niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
piątek, 25 marca 2011

Przyszła wiosna, przynajmniej w kalendarzu. Tajfuny już od miesiąca mnie męczą, kiedy przyjdzie wiosna. Pełno w nich tej dziecięcej energii i oczekiwania na czas, kiedy non-stop będzie można siedzieć poza domem. Hania czeka na to już od grudnia, kiedy to dostała od Świętego wymarzone od dawien dawna rolki. Jęczała i jęczała, kiedy to wreszcie będzie mogła poszaleć, chciała jeździć po domu, a jak sie da to i po schodach. Na szczęście, jej własny Ojciec też ma w sobie nutkę szaleństwa, wiec w styczniu poszli chociaż na rower. W te 3 dni, kiedy chodniki nie były zasypane śniegiem. Potem już się nie dało, trzeba czekać na wiosnę, a tu jak nie było, tak nie ma.

W końcu cierpliwość Tajfunów się skończyła i postanowili olać pogodę i rozpoczęli wiosenną działalność w ogródku. Huśtawka została wyciągnięta, narzędzia ogrodnicze, tudzież zabawki z piaskownicy. Wrócili z czerwonymi policzkami, z nadzieję, że ta prawdziwa Wiosna już niedługo przyjdzie i będzie ciepło.

Póki co targają nami zmiany ciśnienia, niewyspanie, zmęczenie wieczorne i humory. No dobra, te ciśnienie to głównie u mnie, jakoś nie mogę się dopasować do tej zmiennej pogody, zmęczona chodzę, jak nie ja. Wypatruję tego obiecanego słońca, kwiatów a póki co walczę ze sobą, żeby wieczorem nie zasnąć za szybko. Kto wygra tę przesileniową rundę ja czy sterta prania do prasowania? Wynik na wczoraj 1:0 dla sterty :)

PS. widział ktoś tę najbardziej kapryśną pannę W jak Wiosna? Tylko proszę mi nie mydlić oczu krokusami w ogródku, to taka ściema dla nadmiernych optymistów! Żądam słońca!

PS. Optymistyczny akcent na koniec - widziałam dwa lecące bociany! To był piękny widok...

13:16, ingutka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 21 marca 2011

- Mamusiu, a ja będę spał z Hanią - głos Bruna rozbrzmiewał z dumą z górnego piętra. Zaraz pojawił się sceniczny, karcący szept jego siostry: - miałeś sie zapytać mamy, czy możemy razem spać!

Chcac rozwiać wątpliwości poszłam szybko do pokoju Hani, na miejscu oczywiście okazało się, że dzieci chciałyby spać razem, tym razem w Brunia łóżku. Po krótkim zastanowieniu zgodziłam się, ciekawa rezultatów. Dzieciaki wskoczyły błyskawicznie pod kołdrę, już wcześniej ustaliły podział poduszek i miejsc.

- Brunio, jakie tym masz cudowne nóżki - westchnęła Hania.

- Haniu, a teraz Ty będziesz mnie przytulać- odrzekł na to Brunio i przystąpił od słów do czynów.

" Taaak, ...sielanka, ciekawe ile tak wytrzymają" - pomyślałam  widząc przytulające sie Tajfuny i opuszczając na wszelki wypadek pokój (póki jest spokój i nikt nie woła po mamę). Uprzedziłam jeszcze dzieciaki, że jak będę słyszeć kotłowanie, przepychanie i wrzaski to dzieci będą rozdzielone do swoich łóżek i swoich pokojów, co zmotywowało ich, żeby zachować względną ciszę (kłócili się tak, że wyjątkowo na końcu ulicy nie było ich słychać :) Od razu założyliśmy się z M. ile czasu zajmie Tajfunom kotłowanie się przedsenne.

Po 10 minutach Bruno wyszedł na korytarz ze słowami, że nie może zasnąć, czym zbudził Hanię, która zasypia jak kamień, jak tylko się położy, ale jak ktoś jej wychodzi przez głowę, to się budzi, jęcząc donośnie "Bruuuuunooooo!!" (odpowiednia ilość samogłosek "o" i "u" jest niezbędna przy wymowie). W końcu po dokonaniu paru czynności nie tylko życiowych, zasnęli. Hania spała z kołdrą nawiniętą niczym naleśnik na skrawku łóżka, Bru rozwalony szeroko, bez przykrycia. Cud miód.

Sobotni poranek - dla mnie jeszcze noc. 5:30. Lud pracy spokojnie dosypia nie musząc wcześnie wstawać. Rzekłbyś cisza nocna. A w tej ciszy dwie małe postaci korzystają, że Rodzice jeszcze śpią. Kto pierwszy wstał, tego nie wiadomo. Jedyne to co udało się ustalić post factum to:

- 0 6 rano byli już obydwoje ubrani (samodzielnie) i bawili się razem;

- bawili się we fryzjera, o czym świadczy obcięte prawie do skóry włosy na środku głowy Bru (wygląda jak łysy placek);

- ku pokrzepieniu Hania zrobiła sobie i bratu kakao, przyzwyczajona, że na ogół robi kawę, posłodziła je jeszcze, ale żadne z nich nie zgłosiło reklamacji na trunek.

PS. Tajfuny wynegocjowały ze mną, że w najbliższy piątek znowu sią razem, w jednym łóżku. Tym razem u Hani. Już się boję.

12:02, ingutka
Link Komentarze (2) »
środa, 16 marca 2011

W zasadzie od urodzenia Bru śpi niespokojnie. Szczególnie w niemowlęctwie kilukrotne pobudki i histeryczny płacz Brunka to była norma. Obecnie Bru śpi raczej spokojnie, ale niestety wciąż zdarzają sie noce, kiedy budzi i zaczyna rozpaczliwie ryczeć. Jest tego parę odmian, ale najgorsze w tym jest to, że tak naprawdę nie sposób dowiedzieć się o co chodzi: czy to zły sen, czy coś go boli, czy swędzi, czy niewygodnie. Ryczy i już, a po wszystkim zasypia w jedną sekundę. Rano albo nie pamięta albo zgadza sie grzecznie na wszystko, co mu sugeruję: miałeś zły sen? O taaak! Nóżki Cię bolały? i to jak! Hmm.

Dwie noce temu podobna pobudka miała miejsce. Synuś wypłakiwał się, wtulał we mnie ale ewidentnie coś było nie tak. Jak doświadczona rodzicielka po kolei wypróbowałam na nim wszystkie znane mi metody radzenia sobie z tym problemem. Od przytulania, przez śpiewanie kołysanek, wspólne wyglądanie przez okno w poszukiwaniu gwiazd, noszenie na rękach (o zgrozo ;), czy też wydmuchiwanie nosa i szukanie lekarstw, wody. Nic, nic nie pomagało, a żaden szewczyk dratewka nie pojawił się, żeby wyzwolić ryczącego smoka od napadu płaczu.

I w końcu, podobnie jak to w bajkach, znalazłam sposób. Udałam się z Bru do mojej sypialni. Ryk umilkł jak nożem uciął, chłopak zasgerował mi tylko dyskretnie, żebym odchyliła kołdrę, po czym wczepił się we mnie i z zadowolonym uśmiechem zasnął. W parę sekund, tak jakby poprzedni ryk był tylko sennym koszmarem, ale moim, nie jego. Nie zostało mi nic innego jak spanie na skrawku łóżka, pod skrawkiem kołdry i skrawkiem poduszki, z małym misiem przy boku. Na pocieszenie miałam jego piękny zapach, ciepło i mój ulubiony profil. Zasnęłam.

Poranek nie był już taki rozkoszny. To przede wszystkim zawody na spostrzegawczość: czy mi uda się upewnić, że Bru jeszcze śpi czy Brunkowi uda się spostrzec, że ja już się obudziłam, w związku z czym pora wstawać. Tę nierówną walkę oczywiście przegrałam z kretesem i to dobrą godzinę przed budzikiem. Radosny skowronek rozpoczął poranne figle w celu ściągnięcia mnie z łózka. Ukryta we mnie Ms. Hyde w sposób dobitny przekazała informację, że "o tej porze (z naciskiem na "tej") jeszcze się śpi, w związku z czym trzeba spać. Obrzuciwszy mnie litościwym spojrzeniem, Przedszkolak rzucił mi pocieszające zapewnienie "ale jak wstaniesz, to się poprzytulamy" i zostawił mnie samą, żebym mogła jeszcze poudawać, że śpię. Wrócił co prawda po 5 minutach, ale już konkretnie, żeby mu pomóc pozapinać guziki w jego koszuli ("taką jak ma Tata, chłopaki takie noszą"), a ubrany był już w majtki, podkoszulkę i skarpetki. Szkoda było już spać, w związku z tym Bru zabawiał mnie barwną konwersacją. I gniewać się na niego nie sposób :)

PS. Następnej nocy, w ramach sprawiedliwości spała z nami Hania, ale to już zupełnie inna historia.

23:08, ingutka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 13 marca 2011
W telewizji zalew programów mających na celu odkrywanie talentów muzycznych, a u mnie w domu śpiewający zestaw stereo. Hania, jako melomanka, słucha radia zawsze i wszędzie, rozpoznaje wykonawców i śpiewa swoje utwory z dużą dawką emocji, niekoniecznie z dobrym tekstem. W sumie to i bardzo dobrze, gdyż gdyby była bardziej dociekliwa, musiałabym się gęsto tłumaczyć ze słów piosenki "Mnie nie oszukasz" - "między nami nic nie było, parę nocy, trochę wina", a tak Hania przejęta nastrojową muzyką wyśpiewuje wypełniając samochód (przy zamkniętych szybach ;) dziewczęcym śpiewem "mnie nie oszukasz..." (największy hardcore to piosenka " be my lover" usłyszana w jakiejś poczekalni - czy coś w tym guście, nie pamiętam tego kiczu - Hania pamięta słowa po jednokrotnym usłyszeniu, na szczęście nie na długo.

Brunowi, jako młodszemu bratu, nie wypada oczywiście zupełnie zignorować tematu, ale śpiewanie muzyki z radiem to przecież nie zadanie dla prawdziwego Artysty. Najpierw obraził się, że sugerujemy, że piosenkę, którą właśnie słyszy, śpiewa jakiś inny Bruno, Bruno Mars. No jak to, przecież to on jest Bruno (jedyny na świecie zapewne - rozumiem go, sama się bardzo dziwię, jak spotykam kogoś o moim imieniu, zdarzyło mi się to tylko parę razy w życiu) i tego nie śpiewał. Po dłuższej analizie tematu i częstotliwości słuchania piosenek owego Bruna, doszedł do wniosku, że śpiewający pan Mars to jakby przedłużenie jego samego - on jest Bruno i ten pan jest Bruno - mamy wiec śpiewającego i sławnego Bruna i to nie ważne jakiego nazwiska.Mój własny syn o tym imieniu śpiewa natomiast piosenki dziecięce i tyle mu na razie wystarczy.

Póki co, dzieciaki zapowiadają się raczej na artystów samochodowych, tam bowiem śpiewamy większość piosenek (co gorsza zbiorowo!) i słuchamy radia. I naprawdę, dla dobra ludzkości dobrze, że na ogół mamy zamknięte szyby, drżyjcie ludzkości, idzie lato, a "...śpiewać każdy może, trochę lepiej już trochę gorzej..." :) Jeśli ktoś kiedyś spotka samochód ze zgodnie wydzierający się ludźmi (młodszymi i starszymi), po prostu się uśmiechnijcie. I nie zapomnijcie zatkać uszu :)


21:58, ingutka
Link Komentarze (1) »

I znowu zaległa cisza na haniołkowym, wstydź się autorko, wstydź. Ale cóż, życie wygrało ze mną tę rozgrywkę, w godzinach nocnych nie mam już siły siedzieć przed komputerem albo nie mogę sie dopchać. Dodatkowo dotarł do mnie zarzut, że mój blog jest zbyt różowy.

Chcąc odeprzeć ten zarzut napiszę tak:

Dzieciaki nie raz dają mi w kość. Często jest pod górę, jest stresująco, czuję sie bezradna, zbyt mało cierpliwa, niekompetentna. Jednocześnie dzieciaki dają mi tak dużą dawkę miłości, radości, dumy i spełnienia, że ten blog nie może być czarny. Macierzyństwo daje mi mnóstwo satysfakcji i nie potrafię napisać pod czyjeś dyktando, że jest inaczej. Moje dzieci nie są idealne, najmądrzejsze, najlepiej wychowane, ale to są moje własne Tajfuny, które kocham najmocniej na świecie. Mam dużo zainteresowań, czasem zwyczajnych, czasem dziwacznych, ale nic innego nie daje mi takiego uczucia spełnienia i takiej radości. Ostatnio, kiedy codzienność trochę mi dopiekła, a nerwy i stres stały się moim codziennym towarzyszem, to dzieciaki najlepiej wyprowadzały mnie z tego stanu wegetacji.

Stały czytelnik zauważy, że piszę o blaskach i cieniach tego macierzyństwa: o buntach Bruna (było w ostatnich notkach) czy o innych wybrykach. Bo to jest częścią mojej codzienności.

Nie uważam, że powinnam pisać w bardziej szarych tonach. To jest mój obraz macierzyństwa i nie potrafię patrzeć na niego inaczej. I niech tak zostanie :) 

21:30, ingutka
Link Komentarze (3) »
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru