niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
piątek, 31 marca 2006

Co widzi i myśli kobieta, widząc kobietę na billboardzie w nowym komplecie bielizny?

O jej, jaki ładny staniczek, jaka ona szczupła, boże, te moja uda sa takie grube, musze się za siebie wziąć. Dieta, dieta, dieta! Może wypróbuję tę dietę od Anki, ostatnio nawet schudła Lafirynda, ciekawe jak ona to robi? Tak wiec postanawiam twardo: od poniedziałku nic tylko woda i warzywa, tym razem na pewno się uda...taa, ale jakie długie nogi ma ta dziewczyna, czemu moję są takie fatalne? Ja nawet w tym komplecie nie będę nigdy tak dobrze wyglądać :( Ciekawe co mój mąż na to, pewnie podoba mu się ta laska i porównuje, że ja jestem za gruba, pewnie chce mnie rzucić. A zresztą, jak mu się nie podobam to jego problem, w końcu on też nie jest jakiś najprzystojniejszy, chociażby ten Marek w pracy jest znacznie przystojniejszy. Ale kocham go i jestem z nim i to jest ważne....kurcze ale ona ma ładne cycki, moje takie obwisłe, muszę jakiś push-upowy stanik sobie kupić, coś mi się w końcu należy na wiosnę!

Co widzi i myśli facet na widok superprzystojnego faceta na billboardzie w nowym garniturze?

O, fajny garnitur.

środa, 29 marca 2006

Czy ktoś szuka oryginalego scenariusza na horror albo przynajmniej tragedię? A może ktoś potrzebuje natchnienia do studyjnego kina niezależnego?

Jeśli tam to bardzo chętnie podzielę się pomysłami, ale pod jednym warunkiem: niech ktoś zabierze ode mnie te sny!!!

Kiedy tylko zapadam w sen, przenoszę się do innej rzeczywistości, w której wyrabiam 150% normę przeżyć plutonu wojska na linii frontu. Dziwne aż, że nie budzę sie z brudnymi stopami, tłustymi włosami i podartym ubraniu. Niech no wiec tylko zamknę oczy a już uciekam przed nasłanymi na mnie komandosami, robię to nawet całkiem zwinnie, przeskakuję mury, budynki, byle dalej, byle uciec od zasięgu kul. Innym razem jeżdzę windą bez przycisków z piętrami i z wciągającymi ludzi korytarzami bez końców niczym w najczarniejszym horrorze itepe. Jednak najbardziej typowe sny są tak dziwaczne, że czasem opowiadam je M. A on pęka ze śmiechu, co tam musi siedzieć w mojej głowie, skoro śnią mi się tak głupie rzeczy. Koleżanka z liceum zmienia płeć i bierze ślub z nastolatką a ja udzielam im ślubu jako ksiądz? Proszę bardzo. Idę rodzić dziecko i coś mi nie wychodzi, okazuje się, że nie jestem w ciązy i pielęgniarki się ze mnie śmieją? Jak najbardziej. Albo jak ktoś woli wersja, ze idę sobie do szpitala z marszu,okazuje się że jestem w ciązy i że to poród, wiec rodzę dziecko (chyba nie miałam innego wyjścia albo raczej Mała nie miała ;)) - dziewczynkę z długimi lokami i odstającymi uszkami i zastanawiam się jak wytłumaczę w pracy ten nagły poród (z drugiej zas strony mam przyczynę przybrania na wadze)? Niestety, wiekszość z tych dziwaków zapominam, jak tylko wypiję poranną kawę.

Może i brzmi to śmiesznie, ale ile ja musze się namęczyć, nadenerwować, napłakać, nabiegać, natłumaczyć. I to ma być odpoczynek nocny? To ja dziękuję!!! Nie kładę się do łóżka, żeby się jeszcze bardziej męczyć, a tak to rano nie jestem w stanie ruszyć nogą.

Czy ktoś ma może jakiś pomysł jak oczyścić głowę z durnych i męczących snów? Jedyny jaki mi przychodzi do głowy, to taki, że po narodzinach Haniołka z powodu nocnych karmień nic mi się nie śmiło - nie zdążyło podczas godzinnych przerw na sen ;)) No ale ten sposób na razie odkładam ad acta :)

Pomocy!

Niczego nie możemy sobie obiecać.

Niczego nie możemy być pewne

Ja jestem już inna i Ty jesteś inna, chociaż może gdzieś tam wewnątrz jesteśmy takie same.

Ale jedno wiem.

Kiedy usłyszę pierwszą polkę lata z radiem w tym roku uśmiechnę się do Ciebie i będę wiedziała, że Ty tez się do mnie usmiechasz :)

wtorek, 28 marca 2006

Zarobiona, zarobiona, zarobiona po uszy! Mnóstwo spraw w pracy, niewiadomo które ważniejsze a najważniejsze sa oczywiście te nie zrobione. Podczas biegu do pracy zauwazyłam zdumiona, że jednak nie grozi nam przemiana w pingwiny i foki, bowiem lodowe wyspy pod domem zaczynają topnieć, chowają sie przed ludzkim wzrokiem. Ludzie jeszcze nie wierzą, że to wiosna i na ulicach królują ciężkie kurtki, szare i czarne palta, miny nieufne, wzrok zacięty. Ale ledwie patrzeć jak tu i uwdzie pokażą się kolorowe płaszczyki, "słodkie" boczki odsłonięte dzięki evergreenowym biodrówkom.

Jestem skołowaciała zmianą czasu, zmianą klimatu, zmianą nastrojów na wiosnę. Po uderzeniach energii przezywam dotkliwe doły energetyczne. Hania za to idealnie dostosowała się do zmiany czasu - po południu nie śpi, za to idzie wcześniej spać i śpi nieco dłużej od nas. Do słownika dorzuciła ostatnio słowa "pa" czyli pan i pani czy też odgłosy karetki.

Wiele tez dzieje się w naszym codziennym życiu, ludzie, emocje, zdarzenia, plany, fakty. Po mału przymierzamy się do zmiany lokum, co przy obecnym boomie na rynku nieruchomości i przy naszych możliwościach, nie jest łatwe. 

 Trzymam sie też dwóch usłyszanych ostatnio sekwencji "Są takie sprawy, przy których musi minąć albo czas albo emocje/uczucie" oraz ważniejsza, wieloznaczna "lepiej umrzeć stojąc niż żyć na kolanach".

niedziela, 26 marca 2006

Najpierw powolne wyciszanie myśli, zostawianie pracy w pracy. Potem regeneracja sił.

Sobota, leniwy poranek, wszędzie słychać rubaszny chichot Haniołka, szcześliwego, że wreszcie rodzice nie wyłażą do pracy. Zjadamy razem śniadanie, ganiamy po domu, oglądamy książeczkę. A kiedy nieprzytomna przed kawą zalegam na kanapie, Hania wdrapuje się na mnie, chowa za kanapą, kombinuje ile wlezie strojąc przy tym zalotne i słodkie minki i wyciąga książki z regału, nie ma bowiem nic śmieszniejszego od małego chuligaństwa. W końcu, przy zdecydowanych prostestach i wiciu się niczym węgorz, Potomkini ląduje we własnym łóżeczku, w którym zapada szybko w sen a dla mnie przychodzi cotygodniowa pora relaksu - dobra kawa, tym razem z kardamonem, gazeta i książka i NIC nie trzeba zrobić. Kawa jest na tyle dobra, ze za nim zobaczę dno, już mam poukładany plan działań na cały dzień.  

Te poranne chwile są chyba najprzyjemniejsze z tygodnia. Weekend dopiero sie zaczyna, mam go jeszcze w ręku niczym ciastko, które zostanie szybko zjedzone przez upływający czas. Nie muszę zrywać się z łóżka niczym żołnierz, zarówno M. jak i Hania dają mi czas na oswojenie sie z porankiem. Pełna enegii Hantusia śmieje się z byle czego a ten jej mocny, niski śmiech napełnia nas energią, której brakowało w tygodniu. Mam czas, żeby nadać kawie odpowiedni smak i żeby ugładzić myśli fruwające po głowie. M. od rana uskutecznia naprawy i dyskusje z córką na różne tematy (wariacje odpowiedzi na nieśmiertelne pytanie: a co to?), taki z niego ranny ptaszek. Za chwile nadejdzie czas na sobotnie porządki, nadrabianie zaległości, ale to jeszcze za chwilę, za dwa łyki mocnej i aromatycznej kawy...

Lubię te weekendowe poranki.

czwartek, 23 marca 2006

Jestem coraz bardziej przerażona tym co się dzieje. Obecne działania władz zmierzają w kierunku, którego nie mogę zaakceptowac, mało tego, wydaje mi się on tak ograniczony i totalitarny, że obawiam się o najbliższą przyszłość. Oto Kazimiera Szczuka zostaje ukarana i nieomalże ukamieniowana za pewną wypowiedz. Abstrahując od samej jej formy (ironii i sarkazmu), kara odnosi się do rzeczy, które nie miały miejsca, bowiem celem jej wypowiedzi nie było naśmiewanie się z niepełnosprawności. Sprawa zakończyła się natychmiastowymi przeprosinami, jednak nie zaspokoiło to żadnej krwi gawiedzi i skończyło się na zawrotnej karze, która dla przeciętnego człowieka oznacza wygodne życie przez wiele lat. Czy za chwilę czeka nas opracowana odgórnie lista z czego śmiać się należy i w jakiej formie? Czy za każde odstępstwo i naruszenie imienia ks.Mauhrooma i jego bardzo licznej gromadki dostaniemy karę pół miliona złotych?

Zasięg cenzury sięga niestety znacznie dalej, oto nie zgodzono się w jednym z warszawskich liceów na zaplanowaną starannie debatę na temat nomen omen wolności słowa, zapewne tylko dlatego, że to może być źle widziane w MENie. Na nic argumenty, że na debacie pojawią się przedstawiciele różnych światopoglądów, niech młodzież lepiej zajmie się maturą zamiast rozmyslac na takie powazne tematy, bo jeszcze nieodpowiednie myśli przyjdą jej do głowy. A co jest w tym złego, tego nikt nie wie, ale tak ma być i koniec. Na szczęscie młodzież walczy i nie odpuściła sprawy, wiecej tu http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,3230269.html

Kolejnym problemem dla szkół jest zorganizowanie dla szkół szkoleń na temat udzielania pierwszej pomocy, co przy naszych fatalnych statystykach drogowych dałoby szansę pomocy wielu ludziom, których los waży się w ciągu paru minut. Ministestwo jest na tak, ale PIS jest na nie. Dlaczego? Bo za wszystkim stoi Owsiak. Cytuję "

Maria Nowak, wiceprzewodnicząca komisji, wyznała ultrakatolickiej gazecie: "Nie słuchałam pana Owsiaka, ale nawet bez znajomości szczegółów jestem przeciwna, żeby prowadził program pierwszej pomocy w szkołach. Jak dotąd więcej zrobił szkody ż pożytku w procesie wychowania młodego pokolenia. Uważam, że jeżeli chce coś robić, niech to robi poza szkołą. Niesprawdzonych osób (albo wręcz takich, które nie wykazały się jeszcze niczym pozytywnym) nie powinno się zapraszać do szkoły. Patrząc na przeszłość, obawiałabym się nawet, że może to przynieść więcej złego niż dobrego". (więcej http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3230520.html)

Czy to nie jest skandal? Dla mnie tak. Orkiestra od wielu lat szkoli profesjonalnych pracowników, program dla dzieci został opracowany z wielką starannością i był kosnultowany z najwazniejszymi autorytetami w tej dziedzinie. Ale nie, lpewnie lepiej żyć w ciemnogrodzie,  bijąc europejskie a nawet światowe rekordy w czarnych statystykach śmiertelności.

Przykłady możnaby mnożyć.

Codzienne gazety przynosza coraz więcej dowodów, jak bardzo cofamy się w rozwoju, o ile można to jeszcze nazwać to rozwojem. Wiem, że nie mam na to wpływu, ale potanowiłam chociaz dla siebie napisać u w tym wirutalnym pisalniku, jak bardzo mi się nie podoba to co widzę.

Po pierwsze i najważniejsze: będę mamą chrzestną!!! Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa i dumna, że to mnie spotka ten zaszczyt. Ciekawa jestem tylko który ksiądz wystawi mi zaświadczenie, że mogę pełnić tę zaszczytną funkcję ;))

Po drugie Potomkini dzisiaj zrozumiała jak ważną rolę odgrywa pewne słowo i od razu włączyła je do swojego słownika. "Haniu, wyjdź z łazienki, proszę" "NIE" , Haniu, mama Ci zmieni pieluche" "NIE", "Haniu, teraz umyjemy ząbki "NIE". Mocne i zdecydowane NIE, któremu, jeśli trzeba, służy zdecydowane kręcenie głową i spojrzenie prosto w oczy. Nie, mamo nie przykładaj do mojego ciała sukienki na lato, bo sobie tego nie zyczę. Nie, nie będę stała spokojnie. Nie, nie przymierzę buta, nawet z kwiatkiem ani kapelusza z samolotem. NIE mówi Hania, TAK wzdychamy z M., zaczyna się okres buntu dwulatka, okres testowania granic wytrzymałości rodziców, fizycznej i psychicznej. Nasza córka to nie lukrowana laleczka, która tylko robi słodkie minki, nasza córka to dziewczyna z krwi i kości, która musi przetestować, kto jest sprytniejszy, my czy ona. Najlepsze jest jednak wciąż przed nami...

wtorek, 21 marca 2006

Jest już znacznie lepiej a w zasadzie zupełnie dobrze.

Wiosna to kapryśna panna, która przychodzi kiedy chce i wcale się tłumaczy, po prostu pewnego dnia zagląda Ci w oczy i wiesz już, że to łaskotanie słońca w oczy, to właśnie ona. Jednak ten dzień jeszcze nie naszedł, wiosna zamiast motyli ma muchy w nosie, żeby wiec wyjść jej na przeciw w niedzielę pomalowaliśmy duży pokój. No dobrze, może nie pomalowaliśmy, tylko M. pomalował, ja natomiast zapewniłam mu odpowiednie zaplecze kulinarno-rodzicielsko-gospodarskie. Miałam więc pichcenie od rana do wieczora, a co któryś z domowników skończył jeść (np.Hania) to zaczynał następny (czyli my), miałam na głowie Potomkinię, która przejęta nieustającą obecnością rodziców i samym faktem remontu zrezygnowała z popoludniowej drzemki oraz wszelkie typowo domowe zajęcia, które to jak powszechnie wiadomo sa praca syzyfową. Za to teraz witają nas w domu piękne, jasne ściany (ale nie białe!), na których nie widać już fantazyjnych plam z jagodowego deserku, które za sprawą Busi zajęły z rozmachem miejsce na suficie, ścianach i oknie w promieniu rażenia 3 metrów od słoika, który wbrew wszelkim prawom fizyki i chłopskiego rozumu, wybuchł.  Niestety, przedpokój i pokój zajmują jeszcze paczki ze spakowanymi rzeczami, ale już wkrótce znikną, jak tylko z powrotem pojawią się półki.

Hania obecnie ma fazę na nieustające przytulanie się. Niczym misio koala przytula się w każdej możliwej pozycji, choćby nawet mogła siedzieć na kolanach a już jest szczęsliwa. Zawsze znajdzie sie do tego książeczka, w której jest krówka mmmmm, kotek baaa/mau czy chociaż auto brzz. Jak stuknięci, zachwycamy się nią z M. aż sie zastanawiam, czy tego nie powinno się leczyć? ;)) Eee, tam to jest pewnie nieuleczalne.

niedziela, 19 marca 2006

Wszyscy mówią, że czekają na wiosnę, a postanowiłam o tym nie pisać, bo to w końcu nudne i oklepane, wystarczy zajrzeć do miliona innych blogów lub spytać o to przeciętnego przechodnia. Jednak spóźnione nadejście tej wyczekiwanej pory roku niesie za sobą pewne przykre skutki, które większość odczuwa na własnej skórze: wiekszość albo ma doła albo złość, którą nie wie komu przekazać dalej, nie wspominając już o fizycznych aspektach sprawy. Niestety, nastrój ten udzielił mi sie również a to za sprawą osoby, która częsciowo ma nade mną władzę. Jak mniemam, można zaliczyć ja do tej drugiej kategorii. W piątek miałam tę wątpliwą przyjemność wysłuchania bardzo długiej tyrady, podczas której dowiedziałam się, że " Jeśli jakaś osoba mówi "nie" to zawsze jest sposób, żeby ją przekonać, a jeśli Ci się nie udaje, to znaczy, że się za mało starasz", "wszystko jest złe, stare, beznadziejne - zróbCIE coś (nie zróbMY). " czy musi walnąć bomba, żebyście cokolwiek zrobili?" " Nie bierzcie tego osobiście, ale zawodzi tu czynnik ludzki, zawsze każą rzecz można zrobić lepiej! (to chyba najlepszy fragment). To, że coś działa dobrze od paru lat to nie znaczy, ze tak ma pozostać, można to zrobić jeszcze lepiej". " To, że próbowałeś coś zrobić i Ci się nie udało to znaczy, że za mało się angażujesz i przejmujesz!" "Wymyślcie i zróbcie coś, bo tak nie może być!"

Nie powiem, zdołowało mnie to potężnie. Rano obudziłam sie zlana potem i z przerażeniem myśleć o wszystkich sprawach z tym związanych. W głowie miałam już straszne wizje, w końcu kalmsy i obcowanie z Hania pomogły mi się otrząsnąć. Na dobre humor poprawił mi się wieczorem, kiedy spojrzałam na to z drugiej strony: dlaczego ode mnie tylko wymaga się wielkiej odpowiedzialności i pracy, nie dając mi żadnego wsparcia? (Nie mówiąc już o tym, jak dużo rzeczy robię, o czym nikt nie wie). Dlaczego ktoś kto powinien być moim przewodnikiem ma do mnie pretensje, że ja nie prowadzę? Dlaczego ciągle kusi się mnie marchewką, by potem wybatorzyć srodze odsuwając marchewkę na następne okresy? Dlaczego ja ciągle muszę drżeć, skoro zajmuję sie działką, z którą każdy ma problemy? Dlaczego traktuje się mnie jak dziecko a wymaga jak od dorosłego? Gdzie partnerstwo?

PS. W poniedziałek zapewne nastąpi dalszy ciąg, wiec trzymajcie kciuki, jeśli się długo nie będę odzywać, to znaczy, że zeszłam na zawał (tfu tfu!).

środa, 15 marca 2006

Szczerze mówiąc, nigdy nie rozumiałam tego szaleństwa z modą.

Wychowana w przekonaniu, że ważne jest to co ma człowiek w głowie i w sercu, a nie to, co na grzbiecie, nigdy nie za bardzo wiedziałam o co w tym chodzi.

W dawnych czasach, będąc nawet całkiem zgrabną panienką, zauwazyłam że w jednych ciuchach wyglądam lepiej a w innych gorzej. Zauważyłam też, że tych pierwszych stanowczo brakuje w mojej szafie, ale uznałam, że taka jest rzeczywistość i taki jest kobiecy los (do dzisiaj narzekam na brak tych pierwszych! ;). Wystarczała mi jednak jakaś spódnica z ciucholandu, sweter mojego ojca a brak modnych ciuchów nadrabiałam swoim własnym stylem. Nie ukrywam, ze jednak zawsze towarzyszyła mi myśl, ze nie wyglądam w tym najlepiej.

Mam bowiem taką teorię, wyczytaną chyba u M.Musierowicz, że są osoby, które bez względu na to jak elegancko nie są ubrane, to zawsze coś wygląda nie tak. A to szalik zalicza wszystkie kałuże, a to guzik na biuście odpada prezentując intymne sfety ubrania, a to przodzie jasnych spodni pojawia się wielka plama od samochodu. Pracowicie wypracowana spódnica gniecie się w drodze do pracy, a rajstopy łapią zgrabne oko, w momencie wyjścia do pracy. Zdając się na fatalizm losu, uznałam, że tak to już musi być, a najważniejsze żeby było wygodnie i żeby mi się podobało. Mam więc troche spodni, rozpinanych sweterków, wygodnych butów. W wolnym czasie lubie nosić bojówki, ogrodniczki i wygodne sandaly. Swój styl nazwę sportową elegancją.

Zauwazyłam jednak, że korporacja to swoisty pokaz mody. Nie wystarczy być ubranych elegancko i czysto, nie wystarcza mieć swój styl, trzeba być "trandy, jazzy, spinky" i wiedzieć co się teraz nosi. Pewnego wiec dnia zaszłam na kawę z koleżankami, które trzymają w swoim ręku najnowsze trendy i wiedzą co w trawie piszczy. Dowiedziałam się, że na szczęście teraz nie trzeba nosić butów i torebki w jednym kolorze. Garnitury kobiece są passe, najlepiej połączyć spodnie z jakąś inną marynarką. Buty z zeszłego sezonu trzeba wyrzucić, bo teraz ostre noski są zdecydowanie nie modne (dobrze, ze moje buty są z przed paru lat :). Muszę przyznać, że osłupiałam. Ten świat z rygorystycznymi zasadami wydał mi się kosmosem. Wciąga to i uzależnia jak hazard - bowiem moda zmienia się co chwila i co noc słychać jak ubrania wychodzą z mody. Żeby wytrwać w zasadach trzeba nieustannie krążyć po sklepach, obserować tendencje, porównywać ceny. Koszmar! Inwestowanie czasu w trendy mody wydaje mi się najwiekszym marnotrawstwem, przecież tyle ciekawszych rzeczy można zrobić w tym czasie! Jeśli chodzi o śledzenie ofert to lubię raz na pół roku pojechać na wyprzedaż i kupić ubrania najbliższe lata i mieć spokój. Żal mi bowiem godzin spedzanych w przebieralniach, w tłumach sklepowych, w galeriach handlowych, tylko po to, żeby zaspokoić zachcianki kapryśnej Mody.

Niestety,nie nadążanie za tymi wymaganiami i restrykcjami, sprawia, że jestem inaczej (czyt.gorzej) postrzegana. Nie ubieram się modnie - a wiec pewnie nie jestem nowoczesna, kobieca,nie chodzę raz w tygodniu na solarium i na paznokcie a wiec nie dbam o siebie. Noszę wygodne buty zamiast niebotycznych obcasów - może moja kobiecość jest zaburzona? Starzeję się na pewno i dałam się wkręcić w kierat mąż-dziecko i stad ten lekceważący stosunek do mody.

Gdy teraz widzę reklamy pisemek w artykułami co jest modne tej wiosny, dostaję dreszczy. Gonitwa za króliczkiem, którego nigdy nie da się dogonić. Chęc dobrego odbioru społecznego? Strach przed wyróżnianiem się? Próżność? Wytłumaczcie mi o co w tym chodzi?

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru