niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
poniedziałek, 29 marca 2010

Stając pod naszym domem, można często o najróżniejszych porach usłyszeć głośne okrzyki "ratunku! pomocy!". Czy to przemoc w rodzinie? Bicie, głodzenie, dręczenie?

Nie. To biedna Królewna Złotowłosa Hania jest w tarapatach i dzielny Bruno rusza jej na ratunek. Na przykład wyciąga ją z przepaści albo ratuje z rąk krwiożerczego smoka. Albo jeszcze z pożaru. Hania czuje się w charakterze pseudo-ofiary doskonale i często przywołuje brata wydzierając się na cały dom "Ratunku!!!". Dobra zabawa murowana. Mam nadzieję, że pomoc społeczna nie stawia sobie w związku z tymi okrzykami krzyżyków przy naszych nazwiskach.

************************************

Co sobotę Tajfuny nawiedzają w godzinach porannych basen. Oj, bardzo się nie chce matce leniwej spędzać sobotniego przedpołudnia mocząc ciało w wodzie (popływać indywidualnie się nie da), ale wizja sprawnie pływających, zdrowych i dobrze rozwiniętych dzieci jest zbyt kusząca. W tę sobotę Bruno za sprawą Instruktora dokonał postępu - po prostu nie dostał rękawków, tylko makaron do pływania. Wystarczyło, że parę razy go puścił i załapał, że trzeba go trzymać i to cały czas. Nie płakał, nie narzekał, powiedział tylko z wyrzutem:

- Mamusiu, ja jestem caaaały mokly! (mokry)

No cóż, zdarza się. Zwłaszcza w wodzie. Za to Bru załapał i pływał całkiem nieźle, podobnie jak siostra, która nurkuje i trenuje dzielnie, pływając na plecach z makaronem tylko pod szyją.

Niedziela zaś upłynęła pod znakiem wielkanocnych warsztatów i niespodziewanych acz miłych spotkań. Jedno z nich przeobraziło się w związku z tym pierwszą, wiosenną wizytę w lodziarni. To jest dopiero frajda. A widok Brunia wycierającego serwetką loda ściekającego po pysznym wafelku - bezcenny :)

piątek, 26 marca 2010

M. musiał wczoraj wyjechać na jeden dzień, wraz z nocowaniem poza domem. Zostałam wiec sama na gospodarstwie z całą domową Bandą, która swoimi szóstymi zmysłami wyczuła całą sytuację. I tak to prawie każdy członek naszej społeczności postanowił wykorzystać sytuację, aby zwrócić na siebie moją uwagę.

Pierwszy dał sie zapamietać Brunek. Był grzeczny na wyprawie oglądania krokusów i spacerze, wszystkie domowe, wieczorne rytuały udało sie odprawić bezproblemowo. Brunio dał sie położyć do łóżeczka i tylko najgrzeczniejszym tonem powiedział: to ja mamusiu się teraz cichutko pobawię.

Spokojnie zajęłam sie wiec domowymi obowiązkami, a to obiad ugotować, a to pozmywać, posprzątać, wyszorować łazienkę, nakarmić trzy wymiauczone wąsiaste gęby. Jednak pewne dziwne odgłosy zaniepokoiły i poszłam na górę.

Pokój Brunia wyglądał jak wnętrze ciucholandu. Gdzieś, między bluzą z ciuchcią a pidżamką chłopiecą, wystawały dwie gołe pięty. Reszta ciała Bruńka przyczajona była w stercie ubrań, bowiem chłopiec słusznie zgadł, że  nie spodoba mi się wizja jego wiosennych porządków. Gdzieś tam tylko łypało na mnie czarne oko, próbując wyczytać z mojej twarzy emocje. "Mamusiu, ale ja tylko szukałem Hani czapki!" wyjaśnił mi parę chwil później, dlaczego wyrzucił na podłogę zawartość trzech obszernych szuflad. Dlaczego do tego rozparował starannie wszystkie swoje skarpetki, do dzisiaj nie wiem. Może węzeł skarpetkowy to najlepsza kryjówka dla czapek dziewczęcych? Zagoniłam go wiec od razu do sprzątania, ale przy okazji wykonywałam obowiązkowe zrzędzenie tj. "że źle zrobiłeś, że mi przykro, że jestem zła i że jak można taki bałagan zrobić"

- Ale mamusiu, przecież ja sprzątam! - oznajmił mi rozbrajająco Synek, upychając jeden wielki kłąb w czeluść szuflady. No właśnie, w czym problem?

Kolejny był Pędzel, wielki miłośnik kwiatków. Psim, a raczej kocim swędem dostał się do zamknietego pokoju Hani i w środku nocy zwalił olbrzymi kwiatek. Zostałam o tym poinformowana o 5:45, kiedy to Hania przyszła do mnie pt. Mamusiu, ja już nie śpię, a Pędzel narobił strasznego bałaganu." Rzeczywiście, bałagan był godny wspomnienia.

Na koniec okazało się, że nasza domowa kotka, obdarzona tylko jedną i to odwrotnie ulokowaną klepką mózgową, poszła po raz pierwszy w teren i nie wróciła (ma chyba agorafobię). W ramach porannych aktywności latałyśmy z Hanią po okolicy kiciając i wołając, w końcu znalazłyśmy ją pod pobliskim samochodem.

Przemilczę łaskawie nocne pobudki Brunia, zwłaszcza tę nocną przerwę, która trwała 40 min.

Było nieźle. Dzisiaj moja słomianość się kończy, ciekawe czy niespodzianki też się na tym zakończą.

16:45, ingutka
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 marca 2010

Wstyd się przyznać, ale z drugiej strony nie mogę przemilczeć pewnego  sukcesu mojego Dziecka.

Brunek miał zwyczaj zasypiać ze smoczkiem. Mieliśmy zerwać z jego nałogiem już jakis czas temu, ale na pierwszy ogień miało iść odpieluchowanie pełne, żeby zostawić synkowi jakiegoś pocieszyciela przy tym procesie. Wiedzieliśmy jednak, że to ciężkie zadanie wisi nieustająco nad nami, a biorąc uwagę upór Bruniowy byliśmy pewni, że pójdzie ciężko.

Okazja sama wpadła mi w ręce i postanowiłam przekonać otoczenie i wykorzystać pretekst. Brunio nocował u Dziadków, wrócił rano, a po przeszukaniu jego bagaży okazało się, że smoczek został u Dziadków. Zamiast wiec szukać zapasowego smoczka, poszłam do synka i wytłumaczyłam mu, że ukochane monio zostało u Dziadka, że może Dziadek je przywiezie niedługo. Bru poprosił o poszukanie innego, też sie zgodziłam, ale oczywiście nic nie znalazłam. W końcu Brunio zasnął, ukołysany wizją, że monio gdzieś tam jest u Dziadka, w dobrych rękach. Wieczorem Brunio przypomniał sobie o tym i uzgodnił ze mną przed zaśnięciem, że zadzwonimy do Dziadka, to może go poszuka a może i przywiezie?

Najważniejsze było to, że ten pierwszy dzień przebiegł tak niesamowicie spokojnie. Oczekiwaliśmy szlochów, krzyków, tupania nogą, a tymczasem Bruno spokojnie przyjął nasze tłumaczenia, wyglądało na to, że po prostu dał sie przekonać.

Następny dzień to dyżur Cioci Eli, której to Brunio tłumaczył, że monio zostało u Dziadka, a wieczorem, kiedy Brunio nie mógł zasnąć, wpakowałam się synkowi do łóżka i dokładnie mu wytłumaczyłam, że jest już dużym chłopcem i nie potrzebuje monia, że smoczka używają tylko dzidziusie, które nie umieją mówić i chodzić tylko leżą i ryczą, a przecież Bru jest juz duży i tyle rzeczy potrafi. Wizja dorosłości własnej przypadła mu do gustu. Patrzył się jednak na mnie pełen rozterek, bo z jednej strony to, co mówiłam, podobało mu się, z drugiej zaś strony czuł, że to oznacza rozstanie z czymś ważnym dla niego. Zasnał utulony ulubionymi kołysankami śpiewanymi przeze mnie.

Kolejny dzień to już pełen sukces - rano Bruno zebrał burzę oklasków od najblizszej rodzinki za sukces moniowy, że jest dużym chłopcem. I od tej pory temat smoka został zamknięty - Brunio nie pyta, nie prosi - w końcu jest duży. Niesamowite.

Wiem, ze późno się za to wzieliśmy, ale myśle też, że to dobry czas. Zaskoczyła mnie dojrzałość Bruna i jego gotowość do dialogu i współpracy. Myślę, że sukces udało się osiągnąć dlatego, że Bruno był do tego przekonany, poczuł sie potraktowany jak partner, a nie jak smarkacz. Nikt nie narzucił mu niczego, bo tak chce, bo jest ktoś silniejszy od niego, tylko ktoś przyszedł go przekonać.

Jesteśmy dumni!

poniedziałek, 22 marca 2010

Hania ma rozterki, mieć czy nie mieć dziecka w przyszłości. Bo w zasadzie to nie chce.

- A dlaczego Haniu?

- bo jak zacznę rodzić, to kto mnie zawiezie do szpitala?

- może na przykład Twój chłopak.

- ale mamusiu, ja nie chcę mieć chłopaka!

Tak, zdecydowanie Hania nie chce i nie zamierza mieć chłopaka i obawia się, że jak będzie dorosła to będzie musiała go mieć. Już raz miała i wie jak to jest i po prostu nie chce chłopaka mieć i już, wiec nie chce być dorosła.

- Haniu, masz jeszcze dużo czasu, nic nie będziesz musiała, a zobaczysz, jeszcze się kiedyś zakochasz. A jak nie chcesz chłopaka to możesz mieć dziewczynę ;P

W ogóle z tym porodem to problematyczny temat. Hania pyta:

- Mamusiu, mówiłaś, że Tatuś przeciął moją pępowinę, prawda? To jak on to zrobił, włożył rękę z nożyczkami Tobie do brzucha?

*****************************************************

Brunio rośnie już nie tyle na Artystę, co na gwiazdę. Nie sposób przytoczyć jego powiedzonek i gestykulacji, ale ma zadatki. Wie, jak zauroczyć otoczenie. Wychodzi z windy w nowoczesnym bloku, samo zapala sie światło. Brunio rozgląda się w około i woła głośno: - dziękuję, dziękuję bardzo!

Podczas wizyty u Dziadków, Babcia opowiada a dzieciaki się przysłuchują:

- .... i kupiłam dzisiaj kawę.

Bruno z widoczną radością: o dziękuję bardzo, dziękuję!

Hania po wizycie u dziadków przywozi Bruniowi prezent. Brunio na to wyściskał Hanię, wycałował porządnie i powiedział:

- dziękuję Ci bardzo, Hanusiu Kochana!

Tak, wie ten chłopak jak się zachować. I niech nikogo nie zmyli ta uprzejmość, chłopak ma pazura, tylko wie jak go schować w miękiej poduszeczce życzliwości i uprzejmości :)

Ostatnio właśnie mieliśmy właśnie przypadki, kiedy to Bru zaparł przy jakimś działaniu, postanowił zrobić coś inaczej niż zawsze robiłam to ja. Twardy był, wyszedł na korytarz i tupał jedną nogą, chcąc podkreślić swoje argumenty (ale ja chcę!). Kiedy nie zwracałam na to uwagi i poszłam do łazienki się myć, poszedł za mną i zaglądał po cichu do środka, udając, że go tam nie ma, dopiero kiedy wyszłam na dobre, przypomniał sobie swój protest i rozpoczął na nowo. Wytrzymał dobrą godzinę, w końcu uległ pod siłą argumentów, udając, że całe zajście nie miało miejsca.

Normalka.

środa, 17 marca 2010

Od niedawna Hania ma fazę na zabawy-bitwy. Po nieudolnym śledzctwie nie udało mi się z niej wydobyć, skąd zna zupełnie nowe słownictwo w pakiecie z zabawami, ale zabawa jest przednia. Dodam jeszcze, że stereotypowo ten typ zachowań przypisywany jest chłopcom, co robi piorunujące wrażenie u dziewczynki, która wygląda na słodką i niewinną.

- Mama, jesteś potworem a ja mam miecz i teraz ciebie łup, łup, ranię, krew Ci leci, teraz rysuję krwią na Twoim brzuchu i już nie żyjesz - szaleje, a ja rzeczywiście umieram, tyle że ze zdumienia. Po chwili żądza mordu przenoszona jest na następnego Potwora.

Innym razem, w słoneczny poranek, Hania nadaje ton wspólnej zabawie i razem z Bruniem bawią sie walki smoków. Pojedynkują się nogami i udają, że tłuką pięściami i pazurami.

- A teraz umarłam - stwierdza Hania - a Tobie jest smutno, bo mnie bardzo lubiłeś!

Smok patrzy smutno, na szczęście agonia nie trwa długo i po chwili niedoszły nieboszczyk gotowy jest do kolejnej potyczki, Tajfunowy pojedynek przenosi sie do innego pomieszczenia.

W chwili czułości Hania mi wyznaje:

- bo ja mamusiu bardzo lubię wszystkie potwory i dinozaury! Lubię takie straszne opowieści i wcale się nie boję, wiesz?

Którejś niedzieli Hania przyuważyła w telewizji serial "czterej pancerni" (jest nadawany rano)- wystarczyła chwila, a już sie wciągnęła. Mamusiu, proszę Cię bardzo, pozwól mi to oglądać, ja wszystko wiem, to jest Janek, jak nasz dziadek a to pies a to czołg, ja to bardzo lubię! Po oglądaniu tego serialu w jej wieku pewnie miałabym trzy koszmarne noce, ale Hania tylko chichocze i śledzi uważnie treść. Ja z kolei mam zagwozdkę i moralniaka, jak jej to wszystko wytłumaczyć, kim sa Ci źli (Niemcy ale nie Niemcy), czemu Tomek sie czołga w drodze do swoich, dlaczego Gustlik kogoś dusi no i jak mama mogła sie kiedyś kochać w Gregoriju zwanym Grzegorzem. No i pozwalać oglądać czy nie?

Na ukoronowanie Hani nowego zainteresowania wczoraj minęliśmy na ulicy kolumnę prowadzoną przez auto żandarmerii wojskowej, a w środku jechał czołg, taki jak w serialu. Mina Hani mówiła wszystko, zachwyt i podziw.

Zastanawiam się, skad w Hani te nowe zainteresowanie, czy bawiła sie z chłopakami w przedszkolu (no coś Ty Mama, nie bawiłam się!), podejrzane w jakimś filmie (nie, nic nie oglądałam, naprawdę) czy też taka faza w rozwoju. W sumie - niech ma, podświadomie kibicuję jej, w końcu ja też kiedys byłam taką chłopczycą, słodką i niewinną istotką, która zapatrzona była w historie o rycerzach, gwiezdnych wojnach itepe itede. Wiem, że to nie za moją sprawą, a jednak po cichutku cieszę się, że moja córka nie ma tylko typowych dziewczęcych hobby. Po cichutku - bo wybór zainteresowań to jej sprawa, a jednak świat jest taki ciekawy, że szkoda się ograniczać do rzeczy przypisanych przez nieznane autorytety płci dziewczęcej. Kurcze, a może powinnam się martwić? ;)

wtorek, 16 marca 2010

Najważniejsza jest odpowiednia motywacja.

Hania wróciła z przedszkola do domu, od razu wpada w objęcia stęsknionego Brunia.

Bruno: Hania, pobawisz sie ze mną w owanego (chowanego)?

Hania: no nie wiem Brunio

Bruno: nie masz yjścia! (wyjścia)!

************************************************

Tajfuny oglądają taniec z gwiazdami (a niech będzie, lepsze to niż po raz niewiadomo który wielkooka Małgosia i buciki na minimini).

Hania pilnie śledzi kreacje uczestniczek - tę suknie by chciała mieć, tę też ale lepsza byłaby srebrna. Chciałaby tak umieć tańczyć, ale nie chce chodzić na lekcje baletu.

Brunio-Artysta chłonie relację całym sobą. Co chwila komentuje na bieżąco:

- ale oni pięknie tańcają!

- ale piękny widok!

- ten pan nie umie tańczyć, tylko ta pani umie! (para on zawodowiec, ona bliżej mi nie znana gwiazda). No zobac, pseciez on wcale nie umie tańczyć!

- ja będę tańczył z Hanią! Będę tańczył z Hanią, Tatą i Mamą!

poniedziałek, 15 marca 2010

Hania w ramach przedszkolnych zajęć z religii zaliczyła przedświąteczne rekolekcje w kościele. Rezultat tego mogłam usłyszeć wieczorem:

- Mamusiu, ja chciałabym już umrzeć i pójść do nieba. Chciałabym być w niebie!"

Powiedziała to wszytko rozmarzonym głosem, zupełnie nieświadoma treści, jakie wypowiedziała. Porozmawiałam z nią długo i wytłumaczyłam jej o co chodzi, ale tak sobie myślę, po co tym przedszkolakom rekolekcje w kościele? Dopytałam się Hanię, w jej rekolekcjach brali udział również uczniowe z pobliskiej szkoły, jaka to przepaść między tymi grupami wiekowymi! Podejrzewam, że ksiądz powiedział, co miał powiedzieć i tyle, a całość można zaliczyć bardziej w formie spaceru niż nauki, która wniesie coś istotnego w zycie malucha.

Brakuje mi bardzo tej chęci dotarcia dla dziecka. Religia potrafii być fascynująca, ale trzeba po pierwsze chcieć a po drugie umieć dotrzeć do słuchacza. Hania niestety nie miała szczęścia trafić na takiego nauczyciela. Jej lekcje religii polegają na kolorowaniu kolejnych świętych obrazków, które zakupiliśmy na początku roku w ramach "podręcznika" do religii. Aż żal słyszeć o takim marnotrawstwie czasu, energii, serc i zapału tych dzieciaków! Przecież to są wspaniałe historie, odpowiedziane w odpowiedni sposób mogą przyciągnąć na długo uwagę maluchów, zaangażować ich w cały ten dodatkowy świat. Tymczasem u Hani nie ma nic, odklepane kolorowanie i to wszystko. Jak zwykle, na rodzicach spoczywa wyjaśnianie całej religii. Nie wzbraniam się przed nim, ale przecież po coś ta religia ma być!

Za zachwalanie życia w niebie to ja dziękuję. Jest nam dobrze tu na ziemi, a jeśli zachęcanie dzieci do kościoła ma polegać na reklamie nieba, która potem skutkuje smutkami ("mamusiu, ja nie rozumiałam co ten ksiądz mówił, to było za trudne!") to chyba warto sie nad tym zastanowić. Może być w ramach rekolekcji.

piątek, 12 marca 2010

Nasze ranki ulegając ciągłym przeobrażeniom, jednak jedna rzecz jest ostatnio pewna: dzieci to skowronki i wstają skoro świt. Bardzo często muszę w związku z tym wstawać przed budzikiem, żeby mieć oko na moje Tajfuny.  

Kiedy dwa dni temu, ściągnięta z łóżka dziecięcą paplaniną, zeszłam na dół do kuchni, przed mymi oczami ukazał sie jakże malowniczy widok: Hania karmiła siedzącego na swoim krzesełku i ubranego troskliwe w śliniak Brunia. Jak to Hania, doprowadziła tę sztukę do mistrzostwa, każda bowiem łyżka wędrująca do paszczy połączona była z jakąś historyjką i dźwiękiem. Było ich tak wiele, że nie sposób spamiętać, oto kilka z nich:

- a teraz leci samolot (i odgłosy warczenia - łyżka wpada do buzi)
- a teraz jedzie pociąg (tutuuut!)
- a teraz Grubasa (nasza kotka) jedzie na rowerze (odgłosy sapania)
- a teraz kury łapią koguta (odgłosy zamieszania)
- a teraz włosy są łapane przez rękę, bo tak lubią, teraz Brunio
bedzie cisza, bo włosy mówią bardzo cichutko!

- a teraz widelec idzie po parapecie (tup tup)

Brunio był wniebowzięty, chichotał sie nieustająco i posłusznie otwierał buzię, udając niemowlaka. Ja za to mogłam spokojnie zrobić sobie kawę i delektować się myślą, jakie to mam pomocne i kreatywne dzieci :)

Z ostatnich perełek podobało mi się jeszcze, jak Hania usiadła z Bruniem i "czytała" - tj. opowiadała mu książkę dla dzieci o ciekawych pracach budowlanych typu budowa mostu, tunelu dla pociągu. Kiedy czegość nie wiedziała, na przykład nazwy maszyny, cos od razu wymyslała a Bru chłonął tę wiedzę jak gąbka. Super.

środa, 10 marca 2010

Nie było mnie parę dni, miałam wyjazd słuzbowy, ale już powracam na znajome, rodzinne tory.

Dzieciaki - tęskniły, wiadomo. Hania powitała mnie pięknie wymalowaną laurką, na której tańczę razem z kwiatkami, Bru natomiast obraził się na dzień dobry, że zostawiłam go na tak długo. Ach, to chmurne spojrzenie spode łba, tak bardzo przypomina mi mnie :)

Dobrze się tak czasem wyrwać, oderwać, spojrzeć na wszystko świeżym okiem. Hania na czas mojej nieobecności jeszcze bardziej nasiliła opiekę nad braciszkiem. Zrobiła się taką straszą, odpowiedzialną siostrą, która opowiada mu świat. Bruńkowi natomiast rozsypał się worek, ale nie ze słówkami, ale z powiedzonkami i naprawdę ciężko go przegadać i ciężko być przy nim smutnym.

Zainspirowana Cicutą napiszę może o moich dzieciach i ich predyspozycjach, ku pamięci:

Hania - mądra, odpowiedzialna, spokojna i uporządkowana dziewczynka. Lubi sobie poukładać świat, wytłumaczyć skąd się coś bierze. Ambitna po mamie, lubi być w czymś dobra. Jak się za coś weźmie, jest bardzo wytrwała, ćwiczy aż do zwycięstwa, pomimo trudności - np. pływanie, jazda na nartach, na hulajnodze, myślę, że ma skłonności do bycia perfekcjonistką. Jest przy tym bardzo wrażliwa i na zmęczenie reaguje płaczem. Lubiana przez koleżanki i kolegów, ale nie jest też liderką, jest nieśmiała. Troskliwa i opiekuńcza ponad miarę. Bywa przekorna, żeby przekonać się, gdzie jest granica ale najczęściej oscyluje na fali grzeczności, żeby czuć się taką super-ekstra dziewczynką-córeczką. Największe marzenie: być strażaczką. Ewentualnie bibliotekarką.

Brunio - wielki i prawdziwa Artysta. Wygadany, niesamowicie pogodny i z poczuciem humoru, niedoprzegadania. Uparty najbardziej z całej rodziny, nieprzekupny i bezkompromisowy. Kreatywny i aktywny, ciągle w ruchu, a jednocześnie nieustająco potrzebuje kontaktu z ludźmi, dotyku i ciepła. Niesamowicie empatyczny i wrażliwy, przeżywa bardzo świat, który widzi, losy bohaterów bajek. potrafi świetnie nazywać swoje emocje, mówi, kiedy jest smutny, kiedy się czegoś boi i nie wstydzi się tego. Natomiast jest odporny na zmęczenie, na to co dzieje, pożada nowych wrażeń i potrafi bawić się aż do upadłego. Otwarty i kontaktowy, sam wychodzi do ludzi, zagaduje nawet obce osoby.Kim chciałby zostać w przyszłości? Ciężko powiedzieć, w zależności od chwili wyścigówką albo strażakiem. A może jeszcze kim innym?

wtorek, 02 marca 2010

Kiedy wracam do domu, na ogół mam ochotę zaszyć sie gdzieś pod ciepłym kocykiem, ale jak wiadomo, jest to niemożliwe. Wita mnie od razu okrzyk radości i na ogół po chwili dwoje wytęsknionych dzieciaków zawisa mi na szyi.

Aby nacieszyć się sobą, na dobry poczatek organizuję zabawę - ulubione to w piratów albo w strażaków. Aby nie nabiegać się za bardzo za niewybieganymi dzieciakami, przydzielam sobie stateczne role np.dyspozytorki straży pożarnej i tylko obserwuję i inspiruję moich dzielnych strażaków, którzy ubierają wyimaginowane stroje, chwytają sikawki i na sygnale pędzą do pożaru w formie świeczki, robią to w takim przejęciem, jakby rzeczywiście się paliło.  

Jednym z naszych ostatnich stałych punktów są tańce. Mam w telefonie trochę ulubionych płyt, piosenek, tak wiec najpierw staram sie przemycić jakąś swoją piosenkę. Wiem dobrze, że za chwilę dzieciaki zgodnym chórem poproszą: "Mama, włącz proszę Mamma Mia!". Już po pierwszych dźwiękach tych piosenek rozpoczyna sie abbowe szaleństwo, Hania ćwiczy nowe tricki (chcę umiec tańczyć jak chłopak, takie wyskoki i wymachy), Bruno zagarnia przestrzeń i wieczorna gorączka taneczna trwa, nawet ja, nazywana przez dzieci Mamma Mia,  jej się poddaję :)

Ostatnio kiedy w towarzystwie obierałam ziemniaki ("Brunio Ty podawaj mamie ziemniaki do obierania, a ja będę te obrane wrzucać do wody" - jak zarządziła Hania, bowiem nawet pomaganie mamie musi być dzielone) złapał mnie nastrój nostalgiczny, włączyłam głośno piosenkę, która zawsze poprawia mi nastrój, (Anna Jantar & Natalia Kukulska "to co mam") i zaczęłam głośno śpiewać. Podobają mi się jej słowa, kiedy śpiewam, czuję że to o mnie:

" To co mam to radość najpiękniejszych lat

to co mam to serce, które jeszcze na wszystko stać,

to co mam, to młodość, której nie potrafię kryć

to wiara, że naprawdę umiem żyć!"

Po chwili do mojego głosu dołączył głos Hani, za drugim razem śpiewałyśmy refren już prawie razem. Jakże inaczej te słowa brzmiały w jej ustach i jak innego nabrały znaczenia! Hania szczególnie zapamiętała frazę "to młodość, której nie potrafię kryć" - cóż, nie da się ukryć, że to ma :) Mi chociaż zostaje nieustająco radość najpiękniejszych lat, zwłaszcza jak patrzę na te mój śpiewający chórek :)

09:21, ingutka
Link Komentarze (1) »
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru