niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
środa, 29 kwietnia 2009

Wiosna. Korzystając z wolnej chwili, wyrwałam się na jedno ze słynniejszych miejskich targowisk, a tam - istna orgia dla wegetarianina! Stragany zawalone nowalijkami, które aż krzyczą: kup mnie, zjedz mnie! Nie wiedziałam wcześniej, że już jest i młody szpinak i czosnek i kapustka młoda, botwinka też, tylko ziemniaki młode jeszcze z importu. Obok napieściłam oczy ferią kolorów na stoisku z kwiatkami do ziemi i na rabaty. Części z nich nawet nie potrafiłabym nazwać. Cudo. I tak to opuściłam bazarek z pełnymi torbami i z przekonaniem, że wiosna przyszła na dobre.

Przekonuje mnie też o tym najbliższa okolica, wypełniona zapachem kwitnących w ilości hurtowej kwiatów, gęstwiną świeżych listków i soczystej trawy. Wykłada to jak inny świat niż jeszcze miesiąc temu. Czekam, kiedy zakwitną bzy, ulubione kwiaty Busi.

Hania z przyjemnością chodzi do przedszkola, a wieczorami ambitnie trenuje na swoim rowerku. Kiedy z jakiegoś powodu nie może jeżdzić, pyta M. czy następnego dnia na pewno będzie jeździć z Tatą. Zjada wszystko jak odkurzacz, co w kontekście, że kiedyś była koszmarnym niejadkiem, odpręża mnie. Szczególnie lubi Hania zjadać... mięsko w formie kotlecików. "Mamusiu, czuję zapach mięskowy, co tak pięknie pachnie?".

Bruno za to w temacie jedzenia jest wciąz do tyłu. Śniadania owszem, ale na obiad jest skłonny zjeść tylko zupę. Żadne drugie dania, kotlety, surówki, nic. Duży jest i silny, wiec staram się nie martwić i nie irytować, ale to drugie przychodzi mi znacznie trudniej. Dobrze wiem, ze te jedzeniowe preferencje wynikają jedynie z upartości syna, który lubi postanowić na swoim. Za to na pociechę pokazuje bezbłędnie prawą i lewą nogę (pawa i ljewa noga), z czym Hania ma wciąż kłopoty. Główna zasada przy rodzeństwie: nie porównywać. Staram się o tym pamiętać.

wtorek, 28 kwietnia 2009
Jest mi bardzo miło, dostałam przesympatyczne wyróżnienie od Myski http://pomyskowo.blogspot.com  Bardzo dziękuję I polecam Wam tę stronę, bo Myska tworzy prawdziwe cuda, za każdym razem nie mogę sie napatrzeć, może też dlatego, że mam dwie lewe ręce do prac ręcznych ;)



I teraz będę miała problem. Bardzo nie lubię nominować do takich kategorii, nie chcę bowiem, żeby ktoś poczuł się pominięty. A to, że kogoś nie wyróżnię to nie znaczy przecież, że go nie lubię. Wymigam się wiec od tego zadania i wyróżnię wszystkich tu zaglądających, za to, że kibicują naszej rodzinie i wspierają ją myślami. Szczególnie zaś chciałabym wyróżnić jedną osobę, Dorotkę, mamę Trusi, za to, ze wkłada tyle serca i ciepła w blogowe znajomości. Dorotko, jesteś niesamowita! buziaki!

poniedziałek, 27 kwietnia 2009
- Haniu, nie jedz owsianki nogą, nawet jeśli to nie jest Twoja własna!!!

Ciekawe, czy wyobrazicie sobie w jakich okolicznościach to zostało powiedziane :)

Dopisek:
Magda, miałas rację. Chodziło o nogę od lalki, którą Hania próbowała zjadać niczym pałeczką :) Swoją drogą mamy szczęście do lalek inwalidek, jedna nawet straciła głowę, ale Hania tak ją lubi, że jej to nie przeszkadza. Na moje delikatne sugestie, że może by wyrzucić lalkę Hania prostestuje. Dobrze, niech ma :)
piątek, 24 kwietnia 2009

Same poważne sprawy mam w sprawach do uwiecznienia na blogu. Dzisiaj będzie o biciu. Ukazał się ostatnio pewien ciekawy artykuł w tej sprawie:

wyborcza.pl/1,75480,6518169,Dwa_szybkie_w_pupe.html

Mam po jego przeczytaniu mieszane uczucia. Z jednej strony wydaje mi się, że nie dość mocno napiętnowuje bicie. Zaczyna sie od słów:

"Biła pani swoje dzieci?

- Nie biłam, choć zdarzyło mi się uderzyć
."

Czyli uderzenie nie jest biciem? To czym jest?

Autorce marzy się, żeby w supermarkecie ludzie ośmielili się zwrócić uwagę matce bijącej dziecko. A mi marzy się, żeby matce przez myśl nie przeszło, żeby dziecko uderzyć. Zeby miała w głowie kilka innych rozwiązań, ale nie bicie. Zeby wykluczyła go z możliwości, tak jak zabójstwo czy kradzież.

Z drugiej strony szczęśliwa jestem, że Pani Katna mówi to, o czym powinno się mówić cały czas głośno i wyraźnie, żeby dotrzeć do mas - o biciu:

(...) taka postawa rodziców świadczy o ich bezsilności. Bezradny rodzic egzekwuje swój autorytet poprzez działania przemocowe. Bo inaczej niesforny dzieciak wejdzie mu na głowę. Dlaczego łatwiej nam panować nad sobą w relacjach z ludźmi dorosłymi, którzy nas denerwują - przecież nie chwytamy szefa za krawat, nie trząchamy nim, nie dajemy klapsów pani urzędniczce? Bo wiemy, że naruszylibyśmy pewną normę nietykalności fizycznej. A dlaczego z nietykalnością mojego dziecka mogę sobie robić, co chcę? Dziecko jest człowiekiem, i to jest człowiekiem szczególnym, bo od nas słabszym, mniejszym, mniej rozumnym i w związku z tym wymagającym specjalnej ochrony. To małe nam nie odda. To małe jest na nas skazane - nie odejdzie, nie porzuci nas, nie obrazi się na zawsze. Na tym polega dramat dzieci bitych, maltretowanych. Nie skarżą się, bo się wstydzą, bo się boją dalszych represji, nie wierzą, że świat dorosłych skutecznie przerwie ich cierpienia i ból. (...)

I to powinien być punkt wyjścia. Wiem, że nie będzie łatwo, że część z nas ma odruchy zakorzenione głęboko. Ale wiem też, że są inne metody, znacznie skuteczniejsze. Przeszłam przez bunt dwulatka i bunt trzylatka mojego dziecka i nauczyło mnie to wiele. Przede wszystkim - szacunku do małego człowieka. Bo szacunek musi zawsze działać w obydwie strony. Po drugie rozmowa - spokojna rozmowa i empatia działają cuda. Mały człowiek chce być zrozumiany i wysłuchany, potrzebuje pomocy, kiedy sam nie wie, co ze soba zrobić. Dwa szybkie w pupę niczego tu nie załatwią, jedynie naciągną jeszcze spiralę nerwów, krzyków i strachu.

Jeśli chodzi o Hanię, naszym kluczem wytrychem do sukcesu była wskazówka dana przeze mnie Hani, że gdy jest jej źle, jest zdenerwowana, zmęczona, nieswoja powiedziała, ze chce się przytulić. Moje wrażliwe dziecko tego właśnie potrzebuje na złe chwile i od tej pory hasło "chcę się przytulić" łagodzi wiele trudnych sytuacji. To oczywiście skrót działania, ale chodzi o przykład, znalezienie sposobu, jaki najlepiej trafia do małego człowieka, naszego partnera, jakby nie było.

Myślę, że dużo jeszcze jest do zrobienia w tym temacie. Powinno się dużo mówić o tym, że bicie jest złe i dlaczego, a przede wszystkim powinno sie mówić rodzicom o tym, co robić zamiast bicia. Dać im wiedzę, którą mogli by użyć w konfliktowych sytuacjach. I stąd mój wpis na blogu, może kogoś przekona, że nie warto bić. Wciaż niestety pokutuje wśród nas wiele stereotypów związanych z biciem "biłem, bo mnie bito i wyrosłem na ludzi" czy przeświadczenie, ze ojca dzieci musza sie bać czy też szanować, ale na podstawie strachu a nie prawdziwego autorytetu zbudowanego na prawdziwej więzi. Tato, czy Ci nie żal?

wtorek, 21 kwietnia 2009

Pisałam już, że jestem bez energii, prawda? Jakoś się zbieram do kupy i egzystuję, ale daleko mi od wysokiej formy.

A dzieciaki po swojemu. Bruniasty zaliczył chwile szczęścia - wreszcie był na imprezie, gdzie oprócz niego byli sami chłopcy! Dzieki temu, że byli nieco tylko starsi, pokazali mu parę nowych sztuczek i zabaw, na które jego poukładana siostra by nie wpadła - Bru był zachwycony! Jeszcze w drodze powrotnej szalał w foteliku, śpiewał, gadał, w nocy obudził się, usiadł w łóżeczku i wydawał dźwięki tak dziwne, że gdyby nie to, że koty mamy wysterylizowane, pomyślałabym, że Grubasa sie okociła. Jak to mało czasem do szczęścia potrzeba! Bru kontynuował swoje szczęście od razu następnego dnia, robiąc wszystko po swojemu, wariując a zupie powiedział zdecydowane nie. To nic, że Ciocia i Matka załamują ręce nad upartym łobuzem, ktory nie chce jadać obiadów, tylko jak ma humor to zjada zupę. Nie to nie.

Hani zaś na przyjęciu najbardziej podobało się to, że pozwoliłam jej zjeść parę żelków. Chyba wyrodna ze mnie matka, skoro moje dziecko największym uznaniem darzy zjedzenie zakazanego jedzenia typu żelki czy czipsy, których na żywo w domu nie widuje wcale (no, czasem może ujrzy żelka utkanego na półce w spiżarni, co jak co, ale kiedyś do gumisiów haribo miałam wielką słabość i czasem mnie bierze, taka ze mnie wyrodnica ;) Poza tym pięknie świecące słońce przypomniało Hani o zbliżającym sie lecie i wypytuje mnie, kiedy pojedziemy nad morze. Ech, też bym chciała połazić po plaży, co poradzę, ze w tym roku wyjątkowo nie mamy jeszcze nic zarezerwowane, zakaz brania urlopów przez M. też temu nie pomaga, jak również kulawe finanse. Domówionych współurlopowiczów i mamy, ale miejsc czy ofert w Polsce jakoś brakuje. A mi to marzą się wakacje w Chorwacji czy w innym pięknym i ciepłym kraju. Jak nic, muszę wygrać wycieczkę albo chociaż w totolotka. Byłoby fajnie...

niedziela, 19 kwietnia 2009
Chwila oddechu. Zatrzymania. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo tego potrzebuję. Dopiero totalnie przemęczona przyjrzałam się swojemu kalendarzowi i zobaczyłam, jak bardzo jest wypełniony i to notorycznie. Pierwszy wolny weekend w połowie maja, wieczorami załatwianie spraw albo maratony domowe. Kiedy przemęczenie wzięło górę i nie miałam siły nawet stać, chociaż wieczór dopiero nadchodził,  powiedziałam sobie stop.

Zwykła sobota. Niechby i padał deszcz. Dom. Dzieci.Kawa na kanapie. Eksplozja zieleni za oknem, kwitnące wiśnie. Koty przemieszczające się po kotostradzie na murze. Potem wycieczka na dwa rowery i foteliki z dwójką zachwyconych maluchów. Powietrze po deszczu, promienie słońca przecinające sosnowy las i wypełnione wilgocią. Wiewiórka pląsająca po ścieżce tuż u naszych stóp. Lody. Grill na tarasie i radosne pląsy i kameralna, rodzinna impreza. Luz.

Cudownie. Tego mi było trzeba. Oby tego więcej!
środa, 15 kwietnia 2009
Kiedy patrzę na Bruna, myślę sobie "ten chłopak nie zginie". Naprawdę, tak układnego mężczyzny, który osiąga to, co chce, chyba jeszcze nie spotkałam. Przedszkolanki pewnie będzie urabiał jak wosk, a one zachwycone będą go jeszcze głaskać po głowie i chwalić, taki to typ. Bo jaki to w końcu jest mężczyzna idealny? Zastanówmy się, może ktoś w stylu Bonda?

  • CZARUJACY  Uśmiechy, miny, przytulenia, spojrzenia spod rzęs, czułe objęcia, są na porządku dziennym, w odpowiednich ilościach. Czuły, przytulaśny, ale jednocześnie niezależy Bru, wie, jak rozpalić i urobić kobiece serca
  • SZARMANCKI - W zasadzie Bru już mógłby prowadził lekcje savoire-vivre'u dla uczniów podstawówki, co jak na dziecko, które dopiero zaczyna mówić naprawdę robi wrażenie. Począwszy od rana:
    • dzidobly - (dzień dobry) - tak wita przychodzącą ciocię do opieki
    • migodnia! (miłego dnia) -tak żegna wychodzacą mamę
    • dzieki (np.)tata! (dzięki) -tak dziękuje za wszystko - za pomoc, za przytrzymanie go na schodach, za wzięcie na ręce, za podane jedzenie, za nakarmienie etc.
    • plosie - mówi, gdy ktoś puka do drzwi łazienki, a on jest w środku.
    • obanoc! - mówi, wysyłając całusy, kiedy kładzie sie spać
    • Kiedy zdarza mu się kaszlnąć - zasłania buzię rączką i to zewnętrzną cześcią dłoni - zupełnie nie wiem, u kogo to zauważył.
  • WYTRZYMAŁY - u Bru nie ma czegoś takiego jak zmęczenie. Jeśli coś się dzieje, rezygnuje ze snu i po prostu działa. Szkoda tracić życia na sen! W końcu, po paru godzinach, kiedy w koncu potrzeba snu przesłania wszystko, a w programie zajęć występuje krótka luka np. przejazd samochodem, po prostu pada i zasypia w minutę. Wystarczy mu wtedy 15 minut snu i może działać od nowa. Uwaga - nawet najbardziej zmęczony nie traci humoru, śmieje się, chichocze - jest niezniszczalny.
  • ZARADNY - Bru, jako drugie dziecko w rodzinie, na którego nikt specjalnie nie dmucha, radzi sobie dobrze. Zmuszony ułożyć sobie stosunki z ukochaną, ale jakby nie było, starszą i nieco nadopiekuńczą siostrą, umie stworzyć sobie swój świat i swoje zajęcia. Naśladuje ją, ale nie ma problemu by robić coś po swojemu. Umie zajmować się sobą i nie potrzebuje trzymania za rękę podczas wchodzenia na zdjeżdzalnie czy na schodach. "daj spokój, mamo, za kogo mnie masz, już jestem duży, umiem sam zjeść serek" - zdaje się mówić i sam zajada swój podwieczorek. A ja siedzę obok, wpatrzona w niego, przyzwyczajona, że dla Hani karmienie było jednym ze sposobów na kontakt, na uczucie. W kontakcie z innymi dziećmi też nie daje sobie wejść na głowę, stanowczo, acz spokojnie reaguje na wszelkie formy wejścia na jego terytorium.
  • PRZYSTOJNY - tu już nie skomentuję, ale widać ze zdjęć. Wielkie oczy i gęsta czupryna, której nie chwyta nawet nowo zakupiona, profesjonalna maszynka, robią swoje. 
Mały Bond mi rośnie, zdobywca świata czy też kobiecych serc? Może po prostu świadomy siebie, niezależy i szczęśliwy młody człowiek? To najważniejsze.
wtorek, 14 kwietnia 2009
...i po świętach! Wolne dni przebiegły nam jak zwykle w tempie tajfunowym, przy naszej dwójce inaczej się nie da. Szkoda tylko, że pogoda nie dopisała, bo we wszystkie dni było pochmurno i zimno.

Co do samych świat w skrócie:
 
- Hania z Bruniem zanieśli grzecznie swoje koszyczki do kościoła w Wielką Sobotę. Bruniowi wystarczył tylko rzut oka na Hanię, by chwycił swój koszyk i pomaszerował z nim go kościoła. Przed wyjściem zaś odbyła się generalna inspekcja zawartości, w wyniku której pożarte zostały czekoladowe jajka. Na szczęście cudem uratowały sie cukrowe baranki. Pomalowane przez Hanie pisanki zostały sprawiedliwe podzielone między koszyczki na prośbę Bru "Mama, kajko (jajko)!" i ruszyliśmy orszakiem do świętego przybytku.

- dwa dni zostały sprawiedliwe podzielone między dwie rodziny. Dzieci szalały, dorośli rozmawiali i nakładali dokładki, a w wolnych chwilach łazilismy na spacery.

- chwilę stresu zaliczyliśmy wczoraj wieczorem. Hania, potwornie już zmęczona od nadmiaru wrażeń i braku snu, siedziała u mnie na kolanach i słuchała opowieści o tym, jak Tata oświadczył sie Mamie, oglądała zachwycona pierścionek z brylantem, po czym za moją zgodą przymierzyła go. Pozwolilam chwilę się nim pobawić,pod warunkiem, że będzie na niego szczególnie uważać, nie zgubi go i za chwilę odda, jednak po paru minutach Hania nagle wybuchnęła płaczem. Z urywanych słów wywnioskowaliśmy, że Hania...połknęła pierścionek a sama zainteresowana potakiwała głową rycząc w niebogłosy. Boże, szpital, co robić, wymiotuj- działałam, starając się nie wpadać w panikę, jednak jedna myśl nie dawała mi spokoju - taka racjonalna Hania polknęłaby pierścionek? Po chwili spokojnej rozmowy, że Hania połknęła chlebek, który utknął jej w gardle, a pierścionek zsunął się z palca (o rozpaczy!!) leży pod krzesłem. Ale stresu najedliśmy się co niemiara. Każdy z innego powodu.

- Nacieszyłam się swoimi dzieciakami, brakuje mi ich bardzo na codzień. I może wydać sie to przesadzone, ale tak bardzo lubię po prostu z nimi być. Oczywiście nie bez kryzysów np. o 7 rano, kiedy to stęskniona Hania wciska mi się do łóżka, nie działa na nią nawet chowanie głowy pod poduszką, a mi  przebiega myśl, że mogłam nadrobić zaległości i postać do ósmej. Ale wylewna czułość Hani nie zostawia miejsca na wątpliwości. "Mamusiu, ja tak lubię z Tobą być!". Z Bruniem też nie sposób się nudzić, to śpiewa nam piosenki własnego autorstwa, to przychodzi mnie pogilgotać.

I tak to teraz siedzę, myśląc o moich gadatliwych, śpiewających dzieciakach, a przypominają mi o nich bolące placy (od noszenia pieszczochów) i senna głowa (nie zdążyłam wyspać sie ani poleniuchować). A na razie muszę wrócić do formy.

Notka jest byle-jaka, obiecuje poprawę. Na razie na więcej mnie nie stać :)

piątek, 10 kwietnia 2009
Poza tym wszystkim moim czytelnikom, bliskim i przyjaciołom chciałabym życzyć pięknych i spokojnych świąt. Niech te rodzinne spotkania będą okazją do mile spędzonych chwil. Nie zapominajcie też o wiosennych spacerach!

Życzę Wam dużo radości i miłości na te dni!

A ja już jestem szczęśliwa, gdyż dzisiaj rano Bruno dołączył do składanych przeze mnie życzeń i dał mi pięknego, czułego buziaka od serca - w zasadzie po raz pierwszy był to Buziak z Prawdziwego Zdarzenia. To jest coś!

Dzisiaj w pierwszej kolejności chciałabym się zająć podziękowaniami:

1. Po pierwsze chciałabym publicznie bardzo podziękować Panu Pawłowi Pawlakowi, wybitnemu ilustratorowi książek dziecięcych za piękny gest i okazaną życzliwość. Jestem ciągle pod wrażeniem, zatem jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam serdecznie! Przy okazji dziękuję też Panu Wojciechowi Widłakowi (dla tych nielicznych co nie wiedzą -  to autor m.in. kultowego Pana Kuleczki) za okazaną pomoc!

2. Chciałabym podziękować Dorotce, mamie Gertrusi, za piękne życzenia i cudowne kurki. Są prześliczne! Dorotko, strasznie mi głupio i potwornie wstyd, w tym roku zupełnie zapomniałam o kartkach, a tu taka niespodzianka. Bardzo gorąco Cię przepraszam i mam nadzieję, ze niedługo nadrobię zaległości! Wszystkiego najlepszego!

Powyższe dwie sprawy wpawiają mnie nieustająco w dobry humor. Tyle jest dobrych ludzi, tyle jest dobra w ludziach, jak tu można się smucić? I tego i Wam życzę!
 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru