niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
sobota, 29 kwietnia 2006

Oglądając przeróżne domy dochodzę do banalnego wniosku, że z domami to jak z mężczyznami: jeden mądry ale brzydki, drugi przystojny za to do pięciu ledwo co zliczy a trzeci i mądry i przystojny i czuły, ale ma żonę i kochankę. Z domami tak samo, jednemu dobrze z okien patrzy a w środku tragedia, kolejny ma dobrą cenę ale brak ogródka i ulicę, trzeci piękny, taki jak trzeba, jest na zadupiu (nawet wrony tam nie dolatują) a ceni się tak, że możemy o nim zapomnieć. Próbuję tak jak z facetami widzieć w nich to co najlepsze, ale w końcu co dom to dom, ma być naszym miejscem na lata i to musi być to. Piorytety ustalone, każdy dorzucił swoje, nawet Hania niewerbalnie zażądała miejsca na piaskownicę i dmuchany basen w ogródku a Koty spokojny kącik na wygrzewanie się w promieniach słońca. Poszukujemy wiec dzielnie własnego kąta, ale co się napatrzymy, to nasze :)

Scena rodzajowa z wczoraj:

Stoimy przed bramą posesji, o umówionym czasie. Dzwonimy, czekamy, nic się nie dzieje. Po dłuższej chwili z domu wychodzi skrzywiony facet (F)w szlafroku (typ cwaniakowo-pyskaty), patrzy się na nas (ja, M i Sz.-mężczyzna z rodziny jako fachowe oko) jak na akwizytorów-świadków Jehowy i rzuca zaczepnym tonem:

- o co chodzi?

M: Dzień Dobry, byliśmy umówieni na obejrzenie domu,

F: Ale ja o tej porze już chodze spać, ja już się kładę

M.:Przecież ustaliliśmy razem tę godzinę, umówiliśmy się!

F: A to moja wina, że tak wcześnie spać chodzę?

M.: Moja też nie, nie wiem czemu się Pan tak umówił.

F. No dobra, jak przyjechaliście to już wejdzcie, co poradzę.

W tym momencie wiedziałam już, że co jak co, ale od niego nic nie kupimy, ale chcac mieć porównanie do innych, weszliśmy na posesję. Ja pewnie od razu olałabym faceta, ale M. Się zaciął - był umówiony, wlókł się przez całe miasto - to obejrzy :)

Dom - tragedia - składający się z podoklejanych pokoi i pomieszczeń, byłej kanciapy, byłego korytarza, byłych schodów i w ogóle byłego domu, bo np. żeby wejść na piętro, do sypialni, trzeba wyjść na dwór i wejść osobnymi schodami, ale o tym dowiedzieliśmy się później. Póki co facet zaprowadził nas na podwórko i prezentował swoje "cudo".

F: to jest dobry dom, wymaga tylko osoby pracowitej, fachowej i bogatej" i tu nastąpiło badawcze spojrzenie lustrująco-szacujące, które zakończyło się spojrzeniem prosto w oczy, czy też my poczuwamy się do tej kategorii, co z kolei spowodowało u mnie wzrost temperatury o parę stopni i wyostrzenie spojrzenia z pod przymknietych powiek, bowiem nikomu do tego, co mam a czego nie. Po chwili F zacząl opowiadać o domu, jednak nas do środka nie zapraszając (może nie przeszliśmy jego selekcji?). Dom, a raczej parę wybranych pomieszczeń udało nam się obejrzeć, dopiero gdy wprost poprosiliśmy o to właściciela.

Na koniec, kiedy nie wyraziliśmy wystarczającego entuzjazmu dla jego domostwa oraz dla ceny, za którą można kupić nowiutki, piekny dom w podobnej okolicy, Facet wyprosił nas z domu. Powiedział, że nie mamy o czym rozmawiać i otworzył nam drzwi. Takiego Buraka już dawno nie widziałam i ciekawa jestem czy uda mu się w końcu wcisnąć ten dom, oczywiście o ile Kupujący nie pojawi się w porze drzemki, podwieczorku czy tez innych czynności fizjologicznych.

 

 

środa, 26 kwietnia 2006

Chociaż była już godzina siódma rano, głowa opadła mi na blat stołu a oczy zamknęły bezwiednie. Całe szczeście, ze Hania bawiła się przekładając orzechy z i na miseczkę, co całkowicie pochłaniało jej uwagę. Odcięłam się od rzeczywistości, nawet niesmaczna, ale mocna kawa, która parowała przede mną, nie była w stanie mnie dobudzić. No tak, taki jest rezultat nocnych polaków rozmów, trzeba było nie siedzieć z M. w mikroskopijnej wannie o wymiarach brodzika w środku nocy i rozważać ważnych planów życiowych. Za ścianą, na kolanach i brzuszku, z wypiętą pupą, przytulona do ręcznika spała Potomkini a my snuliśmy rozważania, które będą i ją dotyczyć. Burza mózgów, tysiące rozważań, hipotez i własnych teorii wypełniało nam każdą wolną chwilę, a teraz mogliśmy uzgodnić wspólne wersje.

Mój nałóg nawet po wyjściu z wanny nie pozwolił mi zasnąć bez przeczytania choćby rozdziału i takie są teraz tego rezultaty - senność, niż energetyczny. Po otwarciu oczu, paru łykach kawy i kęsach obowiązkowej kanapki przygotowanej przez pracowitego M., uzmysłowiłam sobie rzeczywistość: mieszkanie, które błagało o pracowitą rękę z licznymi dowodami mojego ostatniego lenistwa, pustawa lodówka, która oznaczała że wieczorem muszę ugotować dla Potomkini zupę, klopsiki a dla reszty domowników jakąś pozywną strawę, sprawy do załatwienia na mieście w ilości przekraczającej wolne wieczory w tygodniu. W pracy czekało mnie spotkanie z dyrektorem, prezentacja, walka z projektem i narada ofertowa z przedstawicielami paru działów, które miałam poprowadzić. Ale to jeszcze za parę godzin.

- weź sobie wolne, jak jesteś taka śpiąca - zamruczał M. Patrząc na mnie

- nie ma wolnego od codzienności, nie dziś to jutro, pomyślałam i zabrałam się za resztę kanapki. Tuż koło mnie Potomkini głośno protestowała z powodu pozakrywania krzeseł, uniemożliwiającego jej wspinaczkę na owe meble. Zza okna wyglądała piękna wiosna, ciepła, słoneczna, jasnozielona aż prosząca się o poranny, długi spacer, który dla mnie był realny niczym wygranie w totka - teoretycznie możliwy ale realnie zupełnie nie.

Pomyślałam sobie, jak to jest, duża część pracujących matek marzy o tym, żeby zostać w domu, żeby nacieszyć się dzieckiem, wolnością, zdążyć ze wszystkimi zaległościami. Natomiast kobiety pracujące na etacie mamy w domu marzyły aby wyrwać się do pracy, do ludzi, zapomnieć na parę godzin o pieluchach, gilach do wycierania, dywanie do odkurzenia. Czy jest miejsce, proporcja, w którym kobieta czułaby się idealnie spełniona, czy też skazane jesteśmy na wieczne huśtawki proporcji, czasu pracy, nastroju i akceptację tego co jest? Czy możliwe jest, żeby osiągnąć równowagę?

Rzut oka na zegarek i głowa Potomkini na moich kolanach przywróciły mnie do rzeczywistości. Za parę dni długi weekend, uśmiechnęłam się, a wieczorem wbrew wszystkiemu pójdziemy na długi spacer. Korzystając z chwili spokoju wciagnęłam parę łyków kofeiny i zapatrzylam się na Kocicę, która miotała się po parapecie chcąc przepłoszyć pląsającego za oknem wróbla. Po paru minutach powróciła energia życiowa o mocy basenowej suszarki do włosów i wiedziałam, że jakos przeżyję ten dzień, a umilę go sobie kolejnym grafomańskim wpisem na moim grafomańskim blogu, co też niniejszym czynię.

niedziela, 23 kwietnia 2006

Czas mija, a Haniołek cały czas zmienia się. Mimo to wciąż pozostaje misiem do przytulania i ma w sobie olbrzymie zasoby przytulankowych czułości. Kiedy tylko jesteśmy razem, Hania wykorzystuje swoją Mamę i co pewien czasu (raczej krótszy niż dłuższy) przychodzi do mnie, włazi na mnie, zarzuca
rączki na ramiona i przytula się. Na ogół wystarcza jej nawet to że jestem blisko, że jest u mnie na rączkach. Trzyma się dzielnie i rozgląda dookoła gotowa zdobywać świat w takiej asyście (nie zmienia to faktu, że kiedy idzie przed siebie w świat, nie ogląda się na to czy idziemy z tyłu :).


Jej czułości nie ograniczają się jednakże do Rodziców. Swoją miłością Hania chce ogarnąć wiekszość dzieci świata. Kiedy widzi dziecko w sklepie, podchodzi do niego, podaje rękę na przywitanie a potem rozkłada rączki i mocno przytula osłupiałą rówieśniczkę. W jej objęciach lądują również nieustająco dwie siostry cioteczne - jedna półroczna, druga piecioletnia oraz cały szereg miśków i lal (bez względu na wielkość - tym 5 cm też należy się miłość!!) oraz z braku laku moje nogi. Dzisiaj rano Hania połozyła sobie poduszkę na ziemi, po czym położyła się tam razem z jednym z większych miśków tuląc go od czasu do czasu oraz przygniatając, kiedy naszła ją ochotą. Hmmm...

Drugie oblicze Hani ma odzwierciedlenie w jej ksywce "pani inżynier". Interesują ją wszystkie maszyny, od suszarki po koparkę. Autobusy darzy szczególną uwagą, niech no tylko pojawi się jakiś na horyzoncie, już słychać okrzyk radości "Jezie!" (jedzie). Jazda autem, która sama w sobie jest
przyjemnością, polega na wypatrywaniu skarbów taboru MZA. Również samoloty to wdzięczny obieg uwagi Hani. Kiedy pojechaliśmy na działkę w pobliże lotniska, w miejscu tym samoloty co pewien czas przecinały niebo. Hania spędziła więc pół dnia z palcem wyciągniętym do góry, pilnie śledząc lot
małych punkcików na niebie, oraz komentując to co widzi. Parę dni temu za to zafascynował ją źwi! źwi! czyli dźwig i oglądała się za nim jeszcze długo po tym jak zniknął nam z oczu podczas wieczornego spaceru.

Kiedy zalozyłam jej sukienkę (i to nie jakąs różową, tylko dżinsową), zakończyło się to płaczem i próbą zdjęcia dziwacznego ciuszka. No cóż, woli swoje sprawdzone spodnie :)

I bardzo dobrze, mam nadzieję, że nie zabraknie jej sił w zdobywaniu tego męskiego świata!

Z najnowszych wieści (dzień wczorajszy): Hania samodzielnie włożyła sobie buta na nogę, szkoda tylko, że prawego na lewą stopę. Jednak nie przeszkadzało jej to absolutnie, za chwilę więc zaczęła nawlekać sznurowadło, co udało jej się, tyle że z zewnątrz do środka.

W wolnych chwilach Hania włazi na wszelkie krzesła, śpiewa sobie znane piosenki, gada z intonacją i przekonuje wszystkich, żeby koniecznie wyjść na dwór buj buj! . O właśnie ktoś mnie woła, słucham Haniu?

czwartek, 20 kwietnia 2006

Był sobie Stary Dom. Stary Dom starał się pełnić swoją funkcję najlepiej jak umiał i dobrze mu było z tym. Nikt nie wymagał od niego żeby był piękny, żeby miał specjalne okna, złocone ramy. W Starym Domu po prostu mieszkało się. Niestety, ząb czasu nadgryzł budynek, Domowi zaczęły wypadak dachówki z głowy, zgarbił się i nie miał już sił tyle co kiedyś. Któregoś dnia nadeszła Śmierć i powiedziała: nic się nie martw, na Twoim miejscu stanie Nowy Dom, a Twoje serce, ściana i piwnica będzie w nim żyła. I dotrzymała słowa. Wkrótce nieporadnie i niezbyt ładnie, ale za to entuzjazmem narodził się Nowy Dom. Budowała go rodzina, mąż, żona, dwójka dzieci. Kiedy Nowy Dom patrzył na nich aż mu komin dymin z radości - wszystko na swoim miejscu Rodzina, radość. Pani Domu z błyskiem w oku planowała, gdzie co stanie, tu Kochanie gdzie taras, będzie biblioteka, a tu będzie słoneczna kuchnia. Kiedy tylko podstawowe prace zostały zakończone, Rodzina przeniosła się do domu. Chociaż ściany były surowe, pokoje niewykończone to Nowy Dom był ich! Rok 2001 okazał się być dla nich szczęśliwym rokiem!

Minąl, rok, dwa. Nowy Dom ze smutkiem zauważył, ze Pani Domu, wraz z Dziećmi wyprowadziła się z domu. Już nie cieszył jej Nowy Dom, a na widok Pana domu jej oczy robiły się twarde jak stal. Zaczęła o nim mówić: mój były i przestała go widywać. Nowy Dom z Panem zostali sami, ale nie było im razem dobrze. Pan nie szanował go i nie starał się go oswoić po swojemu. Chociaż w końcu udało mu się oddać oficjalnie Nowy Dom do użytku to w środku czuło się, ze jest źle. Może to barłóg łóżka, zapach stęchlizny, samotna szczoteczka do zębów w śmierdzącej łazience i wielkie zdjęcia ładnej dziewczynki patrzącej wesoło w aparat, wiszące nad łóżkiem? Z dnia na dzień było coraz gorzej. Nowy Dom zamartwial się, co się dzieje? Gdzie jest ta kochająca się Rodzina z przed zaledwie paru lat? Gdzie jest ich miłość, przywiązanie?

Nadeszła kolejna zima, cięższa niż inne. Śnieg i mróz zakrył wszystko co się da i Nowy Dom zapadł w sen zimowy. Kiedy się obudził, po domu chodzili ludzie. Okazało się, że Pan zmarł. Pani powiedziała, że nie chce mieć z nim nic do czynienia. Zostawiła wszystko tak jak jest - łóżko ,szczoteczkę do zębów i zdjęcia Dziewczynki. Powiedziała Nowemu Domowi, że już go nie chce, że nie przyniósł jej szczęscia i że nie chce go znać. Nie obchodzi jej, ze z dachu się sypie, ze podmurówka odpada. Zostawiła go samego, a niedługo później, wyczuwając padlinę na miejscu pojawili się złodzieje, wyłamując piekne drzwi. Nowy Dom stał się Opuszczonym Domem.

W takim stanie zastała go pewna rodzina z dzieckiem. Zajrzeli z nadzieją w okna i zapytali się siebie, czy tu jest nasze miejsce? Czy Opuszczony Dom stanie się Szczęsliwym Domem? Czy fatum krążące nad nim zostanie przełamane pracą i entuzazjmem? Czy brzydota, krzywizny i koślawe wnętrze domu nie przepłoszy chętnych, czy starczy im odwagi i pomysłów? Czy Pani Domu przekaże go w dobre ręce, a może zmieni zdanie? I co najważniejsze, jak wyceni Opuszczony Dom?

środa, 19 kwietnia 2006

Zgodnie z nową tradycją to znowu piszę ja, bo mamie się nie chce po świętach (zamknąć bloga też nie :)

Tak więc świeta minęły nam bardzo szybko, tak jak szybko leci mleko z butelki. Najpierw razem z rodzicami poszliśmy na piknik do dziwnego budynku. Mama zapakowała nam na drogę jajka na twardo do nich sól, kawałek kiełbasy i chleba. Zapomniała chyba o warzywach czy soczku. W każdym razie chyba nudziło jej się bardzo, bo udekorowała ten koszyk, nawsadzała jakiś pisanek, wstążek, jakby szła z nim na przyjęcie albo nie miała lepszej torebki. W końcu zabraliśmy ten prowiant (z całkiem smaczną, sprawdzoną przeze mnie kiełbaską) i poszliśmy chyba do jakiegoś sklepu bo tłok był jak w kasie supermarketu, a wszyscy wystrojeni jak na ślub czy chrzest. Po środku pomieszczenia stał Pan w sukience i przyglądał się wszystkiemu znudzonym wzrokiem. Chyba był bardzo głodny, bo wszyscy oddali mu swoje zapasy w koszyczkach. A może to jakiś współczesny Smok Wawelski, któremu trzeba składać rytualną ofiarę? Tak czy inaczej ten biedny pan (mama mówiła, że to Pan Ksiądz) chyba powiedział coś niewłaściwego, bo po jego długiej przemowie i po prysznicu z miotełki wszyscy obrazili się na niego i zabrali swoje koszyki ze sobą. Biedny i głodny! Na szczęscie zaraz przyszli kolejni ludzie, może wiec później udało mu się zatrzymac jakieś wiktuały dla siebie.

W nagrodę, że byłam taka grzeczna, poszliśmy zaraz na plac zabaw, fajne miejsce mówię Wam. W końcu jednak nosy rodziców zrobiły się sine i obydwoje uznali, że trzeba wracać, że co to za wiosna jak w kurtkach się marznie, no trudno, ale postanowiłam, że jeszcze tu wrócę, o czym przypominam Rodzicom o każdej porze dnia i nocy (buj buj!) 

Dwa kolejne dni upłynęły razem z Rodzinami Mamy i Taty. Rodzina mojej mamy jest bardzo biedna, bo na śniadanie musiala się dzielić jednym jajkiem, az mi przykro było, wiec postanowiłam, że ja nic jeść nie będę, wiecej zostanie dla Rodziców. Zaraz też udałam się na drzemkę razem z Moją siostrą Basią, która jeszcze mało rozumie, ale za to fajnie się uśmiecha. W międzyczasie Rodzina opróżniła zawartość lodowki, w której ukrywały się wiktuały, dyskutując przy tym zawzięcie aż ich głosy dolatywały do miejsca w którym spałam.Jak zauważyłam, Mama reprezentuje opcję Młodych a Busia Starszych a Ciocia P. stara się stawać po środku chociaż i tak na samym końcu i tak wszyscy dochodza do wspólnych wniosków i puent. Ich spory są czysto teoretyczne (na ogół polityczno-społeczne) ale wciągają rzesze publiczności. W chwilach gdy brakło dobrego tematu, każdy jęczał, że nie może już jeść, że nie ma siły a co chwila i tak nakładał sobie po troszeczku na talerz. Na szczęscie zaraz ruszyło ich sumienie i koło południa udaliśmy się na długi parogodzinny spacer całym orszakiem, na przodzie, panowie z wózkami, w środku i na końcu grupy damskie i podskakująca Zosia. Po powrocie i po napełnieniu brzucha poszłam z zosią do piaskownicy - to cudowne miejsce, z którego Rodzicom nie udało się mnie wyciągnąć. To był cudowny dzień.

Następnego dnia byliśmy u Rodziny Taty. Tam też było biedne, znowu dzielili się jednym jajeczkiem, za to szybko zabrano się za obiad. Było bardzo rodzinnie, był Dziadziuś, którego się boję, ale mama mówi, że nie ma czego,bo jest kochany była i reszta rodziny. Po odkrywczym otwieraniu wszystkich zamkniętych szafek w salonie i po obfitym obiadku poszłyśmy z mamą do ogródka, nacieszyć się świeżym powietrzem. Biegałam sobie razem z wielgachnym psem, który co chwila obwąchiwal mnie i gilgotał nosem po szyi, ale w sumie był dobrym kompanem - oglądaliśmy wszystko co wpadło nam w łapy. W końcu trafiło mi się super zajęcia - Tata zmieniał opony na letnie a ja mu w tym pomagałam. Trzymałam śruby i wpychałam w koła tam gdzie trzeba a Tata je później przykręcał, ale to było fajne, zwłaszcza jak wrzucałam śrubki do środka felgi. Jedynym minusem było to, ze co chwila brudziły mi się ręce, jak nie w smarze to w piasku, który Dziadek dla mnie przygotował, wiec co chwila biegłam do mamy, żeby mi je umyła. Fajnie było, mówię Wam.

Święta, święta i po swietach. Została lodówka wypełniona najróżniejszymi ciastami (wałówka od obydwu rodzin), które rodzice musza zjadać od rana do nocy, chociaż mama nie lubi słodyczy. Mamy też wędliny i sałatki i dopóki rodzice ich nie zjedzą, na pewno nie zapomną tych świat :)

piątek, 14 kwietnia 2006

Czym sa święta dla przeciętnego młodego, pracującego człowieka? Świeta to dzień wolny od pracy, obowiązek spotkań z rodziną, obżarstwo, lenistwo.

Tak jak rzesza moich równolatków, nie martwię się, co ugotować na święta. Do podziału zostało jedynie w jakiej kolejności odwiedzimy które rodziny.Obydwie mamy (i moja i M. ) to znakomite kucharki, obdarzone syptomem matki karmiącej, co u mojej mamy oznacza przygotowanie wielkich wałówek dla "kochanych dzieci" na wynos, zaś u mojej Teściowej przygotowywanie najróżniejszych smakołyków w ilościach masowych. Dla lenia jakim jestem to układ znakomity. W sprawie świątecznych porządków ostateczne słowo zabrała Potomkini, zostawiając na pracowicie wypucowanych przeze mnie oknach w kuchni fantazyjne ślady rączek w przeróżnych konstelacjach. Chwile później po wyszorowaniu podlogi spadł jej na ziemię obiadek, rozsmarowany w następnych minutach łapami czuwających kotów. Na większe porządki nie mam ochoty, marzy mi się chwila wolnego, z kawą i gazetą i nie uważam tego za świetokradctwo. W ramach świąt pojawił się więc na stole kurczak oraz bukiet wiosennych kwiatów a w sobotę cała nasza gromadka pomaszeruje z koszyczkiem (zabranym misiowi) do kościoła.

Pogoda i gw nastroiła mnie do marzenia. Przeczytałam artykuł o dwójce młodych ludzi, którzy zaryzykowali i wyjechali spełnić swoje marzenie

Moja pragmatyczna mama pokręciła nosem na lekkomyslność ludzi, którzy nie wiedzą co stanie się jutro, co przyniesie im los. Mi spodobała się bardzo odwaga Młodych, którzy zawalczyli o swoją wizję przyszłości. Mama mówi, że każdy potrzebuje stabilizacji, a mi wydaje się, że są osoby, który nie jest ona do szczęścia potrzebna. W każdym razie podziwiam, trzymam kciuki i kto wie, może kiedyś z M. Wyjedziemy spełnić nasze marzenie: domek/knajpa w chorwacji nad brzegiem morza? A jakie są Wasze marzenia?

http://serwisy.gazeta.pl/df/1,34471,3268005.html
środa, 12 kwietnia 2006

Zapadła decyzja (tym razem nieodwołalna), zamykam bloga, dostęp będą mieli upowaznieni użytkownicy posiadający konto na gazecie (taki jest niestety wymóg bloxa). Jeśli ktoś jest zainteresowany a nie ujawnił się do tej pory, niech się wpisze.

W zamknietej wersji pojawią się zdjęcia i nie tylko :)

Howgh

Jestem przerażona pewnym artykułem:

www.dziennik.krakow.pl/public/?2006/04.10/Kraj/86/86.html

Nikomu nie można ufać, wszędzie może czaić sie zło. Założyłam tego bloga, żeby utrwalić te piekne chwile, jakie zawdzięczam Hani, żeby pamięci nie umknęły kolejne kroki mojej Potomkini w zycie, a ktoś to może wykorzystać w złym celu?

Nie będę więcej publikować zdjęć, stare wykasowałam. To górne tez wkrótce zostanie zastąpione czymś anonimowym. Blogu nie zamknę bo mam  nadzieję, że nie jest wystarczająco ciekawy, żeby go kopiować. Ale przykro mi, że jest jak jest. Mamy, dziewczyny, uważajcie.

poniedziałek, 10 kwietnia 2006

Moja Potomkini, moja Hania Najkochańsza z Kochanych, kończy dzisiaj 1,5 roku i całkiem duża z niej już osóbka. Z wdziękiem i charakterem zdobywa każdego dnia ten wciąż nowy dla niej świat. Budzi się z uśmiechem, ledwo się przebudzi a już skacze z radości po łóżeczku. Kiedy coś idzie nie po jej myśli - mówi to a czasem nawet i gryzie. Kiedy coś chce - wyraźnie o to prosi. Kiedy chce się przytulić, po prostu gramoli się na kolana i robi to bardzo często. Poza tym:

- ostatnimi czasy rozkitła dźwięko- i ruchonaśladowczo, większość rzeczy i czynności przypisane ma dźwięki, które są używane w razie konieczności. Teraz myj myj, bo kupa be. Pójdziemy na plac zabaw na buj buj a tam idzie pa (pan) z dzidzi (dzidzią). Na szczególną uwagę Hani zasłużyły wszelkie pojazdy i urzadzenia mechaniczne, a wiec auto jedzie i robi bwww. Pociąg robi tutu, a samolot lata wysoko, wysoko. Często słychac karetkę ija ija, zegarek cyka cyk cyk, odkurzacz zaś też wydaje dziwne dźwięki brzrz. Wszystkich dźwięki ciężko tu przytoczyć, bo Hania to gaduła, która często gęsto tłumaczy nam coś zawile, śpiewa skoczne piosenki (zawsze na przewijaku) lalalalala...., komentuje na bieżąco to co się dzieje. Najpopularniejszymi słowami pozostają za to niezmiennie " a co to?", "daj daj" , "nie ( czasem zdarzy się i tak :) ooo! no i oczywiście Mama, Tata, baa (kotek), Dziadzia oraz ciekawy zestaw odgłosów zwierząt.

- Hania jako rasowy smakosz jest ciekawa na nowości, a jednocześnie ma potrawy, których nie lubi. Odkryła już czekoladę, bowiem dorwała się do prawie pustej filiżanki z resztą czekolady do picia, słodki ten napój tak jej zasmakował, że pracowicie wydłubywała łyżeczką ostatnie gramy czekolady, a efekty widać było po usmarowanej i uradowanej buzi. Nieodmiennie ulubionym jedzonkiem jest pieczywo do przegryzania, którą to zamierzamy ograniczać jako że twarz Hani zaczyna kojarzyć się ze słodką bułeczką (aczkolwiek jej waga jest niska jak na jej wiek - 9,5 kg). Nieustanna ciekawość świata powoduje, że Hania koniecznie lubi wiedzieć i spróbować tego, co zjadają pozostali współbiesiadnicy, czy to Dziadzia czy Rodzice. Z zacięciem wcina więc mocno czosnkowe spagheti aglio e olio, próbuje wątróbkę, pomidorówkę z baru mlecznego czy też kotlecika podczas pobytu u Dziadzi i Busi. Jeśli chodzi o picie to codziennie naciąga ukochaną Busię na jednodniowy sok marchewkowy.

- mieszkanie to wciąż teren nie tylko zabawy ale i obowiązków. Trzeba mianowicie włozyć i wyjąć pranie, zmienić program w pralce, trzeba pilnować mamy, żeby używała rękawicy do piekarnika, trzeba poprzenosić bańki na wodę (w miejsce dowolne), buty swoje i mamy schować do szafy. Jeszcze tylko umyć podłogę znalezioną szmatką, jeszcze trzeba zmieść okruszki śmietniczką i miotełką, zmienić kotu wodę w misce (czyt. wylać ją na podłogę) i zrobić porzadki w ksiązkach na półce (czyt. Powyjmować je). Potem już można wdrapać się na kanapę i włączyć sobie telewizor albo poczytać książeczkę. Można potańczyć z lalą przy własnoręcznie włączonym radiu. Można wygnieść kota i ciągnąć go za ogon. Albo wyciągnąć rodziców na długi i zawsze ciekawy spacer przynosząc im buty i kurtkę. Ważne żeby działać!

- Haneczka przejawia wiele zainteresowań przypisywanych chłopcom ale nie przeszkadza jej to być pełną wdzięku dziewczynką, godnie noszącą swoje imię ( hebrajskiej channach - wdzięk, łaska). Szafa z narzędziami Taty to dla niej szczyt marzeń: obydwoje z M. potafią ślęczeć nad skrzynką z narzedziami i śrubkami długie kwadranse. Chociaż Hania lubi przytulać się do mamy i siedzieć jej na rękach to na spacerach nie brak jej odwagi, podchodzi do obcych dzieci, wręcza "prezenty" obcym ludziom, rozrzuca uśmiechy z pod czarnych rzęs niczym Marylin Monroe. Na widok piesków i chłopaków grających w piłkę piszczy z radości i nic nie jest w stanie jej zatrzymać.

- Czasem łobuzuje, wiedząc o tym, czego robić nie wolno, kiedy gonię ją, az kwiczy ze szczęscia. Czasem staczamy pojedynki na spojrzenia, kiedy ma coś zrobić i twardość jej brązowych oczu nie ustępuje ani na cal moim. W szczycie koncentracji potrafi też odprawić mnie jednym ruchem ręki, który zdaje się mówić "nie przeszkadzaj mamo!. Czasem używa nie, nie będąc o tym przekonana, ot tak sztuka dla sztuki (nie zmieniaj pieluchy, nie zdejmuj pidżamki). Zdarzyło się też, że kiedy nie mogła dostać tego co chciała, połozyła się na podłodze na wyraz buntu (a że była to akurat podłoga w sklepie to niemiało dla niej znaczenia).

Nie wiem czy isnieje ktoś, kto jest w stanie nie usmiechać się na jej widok, ja do takich osób na pewno nie należę :D

środa, 05 kwietnia 2006

Kiedy patrzę na moją Hanusię, czuję niezwykłą dumę, że to moje dziecko, krew z krwi mojej, mój prywatny cud świata. Jednak każdego dnia uzmysławiam sobie jak odrębna jest to istota.

Jak napisałam w poprzednim wpisie, od paru dni szczególnie narzekam na brak snu. Jestem w stanie zasnąć w każdym miejscu i wciąż tęsknie do wygodnego łóżka, ale nie udaje mi się przespać wiecej niż 6h. Co innego za to Potomkini - od niedzieli postanowiła zmienić swój tryb życia. Tak jak zawsze zasypiała sama po kąpieli, butelce i umyciu ząbków o 20, tak teraz wzięla sobie maksymę carpe diem - chwytaj dzień i szkoda jest jej spać, skoro noc jeszcze taka młoda a na świecie tak pięknie. Pełna energii i charakterystycznej radości życia, bryka łobuzersko po kanapie. Kiedy stwierdzam autorytatywnie" Haniu, idziemy spać!" słyszę mocne i zdecydowane 'NIE". Gdy odkładam ją do łóżeczka, słyszę ryk straszny i jednoczesnie tak żałosny, któremu towarzyszy energiczny wyrzut smoczka wraz z pieluchą oraz wyprostowana postawa z wyciągniętymi rączkami i łzy tak wielkie, że zaczynam się zastanawiać czy nie zmienić pościeli. W końcu wyjmuję Hanuśkę, która szczęśliwa owija się wokół mnie niczym małpka a potem wesoło bryka po pokoju, a ja słyszę tylko klapniecia bosych stóp klap! klap! Ustalam zasady: "nie chcesz spać to nie śpij, ale ja mam swoją robotę do wykonia", Hania milcząco zgadza się i po chwili towarzyszy mi w domowej krzątaninie mały duszek w pidżamce i ulubionej tetrowej pieluszce na głowie (Hania nałożyła ją sobie sama). Przygląda mi się pilnie, robi rundy dookoła pokoju i ani myśli spać. Hania, idziemy spać! "NIE" - słychać wyraźnie nawet przez trzymane w ustach monio (czyli smoczka).

W końcu, po godzinie, udaje mi się zagnać Potomkinie do łóżka i po negocjacjach zasypia w pozie uśpionej królewny. Godzinę później wygląda niczym wzór niewiniątka.

Niestety po kolejnych dwóch, kiedy ległam w łóżku chcąc dokończyć książkę, nastąpiło przebudzenie. Dwie kocie lafiryndy podczas spontanicznej rundy dookoła mieszkania zwaliły pudło z klockami, które rozsypały się po podłodze. Huk był tak duży, że usłyszała go i Potomkini a widząc, że Mama nie śpi, postanowiła dołączyć do nocnego brykania. Zabierz mnie z łóżka, mówiły jej wyciągnięte w moim kierunku rączki, nie chcę spać! A ja wprost przeciwnie, mruknęlam ponuro patrząc na budzik pokazujący godzinę 0:30. Spać! Zarządziłam gaszac światło i utulając dziecinę do snu. Bezskutecznie. Po chwili Hania włączyła opcję histeryczną, zanosząc się potwornym rykiem. Padnie czy nie, zastanawiam się przed dłuższą chwilę, jednak nie mogłam słuchać ryków i poleciałam po butlę z wodą. Hania tak się nakręciła w swoim płaczu, że aż zachłystywała się powietrzem. Przez najbliższe pół godziny próbowałam różnych opcji, łacznie ze zmianą pieluchy, tłumaczeniu, że Tata śpi i mama też prawie śpi i usypianiu. W końcu zmulona płaczem Potomkini usnęła, a ja zapewne sekunde później.

Ciekawe co będzie dzisiaj wieczorem?

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru