niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
czwartek, 25 listopada 2010

Za nami pasowanie Brunia na Prawdziwego Przedszkolaka. Cała uroczystość odbyła się w małej przedszkolnej sali, nabitej do granic możliwości przejętymi rodzicami, dziadkami i dziećmi w różnym wieku, trzeba było wiec mocno wykręcać głowę, żeby zobaczyć swoje dziecko. Wlazłam wiec szybko na stołeczek, szukam wzorkiem, patrzę ….jest! Mój dzielny Syn jako Pajacyk i Artysta. Bru na widok zgromadzonej publiczności (wśród niej Rodzice i Dziadkowie z mojej strony) robił miny. Ba! Miny to mało powiedziane, Bru wyglądał jakby ćwiczył się przed konkursem recytatorskim lub wyborem na Mima roku. Rozciągał buzię, przeżuwał swój własny język, a kiedy tylko czuł, że ktoś na niego patrzy, wzmagał swoje działania. W przerwach uśmiechał się promiennie oraz podciągał wypożyczone spodnie od stroju Pajacyka. Muszę przyznać, że był bardzo dzielny, pięknie recytował razem z innymi dziećmi, ale nerwy wzięły go w swoje szpony. Był bardzo przejęty i swoją kwestię wygłosił szybciutko i cichutko, ale i tak jesteśmy z niego bardzo dumna. 

 Byłam bardzo wzruszona widząc go na scenie, bo dokładnie pamiętam, jak przyszłam na uroczystość pasowania do Hani, a na ręku spał mi mały-duży Bru, niemowlak. To było równo 3 lata temu. A teraz ten niemowlak przyrzeka uroczyście, że będzie słuchał się i kochał swoją Panią, będzie zjadał wszystko z talerzyka i nie będzie sikać w majtki. Taki to duży chłopak.

 Na osłodę pierwszego występu zostaliśmy wszyscy zaproszeni na słodki poczęstunek do Sali Delfinków. Zadowolony Bru zjadał na dwie ręce i w tej kategorii najbardziej sprawdziły się delicje w ilościach hurtowych. Hania dotarła do nas już na sam koniec uroczystości, ale na osłodę dostała od Brunia czekoladkę.  I tak mam w domu już etatowego Przedszkolaka i nie pasowaną, ale zupełnie dumną Zerówkowiczkę.

 A żeby nikt nie był poszkodowany, wieczorem następnego dnia urządziłam domowe występy dla moich artystów. Na środku salonu stanęło krzesło, na nim na zmianę stawała Hania ubrana w moją kamizelkę dżinsową i korale, wyśpiewująca szkolne hity i Brunio, tym razem z większą odwagą wyśpiewujący swoje kwestie i wymyślone na poczekaniu piosenki. A na koniec zgodny chór zaśpiewał „jestem sobie przedszkolaczek”  i to był prawdziwy hit, musiałam tylko uważać, żeby nie chichotać w widoczny sposób. Za to brawo biłam tak, żeby Artyści poczuli się docenieni i tak też się stało.

wtorek, 23 listopada 2010

Hania: - a może pogramy w zagadki? (nieśmiertelna gra samochodowa)

Bruno: Dobrze, ale pod warunkiem, że obiecasz, że nie będziesz się wygłupiać! (nasz zgrywus ma dobrą pamięć do przydatnych w rozmowie zwrotów)

Hania: No dobrze, co to jest: to jest długie, stoi nad torami i można po tym jeździć.

Bruno: samochód?

Hania: Nie, nie samochód, samochody po tym jeżdżą.

Bruno: to ja mam lepsze pytanie. Co to jest…

Ja: Bruno, teraz Hania mówi…

Bruno: …to jest duże….

Ja: Haniu, a czy o tym kiedyś czytałyśmy opowiadanie? O takim kimś, kto chciał być mostem nad rzeką?

Bruno: …..zatrzymuje się na przystankach….

Hania: Brunio, nie gadaj. Tak mama i co zgadujesz?

Bruno: ….ma numer z przodu….

Ja: wiadukt!

Hania: brawo mama, teraz Ty Brunio.

Brunio: ….i zabiera dużo ludzi.

Ja: autobus!

Bruno: nie (za szybko zgadłam, zmienia koncepcje zagadki). Nie autobus. Coś innego. I co, poddajecie się?

Hania: tramwaj?

Ja: pociąg?

Bruno: Nie. To jest eeee……skuter!

Hania: ale Brunio, skuter nie może zabrać wielu ludzi. Nie oszukuj!

Bruno: No dobra, to teraz jeszcze raz ja!

Hania: nie, teraz ja! Co to jest….

Bruno: Twoja zagadka jest głupia (obraża się). Ja powiem lepszą….

Hania: Mama,  Brunio gada a teraz moja kolej….

Kto zna takie dialogi i dalsze ciągi? :)

10:27, ingutka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 18 listopada 2010

Przysypana własnymi problemami zaniedbałam bloga, co nie oznacza, że zaniedbałam dzieciaki. Tajfuny, niczym przypływy i odpływy przechodzą różne fazy rozwojowe. I tak W jednej chwili Hania stała się Super grzeczną dziewczyną, a Brunio przeszedł w fazę buntownika, zdając się nucić pod nosem „To ja, typ niepokorny, nikt nie będzie mówił mi co mam robić”. Taki jest przy tym też zagubiony, bo własne ja, niezależne i oślo uparte walczy w nim dużym pragnieniem bycia w zgodzie, po dobroci. Forsuje wyznaczoną przez nas granicę czym się da, sprawdza, testuje, a nuż znajdzie lukę. Twardszy jest od Hani, ale widzę już, że po mału odpuszcza i wraca na właściwe tory. Żal mi go, ale wiem, że u dziecka przychodzi czas, kiedy sam musi sprawdzić jak ten świat jest poustawiany i poukładać sobie to w głowie, ja tylko staram się zapewnić mu w tym wszystkim spokój i wsparcie, w czym pomaga mi książka „Kiedy pozwolić, kiedy zabronić”.

 

A życie toczy się swoim tokiem. Hania powyciągała już płyty z kolędami i teraz wieczorami w naszym domu słychać zaśpiewy „chwaaaała na wysokości”, w przerwach dla odmiany leci ukochana płyta Hani – ścieżka dźwiękowa z filmu „Mamma mia” śpiewana fonetycznym angielskim.

Udało nam się wraz z Bruniem i Hanią zrobić ciasto na pierniki świąteczne i nie zjeść go od razu surowego, tylko wystawić na balkon – teraz musi się przegryźć (ciasto, nie dzieci ;). Samo przygotowanie to była świetna zabawa, ale też nauka nazw i zapachów (np. podczas ucierania goździków w moździerzu) jak i też negocjacji kto ile będzie ucierał, kto roztopi masło, a kto wyliże łyżkę – i to były trudne negocjacje J

 

Bruno szykuje się  na występ w przedszkolu, czeka go pasowanie na Przedszkolaka i pierwszy występ publiczny nie przed rodziną. Ciekawa jestem jak wypadnie. Zmienia mu się wizja przyszłości: już nie będzie grał na mikrofonie czy też gitarze, ostatnia wersja to na talerzach i bębnach (o matko i córko, moje uszy!). Z drugiej strony cieszę się, że to nie skrzypce go ciągną, bo co jak co, ale rzępolenia to chyba bym nie wytrzymała słuchać codziennie.

Hania rośnie i rozwija się i wciąż zdobywa nowe umiejętności. Ostatnio korzystając z tego, że Bruno-Poprzeczniak był kładziony wcześniej, postanowiła sama się wykąpać i wytrzeć. Nie wiem, może to i już ten wiek, kiedy dziecko kąpie się samo, ale do tej pory największa frajda dla Tajfunów to wspólna kąpiel i wygłupy w wodzie i nawet mi nie przyszło do głowy, żeby kazać jej umyć się samej. Hania chciałaby się jeszcze nauczyć zmywać (!), poza tym chciałaby nam przygotować śniadanie, ale Tata wstaje tak rano, że nie da rady go ubiec – brzmi nieźle prawda? Przynajmniej w teorii.

 

Aby wesprzeć ją w jej pasji tworzenia, malowania, zakupiliśmy wielką korkową tablicę, którą zawiesiliśmy u niej w pokoju i na której wiszą jej prace. Są naprawdę niezwykłe, wykonane różnymi technikami (z plasteliną, ponaklejaną bibułką, farbami, długopisem i kredkami )i jak patrzę na nie, czuję wielką dumę. Sa i prace, do których czuję wielki sentyment np. ja z M. tańczący na lekcji baletu J

 

Najbardziej lubię jednak nasze wieczorne rozmowy. Ostatnio przygniotło mnie wiele problemów i smutków, a super lekarstwem jest właśnie rozmowa z Hanią. Kładziemy się razem do jej łóżka, czytamy a potem gasimy światło i  długo rozmawiamy na wszystkie tematy, jakie przyjdą nam do głowy. A z sześciolatką naprawdę jest o czym rozmawiać. Chciałabym, żeby już tak zostało, mama i córka, dwie przyjaciółki J

piątek, 05 listopada 2010

Odkryłyśmy właśnie z Hanią świat słuchowisk. Wcześniej słuchałyśmy tylko różnych dziecięcych piosenek, Tadka Niejadka z dawnych lat, ale jakoś obywałyśmy bez dłuższych opowieści

Wzięłam na siebie zadanie czytania książek na głos i to z podziałem na role, to jest mój czas, który spędzam z dzieciakami przed zaśnięciem. Jakoś głupio było mi wyręczać się płytami, bo wiadomo, bliskości mamy, rozmów i wyjaśniania wątpliwości nic nie zastąpi, nie mówiąc już o rozdzielaniu dzieciaków leżących w jednym łóżku – w tym ostatnim przypadku nogi i ręce mają dziwny zwyczaj wędrować w zakazane rejony łóżka (mamo, a on się rozpycha, mama, nasze nogi się kłócą!)

A jednak zdarzyło się, że pewnego wieczoru miałam potężny ból głowy  i nawarstwiające się zmęczenie dało mi się we znaki. A tu córa ogłosiła strajk, że zasnąć nie może, pomimo rozmowy nasennej i chętnie by posłuchała bajki. Złapałam schowaną w tajemnej szufladzie z zapasami bajkę na płycie „Piękna i bestia” i … Hania wsiąkła. Parę dni później słuchałyśmy razem magicznej opowieści w radio Jedynce w ramach audycji „Radio dzieciom”, był to fragment opowieści „Mio, mój Mio” i to zafascynowało nas obie. Słuchałyśmy tego podczas wieczornego powrotu samochodem do domu, wokół ciemność, jesienny mrok a z radia sączyła się opowieść o dzielnym chłopcu na ukochanym rumaku Miramisie który zmierza z niebezpieczną misją, poprzez dzikie i niedostępne bezdroża Kraju Zagranicznego, w tle słychać odgłosy ptaka żałoby. Bałam się trochę, jak to Hania odbierze, ale ona była oczarowana. Czym prędzej wypożyczyłyśmy z biblioteki w.w. książkę i teraz czytamy ją wieczorami (swoją drogą nie wiem kiedy ogarniemy stos książek przy Hani łóżku, mnóstwo nieskończonych albo nie zaczętych, bo szybciej dochodzą niż zdołamy przeczytać). Brunio jest na to zdecydowanie za mały, ale Hania słucha z uwagą i ciągle jej za mało. „Mamusiu, bo mi się bardzo podobało jak on jechał przez las i te wszystkie odgłosy, ja się wcale nie bałam!”.

 Przypomniały mi się moje wieczory spędzane przy radio, wieczorny mrok, tajemnicze komunikaty o stopniu zasialania gazem w kraju, a potem wśród trzasków radiowych piosenki i opowieści. Ich słuchanie miało swój urok, pamiętam tylko, że były dla mnie za krótkie J

 Teraz poszukuję ciekawych słuchowisk dla dzieci, jeśli macie coś do polecenia, to śmiało – co słuchają Wasze dzieci? Hania lubi rzeczy "straszne", wiec rozrzut tematyczny może być duży. Na razie dla mojej kociary wypatrzyłam „Kocie opowieści” Tomasza Trojanowskiego w wykonaniu Jarosława Boberka. Wszelkie dodatkowe typy mile widziane J

środa, 03 listopada 2010

Za nami Święto Wszystkich Świętych, nazywane popularnie Świętem Zmarłych. Z każdym rokiem dla moich dzieciaków zmienia się charakter tych wyjątkowy dni.

Początkowo Tajfuny oglądały cmentarze z perspektywy wózka, później zadziwiał je świat kolorowych zniczy. I chociaż ta fascynacja wciąż jeszcze trwa, coraz więcej historii mogę Hani opowiedzieć. Bo taki rodzinny spacer na groby bliskich to przede wszystkim podróż w przeszłość, przywitanie z członkami rodziny, którzy już odeszli, historie i anegdotki o nich, a również i gdybanie, co by było, gdyby żyli obecnie. Oprócz tego opowiadamy historie znajomych a także bohaterów z dawnych czasów, to najlepsze miejsce ku temu. Na koniec odwiedzamy też groby ludzi, z którymi nie łączą nas więzi rodzinne, ale raczej uczuciowe - na przykład grób dwójki dzieci, które odeszły w ciągu paru dni w 1905r., to widocznie była jakaś choroba, nikt już ich nie odwiedza (a leżą tuż obok ukochanego PraDziadka albo też grób dwojga zakochanych w sobie ludzi, którzy popełnili razem samobójstwo.

Ale dzieci, jak to dzieci. Z jednej strony z zainteresowaniem chłona dawne historie, z drugiej za z zachwytem szurają nogami wśród liścianego dywanu, uczą sie zapalać znicze a już największym uznaniem cieszą się pańskie skórki. Jest jednak jedna zaleta tego zadusznego przysmaku - po tym, jak dzieci wpakują ją sobie do buzi, zapada błoga cisza na długie pół godziny - tyle trwa bowiem przeżucie tej słodyczy.

Halloweenowa moda jeszcze do nas nie dotarła, jedynie uległyśmy i robimy z Hanią ciasteczka nazywane paluszkami wiedźmy - wyglądają okropnie i to chodzi. A w kuchni czeka na mnie jeszcze pół wielkiej dyni i przepisy na zupę i placuszki. Żeby tylko czasu starczyło, którego ostatnio ciągle mi brakuje...

Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru