niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
środa, 31 maja 2006

Z opóźnieniem, ale musze poczynić pewien wpis. Wpis dedykowany mojej Kochanej Mamie, która ostatnio miała swoje święto. Osoby nie cierpiące sentymentalizmu proszone są o nie czytanie tej notki.  

Mam niesamowitą i wyjątkową Mamę. Mamę, która potrafi mnie zdenerwować w trzy minuty. Mamę, która jest zupełnie inna niż ja i czasem nie rozumie pewnych moich zachowań. Mamę, która nie jest ideałem, tylko najzwyklejszym człowiekiem ze swoimi wadami i przyzwyczajeniami.

Mamę, która akceptuje mnie w całości taką jaką jestem. Mamę, która troszczy się o mnie najbardziej na świecie i zawsze zauważy, ze zmarniałam, schudłam i jestem na skraju załamania.

Mamę, która daje z siebie wszystko dla swoich córek, zięciów i wnuczek (i dla całego tabunu zupełnie sobie obcych ludzi, których łączy to, że potrzebują jej pomocy). Mamę - Busię, która bez względu na swoje męczące i bolesne choroby, niesprawną rękę, wiek i inne zobowiązania czy zwyczajny nawet brak sił, zajmuje się Hanią ZAWSZE gdy jest taka potrzeba. I nigdy nic za to nie chce w zamian - ona po prostu daje swoją miłość i oddanie.

Jest uwidocznieniem pięknej mądrej myśli, że miłość to przede wszystkim myślenie o tej drugiej osobie a nie o sobie.

Mamo, dziękuję Ci że jesteś. Pamiętaj, że zawsze jesteś dla mnie moją najkochańszą Mamą, moim wzorem i zawsze możesz na mnie liczyć. Dla Hani zaś zawsze będziesz ukochaną i jedyną Busią, nikt nie dał jej tyle serca i oddania co Ty, zwłaszcza w tym najgorszym czasie. I za to zawsze będziemy Tobie wdzięczne i zawsze będziemy Cię kochać.

Nasze plany zmiany adresu i powiększenia miejsca na trzymanie książek powoli suną na przód, chociaż chwilowe przestoje kosztują nas dużo nerwów i stresu, który to u mnie objawia się dziwnym chudnięciem (dobrze) i łysieniem (niedobrze), zaś u M. starannym obtrąbianiem wszystkich ulicznych chuliganów, obgryzaniem paznokci do skórek i bladością oblicza. Na szczęscie gdzieś tam na horyzoncie majaczy już nasz cel.

Potomkini, nieświadoma naszych działań odkryła że jedzenie to przyjemność - co chwila mówi mniam mniam, niczym rasowy turkuć podjadek zjada nieomalże wszystko co wpadnie w jej łapki, czy to kwaśny kefir czy kotlecik, najwiekszą namietnością darzy jednak bułę czy też chlebek z masłem przywodząc mi na myśl cudowną Genię z "Jasminum". Zaczęła też więcej mówić i powtarzać po nas wyrazy - a to "pa" zmieniło się w "pam" oznaczającego oczywiście cały gatunek męski, a to używa słów jej potrzebnych typu buła, bu (but). Jej wielką miłością jest Dziadzia, czyli kochany dziadek (mój tata), kiedy tylko go widzi, rzuca mu sie w objęcia, pamięta gdzie Dziadzia mieszka. Drugą jej namiętnością jest siostra cioteczna, 5,5-ltenia Zosia, z którą to kotłują się, ganiają, przewracaja i gilgając wydając pełne szcześcia kwiki (a ja kwiczę ze szczęscia obok, bo mam chwile spokoju ;)

Koty zaś, które jak myślę wszystko wiedzą, bo podsłuchują nasze rozmowy, też nabrały pewnej nerwowości. Naprzanki z użyciem chwytów kociego karate, przyjacielskie walenie łapą po głowie i fruwające kawałki futra są na porządku dziennym. Czyżby zapowiedz gruntownego szczepienia, odrobaczenia i zakupu dla obydwu kocic nowych obróżek z adresami tak na nie podziałała? A może perspektywa zamieszkania w dzielnicy, w której pełno samotnych, męskich kocurów, ktore chętnie poznają nowe panie do towarzystwa?

sobota, 27 maja 2006

Wyprawy na plac zabaw są fajne i to nie tylko ze względu na to, że jest tam ziuu i buju buju. Przede wszystkim dlatego, że w takim miejscu można spotkać inne dzieci, a do podobnych sobie istot ciągnie Hanię jak ćmę do światła. Dzieci można obserwować, można z nimi się bawić, wymieniać się zabawkami. Nie tak dawno pewien energiczny trzylatek popisywał się przed Hanią swoim autem, cały świat przestał dla niego istnieć. Nic to jednak wobec ostatniego zdarzenia.

Banda podwórkowa to twór niepowtarzalny. Tworzą je zamieszkałe w okolicy dzieci, starannie wybrane przez charyzmatycznego przywódcę pod względem charakteru bądź też innych użyteczności (np. posiadacz odpowiedniego sprzętu jest zawsze miło widziany). W naszej okolicy rządzi Banda Szczerbatego Dziesięciolatka. Jej skład to głównie chłopcy, ale znalazły sie w niej również i dwie dziewczynki: rozczochrana Marynia i usmarkana Zosia, obie zapatrzone ślepo w przywódcę. Z tych ostatnich członkiń szef bandy nie był specjalnie zadowolony - w końcu wiadomo, bawić się z babami to obciach.Ale trudno, jak trzeba to trzeba.

Pewnego pięknego albo chociaż majowego dnia, Banda charyzmatycznego Szczerbula bawiła się na placu zabaw tuż obok zachwyconej Hani. Podczas narady ustalono plan działań: zabawa w chowanego, a tuż wcześniej zabawa w marynarza* mająca wyłonić "szukającego". Dzieci po chwili posłusznie stanęły w półkolu, gotowe do gry. Jednakże w półkolu tym pojawiła się luka, którą to szybko wykorzystała i wypełniła Hania. Na dany przez szefa bandy sygnał dzieci posłusznie wyciągnęły ręce wskazując różną liczę palców - a z nimi też i Hania pokazała rozciapierzoną dłoń . Na ten widok Szef Bandy zrobił się purpurowy a z nim wciąz za duże, odstające uszy:

- Coooo? Kurcze, co to za smarkata?? Bez przesady, z takim smarkiem to ja nie będę sie bawić, to juz przegięcie!

Pozostali członkowie bandy, zaśmiewając się po cichu (ci odważniejsi nieco głośniej) na boku, od razu zaczęli wołać: No co Ty, pokazała pięć palców, musisz je policzyć!

- W żyiu, po moim trupie! Nie liczę!!! - hardo zawołał Szef Bandy, który w końcu był tu dowódcą i zgrabnie policzył rozpostarte mniej lub bardziej brudne paluchy, omijając jednakże pewne pięc słodziutkich, malutkich paluszków.

I tak to honor Szczerbula został ocalony, a Hania omałoco zostałaby członkinią jego bandy. Ale poczekajmy trochę - pierwsze koty za płoty!

* jeśli ktoś nie zna gry w marynarza, proszę pytać!

czwartek, 25 maja 2006
Podczas finału Mistrzostw Świata 2006 w Niemczech spotkały się reprezentacje Polski i Brazylii. Brazylijczycy znając możliwość naszej reprezentacji wystawili jednego piłkarza Ronaldinho a reszta drużyny poszła na piwo. Po kilku kolejkach Brazylijczycy włączyli TV sprawdzić jaki jest wynik. Po pierwszej połowie było 1:0 dla Brazylii. Koledzy wychwalają Ronaldinho wyłączają TV i piją dalej. Pod koniec meczu znowu włączają TV i patrzą że jest 1:1. Zniesmaczeni udają się do Ronaldinho z wyrzutami że nie poradził sobie z reprezentacją Polski, a Ronaldinho na to:
- Chciałem zauważyć że w 46 minucie dostałem czerwoną kartkę
;)))
PS. Nieustająco dziękuję niebiosom, że dla M. mecze i piłka nożna moga nieistnieć, jak i dla mnie :D
wtorek, 23 maja 2006

W ostatnią niedzielę odbyła się dawno wyczekiwana uroczystość chrzcin. Przy tej okazji Haniołek miał okazję wziąć pełnowymiarowy (tzn.bez komunii ale w pełnym wymiarze czasu) w obrządku mszy świętej, co stanowi dla niej nowość.

Impreza zaczęła się spokojnie - w kolejnych przystrojonych rzędach przed ołtarzem zasiadły tłumy rodzin, z których wywodziły się chrzczone dzieci. Poważni panowie wciśnięci z sztywne garnitury, panie w garsonkach i misternych fryzurach, a wśród nich i nasza rodzina: uśmiechnięta Basia ukryta wśród miliona koronek, jak to na główną bohaterkę uroczystości przystało, przejęty ojciec chrzestny z burzą chopinowskich loków, matka chrzestna jednym okiem patrząca na swoją chrześnicę a drugim na własne dziecko, siedzące nieopodal, siostra Basi Zosia, której bardzo podobało się, że coś się dzieje, rodzice trzymający w myślach kciuki, żeby wszystko poszło jak trzeba, mąż matki chrzestnej kręcący całą uroczystość z zaangażowaniem godnym spielberga i cała masa innych gości. W tle rozbrzmiewały śpiewy tamtejszego kółka oazowego, które zapodawało sentymentalne piosenki, do których jednak nie dał się przekonać przejęty tłum, część tych najbardziej empatycznych jedynie otwierała rytmicznie usta, symulując zaangażowany śpiew.

Punkt kulminacyjny nastąpił w momencie polewania główki. Basia dała upust niezadowoleniu, ale nie wyrywała się, reszta dzieci, znacznie starsza od współchrześnicy jakos zniosła mokrą głowę. Jako że główny punkt był "odhaczony" dzieci zaczęły bawić się u stóp ołtarza (czy ołtarz ma stopy???). Zosia bardzo szybko dogadała się z Zosią - po serii siostranych uścisków i wyznań miłości, szybko zaczęły badać nowe miejsce. Jedno spojrzenie na M. I już wiedziałam, że nasze myśli płyną w tym samym kierunku: czy Hania odkryje kościelne dzwonki, skryte za filarem? Po paru minutach okazało się, że obydwoje obstawiliśmy dobrze. Na szczęscie w ostatnim momencie udało mi się chwycić ciekawską rączkę,zrobić groźną minę, pogrozić no no, nie wolno, po czym szybko wróciłam na swoje miejsce. Msza potoczyła się dalej i zmierzała ku komunii bez zakłóceń. Ochrzona Basia szybko zasnęła utulona monotonnym kazaniem księdza, wyglądając jak wzorowy model aniołeczka, reszta ochrzczonych dzieci pląsała zadowolona wokół ołtarza.

Nagle mój wzrok padł na Hanię - spryciara własnie znikała za filarem, gdzie stały upragnione dzwonki. Zerwałam się szybko, ale po chwili usłyszałam charakterystyczny donośny dźwięk, który szybko wypełnił kościółek. Ku mojemu przerażeniu wszyscy ludzie zgodnie na ten sygnał uklęknęli. Rany, ksiądź nas wyklnie, przebiegło mi przez myśl i szybko chwyciłam Hanię. O dziwo - okazalo się, że Potomkini wcale nie bawi się dzwonkiem a dźwięk ów wydał stojący nieopodal ministrant. Co za ulga!

Po chwili msza skończyła, nastapiły rytualne zbiorowe fotografie, pyszny obiad w rodzinnej atmosferze ku wtórze biegających dzieci i już można było ucieszyć się, że udało się :)

Ziu - zjeżdzalnia

da - winda

koko - oko

ucho- ucho

mami - mamy (czyli jakaś rzecz należy do mamy)

tati - taty - j.w.

jani - Hani - j.w.

ba bach - piłka

dzidzi - dzidzia

Zauwazyliśmy tez pierwsze zdania (czyli łączenie paru słów w ciągi logiczne).Tak czy inaczej mamy wrażenie, że ona wszystko rozumie, tylko nie chce mówić. Nawet powyższe słowa były "przyłapane", bądź też są powtarzane ze znakiem zapytania.

niedziela, 21 maja 2006

Wydaje się, że praca w Korporacjach to zło konieczne - dobrze płatna dobrowolna katorga rozłożona na raty. Jednakże, na wczorajszej imprezie, miałam szansę przekonać się czym różni się praca w Korporacji od pracy w Urzedzie. Na iimprezie u kolegi stawiła się śmietanka pewnego ministerstwa - młodzi ludzie, po studiach, zaangażowani w swoją pracę. Jak to zwykle bywa, kiedy na spotkaniu trafi się parę osób pracujących współnie jednym miejscu - od razu zaczęto przytaczać anegdotki i plotki z pracy.

Wiedziałam, że nasza praca - czyli moja korporacyjna i ich urzędowa (bo ich pracodawcą jest budżet państwa) się różni, ale żeby aż tak? Przede wszystkim różni się samą filozofią pracy - u mnie jest nastawienie na wynik, rezultat, nieważne jest czy coś próbowałam robić, ważne jest, czy i co osiągnęłam. W Urzędzie nikt nie rozlicza skuteczności pracy - ważne, żeby coś sie działo, bez względu na intensywność działań. Ot, żeby było czym zabić nudę w ciągu dnia. W mojej pracy cenonia jest szczególnie samodzielność i kreatywność - cały czas muszę sypać nowymi pomysłami i realizować je, próbować nowych dróg, wyważać pozamykane na milion zamków drzwi. W urzędzie wszelkie przejawy samodzielności i niestandardowych działań są przejawem niesubordynacji, niepodporządkowania i ogólną zdradą przełożonych, przy której najmniejszą karą jest dywanik u dyrektora. Brrr...

Idac dalej - mój dzień pracy rozpoczyna się od wejścia do biura - w biegu włączam komputer i już jestem on-line, aż Firma wypluje mnie po 8-9 godzinach a i wtedy jestem pod komórką służbową. W urzędzie dzień "pracy" rozpoczyna sie od porannej wymiany plotek - tj. chciałam powiedzieć kawy i przeglądu prasy. W niektórych działach komputery są włączane po 1-2 godzinach - może taką oszczędność prądu zakłada projekt "tanie państwo"?

Gdy w Urzędzie popsuje sie coś poważniejszego, np. przedłużacz, należy zgromadzić zbiór autografów wszystkich dyrektorów, którzy siedzą w obrębie trzech najbliższych pieter - być może wtedy konserwator wyda zgodę na wymianę. W Firmie takie problemy nie istnieją.

Koniec końców stwierdziłam, ze wolę dobrowolonie przechodzić orkę w pracy, chodzić zestresowana, ale móc działać i pracować. Móc realizować swoje pomysły, próbować Nowych działań, przy aprobacie lub nie przełożonych. Wszystko lepsze od zabijania czasu herbatką w pajęczynie układów i układzików polityczno-znajomowościowych w Urzędzie.

Tak sobie myślę, jak może być dobrze, skoro nasze podstawy zarzadzania Państwem tak właśnie wyglądają?

środa, 17 maja 2006

Żeby nikt nie pomyślał, że życie mamy Haniołkowej to sam miód jest, napiszę lekkie sprostowanie. Wbrew temu, co może wydawać się, codzienne życie to nie tylko podglądanie nowych odkryć Haniołka, to nie tylko nocne spacery po burzy.

Moje życie codziennie przypomina na ogół bieg przez płotki na czas. Ostatnio mam wrażenie, że bieżnia, po jakiej biegnę, dostała przyspieszenia o kilkadziesiąt kilometrów na godzinę, wyciągam nogi, nie mogę złapać tchu i biegnę, biegnę przed siebie. Głównym powodem jest to, że Rodzina Haniołkowa pracuje nad zmianą adresu. Walczymy z milionami formalności, spraw technicznych, prawnych, bankowych, życiowych. Do domu wracamy późnym wieczorem, chodzimy spać grubo po północy, a od rana wszystko zaczyna się na nowo. Plan najbliższych działań jest już całkiem jasny, wiec nastroje sa dobre, żeby tylko kondycyjnie wytrzymać!

W Firmie samo zycie. Jeśli ktoś myśli, że życie biurowe składa się z pracy biurowej, to znaczy że nigdy nie był w podobnym przybytku komputerowo-papierowym. Nawet najbardziej zgrany i fajny zespół osób wolny nie jest od personalnych rozgrywek, osobistych słabości, układów. Tego słuchają kto najgłosniej krzyczy, tego doceniają, kto ma najlepszy osobisty PR i dar przekonywania o własnym zapracowaniu i fachowości. Ma się to na ogół nijak do rzeczywistości, ale o tym wiedzą już tylko Ci, co są na tym samym poziomie - "górze" wystarcza parę usłyszanych opinii, plotek, wymagań przebojowych pracowników, by ustalić kto jest kim. Ot, biurowa codzienność, która sprawia, że czasem mocno muszę zaciskać zęby, żeby to wytrzymać.

Potomkini za to jest niezmordowana w odkrywaniu świata. Włazi wszędzie i bierze do rączek wszystko. Aż boję się pisać, żeby nie zapeszyć, ale apetyt ma tez niezły, ciągle domaga się mniam mniam, zjada wszystko co mamy na talerzu. Widać nadrabia straty po chorobie, czego rezultat zobaczyłam dzisiaj - Hanna wazy już 9840g., proszę się nie śmiać, to dla nas bardzo dużo. Nasza ulubiona Ciocia-lekarka zarządziła, że możemy już spokojnie odetchnąć :)) Dziecię zostało też zaszczepione i nawet nie jęknęlo przy zastrzyku, zniecierpliwiło się jedynie przy przytrzymywaniu rączki, bo co jak co, ale zniewolenia i siedzenia w miejscu Mały Odkrywca nie cierpi. Dostała za to naklejkę dzielnego pacjenta, z której była dumna i od razu zajęła się zabawą z kolejnym pacjentem, jakiś trzyletnim chłopcem.

W miedzyczasie zdarzają się też takie wydarzenia jak chrzest mojej chrześnicy, rocznica śmierci bliskiej osoby, śluby, urodziny, imieniny, wakacje opiekunki do Hani i miliony innych spraw, które wprawiły mnie w taki kołowrót, że czasem zapominam, jak się nazywam. Oddycham na pół gwizdka, zyję na całego, bo czym jest życie, jeśli nie takim urwaniem głowy?

wtorek, 16 maja 2006

Kiedy tylko wyjrzałam przez okno, wiedziałam, że nie mam szans wygrać z naturą. Wiosenna burza, wciąż nie mogąc mnie złapać, rozszalała się na dobre. Całą siłą magazynowaną przez zimę, targała drzewa i ich młode liście, waliła na oślep ciężkimi kroplami wody. Cóż, wiedziałam, że nie mogąc z nią wygrać, muszę się poddać, chwyciłam więc najbardziej zielony parasol i wybiegłam wprost pod poziomo uderzające strugi deszczu.

Burza wyżymała chmury. Opętane miliony kropel łączyły się w kałuże, które nie mogły znaleźć w tym rozgardiaszu ujścia, tworząc zdradzieckie dywany na ukrytych pod nimi chodnikach. Już po chwili zanurzyłam się w nich po kostki, a moje spodnie zrobiły się znacznie ciemniejsze. Szłam wiec już spokojnie - w końcu człowiek zmoknięty nie może być już bardziej mokry :) Po drodze minęłam młodą parę, która biegnąc, śmiejac się i trzymając się za ręce udawała, że chowa sie przed deszczem. Widziałam jednak, że ten wiosenny deszcz sprawiał im mnóstwo przyjemności, a jak miło później wspólnie suszyć sobie wzajemnie włosy i rozgrzewać herbatą z cytryną. Pod koniec drogi spotkała mnie wyjątkowa przyjemność - burza otworzyła drogę bzowi, którego zapach stał się wręcz upajający, dołączyły do niego okoliczne, odświeżone kwiaty, zapach ten zawrócił mi w głowie i zmienił w mimowolny uśmiech.

Idealną konsekwencją był wiec film "Jasminum", który polecam. Dla tych co się nie spieszą, dla tych, którzy lubią zapach życia i pięcioletnie dziewczynki. Duet brata Zdrówko i Eugenii od dzisiaj dołącza do moich ulubionych :)

Nic dziwnego zatem, że wieczorny powrót z kina jako kulminacja pachnącego wyjścia, do końca odurzył mnie zapachem, zsentymentalizował i że teraz piszę te notkę. Polecam Wam wieczorne, wiosenne spacery po burzy - to jedna z piękniejszych pachnących przyjemności. Zaufajcie swoim zmysłom...

sobota, 13 maja 2006

(...) - Nikt nie ma prawa do nienawiści. (...)

Nikogo nie wolno nienawidzieć i nikim nie wolno pogardzać. Dlatego, że nienawiść i pogarda są niszczące, niszczą tego człowieka, którym pogardzam, bo nie zostawiają mu szansy na odmianę. I niszczą też mnie - bo skoro jest we mnie miejsce na nienawiść, to znajdzie się i miejsce na zło. Więc ja z tym, rozumiesz, walczę. Jeśli wyczułeś jakąś sztuczność, to pewnie dlatego, żę sama jeszcze się nie do końca przekonałam. Muszę się bardzo...no, bardzo do tego wybaczania zmuszać.

- Faktycznie - rzekł Lelujka - zauważyłaś, że do nienawiści zmuszać się wcale nie trzeba? To ciekawe, nie? Czy to by znaczyło, że nienawidzić jest łatwiej niż kochać i wybaczać?

- No, jasne. Zło jest łatwiejsze.

M.Musierowicz "Opium w rosole".

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru