że skoro jestem zmęczona chcę opuścić jego wygodne łóżko i ciekawe opowieści. I ja miałam wtedy ochotę zasnać. Cóż, jedna z trudności macierzyńśtwa to właśnie walka ze snem. Nieustająca.  

poniedziałek, 10 maja 2010

Zastanawiam się nad zmianami i dojrzewam do decyzji, żeby zamknąć bloga. Chcę, żeby był bardziej prywatny, dla bliskich, przyjaciół, znajomych. Pisanie ze świadomością, że nie wiadomo, kto to może czytać i w jakim celu wykorzystywać, jednak ogranicza. A jest to blog o moich dzieciach, dla mnie i dla nich.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam, zgłoszenia do końca tygodnia (później na adres gazetowy) - proszę o informacje w komentarzach, kto chciałby dostać kluczyk.  

Zapraszam.

PS. Dopisek. z uwagi na ciągle pojawiające się zgłoszenia, przedłużam czas na zgłoszenia, przypominam o podaniu adresu e-mailowego. I bardzo, bardzo dziękuję za miłe słowa, Wasze duże zainteresowanie mnie zaskoczyło. A póki co - nowa notka :)

wtorek, 04 maja 2010
Dzień był deszczowy, na szczęście ciepły i typowo wiosenny. Pod wieczór niebo przejaśniło się, w związku z czym postanowiliśmy pójść na Kaloszowy Spacer. Polega on na tym, w odróżnieniu od innych, że każdy ma na sobie kalosze, łazimy po najdziwniejszych miejscach i obowiązkowo zaliczamy kałuże. Jedne są jak jeziora, inne jak rzeki, a środkiem ich sunie Brunio, młody zdobywca. Ja idę po chodniku, niemal odurzona słodkim powietrzem. Takie jest tylko w maju, kiedy to przyroda jakby na sygnał wybucha roślinnością. Dopiero co pokazały się listki, a tu widzę kwitnące bzy, jabłonie, czeremchy chyba nawet. Wszystko jest takie świeże, głowę mam wiec zawieszoną w chmurach. Hania jak szalona kręci kółka w kaloszach na rowerku z dwoma tylko kółkami. A Brunio patrzy na mnie i woła:
- Mama, chodź do kałuży!
- Nie, Bruniu, nie chcę!
- Mama, boisz się?  - Ha, w sumie synek ma rację, jaki może być inny powód, żeby w taki piękny wieczór nie wejść z kryształowo czystą kałużę? Poza tym wie chyba jak zmotywować nieustraszoną zdobywczynię canioningu, której i bungee nie straszne. W końcu wskakuję też do kałuży, a po głowie mi chodzi wierszyk Danuty Wawiłow "Kałużyści". Po chwili ostry pomarańcz zachodzącego słońca przechodzi w rozmyty róż i on też topi się w kałuży, tuż obok moich wielkich butów. I czuję, że po prostu jest pięknie!
Wysadzamy Bruńka na trawę. Ponieważ to z miarę nowa umiejętność, chwalimy chłopaka motywacyjnie:
- ale super, ale dużo siuśków
Bruno: Tak, cała rodzina siusiek!
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru