niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
czwartek, 28 grudnia 2006

Z kosmosu brzucha da się wyróżnić ruchy Maleństwa.

Kiedy kładę się na plecach i wsłuchuję w to co sie tam dzieje, udaje mi się wyłonić delikatne ruchy, przesunięcia, wyobrażam sobie małego pływaka, który z otwartymi ustami, w stylu żabki, a może też na pieska, przemierza brzuch w poszukiwaniu jedzenia. Kiedy bowiem jestem głodna, ruchy nasilają. Małe stuka w brzuch, dając mi wyrażnie do zrozumienia "jeść, jeść, jestem głodna/y! Jeeeść!

Kiedy w końcu zaspokoję zachcianki najmłodszego członka rodziny, mam wrażenie, jakby ktoś ze mnie wysyłał jedzenie z brzucha - mały odkurzacz :)) A już największe fikołki pojawią się po mojej ukochanej czekoladzie Lindt (wersja świąteczna z cynamonem i kardamonem - polecam!!).

Tak więc ku pamieci: ruchy maluszka od 15 tyg.

To były naprawdę piękne święta. W głównej mierze dzięki Hani, ale chyba też dlatego, że po codziennej bieganinie docenia sie te chwile prawdziwego spokoju w ciepłej atmosferze - bo w końcu święta od tego są, chociaż nie wszędzie sie to udaje.

Zaczęło się od wspólnej wyprawy po choinkę, którą dzielny tatuś przydźwigał na plecach, chociaż była wyjątkowo duża. Hania nie mogła doczekać się do jej dekorowania, kiedy wiec Tatuś w połowie drogi zrobił sobie krótką przerwę dziecko dyrygowało "Tata, nieś! Tata, idź!". Potem było ubieranie drzewka a zwłaszcza jej dolnych gałązek - Hanusi to tak bardzo sie spodobało, ze gdy bombki skończyły się, zdejmowała je i wkładała na nowo :)

Głównym punktem świąt była oczywiście Wigilia wraz z wizytą "swietego Mikołaja". Gdyby ktoś bardzo uważny przypatrzył sie rysom zza brody być może dopatrzył sie podobieństwa do mojego teścia...być może. A może by nie poznał? Na wszelki wypadek, chociaż byłam sponsorem stroju, zrobiłam rachunek sumienia :)) Hania na widok wielkiego Mikołaja, który mówi basem, zareagowała płaczem ze strachu. Od razu też schowała sie za moją nogę, szukając tam oparcia. Nie przeszkodziło jej to jednak w pełni chłonąć tego co sie działo: w odpowiednim czasie podeszła do Mikołaja żeby odebrać prezenty, w tle sobie popłakując, na koniec podziękowała (też przez łzy), podała rączkę i pomachała mu pa pa! Kolejne godzinny upłynęły na zabawie prezentami wsród naprzemiennych głośnych i bardzo radosnych okrzyków" "dziękuję Ci Mikołaju!!" "Ale supel (czyt. super), ale supel!!!!". Cała rodzinna miała z tego powodu dużo radości.

Kolejne dni upłynęły równie spokojnie, na spacerach, potwornym obżarstwie, wizytach rodzinych, tym razem u nas i myśleniu o tym co tu i teraz. Jako ambitna gospodyni domowa, zaliczyłam w tym roku debiut pierogowy (w połowie poprosiłam o pomoc w wałkowaniu mojego M. który raz dwa rozpaprwił sie z resztą ciasta - jednak to wałkowanie to zdecydowanie męska robota, nie na moje wątłe ramiona ;), zrobiłam też kapustę z grzybami, schabik, M. z moja mała pomocą zrobił rybę po grecku i to tez zjadaliśmy na wszelkie możliwe śniadania i kolacje.

W wigilijny wieczór pomyślałam szczególnie ciepło o tych, których nie ma koło mnie. O przyjaciołach, których straciłam, o znajomych którzy gdzieś chodza swoimi drogami - tak bardzo nie lubię tracić z nimi kontaktu. Mam nadzieję, że u nich wszystko w porządku.

PS. Jednym z milszych prezentów jakie dostałam na świeta była...pocztówka od Doroty, pierwszej niani Hani. Ta przesympatyczna i mądra dziewczyna wyjechała do Anglii, czego bardzo żałuję. Była fantastyczną, wymarzoną Nianią i gdybym mogła to ściągnęłabym ją chętnie z powrotem, ale wiem, że dobrze jej się tam układa. Cieszę się bardzo z tego kontaktu i muszę w końcu zmobilizować, żeby odbić Hani zdjęcia na papierze a nie trzymać w komputerze - z tym mam ciągły problem :)

sobota, 23 grudnia 2006
Kochani! Wszystkim symaptykom i obserwatorom naszej małej rodziny oraz wszelkim ludziom dobrej woli życzę wszystkiego najlepszego na te Święta! Przede wszystkim dużo radości i ciepła w sercu oraz dobroci na codzień. A do tego odpocznijcie sobie dobrze, najedzcie się, nacieszcie się bliskimi i naładujcie akumulatory na cały rok! A i niech Mikołaj święty o Was nie zapomina! Pamiętajcie też o naszych braciach mniejszych, niech i oni dzielą z nami te piękne chwile. Wszystkiego najlepszego od rodziny Haniołków!!!
wtorek, 19 grudnia 2006

Hania bawi sie w swoją ulubiona zabawę: wyjmuje z pudełka kartoniki, tu akurat vibovit i rozkłada na stole, po czym znowu skrupulatnie. W końcu znudzona, zostawia porozkładane torebki na blacie.

Ja: Haniu, proszę, schowaj torebki vibovitu do pudełka

Hania z przekorą w oczach udaje że nie słyszy

Ja: Haniu, posprzątaj proszę te kartoniki, jak je rozłożyłaś to teraz musisz je sprzątnąć!

Hania: Nie mam czasu!

poniedziałek, 18 grudnia 2006

Jest już lepiej. Potomek w brzuchu osiągnął już 15 tydzień, co oznacza, ze pierwszy trymestr odszedł precz i wreszcie czuję się lepiej. Hania informowana o "dzidzi w brzuchu" nadal nie wie jeszcze co ją czeka, może to i lepiej, czasem klepie mnie raźnie po brzuchu albo namiętnie całuje. Gorzej, że moja wyobraźnia działa na szerokich obrotach i zaczynam wyobrażać sobie, jak to będzie z dwójką. I chociaż wiem, że będzie cięzko to jakoś w wyobraźni wydaje mi się, że po prostu wszystko się jakoś ułozy. Ach, jakie piękne słowo "jakoś", połowa ludzkości na nim bazuje i "jakoś" żyje.

Póki co jest dobrze.

Ku swojemu zadowoleniu w nowym miejscu zamieszkania odkryłam bibliotekę z przesymaptycznymi dziewczynami, które widząc mój apetyt literacki, same zaoferowały mi, żebym wypożyczała więcej niż norma. Rzuciłam się wiec na dział nowości i zasypiam codziennie z nosem w książce, chcąc przeczytać jeszcze jedną stronę i zobaczyć co będzie dalej.

W najbliższych dniach czeka mnie trochę oderwania od pracy - "trochę", bo telefon służbowy będzie włączony, na co wszyscy liczą. Jednak I tak parę dni bez dojazdów oblężoną kolejką, bez całodzienniego tkwienia w jednej pozycji przed kompem przerywanego naprzemiennymi wizytami w kuchence i w toalecie, dobrze mi zrobi.

Koły - to liczba mnoga od koło

Nóże - nóż

Jeśli zaś jest kościół to ktoś w jego wnętrzu jest w kościole (ó wymienia się na o, prawda?)

Bardzo lubię tę pięknie symetryczną logikę gramatycznych odmian Hani. I myślę sobie, jaki ten nasz jezyk dziwny :)

czwartek, 14 grudnia 2006

We wtorek ku radości niektórych dzieci i wkurzeniu większości kierowców, spadł w Warszawie śnieg. Jak to jesienią bywa, śnieg prawie od razu zamienił się w blotniste kałuże, tylko gdziegdzie, w chłodniejszych i czystszych miejscach uchowały się małe jego sterty. Jednym z takim miejsc był nasz balkon, Busia wiec zrobiła dla Hani bałwana. Mały, bo mały - ale pierwszy świadomy i można go było obserwowac z okna. Hania dumna jak paw opowiadała wszystkich o pięknym bałwanie, który ma nos i buzię.

Następnego dnia po bałwanie pozostała czapka.

Hania bardzo to przeżyła. Pytała, gdzie jest bałwan, dlaczego znikł z balkonu. Historie o tym, ze po prostu roztopił się, rozpłynął niestety nie trafiały jej do przekonania. Zaczęłam się już zastanawiać nad bałwanim niebiem - miejscem, gdzie wszystkie bałwany są szczęśliwe. Kraina wiecznej mroźliwości i padającego śniegu. Czy opowiedzieć o niej Hani?

Okazało się, że nie trzeba. Hania w końcu wytłumaczyła mi, że Bałwan po prostu poszedł do domu. Musiał zrobić kąpielisko (czyli kąpiel) i umyć pupę -ot cała prawda.

Na dobranoc, kiedy dokładnie się wyprzytulałyśmy i wycałowałyśmy, szepnełam jak zawsze:

-Haniu, kocham Cię mocno, moje słoneczko. Kocham Cię najmocniej jak potrafię Córeczko!

Hania spojrzała mi czule w oczy, przesłała całusa, po czym powiedziała z całą mocą:

- Hania kocha Bałwana!

środa, 13 grudnia 2006

Minęły już cztery miesiące odkąd mieszkamy w nowym Domu. Poznajemy się na co dzień, oswajamy, przyzwyczajamy się do siebie.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Dom w środku, wydał mi się bardzo przytulny - pełen rodzinnego ciepła, dobrej energii, pokoje aż zapraszały, żeby w nich zamieszkać.

Wiedziałam, że pewnie dużo rzeczy poustawiam po swojemu, ale poczułam, że dogadam się z Domem.

Kiedy zamieszkaliśmy po szybkiej przeprowadzce - czułam się dobrze, ale nieco nieswojo. Obce kąty, zakamarki, ściany. Nic mnie jeszcze nie łączyło z tymi pomieszczeniami - stały w większości puste bądź też zapchane pudełkami, ujawniając konieczność chociaż drobnych zmian. Wchodziłam do kuchni i widziałam ją swoimi oczami, jak mogłaby wyglądać. Budząc się co rano obiecywałam sobie, że już wkrótce zedrę pomarańczowo-złoty border pod sufitem i przemaluję ściany z pomarańczowego na spokojna oliwkę czy tez fiolet. Kiedy zostawałam sama w domu, chodziłam po pokojach niczym po muzeum.

Teraz, z każdym dniem stwierdzam, że dobrze się ze sobą czujemy - my i Dom. Po malutku zmieniamy go, udoskonalamy, ostatnio dostał nowe drzwi i bramę, żeby sie bronić przed zimą i żebym nie musiała zamykać drzwi potężnym kopniakem/łupnięciem bioder, co objawiało się wielkimi siniakami.

Najbardziej jednak zmieniają go ludzie, którzy nas odwiedzają. Udało mi się (mam nadzieję)stworzyć przytulny salon, w którym znajduje się dość miejsca, żeby rozsiąść się na kanapach czy też zasiąść razem przy stole. Z każdą odwiedzającą nas grupą znajomych, ze śmiechem i długimi rozmowami, z herbatą wypitą wspólnie, czy też pieczonymi ostatnio razem świątecznymi ciasteczkami czuję, że dom staje się prawdziwym Domem. Jest ciepły, przytulny, zdaje się zapraszać do swojego wnętrza, chociaż z zewnątrz wygląda zupełnie zwyczajnie.

I chociaz przed nami jeszcze bardzo dużo pracy to cieszę się, że Dom i my stajemy się jednym :) Nie odwiedził nas również Rębajło, któremu zdarzało się straszyć w tych murach - chociaz kto wie, może to właśnie on nad nami czuwa - cyt.

"Duch nazywa się Rębajło. Umarł niechlubną śmiercia na zawał podczas szczytowania. Musi teraz odpokutować swoje złe uczynki, zwłaszcza wobec żony. Za życia był dla niej niemiły (np. wymądrzał się, chlał piwsko bez umiaru, bekał przy stole.) , no i umarł w takiej sytuacji, że kobieta nabawiła się nerwicy i z rozpaczy zapisała się do LPRu.

Zanim Rębajło osiagnie stan wiecznego spokoju, musi odpokutować, ale do tego nie za bardzo się kwapi. Wprost przeciwnie- lubi draki. Straszy po nocach (słychać kroki i skrzypienie podłogi), uwielbia przestawiac rzeczy (zwłaszcza w pudełkach), zmienia gaz w kuchence, żeby przypalić potrawy, podsadza koty na półki, gdzie nigdy by same nie weszły itp. No i uwielbia alkohol. Wystarczy otworzyć butelkę, na chwilkę sie odwrócic , a tu już butelka pusta. Strasznie go cieszą takie figle.

Nie jest jednak zły. Kiedy dziecko schodzi po schodach, poda mu rękę. Przykryje troskliwie gospodarzy kolderką, kiedy się rozkopią w nocy. Zsyła przyjemne sny (chociaz często erotyczne). Nie pozwala kotom sikać do doniczek. Opiekuje się domem i zaprzyjaźnia z jego mieszkańcami.

Słyszalam, ze pewna katolicka porzna rodzina nie wytrzymała jednak mieszkania z Rębajłem i ostatnio się wyprowadziła. Podobno chcieli go wczesniej wygonić , nawet sprowadzili medium na seans spirytystyczny, ale Rębajło ukazał się medium na golasa i pijany, więc nie mozna było z nim współpracować . Zgorszone medium wzięło swoje 100 zł i wiecej się nie pojawiło."

sobota, 09 grudnia 2006

Słowem wstępu: Od jakiegoś czasu Hania ma nowe, niezwykle uciążliwe hobby. Uwielbia rozbierać się,a przynajmniej zdjąć kapciuszki. Położona na popołudniową drzemkę juz wielokrotnie rozebrała sie do rosołu (jak odpięła body - tego nie wiadomo), przyprawiając tym opiekunki o siwe włosy a raz skończyło się też zasikanym łóżeczkiem, jako że pielucha to też ubranie. Wszelkie próby tłumaczenia Hani spełzają na niczym  - chociaż Hanka marznie to i tak jest lepiej bez rajstop niż w tym dziwnym tworze tekstylnym!

Ostatnio jedna z bliskich Hani osób (nie ja, żeby było jasne) udała sie z Hanią do sklepu. W każdym napotkanym sklepie Hania rozbiera się tj. zdejmuje czapkę, szalik i kurtkę - w sklepie jest w końcu ciepło prawda? Niestety, w ten feralny dzień, może wyjątkowo ciepły a może nie? Hania wyjatkowo uparcie rozbierała się z wszelkich możliwych wartstw.

Kiedy więc w ostatnim sklepie Hania zostawiona samej sobie na chwilę zdjęła oprócz paru sztuk garderoby również sznurowane buciki, po czym wrzuciła je głęboko pod sklepowy regał Osoba Opiekująca się, obdarzona umiarkowaną cierpliwością, wyczerpaną doszczętnie w owej chwili krzyknęła bez namysłu:

- Co robisz Ty Durna Pało!

Całą tę scenę obserowała zbulwersowana zakonnica, która nie mogła zdzierżyć takiego bluźnierstwa:

_ To nie jest żadna durna pała, to jest dziecko Boże!!! 

Na to osoba opiekująca się spojrzała spokojnie na ową Zakonnicę i wypaliła:

- Jesli to jest dziecko boże to proszę bardzo, niech siostra się nim zajmie i wyciągnie buciki z pod regału. Może siostra ma na to więcej sił, w końcu jest siostra ode mnie dużo młodsza! ( siostra była przynajmniej o dychę starsza, tak na oko, od Osoby mówiącej te słowa).

Niestety siostra odęła się i nie skorzystała z okazji roztoczenia chwilowej opieki nad owym dzieckiem bożym, które szczęśliwe nieskończenie stało na bosaka w sklepie. Widać od słów do czynów daleka droga.

I chociaż zaprotestowałam stanowczo przeciwko nazywaniu Hani durną pałą to cała ta historia strasznie mnie śmieszy, zwłaszcza wiedząc jak rzadko takie słowa goszczą na ustach Osoby Opiekującej.

PS. Jeśli ktoś myśli, że to rozbieranie wynika z przegrzewania to się myli. Stosujemy raczej zimny chów, ubieramy Hanię lekko i nie raz wzbudzaliśmy tym sensację czy oburzenie napotykanych osób.Mamy tego (tj. lzejszego ubierania) wymierne wyniki bo Hania jest zdrowa jak rzepa, pomimo długofalowej obecności poważnie chorych osób.

piątek, 08 grudnia 2006

W końcu powiedziałam sobie dość! Dość przedłużającego sie przeziębienia, chrypki a'la Himilsbach oraz czasowego braku mowy czy też kataru i nocnych napadów suchego kaszlu. Pogadałam z szefem i dostałam zgodę na dwa dni zwolnienia, z czego skwapliwie skorzystałam.

Siedzimy więc z Hanią w domu i spędzamy miło czas. W tle po raz milion osiemset tysięczny czwarty leci ukochana płyta Hani "Miś i Margolcia" (prezent od teściowej Hani, buziaki dla Dosi :-*), tym razem w wersji świątecznej -piosenki o śniegu, mrozie, świętach. Siedzę sobie na kanapie, zmożona chorobą i zmęczeniem, przykrywam sie kocykiem i cieszę sie tym, że nie jestem w pracy przed komputerem.

Nagle widzę, idzie Hania z olbrzymią książką. Ładuje się na mnie bezceremonialnie, lawirując wielką ksiągą, siada tuż koło mnie i mówi:

"Mama chora, Hania pocita mamie ksiąziećke!" co też czyni. Rozleiłam się :)

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru