niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
środa, 27 kwietnia 2005

Wczoraj leżąc w wannie, rozmyślając sobie leniwie, doszłam do wniosku, że nie wiadomo kiedy z dziecka stałam sie dorosła, z dziewczyny stałam się kobietą. Jeszcze chadzam na bosaka, jeszcze jem lody na chore gardło, czuję respekt przed starszymi, jeszcze lubię sie wygłupiać i żyć po swojemu, a już należę do tej częsci ludzkości określanej mianem dorosłych w sensie dojrzałości. Już patrzę na rzeczy w szerszej perspektywie, już moje potrzeby są na szarym końcu, już mówię "powinnam, muszę, dam radę, miewam sie świetnie". W telewizji widzę tłumy młodych, zdolnych, których roczniki urodzenia przyprawią każdą kobietę o dwie dodatkowe zmarszczki na czole. Planując swoje dalsze zycie musze brac pod uwagę, że pewnych rzeczy już nie zrobię, nie pójde na studia weterynaryjne, nie wyjade na stypendium za granicę, nie zostane zawodową tancerką. Moje najbliższe lata upłyną na wymyśleniu odpowiedzi na pytanie "jak żyć" , ale tym razem pytającym nie bedę ja sama tylko moja córeczka, która rośnie z każdym wdychanych oddechem. Żebym to ja tylko znała odpowiedź na to pytanie...

Mam nadzieję, że dojrzewam niczym wytrawne czerwone wino, które jeszcze przez wiele, wiele lat bedzie miało siłę aromat, by uderzyć do głowy i zrobić w niej sporo zamieszania.

poniedziałek, 25 kwietnia 2005

Jestem mieszanką wybuchową, kipi we mnie feminizm, instykt macierzyński, ochota realizowania swych zdolności oraz mój priorytet, jakim nieustająco jest miłość. Kotłują sie we mnie uczucia żalu, rozgoryczenia, miłości, szczęścia, złości. Jestem feministką, to pewne, co oznacza dla mnie bycie świadomą kobietą, świadomą swoich praw, swoich mocnych stron i swoich ułomności i słabości. Oznacza to również, że jestem za parnterskim związkiem, za sprawiedliwym podziałem, za możliwością realizacji swoich zdolności.

Jednoczesnie wrze we mnie chęć bycia 100% matką, żoną, niekoniecznie kochanką :) Tak strasznie żal mi chwil, które mogłabym spędzić z moją małą Hanią, tak bardzo chciałabym, żeby moja córeczka wypełniała mi moje dnie. Po prostu chciałabym stworzyć ciepły, pełny zycia dom, nieustająco otwarty dla wszystkich przyjazdnych dusz. Chciałabym, żeby moje życie miało sens, żeby to co daję z siebie, nie kryło się w tłumie biurowych cyferek i dokumentów, o których za parę lat nikt nie bedzie pamietał. Chciałabym, żeby moje ewentualne zdolności komuś pomagały. dodawały sił, życia. Jednoczesnie wiem, że żeby zrealizować swoje powyższe marzenia, muszę jeszcze zrezygnować z powyższych wizji i zająć się najwyklejszą sferą życia, jaką jest zarabianie na chleb powszedni.

I tak kółko się zamyka, wąż zjada własny ogon, a ja udaję przed sobą, że jestem z tym pogodzona, ale cos kiepska ze mnie aktorka.

Cholera. Napisałam co mi lezy na wątrobie, po czym ..skasowałam wpis. Czy mogę pozwolić sobie na całkowitą szczerość? czy ze spelcionych ze sobą ciasno słów ktoś nie zrozumie opatrznie czegoś innego? czy prawdy nie powinno ujawniać sie lepiej w rozmowie?

Podczas niezobowiązującej rozmowy pada pewien temat. Czuję sie jak wraca problem z przed lat, kiedy sprawa wyglądała nieco inaczej, kiedy tajemniczy X.starał sie przekonać mnie, żeby nie robiła tego, co sam X. postanowił zrobić teraz. I jestem w kropce. Pamiętam tamte żarliwe przekonywanie, zupełnie jednostronne i czasem bardzo przykre. Dzisiaj X. jest już inną osobą i sam dojrzał do takich rozwiązań. A ja dojrzałam do tego, żeby powiedzieć, że X. nie powinien robić tego, co planuje. Nie teraz. Nie w taki sposób. Bo nie obejdzie się to bez czyjejś krzywdy. I sama nie wiem co robić, powiedzieć X. prawdę? Rozumiem X. całą duszą, współczuję gorąco, bo X-owi naprawdę łatwo nie jest ale wiem, że ta sprawa ma też drugą stronę i wiem, że takie wyjście będzie pewnego rodzaju egoizmem. Nie mnie oceniać X. Nie chcę się mieszać w życie X., chociaż wiem, że pewnie X. szuka strzałek, drogowskazów, którymi mógłby się kierować.

Mam nadzieję, że wszystko dobrze sie ułoży. Trzymam kciuki za X.

niedziela, 24 kwietnia 2005

Po ponad miesięcznym trwaniu w tej samej wadze z powodu wychodzących ząbków, Hancia postanowiła podrosnąć trochę. Jak postanowiła tak zrobiła i teraz przypomina kuleczkę, cała jest okrągła, rumiana, puciata, po prostu ciasteczko do zjedzenia.

Hanciszka (słowotwórstwo mamy haniołkowej nie zna granic) jeszcze nie raczkuje, za to pełza w kółko na macie, na wyciagniętych rączkach, posadzona jak chce to siedzi, jak nie chce to nurkuje twarzą w dół. Jest bardzo pogodna, wszelkie miny, odgłosy, podrzuty powodują u niej wybuchy głośnego śmiechu.

Nic natomiast nie może równać się z kotem - kot jest bwww (czyt.super) i powoduje wymachy wszystkich czterech zadowolonych kończyn.

W wózku Hania przypomina generała. Siedzi sobie dumnie i skupionym,uważnym wzrokiem omiata najbliższą okolicę, tak jakby nic nie miało ujść jej uwagi. Stopniowo ten wzrok się rozmywa, oczy robią się coraz bardziej skośne, szparki coraz mniejsze a po chwili Hania zasypia i tylko rączka z wyciagniętym palcem świadczy, że przed chwilą siedziało tu ciekawe i myślące dziecko.

piątek, 22 kwietnia 2005

Ze śmiercia stykam sie codziennie. Z tą fikcyjną,starannie wyreżyserowaną w filmach i z ta prawdziwą, w wiadomościach. Informacje smucą mnie, lecz po chwili moje myśli nieświadomiwe biegną już ku kolejnym informacjom. Wydaje się, że ją znam, jak pierwszą miłość, jak codzienny oddech.

Wystarczy jednak pogięty rower, czarny worek, czyjaś noga, by uświadomić, że śmierć nie jest akceptowalna, zrozumiała i codzienna. Pojawia się, gdy nikt jej się nie spodziewa - piatkowym wieczorem,na spokojnej pętli autobusowej miała randkę z wieczornym rowerzystom.

Śmierć to lekcja, której nikt nie jest w stanie nas nauczyć. Musimy nieporadnie starać pojąć ją sami. I nie zadawać pytań, na które nie ma odpowiedzi.

Ku pamięci nieznanego rowerzysty.

środa, 20 kwietnia 2005

Na urlopie macierzyńskim rytm mojego dnia wyznaczany był przez 1.Hanię 2. Hanię 3.pory dnia, pogodę, ciśnienie.

Obecnie żyję na parę etatów. Budzę się jako dobra matka o 5:25, kiedy to Hania stwierdza, że już sie wyspała. Nieco później przyklepuję pudrem moje macierzyństwo, złorzecząc na biurowe ciuchy oblekam ciało w koszulę i rajstopy i na 8 godzin staję się człowiekiem pracującym, pracownicą idealną (przynajmniej ma to tak wyglądać ;) To mój etat zarabiania na życie, moja męka tęsknoty za małą, ale też i pole do rozwoju, miejsce nieustannych spotkań z ludźmi, etat dla Ingi. Pod koniec dnia odliczam minuty do wyjścia i przebierając nogami biegnę do domu jak na skrzydłach. Tu zaczyna się mój drugi etat, ostatnio zaczynam go od kawy, aby dać radę i nie paść tuż po drugiej rundzie zmagań z obowiązkami. Jestem dobrą, kochającą mamą, jestem wciąż dobrą żoną, jestem też kiepską gospodynią, bo nie nadążam z porządkami, prasowaniem i tysiącem innych pierduł. Kiedy w końcu spełniam wszystkie przewidziane na dzień etaty, nadchodzi czas na mnie i moje potrzeby, które polegają na tym, że zasypiam z nosem w książce, świadoma, że juz za parę godzin czyjś uśmiechniety głosik zbudzi mnie wraz z pierwszymi promieniami słońca.

Gdy to piszę, patrzę na to jak ktoś obcy, z boku, dziwiąc się, jak bardzo zmieniło się moje życie i chociaż nie raz nie dwa zmęczenie ścina mnie z nóg to nie oddałabym świata za to jedno szczególne spojrzenie, które udaje mi się czasem złowić w czyiś zielono-brązowych, niewinnych oczach.

wtorek, 19 kwietnia 2005

No to mamy piątego zęba!!! Wyszedł w tempie ekspresowym, bo juz pięknie i dumnie sterczy zaraz obok dolnych jedynek. Coś mi sie zdaje, że za chwilę dołączy do niego brat bliźniak po drugiej strony Haniołkowej paszczy.

Ciesząc sie z posiadanego uzębienia, Hania chętnie zjada flipsy, podwójny obiad (dwa słoiczki albo jeden wielki) i podgryza wszelkie posiadane zabawki.

Nadchodzi czas na piosenkę:

"Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda,

tak sie zaczyna wielka przygoda ..."

Dzisiaj zostałam zgwałcona. Przynajmniej została zgwałcona moja zewnętrzna fizyczność i to na oczach wielu ludzi. Wszystko wydarzyło się podczas mojego powrotu do domu komunikacją miejską, kiedy tylko zobaczyłam wjeżdzające na peron metro, wiedziałam, że bedzie źle. Z każdym kolejnym, wypchanym aż po dach zmęczonymi ludźmi wagonem nabierałam wrażenia, że będzie naprawdę źle, a czekanie na następny pociąg nic nie da. W końcu kurczowo trzymając torebkę i zakupy, wcisnęłam się do wagoniku. Tak jak myślałam, znalazłam się w dzikim tłumie,zewsząd otaczały i ściskały mnie obce ciała, a ja nie miałam najmniejszej możliwości reakcji. Nie cierpię takiego przymusowego zbliżenia, krępuje i drażni mnie to bezosobowe obmacywanie, czyjeś oddechy na karku, gorąco,czyjś nos wbity w moje plecy, czyjś nachalny wzrok jeżdzący po moim bezbronnym biuście. Kiedy więc dojechałam na swoją stację, z ulgą wysiadłam i zamaszystym krokiem opuściłam ten przybytek, chcąc jak najszybciej zrzucić z siebie obecność obcych mi ludzi.
Wiem,wiem jestem okropna. Wracam do domu i od razu sprawdzam co sie działo z Hanią. Busia opiekuje sie nią naprawdę sumiennie i z sercem, ale trochę inaczej niż pewnie ja bym to zrobiła. W mojej głowie tłucze się głupie przekonanie, że tylko ja potrafię dobrze zająć sie moim dzieckiem, że inni tylko odwalają obowiązki, że zawsze może być lepiej. Dziecko obudziło we mnie lwicę, która trzyma pazury w pogotowiu, niech no tylko ktoś źle spojrzy na Hanię. I tak zamiast po powrocie dziękować Busi czy też zrobić jej herbatę, to przesłuchuję ją sprawdzając ile były na spacerze, kiedy Mała jadła i kiedy była przewinięta. Potem jest mi głupio, bo wiem ile dziecko wymaga pracy i że mam dobrze, że Busia zajmuje się Małą chociaż te trzy dni. Obiecuję sobie poprawę, a potem i tak prowadzimy z Busią burzliwe dyskusje na temat w sumie nie tak istotnych szczegółów ;))
poniedziałek, 18 kwietnia 2005

Krytyczne myśli o sobie ją jak kawałki pokruszonego szkła w dłoni. Mam świadomość, że w zasadzie są mi niepotrzebne, a nawet są szkodliwe ale trzymam je uparcie dorzucając sobie okruchy. Odkąd mam Haniołka, nie zauważam ich, ale mam swiadomość, ze to tylko przezroczystość powoduje, ze są niewidoczne. Wiem, ze nadejdzie dzień, kiedy moja dłoń zaciśnie się na nich w masochistycznej przyjemności dręczenia się i przekonywania o mojej całkowitej zbędności. Ignoruję myśli o tej chwili niczym chory, który nie przyjmuje złej diagnozy do wiadomości. Na razie jest pięknie, a ja nie myślę o sobie albo tak chociaż chcę myśleć :D

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru