niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
wtorek, 27 marca 2007
Kładę Hanię spać na popołudniową drzemkę. Jak zwykle daję jej tetrową pieluszkę do przytulenia przy twarzy, całuję i mówię:
- Dobranoc Haniusiu!
Hania sennie ale wciąż przytomnie patrzy na mnie i mówi:
- Mamusiu, nie możesz mówić dobranoc! Dobranoc mówi się nocą a teraz jest dzień!
poniedziałek, 26 marca 2007

Hania odzyskawszy zdrowie przechodzi kolejne fazy powiedzonek. Jedna z nich polega na tym, że prawie udaje mi się uwierzyć, że moje dziecko to szczyt grzeczności i ułożenia, chociaż nie przeszło wieloletniego kursu u angielskiej guwernantki.

Tak więc słyszę nagle słowa wypowiedziane głośno i wyraźnie:

- Mamusiu, czy mogę?

Na ogół robię wtedy osłupiałą minę i pytam szybko:

- Co Hanusiu?

- czy mogę otworzyć chusteczki? Czy mogę już zejść z krzesełka? Czy mogę polizać łyżkę po serku? Czy mogę zobaczyć gazetkę z butami?

Zachwycam się, przekonana, że nie potrwa to długo. Ale póki co cieszę bardzo - mogę? :)))

Drugi zwyczaj językowy Hani polega na ćwiczeniu jezyka i jego odmiany. Nasza gaduła podczas jazdy samochodem, nieustająco musi przetwarzać informację. Oprócz wchłaniania nowości z otoczenia i komentowania tego co widzi, ćwiczy sobie posiadany słownik. Tak wiec słyszymy zamknięty, połączony niewielkimi przerwami ciąg pytań, na które większości zna odpowiedź. Jednak dla Hani najważniejsze jest to, żeby utrzymac miłą konwersację i kontaktami z rodzicami i aby upewnić się co do właściwych form odmiany.

- Gdzie są tory?

- Kto jeździ po torach?

- Dokąd jedzie ten tramwaj?

- Po czym jedzie ten tramwaj?

- Kogo jest ten tramwaj?

- Czy tramwaj jedzie szybko?

Czasem, kiedy rozpocznę w miedzyczasie rozmowę z M., co pretekstem braku odpowiedzi na powyższe pytania NIE jest, marzę o zakazanym smoczku, który zapewniłby nam chociaż chwilę ciszy :)) Przyznaję jednak, że niektóre pytania sa intrygujące. I tak nie nadeszło jeszcze najgorsze - nie pada jeszcze pytanie "dlaczego?".

czwartek, 22 marca 2007

Wczorajszy pierwszy dzień wiosny przeszedł bez echa. Pomyśleć, że kiedyś, dla nastolatki, było to ważne wydarzenie na szkolnym kalendarzu. W Warszawie cała subkultura młodzieżowa w pierwszy dzień wiosny spotykała się na starówce, pamietam, że zawsze dochodziło tam do bójek skinów z punkami oraz innych awantur.

Moja podstawówkowa klasa postanowiła pewnego roku godnie uczcić dzień wagarowicza. Po pierwsze wszyscy przebraliśmy się - najlepsze przebranie miał kolega "Borys", którego mama była pielęgniarką - założył jej fartuch, czepek, nawet oryginalne chodaki. Jako że twarz i posturę miał boksera, kontrast wyglądał naprawdę zabawnie. Jednak najważniejsze w tym dniu było to, że postanowiliśmy się zerwać i pojechać na starówkę, wbrew ostrzeżeniom nauczycieli. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy, chociaż czailiśmy się strasznie - wyjście ze szkoły zajeło nam z pół godziny (a podjęcie decyzji z godzinę :) Kiedy w końcu dotarliśmy na starówkę, rozróba trwała w najlepsze. Wszędzie leżały porozbijane butelki a okolica pełna była młodzieży szukającej zaczepki. Byliśmy wszyscy przejęci i nieco przestraszeni, że my też tam jesteśmy. I oczywiście nie musieliśmy długo czekać na jakąś akcję - po chwili paru agresywnych kolesi wdało się pyskówkę z naszymi kolegami, którzy mając koło kwiat dziewczyn z klasy, musieli grać macho. Chwilę później najbardziej odważni od nas przeszli od słów do czynów, chociaż nie mieli specjalnie szans - pamiętam to jak dziś, jak Borys, podkasawszy biały, pielęgniarki fartuch (odsłonił tym samym blade, cienkie nogi ), ucieka ulicą Mostową w dół. Szczególne wrażenie robiło zwłaszcza to, że osiągnął on prędkość kosmiczną, nie zważając na drewniane chodaki, których rytmiczny stukot odbijał się od kamieniczek. Jak on to zrobił, nie mam pojęcia, ale do dzisiaj go podziwiam. Dobrze, że nikomu w końcu nic się nie stało, poza czepkiem, który Borys zgubił podczas ucieczki oprócz kary, jaką dostaliśmy od zbulwersowanej wychowawczyni.

Mieliśmy wtedy przekonanie, jak to zwykle mają dzieciaki, że zrobiliśmy coś ważnego, że pokonaliśmy jakiś schodek ku dorosłości - w końcu dzieciaki nie łażą na wagary, prawda?

Teraz wyglądam tylko wiosny, chociaż coraz ciężej ja dostrzeć - dzisiaj po przebudzeniu pierwsze co zobaczyłam to śnieg na dachu pobliskiego domku i grube płatki spadające z nieba. O wagarach nie mam co myśleć, co najwyżej mogę sprawdzić sobie prognozę pogody na najbliższe dni. I cieszę się, że nie muszę udowadniać sobie dorosłości poprzez udział w rozróbach. Chociaż klimatu dnia trochę mi brakuje - tej fantazji i odwagi. Takie to już jednak prawo dorosłości.

wtorek, 20 marca 2007

Jakby na przekór zimowej pogodzie za oknem, kocia społeczność w okolicach naszego domu jest jedną z najbardziej aktywnych i najciekawszych, jaką przydarza mi się obserwować. Kocie stado już od miesiąca zarządziło wiosnę i nie zamierza się przejmować takimi nieznaczącymi oznakami, jak brzydka pogoda.

Koty w naszej okolicy można podzielić niczym warzywa: na całoroczne i sezonowe. Całoroczne to głównie kocury, które miedzy siebie podzieliły teren, nie straszny im ani śnieg ani mróz, aby wytrwale krążyć po okolicznych posesjach. Dzięki temu dali nam się nieźle poznać - a wszystko to są nietuzinkowe postacie. Charaktery czasem mają większe niż wskazuje na to ich kocia postać.

Na przykład taki Albercik - gruby, biały spasiony kocur z "doklejonym" burym ogonem - mało co jest go w stanie wyprowadzić z równowagi. Przejeżdzające samochody, rowery czy tez ludzie powodują, że przesunie się metr dalej. I tyle. Może przenieść się w inną okolicę, ale pośpiech to jego główny wróg. Relax, make it easy - jak głosi aktualny hit - to jego maksyma życiowa.

Srebrzysty Kark - kocur o znacznej koncentracji masy na małej przestrzeni :)) Skupiony, skoncentrowany, pewny siebie i swoich racji. Zawsze jest coś do zrobienia a pańskie oko konia tuczy. Jak przystało na szefa karkowego gangu, chodzi często z podległym mu bezimiennym czarnym kocurem (jak to przecież przystało na ochronę).

Szary Buras - spragniony przyjemności życia sybaryta. Krązy po okolicy w poszukiwaniu miłości, stricte kociej miłości. Obejrzy się za kazdym ładnym ogonkiem, których niestety w naszej okolicy póki co brakuje (widać babeczki zaliczają się raczej do tych sezonowych, czekających na ciepłe dni, kotów).

Czarny Łowczy - drobny kocurek - indywidualista, który czas spędza na treningach i szlifowaniu umiejętności myśliwskich. Jak nie wisi na ogrodzeniu-siatce, nie łowi gołębi, to chociaż łapie niewidzialne muchy, wisząc na dwóch łapach. W oczach rentgeny, a główna zasada to czujność.

Powyższe kocury poznałam dobrze, bo wypowiedzieliśmy im wojnę. Chociaż niby jesteśmy kociarzami to w wojnie nie ma litości. Kto ją zaczął? Oczywiście kocury.

Chociaż nasze obydwie kocice są wysterylizowane, to do jednej z nich - wychodzącej na obchody Grubisi - ustawiają się kolejki wielbicielki. Niestety, ponieważ poważni z nich osobnicy, walą do nas drzwiami i oknami, nie zważajac na nasze protesty. Skad to wiem? Po pierwsze co chwila widać, jak któryś napaleniec skrada się po schodach. Po drugie i to jest zasadnicza przyczyna wojny - kocury zostawiają na drzwiach i oknie liściki miłosne, których intensywność zapachu zwala z nóg - bowiem koci, męski mocz śmierdzi wyjatkowo mocno. Co drugi więc dzień szoruję z zapałem nowe drzwi, podłogę i okna, zostawiając zapach chloru. Niestety, na ogół następnego dnia zastaję charakterystyczne plamki moczu, świadczące kto tu jest górą.

Psikanie drzwi odstraszającymi środkami nic nie pomogło - po dwóch dniach dostałam zbiorowy list od męskiej, kociej populacji ze słowami, że takich cytrynowym sprejem to mogę co najwyżej popsikać sobie pod pachą. M. Gdy tylko widzi czającego się Wąsiastego, atakuje od razu polewając sierściuchów przygotowaną w wiatrołapie wodą - niestety, te dzikusy są na tyle szybkie, że na sam dźwiek otwieranych drzwi nabierają prędkości nadświetlnej. Zdystansowany do stresów życia Albercik pobił kocie rekordy, bowiem w oczekiwaniu na wybrankę, zasnął pod naszymi drzwiami (normalnie nie da się dotknąć).

Nie wiem już sama co robić, jak będzie cieplej, będzie pewnie jeszcze gorzej. Kotów w okolicy jest znacznie wiecej niż opisałam - nie chciałam przedłuzać relacji. Odwiedza nas wiec też znudzony życiem Syjam, który w swoim rasowym życiu poszukuje atrakcji, niedaleko zaś stacjonuje klan grafitowo-czarnych kotów, które za chiny nie chcą się przyznać do własnego imienia. Nie sposób tez zapomnieć o Don Rudasie, który na szczęście rządzi ulicę dalej, ale często spotykamy się i muszę przyznać, że mam wtedy ochotę ustąpić mu drogę, na widok takiej siły i majestatu.

Co robić, czy ktoś ma jakies pomysły?

 

poniedziałek, 19 marca 2007

Wychodzimy na prostą. Dzisiaj obydwoje z M. Siedzimy w pracy. Hania, po pokonaniu kryzysu, nabrała już wiecej radości życia. Szczegółnie podobało mi się, jak siedziała na kolanach u Taty i wspólnie oglądali gazetkę jednego z marketów budowlanych. Obydwoje byli bardzo skupieni, co pewien czas padało spokojne pytanie Hani: A co to jest? " Na co Tata spokojnie tłumaczył, że to np. szlifierka kątowa, która służy do ... Wariaci! - pomyślałam, patrząc na nich z czułością i kończąc śniadanie wraz z podczytywaniem gazety - bowiem nic nie dodaje wyjatkowego smaczku temu posiłkowi, tak jak czytanie prasy. Rezultatem rozmów ojca z córką jest to, że Hania relacjonuje mi, że tata teraz szpachluje, a teraz szlifuje - no nic, przynajmniej Hania będzie samowystarczalna, jak dorośnie i nie będzie musiała prosić kolegów o przybicie gwoździa.

Synek też odrabia straty po mojej chorobie. Mój brzuch już dość znacznie wystaje poza obrąbek ciała i można zaobserwować na nim ciekawe zjawiska. Bywa, że nagle wybrzusza się z jednej strony, bądź to łagodnie (główka? Plecki), bądź tez krótkim wybrzuszeniem (noga). Moje zachowanie może też czasem sugerować, że sporządzono laleczkę voodoo z moja podobizną i co pewien czas ktoś wbija w nie szpilki - bowiem zdarza się, że gwałtownie łapię się za brzuch, bo Synek właśnie rozpoczął aerobik bądź też postanowił poznać nieznane jeszcze zakamarki mojego ciała (naciski na wątrobę, pęcherz etc.) Szczególnie zaś maluch upodobał sobie jedną stronę mojego ciała, aż mam żebra obolałe :)

piątek, 16 marca 2007
Ufff..już po malutku zaczyna Hanusia zdrowieć. Namartwiliśmy się strasznie z Tatą Haniołkowowym, bo nigdy aż tak nie "ścięło" naszej dzieciny. W zasadzie dzień i noc mijał jej na śnie albo na sennym snuciu się po kanapie, najchętniej na rączkach u mamy. Do tego co chwila napady koszmarnego kaszlu, który solidnie wstrząsały małym przecież ciałkiem...biedactwo.

Jak to u Hani, pomimo chorobowego zmulenia, nie obyło się bez przejawów charakteru, oto parę przykładów.

W nocy Hania spała dość niespokojnie. Co pewien czas budziła sie z płaczem, wołając Mamusię. Kiedy przychodziłam, na ogół mówiła " prosze o wodę! Woodę!". Kiedy zaspokoiła już swoje pragnienie i wykaszlała swoje, przekonywałam ją, że jest bardzo dzielna i że już niedługo wyzdrowieje i Hania kładła się z powrotem. Mówiła jeszcze "Mama, pieluszkę" i zaczynała zasypiać. Jednak wiele razy nie zapomniała wydać na koniec polecenia: "Mama, idź spać!" , tak jakbym sterczała przy jej łóżku w środku nocy jedynie z dziwnej masochistycznej skłonności, zaś wytoczenie się z łóżka po półgodzinnym wierceniu, stanowiło dla mnie dziwną rozkosz. Zaczynałam więc wtedy tłumaczyć córce, że wstałam li i jedynie na jej usilną prośbę i że najchętniej nadal leżałabym w łóżku, jednak tego monologu Hania już na ogół nie słyszała, pogrązona we śnie i dwie godziny później znowu słyszałam kategoryczne słowa "Mama, idź spać!".

Jednym z objawów choroby było również to, że Hania nie mówiła normalnie. Umęczona gorączką, potwornym kaszlem, wyjękiwała coś jedynie, ze smoczkiem w buzi (na który dostała odpust na czas choroby z uwagi na wyjątkowość sytuacji). Tego jęku na ogół jednak nie dawało się zrozumieć, prosiłam więc Hanię, żeby mówiła normalnie, żeby nie jęczałą i wyjęła monio (smoczek) z buzi. Często tak się właśnie stawało - Hania wiedząc, że wtedy zostanie zrozumiana, mówiła wyraźnie o co jej chodzi i po chwili znowu wracała do marudzenia. Kiedyś jednak nie chciała iść na współpracę tylko wydobywała dziwne dźwięki, których nie sposób było zrozumieć. Niestety, moje prośby o mówienie normalnie nie działały. "Haniu, ja nie rozumiem co Ty mówisz!". Na to Hania wyjęła smoczka, po czym najwyraźniejszą polszczyzną z pełnym przekonaniem stwierdziła:
- rozumiesz!
i wróciła do jęczenia :))

Teraz na szczęście znowu widać dwa ogniki w oczach. I chociaż do pełnego zdrowia jeszcze daleko a sił ma tyle co mały okruszek, pełna entuzjazmu ubrała sie dzisiaj w kalosze, kurtkę i czapkę i zarządziła wyjście na spacer - tak bardzo spieszy jej sie do zdrowia.

Już niedługo, Haneczko!
wtorek, 13 marca 2007
Słowem wstępu: Hania jest wielką fanką piosenek zespołu Fasolki, z czasów mojego dzieciństwa. Zna już słowa części z nich i śpiewa sobie takie hity jak "szczotka pasta", "mydło wszystko umyje", "ogórek" czy "zuzia lalka nieduża".

Siedziemy w kuchni. Hania, otumaniona gorączką siedzi mi na kolanach i ku mojej radości podjada mi ogórka świeżego, którego kroję na mizerię. Cieszę się, bo generalnie przy tej chorobie Hantusia prawie nic nie je. Zaczynam wiec sobie śpiewać ulubioną ostatnio piosenkę Hani: "ogórek, ogórek, ogórek/ zielony ma garniturek/ i czapkę i sandały/zielony, zielony jest cały".

Hania naraz wpatruje sie uważnie w plasterek ogórka w rączce, ze skupieniem marszczy brwi i pyta:
- Mamusiu, a gdzie ten ogórek ma sandały?
sobota, 10 marca 2007
Moja infekcja okazała się być ostrym zapaleniem oskrzeli.Oprócz oczywistych konsekwencji tego faktu, podobno to ciąża jest przyczyną, dlaczego tak ciężko ją znoszę (znacznie obniżona odporność, aby utrzymać twór jakim jest dziecko - opinia lekarza). Dodatkowo, leczę sie tylko jednym lekiem - antybiotykiem, dopuszczonym w ciązy. Reszta jest niewskazana z uwagi na brak odpowiednich badań na kobietach ciężarnych. Zaś w przyszłym tygodniu dalsza dawka badań kardiologicznych (przy okazji wykryto u mnie szmery).

Hania dołączyła za mną z gorączką, kaszlem, katarem. Martwię się, bo jak nie gorączkuje (i to bardzo wysoko, aż czoło parzy) to pokłada sie do snu albo wisi na mnie przytulona i marudzi. Jedzenie zjada w ilościach minimalnych, a część po prostu zwraca.
Małżonek też się pokłada, co dla niego jest sprawą rzadką. Nie lubi chorować, ale jak go już zcięlo to nie ma na nic siły, chociaż obiecywał sobie naiwnie, że nie da sie chorobie.

Istny szpital w domu. Zasoby lodówkowe wyjadamy, na szczęście zaradnie zgromadziłam ich trochę. Staramy się integrować wzajemne okresy słabości, żeby każdy mógł chociaż chwilę poleżeć. Oby wytrwać jeszcze jakoś parę dni!
czwartek, 08 marca 2007
Drodzy czytelnicy, w szczególności buziaki dla Ivonki :)) Niestety, parę dni temu uległam jakiemuś potwornemu wirusowi. Nawet nie mialam szansy obrony - infekcja potstępnie ścięła mnie z nóg, ledwo we wtorek dotarłam do domu, z przystankami po drodze. Dostałam antybiotyk i teraz wszystkie wolne chwile spędzam w łóżku leżąc nieprzytomnie jak wór ziemniaków - nie mam siły nawet stać, wiec jak mogę to śpię, przynajmniej wtedy nic mnie nie boli. Niestety, w ślad za mną poszła Hania i wygląda na to, że M. - właśnie mówi, że go wszystko boli :((

Życzcie wiec nam duużo zdrowia, bo przyda sie jak nigdy. No i pilnujcie sie, żeby i Was nic nie złapało - ja od paru lat nie chorowałam tak poważnie. buziaki przez chusteczkę dla Wszystkich!
poniedziałek, 05 marca 2007

Niektóre sprawy dorosłych, gdy spojrzeć na nie z pozycji dziecka, zupełnie nie mają sensu. Ot, sztuka dla sztuki, która niestety nie niesie ze sobą nic pożytecznego.

Weźmy na przykład takie biegi: ostatnio widziałyśmy z Hanią zawody halowe w biegach na kilka km (nie wiem co to było i na ile km). Hania przyjrzała się uważnie biegnącym i powiedziała:

- Mamusiu, ile ludzi! Oni biegną....do kąpieli!!!!

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru