niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
czwartek, 29 grudnia 2005

Mama tkwi w letargu i mówi, że nie ma jakiegoś nad- tchnienia czy coś, wiec może opiszę co było w święta. Mama mówi świeta, święta i po świętach, ale dla mnie to było przeżycie, bo rok temu to tylko nie za dużo skorzystałam, ciągle tylko mleko, dzieciaków nie było i w ogóle jakoś słabo to pamietam. W tym roku byliśmy u mojej Cioci i było super. Przede wszystkim dlatego, że była tam moja idolka, Zosia i jeszcze jeden braciszek, Jose, ale on mi się nie spodobał, bo nie dawał mi się bawić swoimi dinozaurami. Zjechała się w ogóle rodzina, był nawet strasznie stary Pan, bardzo sympatyczny i reszta rodzinki. Zastawili stół mnóstwem jedzenia, ale obżartuchy, że oni dają radę to zjeść, nic dziwnego, że są tacy duzi, skoro tyle żrą, tylko dlaczego spoglądają później żałośnie w lustro mówiąc, że za dużo ważą? I dlaczego mi każą się tak obzerać i napychać ile wlezie?

Wracając do wieczoru światecznego: na początku podzielili się opłatkiem i przyznam się, że mi tez on smakował. Dużo osób zyczyło mamie kolejnego dziecka, zupełnie nie wiem po co, to ja już nie wystarczam, a może nie mogli czegoś lepszego wymyśleć? Ale z tego co zauważyłam reszta życzeń była w porządku bo mama się wzruszyła i wyściskała ze wszystkimi, nawet z małą Basią. Basia to jest fajny wynalazek, jest o rok młodsza ode mnie, ma tylko 5 tygodni i mam nadzieję, że uda mi się ją odpowiednio wychować, mama mówi, że będziemy na pewno niezłym duetem, jak ona i ciocia Ola i że na pewno damy jej popalić. Fajnie, tylko nie wiem co mamy jej dać popalić, ale może kiedyś się dowiem, postanowiłam jak nikt nie będzie widział zwędzić zapałki, na pewno się w przyszłości przydadzą. Póki co mogę na przykład przeliczyć zapałki w pudełku, szkoda tylko że nie umiem liczyć, ale mi to szczerze mówiąc nie przeszkadza.

W każdym razie było miło, a jak się wszyscy najedli po brzegi, to przyszedł jakiś pan w czerwonym ubraniu. Pewnie sprzedawał jajka albo gumiaki, bo do nas ciągle tacy przychodzą. No a Zosia to już chyba uwielbia ten handel obwoźny, bo razem z Josito narobili strasznego wrzasku na jego widok i chociaż mikolaj (bo tak wszyscy na niego wołali, widocznie go znali, może to jednak listonosz? ) szybko się ulotnił, to długo jeszcze w domu rozlegały się krzyki i wrzaski. Uznałam wtedy, że najlepiej będzie jak trochę się zdrzemnę i nie wiem co było dalej, ale mama to chyba siedziała do późna i gadała ze wszystkimi, słyszałam ją przez podłogę. Przyszła zadowolona o drugiej w nocy i bezczelnie położyła się w moim łóżku (mama mówi, że tylko na skrawku, ale co ona o tym wie, jak waży, jak to mawia Tata,tyle co worek cementu z dodatkami). Subtelnie więc dałam jej znać, żeby się przesunęła. Niestety, może ze zmęczenia, może z powodu obżarstwa mama dopiero po pół godzinie i po wsadzeniu łokcia w jej oko załapała o co mi chodzi i położyła się w moich nogach tzn. głowa i tułów były w poprzek łóżka, a reszta czyli nogi leżały już na ziemi. W trosce o jej wygodę obudziłam ją raniutko, żeby kręgosłup jej nie rozbolał, w końcu kocham bardzo mamusię, nie myślcie sobie. Próbowała mnie przekonywać, że jeszcze ciemno, że rano, ze trzeba spać, ale ja znam się na rzeczy i nie dałam się przekonać, brykałam zadowolona po niej, to było śmieszne. Mama zwklekła się wiec spoglądając żałośnie i zazdrośnie na śpiącego na podłodze Tatę, który pochrapywał sobie zadowolony, że przynajmniej tego dnia nie musi wstawać.W końcu, kiedy mama dogorywała po dwóch godzinach poszłyśmy razem do taty i wymienili się, mięczaki.

A wieczorem tego dnia wybraliśmy się oglądać szopki na starym mieście. Nie wiem o co chodzi w tych szopkach, jakieś wymalowane lalki i tłumy ludzi, w jednym kościele to o mało mnie nie zmiażdzyli aż mama na głos zawołała, że chociaz to kościół to chamstwo się schodzi, bo jeden pan zgniótł mnie boleśnie i nie reagował na uwagi. Ale ogólnie to było fajnie bo słuchaliśmy jakiś organów nie wiem co to jest, czy to jakaś watroba czy inne nerki, w każdym razie ładnie grali, można było potańczyć bo i miejsca było sporo, ale wszystkich chyba brzuchy bolały po tym obzarstwie, bo tylko ja podrygiwałam. A potem łaziliśmy sobie, tylko rodzice to tacy nudziarze albo szli w jednym albo w drugim kierunku, ze mną się trochę rozruszali, bo popędziłam ich we wszystkich możliwych kierunkach, mamie to aż suwak w kurtce poszedł jak mnie łapała. Ale fajnie było a za rok Tata obiecał zabrać mnie do jakieś ruchomej szopki, mówi, że mi się spodoba.

Kończąc po mału relację powiem jeszcze, że w poniedziałek byliśmy u rodziny taty i też było sympatycznie, spokojnie, ciepło. Pra-Dziadek ma fajny domek, wszystkie szafki są w zasięgu ręki. Pra-Dziadek w ogóle jest fajny, tak się miło uśmiecha, szkoda mi tylko że Prababci nie było. Była też reszta rodzinki, Babcia narobiła mnóstwo jedzenia, mama tak mi je zachwalała w drodze, ze aż sama spróbowałam sernik i rzeczywiście wyborny. Poznałam też nowego wujka, całkiem sympatyczny,ale jeszcze nie całkiem przetestowany przeze mnie. Mama mówi, ze Ciocia dobrze trafiła i że widać, że jest zakochana i że zyje w innym świecie, czy to znaczy, że jest kosmitką, bo ja nie rozumiem? Mama mówi, ze jeszcze przyjdzie czas, że zrozumiem i to szybciej niż mama sądzi, zwłaszcza że otaczają mnie tacy fajni chłopcy jak Leo, Tulek czy Maksio. No pewnie, ze są fajni, najfajniejsi z fajnych i co z tego?

No i po świętach została mi para rozleniwionych rodziców po kątach, nowe zabawki i fajne ciuszki, garść wspomnień i choinka, której uwielbiam się przyglądać. Jakby ją tu ściągnąć ze stołu, macie pomysły? Idę po tę długą łyżkę do butów w kształcie smoka z hakiem na końcu, może teraz się uda?

środa, 28 grudnia 2005

To ja, Haniołek.

Musiałam się wziąć za pisanie, bo moja mama to totalnie rozleniwiła się po świętach. Ciągle coś tam wyżera z lodówki, a to jakąś sałatkę, a to śledzika i mówi, że nie wiem co tracę, a potem mruczy że może tym lepiej. W ogóle mama pracująca to kiepski wynalazek jest, bo najpierw jej nie ma na co dzień, a potem jak już ma wolne to ma tysiąc pomysłów na minutę, chce mi wynagrodzić ten czas i ciąga mnie z Tatą po całym mieście. Chociażby wczoraj - zimno, szaro, wszyscy siedzą, obżerają się, zresztą nie powiem- ja też, nawet jej smaczna wyszła ta zupa kalafiora i ten deserek na koniec- mniam mniam. Myslałam, że trochę pokotłujemy się po łóżku, nabałaganimy, pochichramy, a mama zarządziła spacer i to do jakiejś łazienki. Mało tego, żeby to była chociaż fajna łazienka z papierem toaletowym do wyciągania i ze szczotką do kibla, która super układa włosy - gdzie tam. To była łazienka jakiegoś króla, który umarł dawno temu. Zresztą nie dziwię się, że umarł, bo tam ani dachu, ani grzejnika, wanna wielka i po niej ptaki pływały - zimno i tyle i jeszcze autem trzeba było tam dojechać. Przewietrzysz się, mówiła mama, i ptaki fajne zobaczysz, kaczuszki, może łabędzie, spodoba Ci się.Te Łazienki to ciekawe miejsce na zimowe spacery! Taaa, chyba dla morsów, myślę sobie. Już przy wejściu czekały na mnie ptaszki, fajne były, nie powiem. Mama dała mi bułkę, taka swieżutka, chyba, żeby wynagrodzić mi to zimno. Mniam mniam, smaczna była a ta moja głupiutka mama to zamiast ją zjadać to rzucała ją ptaszyskom. Oj, nie wie co dobre. Potem napotkaliśmy jakiegoś wymiota czy pawia, sama nie wiem, podobno piękny ptak, tylko coś mu się wlokło z tyłu, podobno ogon. No i te bezczelne ptaszysko, korzystając z nieuwagi starych, wydziobało mi z rączki bułkę. Oj, wkurzyłam się okropnie i poryczałam i obiecałam mu, że jak tylko podrosnę to wrócę tam, oskubię z piór i upiekę nad gazem, a potem jeszcze wsadzę do pralki na wirowanie, a co tam. Na domiar złego mama to zamiast mnie pocieszać to ryczała ze śmiechu z tatą, kurcze blade, na jakich ja rodzicow trafiłam! Na szczęsie Tatuś szybko zmarzł i stwierdził, że wystarczy rodzinie tego tlenu i wróciliśmy szybko do domu.

Popołudnie było już znacznie bardziej ciekawsze, bo pojechaliśmy do sklepu wybierać farbę do dużego pokoju. Fajne pędzle były to pędzlowałam ludziom nogi i farbę pomagałam rodzicom wybierać. Mamie zamarzył się kolor waniliowy i oglądali z Tatą chyba z tysiąc kolorów. To było smieszne, bo dla taty to istnieje parę głównych kolorów, tata mówi zawsze, że granat to owoc, a nie kolor i że nie trzeba komplikować prostych rzeczy. No ale tata zakochany jest, wiec podsuwał mamie coraz to nowe kolory a mama kręciła głową i narzekała" ten za brzoskwiowy, ten za zielony, ten za blady, a ten to wygląda jak brudna ściana". Latała nieprzytomna po całym dziale przymierzała swoją wizję do oferty sklepowej i potykała się o inne pary, które równie nieprzytomnie tkwiły przy próbnikach, chcąc wykorzystać ulgę remontową. I nikt nie bawił się pędzlem ani nie malował sobie twarzy tymi farbkami, nawet nikt nie probówał, czy te kolory są naprawde smaczne. Niestety okazało się, że to jakieś oszustwo, bo nawet jak napisali, że farba to soczysta gruszka czy nieśmiała malina to i tak wszystkie były wstrętne. W końcu rodzice wybrali jakiś kolor orchidei czy inny i już nie mogę się doczekać, bo zamierzam aktywnie pomóc Tacie, może chociaz dół ściany pomaluję. Mama mówi, żebym się nie cieszyła, bo jak tata za pół roku pomaluje to i tak będzie dobrze, ale ja w niego wierzę.

No a dzisiaj rodzice uciekli znowu do pracy, co oni w niej widzą to nie wiem, może jakies zabawki im tak dają albo czekoladki. Może mama wreszcie weźmie się za pisanie, bo o świetach miała napisać, a tu cisza na blogu aż piszczy (o ile cisza może piszczeć, nie wiem kto to wymyślił). Tak wiec trzymam kciuki za mamę, bo jak nie to ja będę musiała tu opisać to i owo, a nie wiem czy mama będzie z tego powodu szczęśliwa, bo jak ja opiszę co widzę i co się dzieje, to mama zawsze mówi, że nie muszę tak dokładnie wszystkiego pisać i że o niektórych rzeczach się nie pisze. He he, może u niej ostatnio tylko te rzeczy się wydarzają o których się nie pisze, ale tak naprawdę to myślę, że ma wielkiego lenia i zastanawia się kiedy znowu odpocznie. Bezczelna, a mi wygarnia że ze mnie leń, jak nie chcę gryźć marchewki, a sama się dzieckiem wyręcza.

No dobra, kończe już, bo mama mówi, że ze mnie to straszna gaduła się zrobiła, ciekawe po kim i patrzy zawsze wtedy wymownie na Tatę a tata puchnie z dumy. No to chyba dobrze, prawda, przynajmniej wiadomo o co chodzi a co mam milczeć? No dobra, kończę już naprawdę, trzymajcie się, pa!

niedziela, 25 grudnia 2005

Przede wszystkim dużo miłości, uśmiechu, spokoju, nadziei, bliskości i ciepła, prawdziwości i magii, czyli tego co najlepsze życzę Wam Kochani, dziękując za to, że jesteście.

I jak co roku dziękując za to, co mam przytoczę piękne słowa:

                                        *  *  *

Dziękuję Ci po prostu za to, że jesteś

za to, że nie mieścisz się w naszej głowie, która jest za logiczna,

za to, że nie sposób Ciebie ogarnąć sercem, które jest za nerwowe,

za to, że jesteś tak bliski i daleki, że we wszystkim inny

za to, że jesteś już odnaleziony i nie odnaleziony jeszcze,

że uciekamy od Ciebie do Ciebie

za to, że nie czynimy niczego dla Ciebie, ale wszystko dzięki Tobie,

za to, że to czego pojać nie mogę - nie jest nigdy złudzeniem,

za to, że milczysz. Tylko my - oczytani analfabeci chlapiemy językiem.

ks. Jan Twardowski

wtorek, 20 grudnia 2005

Haniołek łazi juz po mału na spacery. Sąsiedzi i sprzedawczynie z okolicznych sklepów z wolna przyzwyczajają się do małej, różowej postaci, która maszeruje dzielnie wysoko podnosząc nogi. Z pod czapki widać tylko bystre oczka, czerwony jak u Rudolfa nosek i uśmiech od ucha do ucha (z licznymi ząbkami oczywiście). Odkrywca ruszył do akcji, trzeba wszak porobić porządki w sklepach -przeliczyć ilość makaronów na półce, poprzekładać gumy przy kasie. Trzeba pokokietować sprzedawczynie i zauroczyć pana na kasie. Trzeba sprawdzić czy znaleziony w śniegu listek mieści się do buzi oraz wyznać miłość labradorowi z czwartego piętra.

Tak tak kochani, jak to powiedział pan sprzedający nam choinkę na widok Hani "Swięta idą, krasnoludki chodzą po świecie"! Szykujcie się, bo może i do Was zajdzie taki elfik sprawdzić czy na pewno macie porządki w szafach. Ale nie martwcie się - w razie stwierdzonego bałaganu, dzielnie pomoże Wam w zaprowadzeniu ładu. O ile oczywiście można nazwać to ładem.

:)

wtorek, 13 grudnia 2005

Haniołkowa mama nieco zarobiona jest. Nie jest bowiem łatwo w grudniowo-jesiennej aurze złapać nutę motywacji. Kiedy wstaję rano - wciąż trwa noc, kiedy wychodzę z pracy jest już ciemno i sama nie wiem czy tak naprawdę słońce wstaje czy też przechodzimy właśnie zimę polarną. A może tym razem pewni bracia ukradli słońce (bo księżyć ukradli już dawno temu)? :)

W pracy zamykanie roku i jak zwykle zręczne pogaduszki z ludźmi, którzy koniecznie musza mi coś sprzedać.  Jednoczesnie trwa czyszczenie zaległych spraw, żeby godnie zakończyć ten rok, udało mi się też dopilnować paru spraw i mam płonną nadzieję, że może ktoś to doceni.W firmie każdy pilnuje się, żeby nie wpaść w świateczny marazm, niestety ja już w niego nieco wpadłam i nie mogę sie doczekać do wigilii. W wolnych chwilach podczytuję książkę o błędach popełnianych przez kobiety w kontekście pracy i dołuję się, że ze mnie jest taka naiwna dziewczynka, ale cóż, ten typ tak ma! http://www.merlin.com.pl/frontend/towar/391762

Za to zainteresowałam sie bardzo tematyką wywierania wpływu (po stosownym szkoleniu) i ogólnie rozumianego NLP. Jeśli ktoś może mi polecić lekturę, będę wdzięczna. Agnus, może Ty? M. proponuje mi, żebym szkoliła się tym kierunku - lubię sie uczyć, bardzo lubię wszelkie związane z ludźmi, psychologią, socjologią tematy, więc czemu nie?  Jednocześnie nie rezygnuję z planów pedagogiki. Nie ma to jak ambitne plany! 

A mój kochany Haniołek rozumie już coraz więcej i niestety dzisiaj rano na sam widok opiekunki wczepiła się we mnie kurczowa i nie chciała schodzić z rąk. Oddana w jej opiekuńcze ramiona wpadła nieomalże w histerię, a ja przez pół dnia byłam roztrzęsiona - w oczach łzy, w sercu rozpacz. Ja wiem, że jej jest dobrze, ja wiem, ale to chyba ja bardziej przeżywam nasze rozstania.

Kończę już, bo rozpisałam się. Napiszę jeszcze że chyba odnajduję klimat prawdziwych świąt - planuję rozmowy z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, szukam choinki, ktora przetrwałaby ciekawość infanta i marzy mi się świąteczny spokój. Wiem, że musi się udać. Oby tylko dotrwać do świąt...

piątek, 09 grudnia 2005

...i piśmienniczego lenistwa zamieszczę dzisiaj fotkę (niestety nie moją).Ech, posiedziałabym sobie pod takim drzewem w jakimś rozgrzanym słońcem kraju! Przyjrzyjcie sie drzewu  dokładnie - z każdą chwilą będą sie wyłaniać nowe szczegóły - magiczne. Urzekły mnie dzisiaj rano.

czwartek, 08 grudnia 2005

Mam chyba jakąs traumę.

Święta atakują mnie z każdego kąta. Nie mogę uwolnić się od wszechnarzucającej się propagandy. Od dwóch miesięcy trwa ten spektakl z powodu jednego dnia. Dnia bardzo ważnego i wyjątkowego, ale te świętowanie skutecznie uniemożliwia mi jakąkolwiek radość, póki co czuję tylko złość. Wystarczy wyjrzeć przez okno - zalew świątecznych billboardów. Czy już kupiłeś prezenty? Kup prezent swojemu dziecku! Chcesz mieć piękne święta? Kup produkt X! Spełnij marzenia najbliższych,kup! Kup! Kup! Dołącz do maratonu dla mas, przelej swoją pensję na konto wybranego sklepu a potem weź udział w zbiorowym oddawaniu hołdu bożkowi konsumpcjonizmu w okolicznych marketach - gryź, walcz, wrzucaj do koszyka cokolwiek, im gorsze tym lepsze, przecież po świętach byś na to nie spojrzał, ale teraz to co innego, przecież to idealny prezent dla Cioci Stasi, musisz kupić dużo jedzenia, w końcu to święta! Nie stać Cię? Nie ma sprawy, zaciągnij kredyt, nie szkodzi, że będziesz go spłacał 5 lat nie wiadomo z czego, ale przecież te swięta są tylko raz! Zapożycz się, żeby wziać udział w tej grze, w którą wszyscy grają!

Jeśli marzysz o chwili oddechu, nie właczaj radia. Jeśli masz radio w pracy - przywyknij. Od rana bowiem większośc stacji z papką muzyczną bombarduje słuchaczy światecznymi hiciorami, a że hitów jest ledwie parę to lecą na zmianę. Geroge Michael, Mariah Carey - i tak w kółko i tak do znudzenia. Otworzysz lodówkę - a tam nawet na coca-coli uśmiecha się do Ciebie Mikołaj, jogurt to świąteczna edycja, a mięsne kotlety, jakże charakterystyczne dla postnej wigilii, zachęcają do wspólnego świątecznego wieczoru.

Czy jest jakieś miejsce wolne od tej nachalnej reklamy?

poniedziałek, 05 grudnia 2005

Rośnie mi córa. O ile przez pierwszy rok dziecko powiększało pracowicie swoje komórki rosnąc jak się dało, rozwijając wszelakie umiejętności i zdobywając inne kierunki od oklepanego poziomu tak teraz rośnie dziecku charakter. Haneczka bowiem to konkretna osóbka, która wie, czego chce, a już na pewno wie czego nie chce. Nie myśl dorosły człowieku, że jak skończyłeś tyle tych szkół i przezyłeś tyle dziwnych zdarzeń to już będziesz górą nad takim małym ludzikiem - o nie! Taka mała pyzunia też już ma swoje upodobania, proszę pana. Muzyczkę sobie dziecko włączy i potańczyć potrafii i to nawet z obrotami a jak da to i z przytupem. I przez telefon pogada przykładając telefon do szyi i rozmawiając z niewidzialnym rozmówcą z pełną gestykulacją. Dziecko odprowadzi Cię radośnie do windy, a potem pomacha rączką na pożegnanie i z zapałem ruszy zdobywać resztę klatki schodowej.

Tak, tak, gdzieś tam podział się mój malutki niemowlaczek a zamiast niego pojawiła się pełna radości, smiechu, okrąglutka, wesolutka Hania, która dziarsko sama maszeruje po centrum handlowym, flirtując ze wszystkimi sprzedawczyniami. Hania, która gada ciągle jak najęta, z zaciekawieniem zaglądająca do piekarnika, wkładająca swoje skarpetki do pralki, próbująca włożyć na swoją małą stópkę wielkiego buciora Taty. Hania, która przed chwilą ciągnęła jedynie mleko, a teraz wyjada mi mięso z talerza.

Hanka, która w mikołajkowy wieczór (a właściwie wigilię mikołajek) włożyła swojej kochanej mamusi swoją skarpetkę do buta, jako dar czystej (no może nie do końca albo przynajmniej symbolicznie czystej) miłości. To jest dopiero prezent!

Jak to jest, że jest odwilż, skoro jeszcze nie było zimy?

czwartek, 01 grudnia 2005
"...Czy wiecie, co czuję stając z miską pożywienia przed kilkudziesięcioma psami, z których każdy w jednej chwili zjadłby całą jej zawartość?

Czy znacie spojrzenie głodnego psa, który kocha, ufa i nie rozumie dlaczego nie może zjeść tyle, ile by chciał?

Czy wiecie jak to jest myśleć ze strachem o zbliżającej się zimie? O węglu, którego nie ma za co kupić, o chorych, starych psach, które nie przetrzymają mrozów bez codziennych posiłków, lekarstw i ogrzewania?

To nie ciężka praca bez weekendów, urlopów i odpoczynku jest największą uciążliwością mojego życia. Nie wiek ani zdrowie. To niepewność losu. I ponad 700 par wbitych we mnie oczu...
Proszę, ratujcie moje psy!
Bożena Wahl

UWAGA !!!
W dniu 10 i 11 GRUDNIA 2005 r. w Warszawie, w budynku Blue City, Al. Jerozlimskie 179 odbędzie się Międzynarodowa Wystawa Kotów Rasowych. Na wystawie zbierane będą datki na rzecz naszego schroniska.

Zapraszamy rowniez na strone schroniska: www.schronisko.alpha.pl

Schronisko z wdzięcznością przyjmie:

każdą ilość karmy dla psów i kotów - suchej lub w puszkach (nawet te przeterminowane),
każdą ilość artykułów spożywczych takich jak produkty mięsne i rybne w puszkach, przetwory mleczarskie, olej jadalny, produkty mšczne, kasze, ryż,
podstawowe i ogólnodostępne środki pielęgnacyjne oraz leki weterynaryjne dla psów i kotów,
preparaty przeciwpchelne,
środki czystości (proszki, płyny, itp),
koce, legowiska, materace, stare poduszki, ręczniki, wszelkie tkaniny o większej powierzchni,
miski, wiadra, garnki. ..."
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru