niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Po paru miesiącach zasmarkanych nosów, głębokich kaszlów i podejrzanych krostek, wreszcie nadszedł ten wymarzony weekend. Dzieci zdrowe, pogoda dopisuje, nic tylko rusząć w drogę i cieszyć sie życiem. I rzeczywiście, było cudownie.

Już po drodze było wesoło. Hania odkryła, ze podczas jazdy wyboistą drogą wypowiedziane na głos słowa wibrują śmiesznie. Po chwili wiec wszystko głośno mówiliśmy Maaaammaaa, Haaaniaaa! i pękaliśmy ze śmiechu. Po małym posileniu na działce, poszliśmy na bardzo długi spacer. Hania dzielnie szła i ani razu nie narzekała, rozmawiałyśmy sobie za to długo i namiętnie o tzw. życiu. W końcu dotarliśmy nad rzeczkę i tam wszyscy graliśmy w "misie patysie" - chyba pół lasu spłynęło rzeczką, zanim nie mieliśmy dosyć :) po drodze powrotnej widzieliśmy sarny i kury, zwłaszcza te ostatnie robią duże wrażenie na miejskim dziecku. Brumiś zaś padł uśpiony świeżym powietrzem.

Bruno po raz pierwszy miał okazję bliżej zaznajomić się trawą. Widzę, że odważny z niego chłopczyk - gdy tylko posadziłam go na kocu, postanowił wyruszyć w drogę (raczkująco) - niestraszne mu były ani trawy, patyki ani płyty chodnikowe. Dotarł do swojego Pradziadka i zadowolony wyciągnął rączki, PraDziadek posadził go sobie na kolanie i tak sobie siedzieli zadowoleni, wyglądali przepięknie, idealny duet najstarszego i najmłodszego pokolenia. Hania w wieku brata była znacznie bardziej zachowawcza -dziwił ja dotyk trawy, bała sie na nią stanąć. Bru jest odważniejszy.

Wieczorem były jeszcze zabawy i sesja fotograficzna w kwiatach i pyszna kolacja, upajający spokój wiejski i rozkwiatająca wiosna. Ach, nie chciało sie wcale wracać. I częściowo chyba jeszcze nie wróciłam, przynajmniej myślami. A póki co podbudowuje mnie myśl o  długim weekendzie - razem z Hanią odliczamy już do niego na paluszkach dni. Jeszcze trzy a właściwie dwa i pół. Już niedługo :)

sobota, 26 kwietnia 2008
To był jeden z tych dni, dla których warto żyć. Pogoda dopisała, dzieciaki promieniały szczęściem, cała rodzina w komplecie cieszyła sie swoją obecnością i wspólnymi zabawami cały dzień. Mam mnóstwo do napisania, ale na razie idę sie kąpać i spać.

A obszerniejsza relacja już wkrótce, wraz z fotoreportażem.

A na koniec zapiszę ku pamięci słowa, które sprawiły mi dzisiaj mnóstwo radości: siedziałam koło Hani, która gotowała "zupę". W pewnej chwili Córeczka spoważniała, spojrzała na mnie i powiedziała, tak prosto od serca:
- Wiesz Mamusiu, ja bardzo lubię jak jesteś ze mną!"
piątek, 25 kwietnia 2008

Idziemy sobie z Hanią na spacer, Hania opowiada mi co było w przedszkolu:

- ...i wiesz Mamusiu, na zielonym świetle można jechać a na czerwonym nie, trzeba czekać aż sie zrobi zielone..

Ja: Haniu, a był u Was w przedszkolu Pan policjant?

H: Nie, nie było. [po namyśle] Były dwa policjanty.

Ja: Taaak?

H: Tak i jeden nazywał się Kubuś, drugi Wiktoj a trzeci Kuba...

Tak mi się skojarzyło: Szły raz drogą trzy kaczuszki, Grzeczne, że aż miło: Pierwsza biała, druga czarna, A trzeciej nie było :)

(oczywiście to kawałek wierszyka J.Tuwima)

Dzieci na ogół nawiązują z domowymi zwierzętami tajne porozumienia. Ciche układy, oparte na wzajemnych korzyściach: a to zwierzak zje niechcianego kotleta, a to dziecko wypuści kota na dwór.

Brunio rośnie na kolejnego miłośnika kotów. Ilekroć kot pojawi się na horyzoncie, chłopczyk od razu rozjaśnia się i wzdycha uszczęśliwiony. Ostatnio w ramach programu "Jesteśmy jedną wielką rodziną" nasza Kotka nr 1, czyli Grubasa, wziela na siebie obowiązek nauczenia Brumisia jak się mówi.

- Miaaauuuu - mówi Grubasa

- Ijaaauuuu - naśladuje ją Bruno

- zrób głębsze uuuu i mocniej akcentuj, o tak: Miaaaauuuuuuuu - miauczy zawodowo Grubasa.

- Mauuuuuuuu - głosno powtarza chłopczyk.

I tak siedza sobie razem, gadają po swojemu i miauczą. Ciekawe czy mu tak zostanie :)

czwartek, 24 kwietnia 2008

W zasadzie nie lubię krytykować innych matek, nie uważam sie za świątynię mądrości, ale jak widzę jedną rzecz, to aż mnie trzęsie. I to od dłuższego czasu. Kiedy wczoraj po raz kolejny zobaczyłam co się dzieje, postanowiłam wylać chociaż tutaj żale.

W mojej bliskiej okolicy mieszka bardzo sympatyczne rodzeństwo. Trójka dzieci, w wieku przedszkolnym-wszesno szkolnym. Dzieci są wiecznie uśmiechnięte, rezolutne - zagadywały do mnie grzeczne przez płot, aż przyjemnie było porozmawiać. Jest jedna sprawa: dzieciaki są otyłe. A właściwie, przepraszam za wyrażenie, strasznie grube. Cięzko poruszają się, ubranka noszą większe o parę rozmiarów, chociaż wzrostem nie przewyższają rówieśników. Przykro, zdarza się.

Tymczasem matka, kiedy tylko ją widzę, kupuje dzieciakom coś do jedzenia. Zgadnijce co. Oczywiście, od rana do nocy: chipsy, chipsy, chipsy, czekoladki i słodkie tanie gumisie i inne gówienka etc. Jeśli coś do picia - to najsłodszy, najsztuczniejszy napój, nawet nie soczek. W najlepszym wypadku słodka buła. Wiadomo, dzieci jęczą: kup mi, kup mi, ale gdzie rozsądek tej matki! wiadomo, łatwiej zapchać dziecko chipsami, ale czy nie widzi jaką krzywde im robi?

Ech, złości to mnie strasznie, myślę sobie jak niewiele wysiłku wymaga umycie jabłka i danie dziecku. Jest tysiące innych podgryzajek, które można dać dzieciakom, które sama stosuję. Kupujemy sobie z Hanią orzechy włoskie i podjadamy albo całą mieszankę studencką. Latem: maliny, czereśnie czy inne owoce. Nigdy nie widziałam czegoś takiego w rękach tamtych dzieci. Jeśli picie: można kupić wodę lub nawet soczek, ale prawdziwy. Są kefiry, maślanki etc. I wszystko to jest kwestią nawyku i przyzwyczajenia. Tak niewiele wysiłku, a tyle dobrego może to przynieść.

Czasem myślę sobie, że jak alkohol powinni zakazywać sprzedaży chipsów dzieciom - wiem, ze to przesada, ale w lokalnym sklepiku chipsy robią niesamowitą furrorę. Jeśli widzę jakieś dziecko to na 75% będzie miało je w rękach. Po otwarciu drzwi sklepu chcąc nie chcąc wpada się na olbrzymi stojak z wielkim wyborem tych zapychaczy.  

Podziwiam Jamie Olivera, który walczy ze złymi nawykami dzieci i zabiega o dobre jedzenie w szkołach. U nas niby też miało być lepiej, ale nadal wygląda to koszmarnie. Aż prosi sie o jakąś kampanię społeczną: Matko, spójrz uważnie na to, co Twoje dziecko zjada!

Howgh! 

środa, 23 kwietnia 2008

Aż boję sie chwalić, aż boję się mówić, ale przeczucie mi mówi, że to już jest, już tak zostanie, że to nie chwilowe.

Trzy noce pod rząd Brumiś przespał bez posiłku. Pierwszej nocy jeszcze coś mamrotał, ale zasnął ze smoczkiem. Drugiej i trzeciej nie wspominał nic o posiłku. Czyżby to już?

Niczym żołnierz na posterunku, śpię jeszcze z gotową butlą w termosie, ale wewnętrzna wola walki jest silna. Jak będzie sie darł to nie dam i już! Niech już skończy sie to nocne żarcie, zwłaszcza że Brumisław chwali się już 5 zębiskami! A synuś jakby czuł tę matczyną stal i spokojnie śpi. Aż do 5:30 :)

Mam w głowie parę ambitnych notek, ale jakoś nie chcą mi sie zebrać do kupy. Do dobra, mi się nie chce ich zebrać. Jeszcze nie dzisiaj. Wyglądam z nadzieją przez okno a tam prawie włosna. Wysiadam z pociągu, gdy wracam do domu i już po paru krokach rozkłada mnie na łopatki, mocny, piękny zapach kwitnących drzew. To nic, że obcasiki grzęzną za chwilę w krótkim odcinku błota - widok kwitnących ogródków, coraz bardziej zielonych drzew oszałamia mnie na zielono.

Dzieciaki też cieszą sie z lepszej pogody. Hania gania po dworze i wspólnie planujemy zakup kwiatków do ogródka, Brunio też zaznaje wreszcie spacerów.

A w domowych sprawach burza - moge wreszcie przyznać, że na lato planujemy w domu duży remont, rozrasta sie on w zasadzie z każdym kolejnym planem. Bo jeśli zrobić A to i B. Bo jeśli cyklinować podłogi to w całym domu, bo jeśli malowanie to też wszędzie, a może przy okazji to i to? Z jednej strony jestem podekscytowana zmianami, bo dom naprawdę będzie inaczej wyglądał, z drugiej strony martwię się, jak to sie wszystko uda, gdzie sie wyprowadzimy na czas remontu (1-1,5 miesiąca), czy wystarczy pieniędzy?

Musi się udać i tyle. A na sam koniec zamkniemy dom na cztery kłódki i pojedziemy na wakacje. I to najciekawsza perspektywa :)

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

Ścisłe centrum Warszawy, oblegany przez samochody parking. Ruchem rządzi tzw.Stacz czyli inaczej bezdomny, który "pilnuje" samochody - czyli bierze haracz za to, że niby nic się z nimi nie stanie.  

W pewnej chwili podjeżdza elegancka fura, najnowszy model audi, alufelgi, elegancja, francja, skóra i w ogóle high life. Wysiada z niego kierowca, w wieku późno-średnim (czyli wczesnoprezesowskim), ubrany w stosowny garnitur, armani czy coś w tym guście, w każdym razie ubranie wygląda na najwyższa półkę cenową. Pan nonszalancko zamyka z głośnym piknięciem samochód (który zastawił dwa inne wozy) i nie troszcząc sie o opłatę parkingową oddala sie w kierunku wieżowca. Na to Stacz z nadzieją w głosie i z banknotami w oczach:

- przypilnować?

Na co Pan Kierowca po namyśle:

- nie mam pieniędzy!

Dwoje dzieci to wyzwanie, które oswaja się dzień za dniem, po to by wciąż zdobywać nowe sprawności. Czworo małych dzieci to tajfun, który przemieszcza sie w sposób nieuporządkowany i nieprzewidywalny po domu i rolą opiekuna jest to, aby zarówno on jak i gromadka dzieciaków poczyniła sobie i innym jak najmniejsze szkody. Nawet Dom wstrzymuje oddech.

Ogólnie z czwórką dzieci jest wesoło, głośno, śmiesznie i nieco wyczerpująco. To cenne poletko do obserwacji psychologicznych:

- Ciociu, a Hania powiedziała Basi, że jest gupia!

- Mamusiu, a Basia zepsuła zabawkę! i zrobiła bałagan, ale z niej łobuziak!

- Ciociu chce siusiu! A ja piciu! A ja przytulić! My chcemy porysować! a ja chcę zobaczyć bajkę o kacperku! Ciociu, poczytaj mi książke o wilczku! A ja chcę sie pobawić rybą - to nie lyba, to senka! to syrenka!

Najstarsza, siedmioletnia Zosia, to nader grzeczna i mądra dziewczynka. Pięknie zajmuje sie siostrą, a nawet siostrami, chociaz i ona miała nieco rozbiegane oczy, żeby nadążyć za ganiającymi się po salonie dziewczynami. Rozmowa z Zosieńką czy czytanie książki to czysta przyjemność, szkoda tylko że czasu było na to za mało.

Brumisław za to chłonął atmosferę zamieszania całym sobą. Nieustannie przyłaził do sióstr i próbował włączać się do zabawy. rozrzucał klocki, zjadał kredki, zaglądał do rozłożonych książeczek, oglądał też przez chwilę wybraną przez ogół bajkę. Wieczorem skorzystał za to z porzuconego przez jedną z sióstr biszkopta i zaznajamiał sie z glutenem (smaczny, ale ciężko połknąć strwierdził i wypluł nieprzeżute kawałki).

Hania i Basia za to biegały tak szybko, że tylko widać było smugi. Przy rysowaniu bardziej interesowały sie tym co rysuje ta druga i jakiej kredki uzyła. Przy ciastolinie uczyły się jedna od drugiej lepienia i podbierały sobie tworzyło (chociaż mamy go w ilościach hurtowych). Przy obiedzie ścigały sie, która pierwsza zje zupę. Przy kładzeniu spać sprawdzały, czy ta druga też zostanie położona. Na pożegnanie wpadły w obięcia i siarczyście sie wycałowały.

Kiedy wieczorem padłam na kanapę czułam masę satysfakcji i jeszcze wiecej zmęczenia. Dzieciaki są fantastyczne, przydałoby się tylko wyciągnąć od nich trochę tej niewyczerpalnej energii. Kiedy się jest w ich wieku, ma sie podwójnie za dużo energii, a kiedy w moim o połowę za mało. No przynajmniej w takie deszczowe drzwi, kiedy z figli w ogrodzie nici i kiedy ciśnienie jest na poziomie piwnicy.

A w środę powtórka :)

piątek, 18 kwietnia 2008

Wczorajszy dzień nie należał do najbardziej udanych w moim życiu. Oj nie. Przez pół dnia umierałam na senność, następnie napiłam się kawy siekiery, po której z ową siekierą najchętniej pobiegałabym po mieście. Na sam koniec dnia przyszło tak mocne zmęczenie, że kiedy po dokonaniu niezbędnych czynności domowych usiadłam nad wyczekiwanym i skrzętnie nagranym serialem "Mistrz i Małgorzata" (jedna z moich Top 10 książek), to zasnęłam niespodziewanie i nagle, mamrocząc jeszcze z uśmiechem na ustach "Anuszka kupiła już olej".

Cofając się w czasie: kiedy jednak wróciłam wczoraj do domu, czekało na mnie dwoje dzieci, znudzonych, czekających na mamusię (mama=jedzenie, rozrywka, miłość i pełnowymiarowa obsługa), małżonek zaś wiercił kolejną dziurę w ścianie, tym razem w pokoju gościnnym. Połączyłam wiec przyjemne z pożytecznym, tonący brzytwy się chwyta inaczej rzecz ujmując i zaprosiłam Hanię do wspólnego gotowania. Dumna mała kucharka z zapałem zabrała sie do robienia "pupelcików" (z przepisu Nigelli Lawson "Nigella gryzie" -pulpeciki w sosie pomidorowym- pycha). Szczególnym wzięciem cieszyło się ugniatanie miesa z dodatkami - glutowatym jajkiem, delikatnym serkiem czy puszystą kaszką manną. Szczęśliwe dziecko mogło mieć utytłane ręce a mama chwaliła je na całego! Hania dzielnie sobie poradziła z tym zadaniem, odmówiła wskazówek i pomocy, a duma z własnego osiągnięcia była wielka jak pół dzielnicy. Albo i cała. Moja zresztą też. Brakowało tylko białej czapki na głowie do pełni szczęścia (bo wiesz mamusiu, kucharze noszą takie białe duże czapki na głowie...).

Synuś, poczatkowo zafascynowany osiągnięciami siostry, dał po pewnym czasie znać, że kuchnia to miejsce dla bab i on woli przyglądać się jak Tata wierci dziury. Tak wiec jedną ręką zajmowałam się Bruniem, drugą przygotowywałam sos a trzecią pomagałam Hani. Ale to normalka dla przeciętnej matki.

A dzisiaj liczę na "pupelcikowo"-makaronowa ucztę - gdyż nic tak dobrze nie poprawia humory jak solidna porcja dobrych kluch. Z dobrym sosem. A od 22 nie ma mnie dla nikogo, proszę nie dzwonić, nie pisać i nie awanturować się. Oby do wieczora!

PS. jutro przymierzam sie do małego rekordu - będę zajmowała sie czwórką dzieci na raz. Mam lekką tremę, ale dam radę. Żeby tylko pogoda dopisała.

PS2. przepis na pulpeciki-klopsiki (jak zwał tak zwał), u mnie było mięso indycze http://tvnstyle.pl/1302079,1,1305450,programy.html

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru