niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
piątek, 30 maja 2008

Moi Drodzy,

W moich życiu zapanował teraz niejaki Chaos. Nie jest bynajmniej on związany z porywami serca, wprost przeciwnie. Wiąże sie w Wielkim Remontem, który właśnie na dniach się rozpoczyna. Kto przeżył coś takiego, wie, jakie traumatyczne to przeżycie, zwłaszcza gdy sie posiada dwoje dzieci.

W tej chwili w domu nie mamy już drzwi, za to bardzo dużą ilość pyłu, który osiada na wszelkich możliwych rzeczach. Żyjemy życiem publicznym, nie mogąc odgrodzić się drzwiami. We wszelkich możliwych ścianach są dziury, a na podłogach zalegają pudła z częściowo zapakowanymi rzeczami.

Najgorsze przed nami - w weekend musimy popakować wszystkie rzeczy, porozkręcać meble i powynosić je do garazu, a sami wynosimy się z domu.

Tak, chaos to dobre określenie na to, co sie dzieje w mojej głowie...robie coś i po chwili zapominam dlaczego. Jestem potwornie zmęczona. W biegu zamykamy ostatnie sprawy, których jest wyjątkowo dużo. A to drzwi, a to hydraulik a to zdjęcia do paszportów, o których nie można zapomnieć. Dom zamiast przytulną przystanią staje sie poczekalnią, a czas dzielimy na ten teraz i szczęśliwy PoRemoncie.

W związku z tym notki na blogu mogą sie pojawiać rzadziej. Przynajmniej czasowo.

Najbardziej zadowolone z tego są dzieci. Bruno zafascynowany śledzi wszelkie zmiany w domu, towarzyszy odwiedzającym nas ekipom, dostał już nawet ksywkę Inżynier z powodu ogromu ciekawości, cierpliwości i skupienia poświęcanemu wszelkim pracom. Nie mniej interesują go powstałe w domu dziury czy też kawałki gruzu.

Hania za to pyta się ciągle: Mamusiu, czy już jest czerwc? wie, że w czerwcu jej pokój ma być pomalowany na różowo. - Mamusiu, ale pamiętasz, że na jóżowo? i na fioletowo też może, bo ja lubię te kolory, wiesz? Mamusiu, ale musi być na józiowo! Nie mam wyjścia :)

czwartek, 29 maja 2008

Godziny wieczorne, nasz dom. Właśnie przyszło sympatycznych dwóch panów cykliniarzy do oceny podłogi. Stoję obok w kuchni i przygotowuję obiad dla sporej gromadki. Hania staje obok w przedpokoju i woła na całe gardło informująco:

- Mamusiu!! Jakieś Dziady przyszli!!!

***************

Piccassa

Niedziela. Czas popołudniowej drzemki. U Hani w pokoju szybko zapada cisza. Uf...zasnęła, oddychamy z Maużonem z ulgą. Po pół godzinie idę na górę, zaglądam pokoju, a tam patrzy na mnie twarz ...zombi. Uśmiechnieta twarz zombi, żeby być dokładnym.

Co sie okazało? Kreatywne dziecko znalazło farby plakatowe i postanowiło sie nimi pobawić - pod kołdrą, w łóżku. Z braku wody użyło własnej śliny....na twarzy właśnie znajdowała sie czarna farba, na prześcieradle i kołdrze - kolorowy melanż. Na miśku i poduszce  - kolorowe smugi. Na podłodze - kolorowe okruchy ukruszonej farby. na bluzeczce - fantazyjne paluszkowe mazy.

Radość dziecka- bezcenna.

Radość rodzica - do przemilczenia. :) 

wtorek, 27 maja 2008
  • pięknie - okolice Pilicy są naprawdę wyjątkowe, bezkresne łąki obsypane kwiatami, cudne lasy, wiele kilometrów płynięcia bez śladów cywilizacji;
  • wesoło - kiedy sie dobierze fajna grupa, nie potrzeba wiele, szczególnie miło wspominam wspólne śpiewy przy ognisku;
  • leniwie - bo stan wody był bardzo wysoki, a prąd wyjatkowo silny, nie trzeba było dużo wiosłować;
  • zdradziecko - niestety, zwalone drzewa i silny nurt utworzyły zdradzieckie miejsca. W jednym takim miejscu utknął nasz kajak, stanął równolegle do potęznego drzewa i nie wiedzieć kiedy zrobiło się...
  • niebezpiecznie - wpadliśmy do zimnej i ciemnej wody - niestety nie miałam dna, jedyna droga wyjścia prowadziła przed kajak. Niestety, trzeba było się przebić przez wyjątkowo mocny nurt. Spróbowałam raz, drugi, trzeci - bezskutecznie. Przestaszyłam się. W końcu zrozumialam, ze tak naprawdę mogę sie utopić i że muszę zawalczyć, że mogę liczyć tylko na siebie, że nikt nie może mi pomóc. W końcu zmobilizowałam się i..wypłynęłam. Podobno miałam śmierć w oczach.
  • mokro - niestety, do wody wpadły również nasze rzeczy. W związku z tym kolejną dobę spędziliśmy w mokrych sandałach, ja w tiszercie pożyczonym i wilgotnych spodniach a Maużonek w pożyczonych spodniach i bluzie. Reszta rzeczy była do wykręcania, z chlebem na czele :)
  • pouczająco - następnym razem lepiej lepiej zabezpieczemy rzeczy, poza tym a raczej przede wszystkim nabrałam respektu do wody. Tyle lat pływania, żeglowania, ale nigdy chyba nie byłam tak blisko złego rozwiązania. Wydawało by się, że nic zdarzyć sie nie może, a jakie to mylne wrażenie.

Przyznam się na koniec, ze kiedy wstałam następnego dnia rano, przemarznięta i wilgotna i powitała mnie ulewa, która robiła sobie krótkie przerwy, wymiękłam. W końcu powiedziałam dosyć, marzyły mi się suche buty i sweter, który by mnie rozgrzał. Maużon, chociaż chciał zostać, wrócił wraz ze mną. I ta druga część urlopu też była fajna, bo spędziłam ją tak jak chciałam, trochę z maużonem (kolejne kino i wymarzona wizyta w świecie taniej książki) i dużo z dziećmi.

Na koniec optymistycznie - w dziedzinie spływów kajakowych nie powiedziałam ostatniego słowa, nie mam traumy, za to zyskałam nową, piękną ksywkę - Topielec :)

środa, 21 maja 2008

Pukam się po głowie słuchawką od telefonu, wzdycham teatralnie i jęczę, przesyłam małżonkowi informacje o nadchodzących cyklonach, tajfunach i tornadach nad polską, ale nic to nie daje. Słowo się rzekło, kobyłka u płotu.

Zdeklarowałam się, że w tym roku jedziemy z małżonkiem na kajaki i jutro skoro świt wyruszamy. Patrzę przez okno na szare chmury, na deszcz, czuję już to przenikające zimno i myślę, co mnie podkusiło...

Maużonek jest szczęśliwy, że wreszcie sie wyrwiemy, walka z żywiołem (deszczem, zimnem) to dla niego zachęta. A we mnie walczy ta ciekawska świata, odporna na wszystko Turystka ze starą, wygodnicką Babą, która zakopałaby sie pod kocem z nową dostawą książek z biblioteki. A jako matka chce mi sie płakać, nawet - ryczeć - zostawiam dzieciaki pod opiekę Babciom. Bezdzietna sekretarka w wieku wczesnoemerytalnym zdążyła już mi w pracy wygarnąć, że wyrodna ze mnie matka, że dzień w dzień do pracy chodzę, czasu dla dzieci nie mam, a na dni wolne je zostawiam. Chociaż miało nie boleć, to zabolało mnie - same wiecie jak łatwo zranic matkę. To taka moja pięta achillesa. Nie pomogła wizja wspólnego wyjazdu nad morze i do Chorwacji. Ech.

W każdym razie nie ma mnie, proszę tęsknić - o ile ktos to jeszcze czyta! :)

Do poniedziałku!

PS. zapowiedziałam Maużonkowi, że w razie gdy spływ mi dopiecze, tęsknota odbierze radość, to wysiadam w dziczy i wracam nabliższym pekaesem do domu. I to jest krzepiąca perspektywa.

Moje dziecko nie przestaje mnie zadziwiać.

Ostatnio w przedszkolu dowiedziałam się, że Hani miłość przedszkolna kwitnie na całego! Moja nieśmiała, introwertyczna córeczka nadal ma wielbiciela-przyjaciela, nazywanego przez nią "mój Kubuś" w odróżnieniu od drugiego "Kuby". Sądziłam naiwnie, że to takie tam żarciki, zwłaszcza że Hania nic nie chce mówić na ten temat. Tymczasem już podczas krótkiego pobytu w przedszkolu zmieniłam zdanie.

Kubuś nie odstępuje Hani. Podchodzi, głaszcze ją po rączce, po główce, patrzy na nią z uwielbieniem, niczym piesek. Ona, świadoma swoim wdzięków, pozwala na te drobne dowody uczucia wedle własnego widzimisie. Po chwili zaczynają sie bawić w swoją zabawę - ona popycha go, a on z teatralnym gestem przewraca sie na ziemię, przy czym obydwoje zaśmiewają sie do rozpuku. Po chwili powtarzają numer a Kubuś niczym plastelina daje z sobą wszystko zrobic. Pod koniec Hania przytula wielkiego Kubusia a on delikatnie ja tuli.

Para mieszana, wiecznie zakochana ma już swoje nawyki. Przy bajce siedzą jedno koło drugiego i często trzymają sie za ręce. Na leżakowaniu zażyczyli sobie stanowczo, że chcą leżeć koło siebie - cóż było robić?

Nigdy bym tego nie podejrzewała, ale cieszę się, że Hania ma wielbiciela. Niezwykle wzruszająca jest ta przedszkolna miłość. Jeszcze czysta, oparta na wzajemnej sympatii i potrzebie drobnych czułości. On duży i silny, roztkliwia się nad małą i słodką Hanią. Ona ma w nim delikatnego i oddanego przyjaciela. Oby ta przyjaźń przetrwała lata!

poniedziałek, 19 maja 2008

Poza tym jest dobrze. Dzielę to co się dzieje na kawałki i z każdym daję sobie radę albo chociaż sie staram. Rozmawiałam z Maużonem:

- z tym ciężko, z tamtym ciężko, po prostu trzeba być Pudzianem, żeby to wszystko znieść. Strongwoman!

Maużon na to: - raczej Korzeniowskim, życie to gra długodystansowa.

No właśnie, nic dodać, nic ujać. A reszta w kawałkach.

*******

Żyjemy nadchodzącym remontem: Maużon-Pracoholik jest przerażony, że nie zdąży ze wszystkim, wiec dziuruje, wiertarkuje, syfi, pyli, hałasuje i rozwala w domu ile wlezie - w każdej wolnej chwili, w sobotę i w niedzielę i wieczorem i w nocy. Zagonić go nie mozna do siedzenia. Ja za to martwię się, jak to będzie w trakcie. Jak my będziemy mieszkać siostrze na głowie przez miesiąc a może nawet półtora. W jednym pokoju, ze wspólną łazienką, kuchnią. Jak spakowac się na nasza nieobecność, wyprawka dla dzieciaków, dla nas, dokumenty, pościele, ukochane książeczki. Jak zgrać odwożenie dzieci do przedszkola i niani z praca korporacyjną? Jak opróżnić wszystkie powierzchnie w domu do cyklinowania, a przede wszystkim kiedy - z dwójką maluchów na głowie.

**********

Hania dla odmiany ma chore gardło. - Mamo, daj mi ten dobry syropek, mówi Lekomanka, o ten malinowy. Brunio za to urządził konkurs na nadłuższego gluta i ćwiczy całymi dniami...nie wspominając o zębach, które w wyjątkowo okrutny sposób zatruwają mu codzienność.

**********

Ja za to przy takim ciśnieniu mam ochotę zlec się w pozycji poziomej i zniknąć na dobę. Spać, spać, spać albo chociażby leżeć i nic nie musieć. Niestety, życie nie lubi przerw. Trzeba nakarmić domowe stadko, stawić czoło atakującemu ze zdwojoną siłą bałaganowi. W myślach tworzę coraz dłuższe listy ze słowem "trzeba pilnie" np. zrobić zdjecia i wyrobić dzieciom paszporty, pojechać z Hanią do laryngologa, wysłać skierowanie, kupić kociom żarcie, etc. etc. Za to ostatnio cos sobie postanowiłam, ale o tym w jutrzejszej notce.

A na razie - smacznej kawy!

niedziela, 18 maja 2008
Z weekendowym opóźnieniem, ale lepiej późno niż wcale :)

1. Po pierwsze Bruno obchodzi swoje pierwsze imieniny - wszystkiego najlepszego Brunio, dużo pięknych odkryć i przygód,radości i miłości wokoło, bezbolesnego wyjścia pozostałych ząbków oraz miłej współpracy z siostrą :)

2. Bruno kończy 11 miesięcy - ani się obejrzę, jak będzie roczek. Tyle, że za miesiąc będziemy gdzie indziej i a ze względu na remont przełożymy obchody urodzinowe.A teraz, jak co miesiąc, krótki raport:
  • Brunio jest niebywale radosnym dzieckiem, a przede wszystkim, tak jak pisałam, śmiesznym. Od rana do nocy uśmiecha się i śmieje, chichocze i grucha ze śmiechu. Rozśmiesza nas też nieustająco, swoimi minami, gadankami i podejściem do życia. Jest znacznie bardziej asertywny niż Hania, ale też dużo więcej od niej znosi - lubi zamieszanie, ludzi, wyprawy.
  • uwielbia odkrywać świat, ale to chyba typowe. Zauwazyłam jednak u niego (genderowe?) zainteresowanie samochodami, mijanymi na ulicy - wywiesza się wtedy z wózka całym ciałem i ogląda sie za autem, aż ten nie zniknie za rogiem ulicy. Druga jego fascynacja to piłka, uwielbia za nią ganiać po salonie czy też tarasie.
  • umie robić pa pa, kosi łapci, pokazywać szaleństwo. Sam wstaje z przytrzymaniem i raczkuje, wchodzi po schodach na samą górę na raz.
  • jest jadkiem, zjada większość rzeczy bez marudzenia, niestety jest alergikiem i bardzo musimy uważać na to, co mu dajemy.
  • jest z niego Ryb - w wodzie jest przeszczęśliwy. Nawet maksymalnie zmęczony, w wodzie dostaje niesamowitego wigoru i szaleje. Ostatnio kładzie się na brzuchu i macha nogami, jakby pływał. Kiedy poleje mu się wodę na twarz, po prostu mruży oczy i parska wodą, nic sobie nie robiąc z mydlin czy wody w oczach.
  • Śpi jeszcze dwa razy w ciągu dnia, w sumie ok. 3h, ale w razie potrzeby rezygnuje z drzemki, noce przesypia bez jedzenia (20/21 -6/7), rano budzi się i czeka aż mama sie zbudzi.
  • jest bardzo manualnie uzdolniony- wspaniale bawi się małymi zabawki przeznaczonymi dla starszych dzieci, uwielbia guziki w kuchence czy pilota, umie paluszkami złapać precyzyjnie to, na czym mu zależy.
  • pachnie najpiękniej na świecie, jak tylko niemowlaki potrafią a jego stopki to cud świata.
  • super z niego gość, istny synuś mamusi :)
piątek, 16 maja 2008

Ostatnio usłyszałam pytanie: To jak to właściwie jest mieszkać w domku?". Cóż, miesiąc maj na pewno nie jest obiektywnym miesiącem na odpowiadanie na to pytanie.

Jest cudownie. Po całej dzielnicy rozszalały się bzy, wielkie kłęby fioletowego i białego kwiecia, które odmieniają powietrze na parę tygodni. W ogródkach wybucha kwiecie, nieposkromione niezapominajki rozsiały mi się po ogrodzie, a trawa tworzy już głębokie zarośla. W okolicznych ogródkach powstają rozmaite mozaiki stworzone z kolorowych kwiatków: przekwitających tulipanów, bratków, szafirków i innego kwiecia.

Drzwi na balkon mamy otwarte na oscież non-stop. Na rozległym balkonie bawią się dzieciaki a ja napawam sie ciszą (a raczej jej brakiem przy naszych dzieciach) i sielskością krajobrazu. Pamiętam, jak pierwszy raz stanęłam na tym balkonie-tarasie dwa lata temu i zakochałam sie w tym domu, widoku i miejscu. Zamarzyłam sobie wtedy, że będę tam mieszkać. I w maju właśnie przypominam sobie to marzenie i cieszę się, że się ono spełniło.

Kiedy rano wybiegam do pracy, przy furtce zatrzymuję się na dłuższa chwilę. W porannej gonitwie zapominam jak jest pięknie, jak zielono, jak cudownie pachnie powietrze, jak śpiewają ptaki. Zawsze, ale to zawsze mam ochotę pójść na wagary, wziąć Brunia i pójść na bardzo daleki spacer.

Kiedy wyjdę późnym wieczorem, baldachimy z rozkwitłych liści tworzą na chodniku tunele, oświetlane niemrawym światłem latarni. Czuję się trochę jak w innym wymiarze, w świecie cieni, jeszcze intensywniejszych zapachów kwiatów i ..kotów, które przemykają, pilnując swojego terytorium.

Jest pięknie :) 

czwartek, 15 maja 2008

Może nie poszedł, a pojechał w wózku, ale to tylko szczegół. Najwazniejszy, że Brumisiek szturmem zdobył przedszkole jego siostry, a za jakiś czas i jego własne.

Zdarzyło się to w dodatku nie po raz pierwszy. Jako mama przedszkolaka, raz na jakiś czas muszę brać udział w zebraniach rodziców, które odbywają się na ogół w godzinach zaraz po pracy. Już we wrześniu brałam wiec małego oseska na ręce i wraz z nim wysłuchiwałam relacji o planowanych świętach, koniecznym zakupie chusteczek, książeczek, wody i innych niezbędnych gadżetów. Za pierwszym razem Brumiś spał mi na rękach. Tak samo było na pasowaniu na przedszkolaka. Na kolejnym Bru zaczął sie interesować otoczeniem, ale nie był jeszcze raczkującym zdobywcą. Tym razem jednak byłam ciekawa co też mały będzie wyczyniał. Poprosiłam wiec Nianię Brunia, by połozyła go wcześniej spać w ciągu dnia, tak aby Bru na zebranie był wyspany i pełny sił. Niestety, podekscytowany zbliżającą się wyprawą syn (chyba podsłuchał naszą rozmowę) ani myślał spać. Smiał się i skakał w łóżku i odmówił w ogóle pozycji leżącej. Trudno, - pomyślałam, zapakowałam go do wózka, w biegu zmieniłam pracowe pantofelki na wygodne buty i pomknęliśmy jak burza do przedszkola, gdzie wypuściłam Brunia na podłogę.

Był zachwycony. Przestrzenią, nowymi zdobyczami i otaczającymi go dziećmi. Polazł nieomalże w każdy możliwy kąt, obślinił mnóstwo różnych klocków, wspinał się przy regałach i ciekawsko obserwował dzieci. Co pewien czas wrzucał jakieś dziwne dźwięki czy okrzyki zachwytu i łaził dalej. Nie mogłam wprost oderwać od niego wzroku.

Hania była nim również zachwycona, ale na swój sposób - jej własny brat, którym można się pochwalić, z którym można się poprzytulać, jest w jej sali, w jej przedszkolu!

Na koniec powiadomiliśmy z małżonkiem (który dojechał z pracy) panie przedszkolanki, że od września dołączamy do ich grupy Brunia. Nauczymy go jeść, tylko z pieluchą może być problem :) W końcu nasz mały ciekawski zdobywca to urodzony przedszkolak.

Dobrze, że tak się dzieje, dla mnie zamierzchłe wspomnienia z przedszkola to czarny koszmar, horror, który przebija wszystkie hollywoodzkie produkcje. Dziwię się też, jak  nieludzkie mogły być przedszkolanki wobec bezbronnych dzieci - czy w ciągu tych lat aż tak zmieniło się podejście do dzieci, czy to ja miałam takiego pecha? Myślę, że raczej to pierwsze - część wydarzeń z przedszkola napewno byłaby niedopuszczalna w kontekście dzisiejszych standardów. chociaż nie wszędzie jest dobrze, to jednak dostrzega sie już prawa małego człowieka, w szczególności do uczuć.

Mam nadzieję, że dla moich dzieci, przedszkole będzie to czas pierwszych znajomości, nauki i zabawy na wesoło. Nie bezstresowy, bo tak sie nie da, ale z szacunkiem do małych osobowości.

wtorek, 13 maja 2008

- Mamusiu, a jak się to nazywa?

- to jest płyta chodnikowa, Haniu.

(śmiech)

- oj, Mamuś, co TO jest? - pyta powtórnie niedowierzająco dziewczynka.

- płyta chodnikowa, taka płyta, co leży na ziemi, z niej się robi chodnik.

- Oj Mamuś, no co Ty mówisz, przecież to nie jest żadna płyta! Płyty to są z muzyką i one nie leżą na ziemi, tylko się je wkłada do radia - tłumaczy cierpliwie i z lekkim śmiechem Hania. No tak, ta mama to wszystko się jej myli :)

Nasza melomanka, która codziennie namiętnie słucha swoich płyt (m.in. ulubiony Tik tak), za sprawą Babci Małgosi rozszerzyła ostatnio swój repertuar. Od tygodnia puszcza sobie Vivaldiego i ma już swoje ulubione utwory - wiosnę, bo jesień, jak mówi, jest smutna. A w niedzielę, podczas spaceru nuciła sobie pod nosem "...tak, że nie znają nas" -czyli urywki piosenki "nie kłam kochanie" - nie wiem skąd ją zna. Pora na wyprawe do sklepu muzycznego.  

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru