niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
wtorek, 30 grudnia 2008
To naprawdę niesamowite, jak dzieciaki moje przenikają się wzajemnie. Bliźniaki - mówię o nich i z każdym dniem coraz bardziej pasują do tych słów.
Jedno bez drugiego żyć nie może. Jedno za drugim się ogląda, kiedy jedno zaczyna płakać, drugie jest niespokojne albo też zaraz płacze. W zasadzie wiem, że gdzie jedno tam i drugie, odkrywanie świata bowiem najlepsze jest w odpowiednim towarzystwie. Nawet jeśli jest to półtoraroczny, czasem upierdliwy Piętaszek, to jest to ktoś niezbędny. "Mamusiu, ja nie chcę żeby on spał, ja chcę, żeby był ze mną".

Każde z nich to zupełnie inna osobowość. Każde z nich przejawia zainteresowania aż nudno stereotypowe dla swojej płci: Hania i jej różowy świat lalek, spineczek, księżniczek; Brunio i jego samochodowy świat "aułko, aułko, aułko". Jednocześnie każde z nich porzuca swoje hobby dla wspólnej zabawy. Puszczamy samochody? Super! budujemy domek dla lalek? To i Brunio pomoże. Kolejka? Jasne, czemu nie. Książeczka? Super!

Bruno zaś szykuje sie metroseksualnego mężczyznę. Hania to jego wzorzec, jego góru - lubi wiec wkładać sobie na głowę różową opaskę, jak siostra. Przypina też spineczki sobie na głowę i biega w rajstopach po domu. Ostatnio cierpliwie zakładał lalce barbi długie buty na obcasach.

Najlepsza i zarazem najśmieszniejsza jest opieka, jaką Hania roztacza nam braciszkiem. Pilnuje, żeby nic mu się nie stało a jednocześnie niczym doświadczony pedagog przedstawia mu długie wywody na temat czego nie wolno robić i dlaczego. Taaa, teorię ma Hania w jednym najmniejszym paluszku, tym od nogi, szkoda tylko, że czasem do teorii daleko. I że czasem tak korci zrzucić winę na kogoś młodszego, kto się nie wybroni. Z drugiej strony, takie to też są przywileje rodzeństwa - szanse na przerzucenie lub pomniejszenie winy są duże. Przynajmniej teoretycznie :)
sobota, 27 grudnia 2008
Kolejna wigilia i Święta za nami. Jak było? Przede wszystkim rodzinnie, co chwalili sobie wszyscy uczestnicy wieczerzy. W domu było przytulnie, gwarnie, wesoło. Dorośli zajadali się smakołykami przygotowanymi przez poszczególnych członków rodziny, dzieci, z jednym wyjątkiem, wzgardziły wigilijnym bogactwem (poza piernikami Hani czy sernikiem Teściowej). Wyjątkiem tym okazał się być ...Brunio, który na widok zupy grzybowej dziadka wdrapał mi się na kolana, zagruchotał ze szczęścia na głos, wzbudzając entuzjazm rodziny i wpałaszował mój prawie cały talerz (musiałam go odstawić, bo bałam się, że na pierwszy raz to może być za dużo ciężkostrawnych grzybów). Podobnym zachwytem u Synka cieszyły się sałatka śledziowa i sam śledz, karp smażony oraz paszteciki. I kto by pomyślał? A ja chroniłam go przed dorosłym jedzeniem! Dzielny Turkuć w drugi dzień świąt, podkreślając swój męski gust zajadał się jeszcze najprawdziwszą grochową a nie wzgardził też kotlecikiem, ech serce rośnie. Hania zresztą też z przyjemnością zjadała karpia, ma gust.

Ale wracając do kolacji: ledwo zasiedliśmy do niej, słychać było dzwonek do drzwi i oto pojawił się mikołaj - niby młody na twarzy, ale za to z wielkim brzuchem i chociaż ciemno już było, miał na nosie ciemne okulary. Dzieciaki patrzyły na niego wylęknione ale już po chwili słychać było kwiki i inne odgłosy amoku i zaczęło się prezentowanie, oglądanie i zachwycanie wśród głośnych odgłosów "Ojej, Mikołaju, dziękuję Cię" "ach, nie trzeba było!". Ja jako gospodyni donosiłam z kuchni wciąz ciepłe posiłki, ale też załapałam się na mnóstwo cudowych prezentów w tym masę książek i kolczyki.

Potem dzieci z rozbieganymi oczami bawiły się wszystkim naraz, my zaś mogliśmy chociaż przez chwilę spokojnie porozmawiać, a wszystkiemu przysłuchiwała się migająca choinka. Aż cięzko było kończyć wieczór, a dzieci im było później, tym więcej miały energii, nie wiem jak one to robią?

Następnego dnia wybraliśmy się na spacer po szopkach na Starym i Nowym Mieście, na szczęście udało się nam też wyciągnąć ukochane siostry Hani wraz z rodzicami. Jak zwykle, w takim towarzystwie spacer był zupełnie wyjątkowy, wśród najdziwniejszych pytań przy szopkach, gonitw na murach czy dookoła choinki. Po takim spacerze zgodnie zjedliśmy pozostałą zupę grzybową i chociaż raz w życiu zgodnie zasnęliśmy po obiedzie.

A drugiego dnia u moich Teściów był i latarkowy spacer w ciemnościach i kolejne pyszności i rozmowy i Hania, która rozpychała się w łóżku (dostaliśmy jedno na naszą trójkę i ja musiałam spać ...w nogach ;) i dzielny Tuptuś, który na wszystkie spacery szedł bez problemu na piechotę, chociaż nie zawsze we właściwym kierunku. Miło było :)
środa, 24 grudnia 2008
Moi Drodzy, Przyjaciele, Czytelnicy, Wszyscy!

Na Święta życzę Wam przede wszystkim dużo miłości - bo tej mądrej nigdy za dużo, radości, bliskości tej najważniejszej, najpiękniejszej. Uśmiechów szczerych i dalekich zimowych spacerów.

A na deser dużo śniegu, pyszności i gwiazdki z nieba!

wtorek, 23 grudnia 2008
Idą święta, idą święta - trąbi świat, a ja wciąż nie czuję tej świątecznej atmosfery. W domu remont dopiero co się zakończył, musiałam więc młodszego Tajfuna co chwila odrywać od silikonów, gipsów, kranów i innych uchwytów - Tajfun -z zamiłowania inżynier, tam zrobił sobie stanowisko dowodzenia. A już wiertarka Mistrza to było coś. Tajfun starszy w tym czasie przechodził bunt ale chyba nie czterolatka, tylko zazdrościowy, a może taka ilość mamy uderzyła jej do głowy?

Postanowiłam więc ruszyć w dzielnicę, aby zaznać świątecznej życzliwości i atmosfery. Ludzie pewnie po rekolecjach, poszykowane w domach mają, pewnie opromienią młodą (hmmm :) matkę z dwójką dzieciątek swoją dobrocią. A i Tajfuny może i się wyszaleją. Przy okazji zakupię świąteczną rybkę, warzywa, pieczywo, może i jemiołę?

Ruszyłam wiec w teren. Już na pierwszym metrach nie było łatwo (o ubieraniu nie wspomnę), Tajfun starszy koniecznie chciał jechać w wózku, Młodszy zaś z niego wyjść. Aby zdążyć na autobus, musiałam przekonać tę dwójkę, że tak naprawdę chce czegoś innego (Haniu, chodź na nóżkach to się zagrzejesz, Brunio tak jest wygodniej). Jakoś się udało.

Sklep rybny minęliśmy tylko za szybą autobusu. Długa niczym węgorz kolejka wiła się wąskim chodnikiem tuż przy ulicy. Dla rozluźnienia atmosfery, poszliśmy do biblioteki, aby uzupełnić zbiory przed świętami. Tajfun młodszy pozostawiony chwilę sam wciskał książki w regał i przestawiał je, wyjmował z nich karty, a w końcu przeszedł na stanowisko komputerowe, by tam dokonać dokładnej inspekcji sprzętu i typu oprogramowania. Tajfun starszy w tym czasie biegał i wyżerał zaoferowane czytelnikom pierniczki. W końcu nieśmiały głos "Ojej, czyje to dziecko" skłonił mnie do opuszczenia biblioteki  w trybie pilnym. Cóż, jedni mają wielkie wejścia, inni - jak my - wielkie wyjścia.

Dotarliśmy do najlepszego w dzielnicy mięsnego. Tam zawsze jest kolejka - a nawet dwie, ale jest za to więcej miejsca. Na usilną prośbę, wypuściłam młodszego Tajfuna z sideł wózka - i miałam co robić. Tajfuny były wszędzie, przy oknie, sprawdzały wytrzymałość szyby, miękkość podłogi. Co chwila w mózgi kolejki wbijał się okrzyk "Brunio!!!", kiedy to starszy Tajfun próbował zarządzać tym młodszym - teraz jak traficie na moją dzielnicę i spytacie o Bruna to Wam od razu pokażą, który to :) W końcu nadeszła moja kolej -z wywijającym się Tajfunem mł.na rękach (po zdjęciu go z drzwi) powiedziałam szybko czego potrzebuję, zapłaciłam i zaczęłam pakować wydaną resztę. Wtedy tzw.Sklepowa roztoczyła przede mną pełnię świątecznych wzruszeń. Przemyślała sobie to i owo i rozdarła się na caluśki sklep "Wie Pani co, ja nie przyjmę od Pani tych pieniędzy. Pani mi da takie coś, a potem ja ze swoich muszę płacić, co nie Hela? Heeeela! To kierowniczka jest. Co tu mi pani dała!" Banknot był rzeczywiście trochę zużyty, ale cały - nikt się nie mógł przyczepić. " rozumiem, ale nie mam innego, a ten jest dobry, nierozdarty, dopiero co go dostałam" - odpowiedziałam próbując dociec równocześnie czemu Tajfun starszy wyje i przytrzymując wywijającego młodszego. Sklepowa jednak weszła już w swoje tory "Taaa, a kto mi potem to zwróci, co? Ja potem ze swoich muszę dokładać, jak mnie ludzie wepchną takie coś. Mnie to nic nie obchodzi, niech se Pani poleci i wymieni. Pani to nie ma problemu" Z boku Hela dodała "Nie ma mowy, zabieramy jej ten towar, niech się nalata, a to my mamy mieć problem?". Doprowadzona do ostateczności, jak nigdy wypaliłam "problem to mam ja, bo z dwójka malych dzieci próbuję zrobić zakupy, a Pani mi tego nie ułatwia. Nikogo nie oszukuję i nie kradnę, chcę tylko zapłacić za rzeczy." To niestety nie pomogło -dziamdzianie długo jeszcze unosiło się w powietrzu, znalazłam wiec cudem zachomikowany inny banknot i przy wtórze ryków starszego Tajfuna i marudzenia młodszego opuściłam sklep. Dobrze, że nie rozpłakałam się, ale dałam radę. Nie muszę chyba wspominać, że bez problemu bankotem tym zapłaciłam w kolejnym sklepie? Najbardziej jednak zabolał mnie ton - sprzedawczyni od razu zaczęła na mnie krzyczeć, napadła na mnie, chcąc w ten sposób wymóc zamianę. Nie da się normalnie?

Naprawdę, nie ma to jak świąteczna atmosfera. Ludzie w sklepach patrzą wilkiem, tak jak gdyby chciałam wykupić im ostatni kisiel cytrynowy czy też musztardę sarepską. Właściciele sklepów jak nigdy przenoszą na kupujących swoje nerwy. Każdy się spieszy, przepycha, tak jakby pociąg czy autobus mógł ruszyć szybciej bez ostatnich pasażerów.

To ja już wolę zostać w domu, niechby i z Tajfunami, ale i z pierniczkami, choinką itepe. A po resztę zakupów pojedzie maużonek, który dzisiaj nie musi już nic załatwiać. I w tym moim kochanym gronie poczuję prawdziwe święta.

Ściskam, przytulam, jestem z Tobą - chociaż myślami :(
sobota, 20 grudnia 2008
Sobota, do Świąt coraz bliżej.

Przygotowania do świąt toczą się swoim rytmem, ale nie mogę jeszcze złapać atmosfery. Zapewne dlatego, że tuż obok salonu trwa remont łazienki, dzięki czemu cały wysprzątany, wyszorowany do czystości dom (umyte zostały wszystkie okna!), spowiła warstwa pyłu i kurzu, zamiast świątecznego śniegu. Gdzieś w kuchni cichutko brzęczą kolędy, ale zagłuszane są przez hałas wycinarki. Cóż, przez najbliższe dni nie moge nawet próbować tego sprzątać, pozostaje odczekać swoje, za to we wtorek i w Wigilę będę miała pełne ręce roboty.

Maużonek za to biega, załatwia, wieczorami praktycznie nie ma go w domu, widzę go tylko jak wstaję w nocy do Brunia. Przed chwilą okazało się, że mamy kupioną złą umywalkę, zły zawór, pomimo że Maużon spędził dzisiejszy poranek z przedpołudniem w 4 (słownie: czterech) marketach budowlanych, zamiast z rodziną, trzeba będzie jeszcze pojechać do kolejnego. Nic, wzdycham tylko teatralnie, bo cóż mogę zrobić (zrzędzić nie umiem).

Dzieciaki za to przeszczęśliwe, Hania wie, że teraz długo będziemy razem w domu, obiecuje, że będzie mi dzielnie pomagać we wszystkim. "Mamusiu, jestem Twoją pomocnicą!". Stara się grzeczna niczym aniołek, byle by tylko Mama była blisko. Brunio, wciąż przeziębiony, też korzysta z towarzystwa Mamy - nie mogę go odkleić od siebie :) cały ranek spędziliśmy razem, co 5-10 min obowiązkowe przytulanie, wspólne "czytanie książeczek", wycieranie nosa w mamy ramię i brudnych rączek w mamy spodnie. W trosce o mamy talię, Bru zjadł mi jedyną delicję, jaką postanowiłam sobie zaserwować do kawy. Przeszczęśliwy synuś, marudząc, gdy zdejmuję go z rąk, gada sobie co chwila " mama mama mama!".

Najlepsze przygotowania świąteczne wiec przed nami. I mam nadzieję, że za chwilę i mi udzieli się ta radosna atmosfera :)
piątek, 19 grudnia 2008

Wieczór. Właśnie skończyłam czytać Hani książeczkę, wyprzytulałyśmy się i po mału wychodzę z pokoju. Gasze górne światło i wtedy uzmysławiam sobie, że zapomniałam zapalić małej, bocznej lampki, przy której sypia Hania.

- Haniu, a może wolisz spać bez lampki?

- z lampką, Mamusiu!

- wiesz Haniu, juz niedługo powinnaś sie przestawić i spać bez lampki, tak się lepiej śpi w nocy.

Na to Hania, która uwielbia wykazywać się mądrością i zgodnością z Mamusią:

- Dobrze Mamusiu, to ja jutro sie przestawię....(po chwili)...albo pojutrze...albo jeszcze później :)

********************************************************

Przyznam sie do czegoś: zdarza mi się gadać przez sen. Poprzedniej nocy śnił mi się Maużonek, wiec go zawołałam głośno i obudziłam się :) Następnego dnia M. pisze do mnie:

M: dlaczego Ty mnie wołałaś wczoraj w nocy?

Ja: Przyśniłeś mi się i wołałam Cię we śnie.

M: Miałaś szczęście, że trafiłaś z imieniem

Ja: Nie, to nie przypadek. Po prostu dla bezpieczeństwa dobieram sobie kochanków z takim samym imieniem jak Ty, co nie jest trudne. Ty masz gorzej!

M: Nie jest tak źle, zawsze moge podciągnąć Kingę pod Ingę :)

czwartek, 18 grudnia 2008
Tak, jestem przekonana, że Anioły są wśród nas. Części z nich nie widać, można wyczuć je tylko tym specjalnym zmysłem, czasem wydaje mi się, że widzę kogoś kątem oka a czasem czuję nad sobą opiekuńcze skrzydła. Część z Aniołów jest za to jak najbardziej widzialna. I jednego z nich miałam szczęście napotkać na mojej drodze, jeszcze nie osobiście, ale to kwestia czasu :)

Chodzi mi oczywiście o kochaną Dorotkę, mamę Trusi
 http://gertrusia.blox.pl/html. Dostałam dzisiaj prezent i tak się wzruszyłam: widać, że przede wszystkim ktoś włożył w niego Serce. Anioł, mówię Wam, Anioł.

Dorotko dziękuję bardzo. Kochana jesteś :-*

I tak sobie myślę, że takie okruchy dobra są może mało widoczne, ktoś może powiedzieć, że tak małe, że nikną przytłoczone innymi wiadomościami. A ja myślę, że takie różne dobre sprawki są  drobne, ale za to świecą wyjątkowo mocno i długo. Potrafią rozjaśnić najgłębszy mrok i dać nadzieję, na to, że istnieje dobro. I kiedy tylko się o nich przypomni, człowiek uśmiecha sie do siebie, całkiem mimowolnie :)

I jeszcze myślę sobie tak a propos, że ja mam już piękny prezent na święta: dobrych ludzi koło siebie. Czy może być coś lepszego?
środa, 17 grudnia 2008

Brumisiek kończy dzisiaj 18 miesięcy, pora więc na małe podsumowanie. Przyznam się, że kiedy chodzi o niego, brak mi słów, trzeba go zobaczyć na własne oczy :)

Ogólnie Bruniek jest małym mężczyzną o wyraźnym charakterze. Jest raczej spokojny, ale bardzo asertywny, pogodny, uwielbia jak coś się dzieje. Kiedy tylko zabieramy go na jakąś wyprawę albo przychodza goście, nie śpi aż padnie - bez względu na to czy to dzień czy noc. Co jeszcze:

- jest wielkim przytulakiem, przytula sie do wszystkich, zjednując sobie ich serca. Niania nazywa go "Misiaczek-Przytulaczek" a i ja nie mogę się od niego oderwać. Najbardziej jednak lubię obserwować, jak Brunio tuli się do Hani, zawsze na powitanie i często bez powodu, podczas zabawy (Hania odwzajemnia te pieszczoty z prawdziwą przyjemnością, aż Bru znudzony odsuwa ją rączką :)

- Bru dobrze orientuje się w rytuałach. Kiedy tylko ktoś od nas wychodzi, biegnie do drzwi, mówi pa!pa!pa! i wysyła płomienne całusy. Równie słodkie całusy przesyła na dobranoc. Kiedy jest głodny, przysuwa sobie krzesło do krzesełka do karmienia, wchodzi do niego i woła głośno am. Często też sam włamuje się do jedzenia. Kiedy jest pora kąpieli, sam pędzi do łazienki i wanny.

- uwielbia wszelkie samochody czyli "auł-ko". Odróżna "takto" czyli traktor od samolotu i autobusu. Bardzo lubi bawić sie z kimś samochodzikami, puszczać je uruchamiając koło zamachowe. Jako mój nieodrodny syn, lubi książeczki :) Najukochańsza to "Maks i auto" , inne lubiane to książki o policji czy śmieciarce. Ma już swoje ulubione przytulanki do zasypiania, jest to piesek "au au", kotek "kooo" i żaba. Lubi spacery, zabawy w wodzie, ganianki i przytulanki - gilgotki.

- ma charakterek :) Kiedy coś mu nie pasuje, kiedy coś mu sie zabiera, złości się potwornie. Potrafi rzucić się na ścianę, na podłogę, ryczeć, krzyczeć, piszczeć - i tylko patrzy, czy daje to efekt. Ignorowanie tego jest najlepszym sposobem, po chwili Bru kończy spektakl i wraca do tematu.

- za to ogólnie jest bardzo pogodny, bardziej niz Hania w tym wieku, która na zmęczenie reagowała płaczem. Bru wytrzymuje wszystko, byleby tylko dali jeść, pić i nie kazali siedzieć w jednym miejscu.

- gada mnóstwo po swojemu, wplata wybrane przez siebie wyrazy, tylko te, które mu się podobają, typu auł-ko, ko- kotek, bu- buty, mleko- mleko. Powtarza za Hanią różne wyrazy, niestety siostra uczy go raczej głupotek :) Swoją komunikację Brumiś wyraża najczęściej przez mocno zaakcentowane "Tooo!" albo "Tam!", wraz ze wskazaniem pulchnego paluszka. Nie można też zapomnieć o sławetnym "nie".

- jest z niego niezły kombinator, wszystko próbuje rozgryźć, uruchomić, rozkręcić. Uruchamia kuchenki, włącza lampy, odkurzacz, przełącza piosenki - do czego sie tylko dorwie. Próbuje odkręcać butelki, zaworki, otwierać suwaki, byleby tylko włamać się do torby. Bierze sobie krzesło i przepycha je w wybrane miejsce, po to tylko, żeby dorwać się do tego, co wyżej.

- do jedzenia jest wyjątkowo uparty, zjada to co chce. Zaciął sie w sobie i nie uznaje drugich dan, zjada tylko i wyłącznie zupy. Leniuch je tylko bardzo drobno pokrojone rzeczy np.parówkę, ale jak ma ochotę i tylko dorwie, to wgryza się w ulubione pomidory, jabłka a nawet mandarynki ze skórką. Gryzie dziarko skórkę chleba ale inne gryzienie mu nie odpowiada. Jest wielkim łakomczuchem i ciągnie go potwornie do słodyczy, do ciastek, które do tej pory u nas leżakowały w oczekiwaniu na gości (nasza trójka spokojnie obywa się bez słodkiego). Niestety, wciąż męczymy sie z jakąś dziwną alergią pokarmową, co widać po rumianych policzkach. Innych oznak brak.

- śpi w miarę normalnie, oprócz pobudek na włożenie smoczka czy też pogłaskanie po policzku (mówiłam, ze to pieszczoch), sen nocny trwa od około 20/20:30 do 7 rano. W ciągu dnia jeszcze 1,5-2 h drzemki.

Jest naszym kochanym Misiem i chociaż staramy sie mówić do niego Brunio, to mi często sie wyrywa Misio, tak do niego pasuje.

A tu Brunio uwieczniony przez jednego z Przyjaciół w ostatnią sobotę - uwielbiam to zdjęcie :) To pewnie też jedno z ostatnich zdjęc z tak długą czupryną, Brunio wygląda tu, jakby miał pasemka. W przyszłym tygodniu nieodwołalnie muszę zmierzyć sie z tematem strzyżenia, na razie sam dźwięk maszynki spowodował histerię.

Brumisiu Mój - po prostu kocham Cię Syneczku! Wszystkiego najpiękniejszego!

wtorek, 16 grudnia 2008

Ulubione zajęcie połączonych sił dziecięcych to tzw. przez nas Kąpielisko. Chociażby Dzieci były zmęczone, znużone - kąpiel to zupełnie inna bajka. Zwłaszcza, jak Rodzica da się namówić na pianę i większą ilość wody - wtedy od razu zabawa jest przednia.

Najpierw dzieciaki zamieniają sie dwie ryby - kładą się na brzuchach i uśmiechnięte od ucha odmaczają swoje wszystkie kończyny. Brumiś wykonuje przy tym wiele gwałtownych ruchów nogami, wyglądające jak pływanie. -Małoryby moje! - wołam tuż z nad krawędzi wanny, obserwując jak Maużon pewnie i sprawnie myje dzieciaki. - Brunio, podaj nogę  - i słodka, tłuściutka noga brumisiowa noga wędruje w górę. - teraz drugą nogę! - i Brunio posłusznie podaje drugą kończynę. To samo powtarzane jest przy Hani, ale z dokładnym zaznaczeniem kończyny - Hania, podaj mi LEWĄ nogę. Po chwili dzieci dostają gąbki i mogą samodzielnie sie myć - Hania z zapałem szoruje sobie nogi i ręce, Brunio kręci kółka na brzuchu.

A na deser zostają wygłupy. Tworzenie brody mikołajowej z piany.Zabawa ulubionymi zabawkami, okrętem, foremkami, z których tak fajnie przelewa się wodę. Bulgotanie z buzią pod wodą - Hani wychodzi to coraz lepiej, a Brumi jeszcze sie krztusi, co zupełnie go nie zraża, musi robić to samo co siostra. Tylko mycie zębów nie pociąga go specjalnie albo raczej nudzi po pierwszej rundzie szczotkowania -wije się przy tym jak szczupak. Na koniec Bru praktykuje jeszcze skoki kamikadze - stojąc rzuca się w wodę, nurkuje, kręci sie, rozchlapując wodę po całej łazience, moim ubraniu, włosach, Maużon sprytnie chowa się za obudowę wanny. A i tak śmieją nam się twarze na widok brykających maluchów w wodzie. I chociaż za chwilę trzeba będzie gonić golasa, żeby założyc mu pieluchę, posłuchać marudzenia przy rozczesywaniu księżniczkowych kołtunów włosów, to te chwile z kwikami radości, krzykami i śmiechem na cały dom skutecznie poprawiają mi nastrój :)

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru