niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
wtorek, 31 marca 2009

Gramatyka języka polskiego bynajmniej do prostych nie należy. Zwłaszcza, gdy ktoś chce używać pełne wdzięku zwroty, zgodne ze wszystkimi "miodkowymi" normami. Mali ludzie nie zawracają sobie nimi głowy, wystarczy pokazać na coś palcem i wystarczająco głośno i dobitnie powiedzieć: "chciem to!! Dajii!". Kiedy jednak jest się przedszkolakiem i to już nie w najmłodszych biedronkach, tylko w średnich misiach, trzeba wypowiadać sie odpowiednio. A to proste nie jest.

Przez długi czas królował u Hani tryb, który łączy zgrabnie wszystkie trzy czasy:

"Mamusiu, ja chciałam, żeby Ty poczytałaś mi", "chciałabym Tatusiu, żebyś Ty zrobiłeś coś" - chodziło oczywiście o prośbę dotyczącą przyszłości - Hania chce, żebym je poczytała.

Teraz na warsztat poszły uprzejme prośby i zapytania:

" Mamusiu, Ty nie możesz mi poczytać? Mamusiu, Ty nie poczytasz mi? " Za każdym razem zawierają "nie" jakby sugerując, że odpowiedż będzie przecząca, co nie jest zgodne z prawdą. Uczę więc Hanię, jak poprawnie sie prosi: " czy mogłabyś mi poczytać?". Ale to nie takie proste.

"Mogłaś być mi poczytać"

"mogłam byś mi poczytać"

Język sie Hani zawiązuje w supeł, patrzy na mnie zrezygnowała, ale próbuje dalej. W końcu warto, Mama na pewno w końcu się zgodzi :)

(Czytamy teraz "Dzieci z Bullerbyn" A.Lindgren i Hania jest zachwycona, nie ma to jak urok klasyki)

niedziela, 29 marca 2009
- Mamusiu, jest mi zimno! - woła Hania
- imno! imno! - powtarza Echo.

- już jesteśmy blisko - mówi M.
- bisko! - powtarza Echo.

- Tata, zobacz jaki mam patyk! - woła Hania.
- patik - odpowiada jak zwykle Echo.

Echo towarzyszy przy wszystkich rozmowach i nigdy nie wiadomo, które słowo zostanie powtórzone. Niczym w długim tunelu, mówi te same słowa, nie zawsze dokładnie tak samo, ale zawsze z takimi samymi końcówkami. Bo jak sie nie da powiedzieć "kokosanka", to zawsze można powiedzieć "kanka". A przecież Echo tak właśnie ma. Wchłania słowa i wypluwa końcówki.

Echo często zmienia się w Cień. Nie staje się bynajmniej czarne i mroczne, nie chodzi też poziomo po ziemi (chociaż i to mu się zdarza). Głównym zadaniem Cienia jest: Towarzyszyć i Robić To Samo. Bo jak twierdzą mądre nianie, dzieci uczą sie przez naśladownictwo. Tak więc Cień uczy się pilnie, całe dnie.

Hania zmęczona kładzie się na dywaniku łazienkowym i udaje, że śpi - po chwili obok niej leży wierny Cień i też pochrapuje, tylko oczy ma otwarte i wpatrzone w siostrę. Hanka siedzi i wkłada nogi w szczebelki barierki? Po chwili cztery kończyny wystają z drugiej strony i bynajmniej nie są to ani psie ani kocie łapy. Jedne nóżki są czerwone, to Cień nosi rajstopy po siostrze. Druga para nóżek jest oczywiście w kolorze różowym.

Siostra i Cień. I Echo.


środa, 25 marca 2009
Domowa ruletka wykonała kolejny obrót i tym razem wskazała na Hanię. Przy dźwiękach suchotniczego kaszlu zapadła diagnoza: początki infekcji bakteryjnej. Cóż, nic dziwnego skoro najpierw ja w tempie ekspresowym przechorowałam swoje (1,5 doby) a potem Maużonek rozłożył się na nieco więcej dni.

I Hania teraz jest w rozterce. Bo z jednej strony nie lubi kaszlu, który naprawdę daje sie jej we znaki, z drugiej strony siedzi z braciszkiem w domu i robi to na co ma ochotę. "W przedszkolu jest bardzo fajnie, ale ja wolę być w domu". W końcu zacisze domowe (ha ha! zacisze, dobre sobie, może raczej zagłośnie domowe ;) wygrało.
Hania spełniona byciem z Busią, która rozpieszcza ją do granic możliwości (wczoraj nawet kromkę chleba wkładała jej do buzi!!!) i braciszkiem, który chętnie dołącza do jej szaleństw, postanowiła zrobić coś dobrego. Zarządziła generalne porzadki i wysprzątała swój pokój i Brunia. Łącznie z drobiazgowym ścieleniem łóżek.

A dzisiaj rano obudził mnie świergot, niestety, nie były to jeszcze wiosenne ptaki ani szum wyrastających szybko liści. To Hania wstała wraz ze słońcem i nawiązując elokwentną rozmowę  (tzw. słowotok) z własnym Ojcem , wzięła się również za generalne porzadki w łazience - np. poskładała wszystkie ubrania w kosteczkę o wymiarach 10cmx10cm. Chyba muszę ją nauczyć jak się myje wannę i inne sprzęty, będę miała wyrękę :)

Dowód na zapędy porzadkowe Hani - podsłuchane:
B: ... i jak skończysz chorować, to przyjdą do Ciebie Zosia z Basią i jak ciebie zobaczą to podbiegną do Ciebie i od razu Cię przytulą, tak sie będą cieszyć, że Cię widzą!
H: Tak, ale najpierw muszą zdjąć buty!

Na pociechę czytałyśmy książkę, którą Hania dostała na chorowanie, bardzo przyjemna i przede wszystkim pięknie zilustrowana:

("Jabłonka Eli" Catarina Kruusval, Wyd.Zakamarki).


Potem leżałyśmy sobie w Hani łóżku (tak, mieszczę sie w nim jakimś cudem) i rozmawiałyśmy na ważne tematy "Mamusiu, a kto był Twoją mamą jak byłaś mała? A jak ja byłam u Ciebie w brzuchu to musiałam jeść wszystko to co TyMamusiu, a czy Ty będziesz stara, jak ja będę miała dzieci?".

Bruniek nadal ma wysypkę i chociaż nieco bledszą, to już nie wiem czym go smarować (krostki głównie na tułowiu i rączce). Niby to alergia kontaktowa, ale nie wydaje mi się, bo nic w tym temacie nie było zmieniane, aerius i elocom nie skutkują tak jakbym chciała :(

A o mnie nie pytajcie. Jak może czuć się meteopatka, kiedy pogoda zmienia się z każdą chwilą? Rytm mojego dnia wyznaczają kolejne dzikie napady śniegu z gradem i zdradliwe chwil słońca. Fale lepszego i gorszego samopoczucia trwają niezależnie od ilości snu i wypitej kawy. Czekam cierpliwie na przyjście kapryśnej wiosny, gdyż mam poważny zamiar zacząć biegać (może jak powiem na forum publicznym to wstyd mi bedzie nie wziąć sie za bieganie :)


wtorek, 24 marca 2009

Niezwykle rozrywkowy z Brunia gość. Wystarczy parę taktów a już jego ciało kołysze się niczym na hawajskiej imprezie. Czasem wystarczy parę nutek, żeby zaczął śpiewać swoje piosenki. W zależności od nastroju oddaje wiernie usłyszane dźwięki albo też tworzy własne kompozycje.

I czaruje Brumiś, oj czaruje. Jego promienny uśmiech próbuje zasłaniać jego wybryki. Spojrzy Bru na człowieka swoimi węgielkami, mocno i prosto w oczy, rozpali chochlikowy żar w spojrzeniu, rozciągnie usta w szerokim uśmiechu i już po mamie. Dobrze, że nie jest X-menem czy innym magiem, bo pewnie wypaliłby we mnie wielką dziurę :)

Powoli kleci też bru pierwsze zdania. O gadajacej lali powiedział" woła mama", o płaczacej Hani "Niania pacie".

A oto Brumiś, jeszcze zimowy, niedługo wiosenny w jednej ze swoich min:

Zdjęcie na poważnie, chyba do dowodu ;) Bru najpierw pozuje w skupieniu, a potem biegnie do aparatu oglądać jak wyszedł. Gdy zobaczy siebie na zdjęciach woła ucieszony: "O! Niunio/Nionio!". Oczywiście największą radość wywołuje widok Hani na fotkach.

M. twierdzi, że ta liczba na koszulce to rocznik urodzenia Mamy Bru. Niech tak będzie ;)

piątek, 20 marca 2009
- kanka!
Bru stoi obok mnie, poklepuje mnie po nodze, abym zrozumiała go lepiej.
- Mama, kanka cie!
Oczywiście, chce, żeby go wziąć na kolanka. To doskonały punkt obserwacyjny z idealnym dostępem do rodzica.
Po chwili znikąd, jak to koty tylko potrafią, pojawia się wszędobylska Grubasa, kot-pieszczoch, ulubienica dzieci.

- O! Ko! (o kot!) - zauważa Brunio. Chwile później wpada na świetny pomysł:
- Kanka! ciesz a kanka? ! (na kolanka, chcesz na kolanka?) - woła do Grubej i klepie się zapraszająco po swoich pełniutkich nóżkach.
- Guba, odź na kanka! (Gruba, chodż na kolanka!)

Pewnych rzeczy nie trzeba Grubasie powtarzać. Wystarczy cichy skok i po chwili siedzimy już na fotelu we trójkę w różnych układach kolankowych. Pięknie trio "kankowe".
środa, 18 marca 2009
Ciche "psyk" i nagle zapada ciemność.
Z rozświetlonego, kolorowego świata wypełnionego dźwiękami, nagle wpadamy w czarną otchłań z dziwną ciszą.

A to tylko wyłączyli prąd.

Zdarza się, w naszej dzielnicy to nic nadzwyczajnego, ale to, co dla nas, dorosłych jest częścią codzienności, dla czterolatki może być problemem. Właśnie miałyśmy wyjść z łazienki na wieczorne czytanie książek, buzia posmarowana, włosy rozczesane, kiedy właśnie nagle zapadła ciemność. Znam lęki Hani, wiec szybko wołam ją do siebie, biorę na ręce i staram się wypełnić niespotykaną totalną ciemność moim głosem. Mówię pewnie i spokojnie, ale czuję, że nie przekonuję do końca Hani. Bru to mały, odporny mężczyzna, który szybko zasypia w sprzyjających ciemnościach, jednak dla Hani i jej poukładanego świata to rewolucja - tam gdzie był jej pokój jest teraz czarna czeluść, tam gdzie był dający pewność rytuał jest pustka. Gubi się w tej przestrzeni i nie wie jak się odnaleźć, przytula się wiec do mnie jeszcze mocniej i czuję, że drży, że zaraz zacznie płakać. W końcu znajdujemy świeczki o zapachu jabłka i cynamonu, kiedy nagle nagle ostre światła zapalają się, lodówka rusza do roboty z jękiem a my stoimy mrużąc oczy.

Niby wszystko jest już dobrze, ale Hania nie może zasnąć. Czytam wiec jej książkę, potem tulę na kolanach i opowiadam wymyśloną w naprędce bajkę. M. przychodzi do niej parę razy na przytulanie, ale ciągle słyszymy, że nie śpi, że woła. W końcu z wielkim płaczem schodzi na dół i przytula sie zapłakana do mnie. Po krótkiej rozmowie już wiem, chodzi o ciemność, Hania boi się jej, chociaż świeci u niej lampka i boi się zasnąć. Przytulam ją, kołyszę i uspokajam i myślę sobie, że jak te parę zwykłych chwil może mieć wpływ na małe dziecko. Dla nas to parę uciążliwych minut bez dostępu do prądu, bez radia czy włącznika gazu ale też ciekawe obserwowanie świata pogrążonego w totalnych ciemnościach, tak innego od tego, co mamy na codzień. Dla niej to dotknięcie czegoś niezrozumiałego i nieogarniętego. Dzięki dziecięcej wyobraźni te ciemności mogą kryć sobie wszystko, cokolwiek by sobie nie wyobraziła. Wystarczy parę chwil, by zmienić spokojny wieczór w królestwo strachu. Tylko jak poukładać to wszystko z powrotem, skoro sama zapalona na stałe lampka nie wystarcza?

poniedziałek, 16 marca 2009
Bruno ma fazę na Tatę. Oczywiście, kocha Mamę, a raczej bardzo ją potrzebuje - do przytulania, do dawania dobrego jedzenia i łaskotania, ale tata to jest T A T A. Niczym we włoskiej rodzinie - Tatta. Przy dwojgu rodzicach Bru bez wahania wskazuje szczęśliwego Wybrańca. Wystarczy rzut oka na nogawkę (te grubsze nogi to taty) i już domaga się wzięcia na ręce przez Tatę, a nie Mamę. Głównym zaszczytem Wybrańca jest wieczorne karmienie. Matka idealnie nadaje się do zrobienia ulubionej butli z mlekiem - podgrzeje, zamiesza i tu jej rola się kończy. Brumiś staje przed rodzicielką, woła stanowczo" Da-jiiii!!", łapie butelkę i biegnie z nią do Wybrańca, choćby i ten chował sie w drugim pokoju. To tata daje wieczorne mleko i koniec kropka. Często bywa i tak, że i spać położyć musi tata. Zmowa siusiaków?

Udaję aktorsko zagniewaną, że panowie pozbawili mnie wieczornego rytuału karmienia, chwil spokoju i tej unikalnej bliskości, ale w cichości ducha cieszę się, że mają taką więź, taką sztamę. Podświadomie wiem, że na moją miłość, miłość matki, dzieci mogą zawsze liczyć. Napatrzyłam się natomiast w bliższym i dalszym otoczeniu i wiem, że o wiele trudniej o prawdziwą więź z ojcem. Więż, polegającą nie tylko na mechanicznym wykonaniu obowiązków, ale na przyjaźni, na obcowaniu dwóch różnych osobowości, będących w różnych miejscach rodzinnej hierarchi. I na wzajemnym szacunku, bez protekcjonalizmu. Dlatego tak bardzo zależy mi, żeby dzieciaki były zżyte z Tatą. Wszelkie takie dowody uczucia ciesza mnie niesamowicie. Wszystko to drzemie gdzieś w mojej podświadomości. Wiem, że M. jest dobrym Tatą, naprawdę kocha dzieciaki i jest im oddany, a mimo to potrzebuję takich drobnych dowodów, żeby wiedzieć, że wszystko jest na właściwej drodze.

A na deser wiem, że Hania jest mamusiową córeczką. Chociaż z Tatą mają sztamę, razem spędzają ranki, to ja, jak nikt inny, rozumiem Hanię na wskroś. Chociaż staram się nikogo nie faworyzować, to wiem, że na Hanię mogę zawsze liczyć - jest moją dobrą przyjaciółką i lubię z nią spędzać każdą minutę czasu. Przy niej czuję, ze to nie tyle krew z mojej krwi, co dusza z mojej duszy :) 
piątek, 13 marca 2009
Przyznam się szczerze, jest coś lepszego na chorowanie od rodziny, od wszystkich medykamentów. Coś, co - jak wiedzą to dobrze wszyscy rodzice mający małe dzieci - trudne, czasem niemożliwe do zdobycia, chociaż obsesyjnie upragnione.

Jest to ciepła kołdra i święty spokój.

Po raz pierwszy od paru lat, od urodzenia Hani, udało mi się przez pół dnia poleżeć w łóżku! Wstałam skoro świt, gdyż Synek ostatnio ma fazę na wczesne wstawanie, ale już w okolicach śniadania przekazałam Bru w dobre ręce i schowałam się do sypialni. Szybko weszłam pod kołdrę i ... westchnęłam głęboko. Jak dobrze. Jak miło. Już po chwili dotarły do mnie znajome myśli: a co z Bruniem? Jak się miewa? Powinnam wstać i się nim zająć., skoro mam wolne. Jejku, tyle w domu jest do zrobienia! Powinnam, powinnam...ale jak dobrze jest tu. Cisza. Spokój. Nic nie muszę, to niemożliwe. Czułam się jakbym będąc na diecie, zjadła tabliczkę czekolady. Z jednej strony tak dobrze, a z drugiej nie  jestem przyzwyczajona do leżenia, nawet podczas choroby. - Weź się w garść, nie jesteś umierająca, dasz radę, tyle jest do zrobienia, czy podlałaś kwiatki? jak to zawsze mawia Busia.

Brunio na szczęście nie zauważył, że za drzwiami sypialni rodziców opętańczo kaszle jego własna Matka. A Hania, po powrocie z przedszkola, zapytała się dociekliwie, czy mam gorączkę i czy jestem bardzo chora, bo ona jutro wolałaby nie iść do przedszkola. Dobrze, że chociaż M. nie musiałam się tłumaczyć, wrócił jak zwykle ostatnio późno, koło 20 i wyręczył mnie w wieczornym czytaniu, oszczędzając moje gardło.  A jutro mam przykazane znowu trochę poleżeć, chociaż chciałam już dzieci przegonić na spacer. Dziwne uczucie. Nie lubię chorować.

Z życzeniami zdrowia dla wszystkich, Kaszląco-Zasmarkana Mama Haniołkowa
wtorek, 10 marca 2009
Najlepszy sposób na chorowanie? Rodzina!

Siedziałam sobie w pracy i wyglądałam jak trzy grosze (skoro można wyglądać jak milion dolarów, to można chyba wyglądać nędznie jak trzy grosze, prawda?)
Sennym wzrokiem hipnotyzowałam zegar, który zawiesił się w gęstym czasie. Dla ożywienia atmosfery postanowiłam zadzwonić do mamy - co jak co, ale rozmowa z Mamą zawsze podnosi mi adrenalinę ;)

Okazało się, że mama znękana kolejnym tygodniem opieki nad dwoma  wnuczkami osiągnęła punkt krytyczny i ruszyła w dzielnicę.Stwierdziła, że nie wytrzyma ani chwili dłużej, wzięła dziewczynki i pojechała do Hani (której nota bene nie było już w przedszkolu). Rozumiejąc dobrze, jakie to uczucie, kiedy człowiek ma dosyć siedzenia w domu i uwieszonych niewyżytych dzieci, czym prędzej zaprosiłam Busię do siebie i wyprysnęłam do domu, wskakując w najbliższy pociąg. Po drodze do domu kupiłam sobie fervexu, zapas parówek i ciastek dla dzieci, bezy dla Busi oraz coś na kolację i wpadłam do domu. A tam już wrzało. Czwórka dzieci naprawdę potrafi dać czadu! Od razu było gwarnie i wesoło, żeby jednak rozgrzać atmosferę ściągnęłam do mnie jeszcze siostrę i szwagra i już zrobiło sie całkiem rodzinnie.

Nie wiadomo było kogo słuchać, komu w jakiej kolejności dawać jeść i co dalej kroić, bo był to proces ciągły, ale z tego wszystkiego zapomniałam o moim planie zalegnięcia w łóżku po powrocie do domu i "chorowaniu". Jak to życie koryguje plany - teraz zamiast chora jestem pozytywnie naładowana rodzinną energią i uśmiecham się. Co prawda nie wyzdrowiałam, ale wiem, że choćby nie wiem co - dam radę. A jak nie - to od czego jest rodzina? :)
Rozkładam się. Nie, jeszcze nie starczo, złapała mnie tylko infekcja wirusowa (jak na razie), formę mam kiepską, najchętniej weszłabym do łóżka i wyleżała i wygrzała swoje. Ale jak to bywa, życie wzywa. Nawet lekarka poradziła mi, że popróbować szeregu lekarstw i dużo pić, a może uda się i choroba przejdzie (ciekawe na kogo ;).

Przedwiośnie trzyma. Kiedy dzisiaj podziwiałam bogactwo koszów z tulipanami, ich rozmaite kolory i formy, na jednym ze stołecznych bazarków, z nieba posypało się mrowie malutkich, białych i twardych kuleczek. Gdy wyciągnęłam rękę, kuleczki odbijały się od dłoni, zeskakując na ziemię, zostawiały po sobie tylko zimny ślad, nie pozostawiający wątpliwości, że to zima jeszcze. Kiedy już wszyscy byli mokrzy, niespodziewanie wyszło ostre słońce. Pomieszanie z poplątaniem.

Dzieci podrosły mi jakoś. Na sobotniej imprezie urodzinowej zaprzyjaźnionego Kajtusia zauważono, że Brunio skończył do góry, zrobił sie doroślejszy. Gadatliwy też jakoś bardziej sie zrobił, powtarza to co usłyszy, zagania Hanię na kąpielisko:
- hAniu! Lisko! lisko! oć! (Haniu, chodź na kąpielisko).
Sam o sobie mówi "Niunio| albo Nionio. Sama bym tak nie wymyśliła :)

U Hani zaś zauważam gesty i słowa jej wielbiciela Kubusia, który to uwielbia się wygłupiać. Hania staje i macha rękami, wypowiadając śmieszne słowa z identyczną intonacją. Kto z kim przestaje? z ciekawostek: " pocztówka - to pani pracująca na poczcie :) W czytelnictwie: kończymy czytać biblioteczne Frankliny (wreszcie!) i wracamy do Astrid Lindgren - tym razem będziemy czytac Lottę z ulicy Awanturników. Dam znać, jak się podoba.
 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru