niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
piątek, 29 maja 2009

W ramach nowych rekordów i wyzwań: wczoraj miałam samodzielnie pod opieką 5 (słownie: pięcioro) dzięci. Było zadziwiająco dobrze, bo dzieci utworzyły Grupę z podgrup wiekowych (Starszaki, Juniory, Bru) poruszającą sie ruchem niejednostajnie przyspieszonym. Musiałam przede wszystkim panować, aby powstałe w ten sposób Tornado znajdowało sie w miarę w jednym miejsu i nie narobiło szkód sobie oraz otoczeniu ani żeby nie osłabło na mocy (jedzenie, picie). Wieczór zleciał jak z bicza trzasnął, a ja mogłam przetestować następujące umiejętności

- podzielność uwagi, empatyczność, koncentracja przy słuchaniu relacji z wielu źródeł jednocześnie;

-  rozwiązywanie konfliktów w grupie w aksamitnych rękawiczkach tak, aby nikt nie poczuł sie wyalienowany (Ciociu, a Bruno bawi się stołem dla lalki, Ciociu, a Hania powiedziała, że ..., )

- umiejętność bycia w wielu miejscach jednocześnie, którą to umiejętność zdawałoby sie niemożliwą, opanowuje większość matek posiadających więcej niż jedno dziecko (objawia się m.in. rozbieganym wzrokiem);

- zarządzanie własnymi rękami pod presją czasu (Ciociu, poproszę jeszcze drugą kanapkę, a dla mnie mleko, a ja jeszcze keczapu poproszę i drugą parówkę = kolacja dla wielu gąb jednocześnie)

Było wesoło, Zosia wlazła w kolorowy tunel i udawała potwora - kosmitę, który wysysał reszcie mózgi goniąc je po salonie ;) dzieciaki przerobiły wszelkie możliwe zabawy, m.in. konikami, lalkami, zabawę w pocztę, w osiołka czy w dom i wreszcie na koniec odpoczywały przy ostatnio ulubionym filmie Hani "Mój sąsiad Totoro". Ja poczułam się jak matka w rodzinie wielodzietnej, M. który dołączył do mnie nieco później również. Wieczór zaliczamy do udanych, ale nie zmieniamy postanowienia, ze zostajemy przy naszej dwójce :)

czwartek, 28 maja 2009

"Dzień Mamy" trwał u mnie dwa dni, a zaczął się zupełnie zwyczajnie. Bru ma zapalenie gardła, dostaje antybiotyk, co powoduje biegunkę, tak wiec po powrocie z pracy dostałam zadanie wykąpanie i przebranie synka w trybie natychmiastowym. Bru na tę chwilę wybrał dla mamy przedstawienie pt. "bunt dwulatka", nie chciał dac się rozebrać, a z wanny co i raz chciał wyjść, stanęło wiec na tym, że myłam go z jedną nogą położoną na krawędzi wanny. Tak samo ciężko było z ubieraniem, a zapewniam, że mały byczek sil ma sporo i umie się wykręcać niczym najzwinniejsza śruba. Na szczęście ubrany znowu stał sie tym radosnym chłopcem, jaki jest na codzień.

Wieczór szybko zmienił się w noc i przyszła pora spania. Hania znalazła sobie pretekst do rozpaczy, nie mogła bowiem zdecydować, kto powinien ją wytrzeć, a w zasadzie stwierdziła, że nalepiej jak zrobi to i tata i mama. Bru za to położony do łóżka o późnej porze postanowił dla mamusi wystawić przedstawienie "zobacz, jakiego rozkosznego i wesołego masz synka". Przychodziłam wiec parę razy, opowiadałam, że wszyscy śpią, że Hania, że kotki i psy śpią, że kury, kozy i wszystkie inne mi znane zwierzęta. Na wpół śpiący Bru zapytał jeszcze czy "auto śpi?", a zapewniony, że tak i owszem, przymknął oczy i wyglądał, jakby zasypiał. Parę minut później rozwiał moje złudzenia głośnym wrzaskiem. W końcu uległam mu, dostał lekarstwo przeciwbólowe (zapisane doraźnie przez lekarza na czerwone gardło), ale Synusiowi tak spodobała sie ta przerwa, że złapał książkę i zaczął ją oglądać. Na moje próby "Chodz do łóżka, musisz iść spać", rzekł "nie idziem, citam" i pogrążył się w lekturze komentując głośno oglądane obrazki. Ech, artysta z niego.

Na szczęście następnego dnia Hania miała występ z myślą o mamach i tatach. Pracowite panie przedszkolanki przygotowały wraz z dziećmi spektakl o porach roku. Hania, przebrana za Panią Zimę, pięknie deklamowała swój wierszyk, a ja czułam wielką dumę i czułość, kiedy na nią patrzyłam. Kiedy dzieci zaczeły śpiewać "kocham Cię mamo, wiem, że Ty czujesz to samo", rozkleiłam sie już na całego, łzy stanęły mi w oczach. Te piękne słowa, przejęte dzieci, które z powagą deklamowały tak ważne kwestie. Takie małe szkraby, ale w nich było uczucia. Ech, stara jestem, wzrusza mnie to, a jak jeszcze pomyślę, że niedługo i Brunek bedzie tak występował, to już może wreszcie zaiwestuję w chusteczkę ;) a przecież ja nie płaczę na ogół.

I jeszcze dostałam laurkę i piękny prezent od dzieci załatwiony rękami taty - koszyk na rower :) A za parę lat będę sobie spokojnie siedzieć w wymarzonym fotelu, na który na razie nie starcza mi funduszy i będę zbierać hołdy od dzieci ;) taką przynajmniej mam nadzieję :D

wtorek, 26 maja 2009

Pragnę sprostować i stwierdzić wszem i wobec, że moje dzieci najzupełniej normalne są i swoje konflikty mają. Może nie piszę o tym ciągle, ale jak to u dzieciaków bywa zdarzają się i między nimi jakieś problemy.

Hania zabiera coś Brunowi. Bruno zabiera coś Hani. Brunio niszczy Hani wieżę z klocków. Hania chce jechać w wózku Brunia, kiedy on tam siedzi. Przy poważniejszych sprawach jedno odpycha drugie, a nawet zdarzało się, że Bru gryzł Hanię. Jakiś czas potem na ciele Bru odkryliśmy czerwone ślady, które dokładnie odpowiadały odciskom zębów Hani.

Kiedy są razem w domu, na ogół słychać co jakiś czas dźwięki, narzekanie i jęczenie, albo narzekanie " Oj, Brunooo.." albo słychać męski pisk synka. Hania przybiega i mówi: "Mama, a Brunio rozmontowuje komputer!".

To jest ich codziennością. Jednak założyłam, że tak będzie, że dwoje dzieci z małą różnicą wieku ma prawo mieć swoje sprawy, swoje konflikty, musza sie nauczyć ze soba dogadywać, nauczyć, że przewaga siłowa nie popłaca, że to co sie komus daje, to do nas wraca. Dlatego staram się nie narzekać na to, traktuję to jak oczywistość, tak jak, że podczas deszczu jest mokro. Oczywiście nie raz marzy mi się chociaż chwila spokoju dla pozbierania myśli albo bez sprawdzania, co tam znowu zmajstrowały Tajfuny lub kto komu co zabrał i kto pierwszy się czymś bawił.

W ogólnym rachunku jednak znacznie bardziej cieszy mnie, jak bardzo zżyta jest ta dwójka, jak dużo sobie nawzajem dają. Hania oddaje swoją ulubioną zabawkę Bruniowi, żeby i on się nią nacieszył. Bruno rozdzielony od Hani piętrem szuka wszędzie siostry. Konflikty kończa się na ogół przytulaniem, Brunio rozkłada ręce i przytula Hanię i po chwili jest gotowy do dalszej, wspólnej zabawy, nigdy nie jest pamietliwy. Hania całuje go i troszczy się o niego jak mama. Wie, że jest maluszkiem "wiesz mamusiu, ja na razie o Bruniu mówię "braciszek", bo on jest mały. Dopiero jak będzie duży, to będę o nim mówić "brat". Tajfuny wszystko lubią robić razem, jeść to samo, odkrywać wspólnie. Bruno pilnie się od Hani wszystkiego uczy, od drobnych gestów, po nawyki (gumki, spinki, opaski) a na piosenkach i jeździe na rowerze skończywszy.

Mamy więc i swoje uciążliwości związane z ich relacjami, ale parafrazując to jak to kiedyś powiedziano, najwazniejsze, żeby minusy nie przesłoniły nam plusów. Obserwowanie tej dwójki, współdziałanie i oddanie wzajemne naszych Tajfunów daje nam mnóstwo satysfakcji, uśmiechów i wymiany szybkich spojrzeń między nami. Spojrzeń mówiących " naprawdę fajne te nasze dzieciaki!". Tego się trzymam na codzień :)

czwartek, 21 maja 2009

Na wstępie napiszę, że Hania chodzi do bardzo dobrego przedszkola - panie są opiekuńcze i miłe i Hanka lubi tam chodzić i jestem z niego zadowolona, zeby nie było wątpliwości (nogdy nie wiadomo, kto to czyta ;)

Wydaje mi się tylko, że przedszkole to istnieje w zupełnie innym wymiarze czasowym, razem z dziećmi i ich rodzicami. Świat, w którym czas biegnie zupełnie inaczej, wolniej, przycinany i ustawiany do woli.

Oto zbliża się maj i czerwiec, kumulacja różnych świąt matek, dzieci, ojców, zakończeń roków i innych takich. Dzieci uczą się pokornie wierszyków, matki latają po sklepach i ciucholandach w poszukiwaniach odpowiednich strojów.

Co jednak jest najbardziej charakterystyczne - wszelkie święta odbywają się w ciągu typowego dnia pracy w tygodniu roboczym. Najczęściej o godz.15. Co dziwi mnie zawsze, informacja o takiej godzinie nie wywołuje w rodzicach żadnego popłochu, zmartwienia jak tu się zwolnić z pracy, żeby na 15 był już na drugim końcu miasta, co szef na to. Wprost przeciwnie, zawsze znajdują się matki, które przychodzą przed uroczystością, żeby zrobić sałatki, zgłaszają się tatusiowie, którzy na pikniku rodzinnym będa pilnować grilla. Nie ma z tym problemu.

W moim świecie M. musi dotrzeć ok.7:40 do pracy, żeby wyjść wcześniej z pracy - to jest o 17. Oznacza to, że około 18 będzie w domu. Wcześniej. W moim świecie M. musi wziąc wolny dzień, żeby być na takiej uroczystości juz o 15. O ile dobrze wybierze, który dzień ( zakończenie roku czy piknik rodzinny) i o ile dostanie wolne w pracy. Ja też nie mam takiej możliwości, żeby wychodzić sobie kiedy chcę i ile wcześniej chcę. Wiem, że występ zdarza się rzadko, że panie nie chcą pracować po godzinach, ale swoje zobowiązania się ma i to nie jest żadne widzimisie, tylko konieczność. Z drugiej zaś strony dziecko czeka, że rodzice przyjdą, że zobaczą, że będą dumni...

W moim przedszkolnym kosmosie nie ma z tym problemów. Dzieci w większości odbierane sa koło godziny 15 i to nie tylko przez dziadków czy ofiarne babcie. O godzinie 16:30, kiedy to oficjalnie kończę pracę, w przedszkolu są już niedobitki, zbieranina z wielu grup tych nielicznych dzieci, których rodzice pracują przynajmniej do 16.

Naprawdę, chciałabym pracować do 14 czy 15 i móc kroić sałatki, odbierać dziecko z przedszkola, mieć czas na załatwienie spraw, zakupy i przećwiczenie wierszyka. Szkoda tylko, że w moim kosmosie praca jest tylko na cały etat, na ogół do 17 (ale zdarzają się u koleżanek i francuskie firmy, które mają obowiązkową godzinnę przerwę na lunch, w związku z czym pracuje się zawsze do 18), a fakt bycia matką nie jest wymówką do wcześniejszych wyjść z pracy, tylko obliguje do większego wysiłku, sprawności, żeby dać radę ze wszystkim nawet po cięzkiej nocy.

środa, 20 maja 2009

Już środa na pokładzie, a ja tymczasem napisać o weekendzie. Trzeba sie wszak skupiać na pozytywnych aspektach. Weekend mieliśmy, jak sie można łatwo domyśleć - udany.

Tajfuny moje, które na codzień musza ograniczać swoja przestrzeń do przedszkola (Hania) bądź też spacerów z Ciocią (Brun), uwielbiają wszelkie wyprawy. Byle gdzie, byle jak, byle razem. Wyprawa to hasło klucz, na jego dżwięk Hania skacze z radości wysoko do góry a Bru leci po buty.

Tym razem skorzystaliśmy z uroków stolycy i z szerokiej oferty pikników i festynów. Wybraliśmy się na święto Holandii "O Holender", które schowało się w przytulnej uliczce imienia Kubusia Puchatka. Ludzi przybyło mnóstwo, ale atrakcji też trochę sie zmieściło na małej przestrzeni. Hania łaziła na mini-szczudłach, jak je nazwała - doniczkach, jeżdziła na hulajnodze, rysowała. Brunek po prostu wszystkiemu się przylądał, zafascynowany kolorowo-pomarańczowym tłumem. Żałowałam tylko, że na festynie nie było nic do jedzenia obiadowego, czym moglibyśmy zapchać dziecięce brzuchy. Opuściliśmy wiec holenderski zakątek i po krótkiej przerwie na posiłek trafiliśmy na święto czerwonego nosa fundacji dr clown. Brunek, po obaleniu butli oraz paru frytek z bułą, zażądał drzemki - wlazł do swojego wózka, ułożył się wygodnie i po prostu zasnął. Ani rozmowy ani głośna muzyka dobiegająca z głośników, nie była w stanie go obudzic. Hani za to sympatyczna pani namalowała na policzkach serduszka, z czego Hania była bardzo dumna.

Ech, przyjemnie było, najbardziej podobał mi się ten luz, ta swoboda, że nic nie trzeba, że nigdzie się nie spieszymy. Tak mało tego na codzień. A jeśli już jestem w domu i mam chwilę, żal mi jej zmarnować na nicnierobienie. Ciągle mam wrażenie, że tyle jest do zrobienia, do ogarnięcia, szkoda czasu na nic. Trzeba dopiero wybyć z domu, żeby nie musieć robić.

Z innych zajęć: prawie codziennie M. ćwiczy z Hanią jazdę na rowerze, hamowanie, planujemy odkręcenie kółek. A Bru, rozdzielony z Hanią podczas jej pobytu na basenie, okazał sie być wzorem grzeczności podczas moich zakupów w dzielnicy. Jakie to spokojne dziecko jest, jak nie ma towarzystwa :)

piątek, 15 maja 2009

Kolejny ranek, kolejna wcześniejsza pobudka, w sumie nie powinnam się dziwić, ale nawet i mały, goły człowiek może uczynić jeszcze krok dalej, zeby zaskoczyć matkę. Cóż, ani to czas ani miejsce na opisywanie takich rzeczy, ale zakończę temat, że niewyspana jestem okrutnie. Nie rozumiem, dlaczego nikt nie wprowadził worków pod oczami do mody, mogłabym poszpanować :)

Na wczorajszym zebraniu w przedszkolu dowiedziałam się, że w zasadzie przedszkole zamknięte jest przez dwa letnie miesiące. Owszem, są dwa okresy(po 2 tyg.), w których dyżury pełnią inne przedszola w dzielnicy, ale jest to typowa przechowalnia - obca pani, obce dzieci i stres dla maluchów. I bądź tu teraz, rodzicu pracujący mądry i wymyśl dzięcięciu swojemu rozrywkę i zajęcie na dwa miesiące. Nie każdy ma przecież oddane babcie na emeryturze. Bosko, czy wspominałam już, że uwielbiam polską politykę prorodzinną? Wiadomo: najważniejsze urodzić, a potem radzić sobie samemu. A może do pracy powinnam brać Hanię i od małego wdrażać ją do roboty, żyjemy wszak w kapitaliźmie?

Na zebraniu dowiedziałam się też, że dzieci mają teraz taki etap, że wyjątkowo głośne są, że tupią nogami, że chcą stawiać na swoim. Wiem o tym świetnie z autopsji, czasem wydaje mi się, że wrzaski to staroplemienny język, jakim porozumiewają się dzieci. I nie ma znaczenia, że na ogół nie oznacza on niczego złego, gardło dzieci moje musza przeczyszczać codziennie. Po solennych obietnicach poprawy "Mamusiu, ja już nie będę!" wystarczy wyjść do drugiego pokoju, by na nowo usłyszeć ultra-dźwięki. O buczeniu i marudzeniu juz nie wspominając, chociaż walczę i tłumaczę to wciąż jęczenie jest środkiem komunikacji z rodzicami. Odruch jakiś?

Bru w krytycznych momentach nie jęczy. Bru rozpacza, płacze, wyje cieniutko, a rozzłoszczony rzuca się na podłogę, układa swoje ciało niczym model na ASP i łka efektownie, szukając przejęcia w naszych oczach. Czasem, gdy znudzi mu się szoł, wstaje, otrzepuje spodnie i idzie do roboty. Bo ogólnie chłopiec jest wyjątkowo pogodny.

Kończę już, bo zaraz zasnę nad monitorem. A może by tak trzecią kawę sobie zrobić, tylko czy pomoże? Ech by tak pół godzinki snu...Ech, marudzę jak wspomniana wyżej Przedszkolaczka, może to też jakiś etap rozwojowy ;)

czwartek, 14 maja 2009

Jak bardzo aktywne i pełne niespodzianek mogą być poranki, wiedzą głównie dzieciate rodziny.

6:15. Słyszę odgłos uchylanych drzwi do sypialni (śpię czujnie, w końcu to ja trzymam wszystkie nocne dyżury), po chwili w drzwiach ukazuje się uśmiechnięta twarz Hani:

- Mamusiu, ja już się wyspałam i nie mogę zasnąć!

To zupełnie przeciwnie niż ja, połozyłam się po północy i miałam parę pobudek przez ząbkującego i gorączkującego Bruna. Zupełnie się nie wyspałam, a zasnęłabym w sekundę, gdyby dać mi tylko taką szansę. Ech, te szczęśliwe dzieciaki, co mogą wyspać się po brzegi w tę i w tamtą stronę! Jęczę cicho i biorąc Hanię na litość wołam: "Haniu, ja jeszcze śpię, połóż się i poczytaj swoje książeczki". Na szczęście kochane dziecko daje mamie chwilę wolnego, wiec leżę nieprzytomna w oczekiwaniu na sen, który jakoś dziwnie nie może nadejść. A może to przeczucie?

Niedługo potem rozległa się bowiem marudzenie i zrzędzenie. Tym razem to Brun, widać zbudził się i nie może zasnąć bez smoczka, a samodzielne sięgnięcie po niego nie wchodzi w grę, od czego jest w końcu mama? Pan Hrabia czeka zapewne, żebym przesunęła "monio" o te dwa centymetry i umieściła go w odpowiednim momencie w buzi. Wyczłapuję z łóżka z nadzieją na uśpienie małego, otwieram drzwi, a tam wita mnie... radosny golas podskakujący w łóżku. Aż prosiłoby się, żeby zakrzyknął "Niespodzianka!". Stoi w łóżku, pidżama z jednej strony, pielucha z drugiej, na buzi radosny banan, a ja po zebraniu szczęki z podłogi myślę sobie, że chyba jednak nie uda mi się już dzisiaj poleżeć :)

wtorek, 12 maja 2009

Ciepła pora sprzyja podróżom albo przynajmniej myślom o nich. Zresztą dla nas z M. każda pora jest dobra, uwielbiamy się przemieszczać, zwiedzać, odkrywać, leżaki na plaży i wylegiwanie od rana do nocy co rok w tym samym miejscu to nie dla nas. Marzy mi się, żeby i Tajfuny zarazić nasza pasją odkrywania i zwiedzania, dlatego ostatnio ucieszyło mnie, że Hania złapała bakcyla. Podczas pobytu w Suwałkach Hania powiedziała:

H: Wiesz, mamusiu, ja chciałabym mieszkać w tym hotelu na stałe!

Ja: dlaczego, a u nas w domu nie lepiej, nie żal Ci Twojego pokoju?

H: Oj, mama, nasz dom to ja już znam na pamięć, a tu jest tyle nowych miejsc!

I o to w końcu chodzi! Wielokrotnie w ciągu dnia podczas zwiedzania Wigier Hania wzdychała i mówiła: "Mamusiu, a możemy przyjechać tu na wakacje? Tu jest tak fajnie!"W końcu jednak przemyślała sobie temat i przy wyjeździe stwierdziła:

"Wiesz mamo, ja jednak nie chcę tu przyjeżdzać na wakacje. Jest tyle innych miejsc, których jeszcze nie znam, tam lepiej będzie pojechać, bo tu już wszystko widziałam".

Powinnam tez dodać, że z Hani jest naprawdę dzielna podróżniczka. Nie trzeba się martwić o jedzenie, maszeruje dzielnie i pociąga ją każda wyprawa, każde nowe miejsce, choćby i to był park na drugim końcu miasta.

Cieszy mnie ta jej odkryta pasja, którą już widzę też i u Bru, szkoda tylko, ze tak mało czasu mamy na nasze wyprawy. Tak bym wyjechała gdzieś daleko, do ciepłych, obcych krajów albo i gdzieś całkiem blisko. A na razie wakacje idą, a tu nic nie umówione, z jednymi nie możemy zgrać terminów, z innymi znaleźć miejsca, brak możliwości brania urlopów też temu nie sprzyja, pozostaje wiec chyba basen w ogódku i podróże...palcem po mapie. Ale jestem dobrej myśli.  

poniedziałek, 11 maja 2009
Przyszła wiosna, wreszcie zrobiło się ciepło. Niektórzy z tego szczęścia stanęli na głowie, inni pękają ze śmiechu:


Ale wiosna to nie tylko przyjemności. Znowu trzeba kosić trawę, czego niektórzy podejmują się nader chętnie (inni, z M. na czele nie są tak zadowoleni z tego zajęcia ;)


Zajęcia w terenie wiejskim w grupach zainteresowań: jedni rozkładają kramiki i otwierają sklep, inni biorą się za gotowanie:




Po ciężkiej pracy obiad może naprawdę być przyjemnością - ze względu na mamę, która już się nie męczy z niejadkiem, tylko ma małą smakoszkę i z uwagi na ukochaną siostrę - razem weselej :)


A po całym dniu przychodzi zasłużone zmęczenie. Mama na widok synka topi się jak wosk i śpiewa pod nosem "a wszystko te czarne oczy, gdybym ja je miał..". Bo czyż to nie są najpiękniejsze oczy świata?
 

c.d.n.
środa, 06 maja 2009
Pierwszy piękny weekend majowy za nami i był nawet wyjątkowo udany. Cieszę się, że spędziliśmy go we czwórkę, wreszcie razem, bo brakuje mi czasu na beztroskie bycie z rodziną.

Pierwszego dnia zaliczyliśmy wypad rodzinny, miejsce, gdzie każdy jest sobą i robi (prawie) to, co lubi robić najbardziej. Połączone siły dziecięce, pod przywództwem Kaowca Zosi, realizowały najdziwniejsze pomysły. Na środku podwórka stanęły sklepiki z ladami, w których można było kupić najróżniejsze cuda (waluta - zeschłe listki brzozy). Ku mojemu zdumieniu Bruno nie tylko nie rozwalał dziewczynkom kramików, co sam dołączył sie do zabawy i spędził długie chwile bawiąc się spokojnie rondelkami i kubeczkami. Potem były występy artystyczne, konkurs rysunkowy a nawet pierwsze w życiu Hani podchody. Główną atrakcją była jednak "wizyta" naszego Przyjaciela Marcina, który przeleciał nad naszym domkiem samolotem kołując parę razy, aby każdy mógł nacieszyć oczy widokiem samolotu. W dalekiej okolicy słychać było piski zachwytu i wrzaski "panie pilocie, dziura w samolocie!!!". Lubię wyprawy w tamto miejsce, bo to totalna ucieczka od codziennych zmartwień, od cywilizacji, od tego co sztuczne i udawane.

Na kolejne dni zaproszeni zostaliśmy i to calutką rodziną, na ślub i wesele przyjaciółki M. Odbyło się to w sercu północy, w Suwałkach, a impreza naprawdę była wyjątkowa, nie tylko ze względu na Brunia, który swoim donośnym głosem komentował wydarzenia w kościele (O, śpiewa!). Najbardziej podobało mi sie podejście dzieciaków - miałam obawy, czy po długim siedzeniu w samochodzenie, wysiedzą jeszcze na weselu- planowałam spacer i wybieganie, tymczasem okazało się, że moje Tajfuny świetnie odnalazły się w nowym środowisku. Ledwie weszliśmy do restauracji, a one już zajęły sie swoimi sprawami. Były balonowe zabawy, gonitwy, były tańce, nowe przyjaźnie i wspólne odkrywanie zalet takich spotkań. Kiedy wydawało mi się, że za chwilę padną, odpoczywali chwilę, po czym odnowa dawali czadu na parkiecie. Hania tańczyła zupełnie bez nas, nawet z obcym panem, taka z niej tancerka, Bru zaś niestrudzenie oglądał wszystko co było do obejrzenia np. nacisnął chyba wszystkie przyciski w akerdeonie jednego z muzyków. Brali nawet udział w weselnych zabawach! No cóż, to już prawdziwi weterani, to trzecie wesele Brunia, w którym bierze udział, a nie ma przecież jeszcze dwóch lat. Dlatego śmiem twierdzić, że dzieci są naturalnym uczestnikiem wesel, dodają im wiele uroku, a i dla nich jest to wielka atrakcja. Widok Hani pląsającej w złotych pantofelkach i śpiewającej głośno "na lewo, na prawo, w górę i w dół" na środku miejskiego pasażu podczas powrotu do hotelu nocną porą na długo zostanie w mej pamięci. Tak jak widok rozbawionego Bru, który nakręcony weselem, jeszcze długo nie mógł usnąć w swoim łózeczku, szalał, biegał, gadał, śpiewał tuż obok śpiącej Hani. W końcu uspokoiła go ...niemal całkowita destrukcja kosmetyków własnej mamy, zostawionych przez tę nieszczęsną gdzieś w kąciku. Kiedy wreszcie w pokoiku zapadła cisza, oczom moim ukazał się widok uszczęśliwionego, usmarowanego mascarą syna, spiącego słodko oraz podłogi uścielonego resztkami pudru, cieni i tych podobnych. (na marginesie dodam, że kosmetyczka ta jakiś czas temu padła łupem Hani, która to m.in. wsmarowała mi sudocrem do cieni). Chyba muszę przestać sie malować ;)

Następny dzień był już czystą rekreacją. Piękny rejs po jeziorze Wigry (i dwa Tajfuny, dla których na pokładzie było zbyt nudno), zwiedzanie klasztoru, zdobycie wysokiej wieży zegarowej (obydwoje weszli tam o własnych siłach!), spacery, a jako atrakcja dla nas: kartacze zjadane na podwórku gospodyni, która je własnoręcznie przygotowywała. Mniam! O korkach przed stolicą miłosiernie nie wspomnę, ale wydłużyły nam czas powrotu o jakieś 1-2h. Ale to widocznie była cena naszego wypadu, który był warty stania w korkach. Na szczęście ratowaliśmy sie ekranikami, na których puszczaliśmy Hani film "Mój sąsiad Totoro". Daliśmy radę, wspomnienia mamy piękne, zdjęcia też i nawet sękacza dostaliśmy na drogę :)

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru