niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
piątek, 27 listopada 2009

W środę cała nasza rodzina zaliczyła występ artystyczny. Była scena, byli artyści a jedną z artystek była Hania przebrana w strój jesienny według wskazówek pań przedszkolanek. Byliśmy bowiem na przedstawieniu "pożegnanie jesieni" w przedszkolu.

- Haniu, byłaś naprawdę dzielną artystką, pięknie występowałaś!

- Ale Mamusiu, ja nie jestem teraz artystką, ja nie wybieram się na żadną wyprawę - odpowiedziała Hania, której pomyliła się artystka z turystką.

- Mamusiu, ja jutro chciałabym wystąpić jeszcze raz - powiedziała później Hania, w której jednak odezwała się żyłka artystyczna.

Wśród publiczności łatwo było zauważyć Brunia, który gorąco przeżywał występy. Po każdym wierszyku bił gorące brawo, ekscytował się, jak tylko zauważył Hanię "mama, pats, jest Hania!", próbował nawet wsłuchiwać sie w słowa, ale skwitował je wyciągnięciem rąk i powiedzieniem "nie wiem". Najbardziej bałam się, że wskoczy na scenę i zacznie śpiewać, ale na szczęście tego udało się uniknąć - po prostu stanął blisko dzieci i dokładnie przyglądał sie występom.

A po występie wylądowaliśmy w sali Haniowych Elfów, gdzie Brunia spotkało apogeum szczęścia - słodki poczęstunek, dzieci i cała masa nowych zabawek. Nic dziwnego, że kiedy musieliśmy wyjść, Bru zrobił scenę, że zostaje, a wyniesiony obraził się na nas.

- Brunio, podobało Ci się w przedszkolu, na występie?

- Nie odoało! - mruknął tylko naburmuszony w samochodznie, patrząc tęsknie na oświetlony budynek.

Na szczęście występ naszej domowej artystki uczciliśmy wypadem rodzinnym na rurki z bitą śmietną i wtedy wszyscy mieli dobre humory. Nie ma to jak takie miłe chwile, urwane z codzienności.

środa, 25 listopada 2009

Ciągli myślowe Brunia zaskakują nas nieraz kreatywnymi przeniesieniami, skojarzeniami czy tez po prostu poczuciem humoru.

Bruno- kreator rzeczywistości przychodzi do mnie i mówi (zmyśla):

- Mama? Jestem choly!

- Chory? no jak to, a co Cię boli?

 - Ucha! (pokazująć na uszy).

Po sekundzie na melodię piosenki o złej zimie:

- Ucha-cha! ucha -cha! Nasza ...(szybkie figlarne spojrzenie na mnie)... mama złyyyyyyyy! (pełna radość z żartu!)

wtorek, 24 listopada 2009

Kuba to były wielbiciel Hani. Przez całe dwa lata szalał za moją dziewczyną, już w najmłodszej grupie pobił się o nią z największym łobuziakiem. W dowód uczucia oddał jej nawet w prezencie swoją ulubioną, wysłużoną torbę z żółwiami ninja.

Ale czas mija, dzieci rosną i Kuba doszedł do wniosku, że jedna dziewczyna to mało. Bo co robić, jak ona choruje, jak wyjeżdza na wakacje. Lepsze będą dwie. Albo jeszcze lepiej trzy. I tak to w zależności od tego, która dziewczynka przyjdzie do przedszkola, ta jest szczęśliwą wybranką uczuć Kubusia. I żadna nie widzi w tym nic złego, wprost przeciwnie, każda czuje się nawet wyróżniona. Moje rozmowy na temat, że dziewczynę ma się jedną i że to dziewczyna musi się zgodzić, żeby być w z kimś w parze, spełzły na niczym:

- Mama, ale ja chcę być jego dziewczyną, tak jest fajnie!

Hmmm.

Zastanawiałam się jeszcze, co to będzie, jak wszystkie trzy wybranki znajdą sie równocześnie w przedszkolu. Jednakże i na to sprytny pięciolatek znalazł sposób:

- Kubuś siedział na śniadaniu z Olą, na obiedzie ze mną, a na podwieczorku z Wiktorią.

- a co by było, gdybyście mieli kolację w przedszkolu, ciekawe co by Kuba zrobił? - drążę dociekliwie.

- Mamusiu, po prostu wybrał by najlepszą i z nią zjadł kolację - mówi pewnie Hania.

No tak, w wieku pięciu lat sprawy damsko-męskie są jeszcze proste. Jako feministka z duszy żałuję tylko, że to nie dziewczynka ma trzech chłopaków ;) i mam nadzieję, że w końcu dziewczynki zbuntują się i każą wybrać tę jedną. Ciekawe, jak to się będzie dalej kontynuować.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Czarna noc, mroczna noc, najlepszy czas dla sen, przynajmniej dla dwójki rodziców schowanych pod kołdrą. Nagle nocą ciszę przerywa płacz, a właściwie płaczowrzask z pewnym powtarzającym się motywem:

- Maaamaaa! Maaamaaa! Maaaaamaaa!

Nie ma wyjścia, po omacku idę do pokoiku oświetlonego boczną lampką. Na łóżeczku siedzi Brunio z zamkniętymi oczami, za to z otwartymi ustami i płacze zawodząc wciąż maaamaaa maamaaa.

- Syneczku, jestem tutaj, co sie stało? czy coś Cię boli? coś się stało? Przytulić Cię?

Na to Brunio wyciąga w moim kierunku rączkę w wyprostowanym palcem wskazującym, nieomal mnie nim dźga i mówi podniesionym głosem:

- Ty NIE! Ty idź! (i dalej zawodzi maaamaa, maamaa)

- Ależ Synku, Misiu, to ja mama, chodź tu mnie, kochanie moje - mówię szybko.

- TY IDŹ!!!! - zdecydowanie Brumisław wydziera sie na mnie i kończy temat.

Po chwili do akcji wkracza Tata i po chwili synek już śpi. Sytuacja powtarza się słowo w słowo dwie godziny później.

Rano Bru na mój widok rozświetla się w uśmiechu:

- O mama! juz sie obudziłem!

PS. Dobrze, że nie mam wątpliwości, że to ja jestem jego mamą, takich rzeczy się nie zapomina :)

niedziela, 15 listopada 2009
Domowe dialogi.

W kąpieli:
Hania: - Brunio, zgiń nogę! (zegnij)

W kuchni:
Hania: - Ale z tego Brunia głodoróm! (głodomór)
czwartek, 12 listopada 2009

Raz, dwa, trzy - chorujesz Ty. Tym razem padło na Hanię, ale za to dopadło ją solidnie. Przeszła dwa maratony lekarskie, o których najpierw chciałam długo pisać, ale szkoda nerwów. W skrócie:

  • w poniedziałek - zajęło mi 7h, żeby w Warszawie dostać się do pediatry, czy to państwowo, czy prywatnie. Wliczam to trzygodzinne warowanie z rozgorączkowanym dzieckiem na korytarzu prywatnej przychodni, gdzie był dyżur. Masakra.
  • środa - w toku rozlicznych telefonów i podróży między placówkami okazało się, że w Warszawie ostry dyżur laryngologiczny nie przyjmuje dzieci poniżej 10 roku życia, a pediatryczny nie ma laryngologa. Jasne, bosko.

Koniec końców, Hania choruje jednocześnie na wirusówkę i wysiękowe zapalenie ucha na tle bakteryjnym. Bruno dzielnie jej sekunduje i żąda dostawania lekarstw, w związku z tym dostaje w to miejsce tran. Nawet się po nim nie krzywi, a butelka po mału się kończy. Oprócz tego dzieci są przeszczęśliwe, że są razem a nade mną wisi pytanie oschłej i kostycznej lekarki: a nie może pani dziecka zamknąć w pokoju? taak, już wyobrażam sobie Hanię zamkniętą cały dzień na klucz w pokoju. Zresztą wspomnienia z wizyty lekarskiej długo będą mi towarzyszyć (niech jej pani powie, żeby oddychała!).

I tak, na razie mam jedno chore dziecko i drugie, które robi wszystko, żeby też takie być. Ja tez jestem choly! ja tez chce do lekarza! poplosie lekalstwo, mama mija! Cóż, trzeba uważać o czym się marzy...

I znowu flakoniki z lekarstwami zapełniają mi kolejne pudełko...

niedziela, 08 listopada 2009

Macierzyństwo nie jest czymś, co wyskakuje z pudełka, przynajmniej moim zdaniem. Wychowując się w specyficznych warunkach notujemy sobie w myślach zasady, których my będziemy się trzymać, jako idealne matki (ja nigdy tak swojemu dziecku nie zrobię, ja będę inna). Że w życiu wychodzi potem inaczej, to już inna sprawa, ale część z tego tkwi w nas tak mocno, że później staje się jednym z naszym drogowskazów.

Jedną z takich zasad jest traktowanie dziecka jak małego człowieka, którego trzeba szanować i kochać jak przyjaciela. Przede wszystkich nigdy go nie oszukiwać, nie kłamać, nie obiecywać czegoś, czego nie jesteśmy w stanie dotrzymać - i tu różnię się zdaniem z Busią, która nie zauważa różnicy. Jak zauważyłam, Hania to już czuje, wie, ze Mama jej nigdy nie oszuka.

Najważniejszą jednak częścią naszej przyjaźni są nasze rozmowy. Na najdziwniejsze czasem tematy, zwykłe, śmieszne - nie ma jednak tematu, który można by switować lekceważąco machając ręką - sama nie lubię, kiedy ktoś mnie tak traktuje, wiec dlaczego miałabym tak traktować tak bliską mi istotę? Gadamy wiec na rozmaite tematy, wśród których pojawiło się też posiadanie chłopaka, całowanie w usta i proszenie o rękę, ale też bank i jego funkcja czy też wybór pracy i śmierć. Podoba mi się dociekliwość Hani i jej brak skrępowania pytania o cokolwiek, choćby najgłupszego. Podoba mi się też jej skupienie, kiedy próbuje wtrącić coś od siebie, zabrać głos w dyskusji, pokazać, że dobrze rozumie o czym mówię.

I cieszę się, że na razie nie ma wszechobecnego syndromu: jesteś mała, jesteś głupia, nie znasz się na niczym, siedź cicho, jak dorośniesz to ci powiem, dzieci i ryby i głosu nie mają. Otóż dzieci głos mają i swoje miejsce również. Czasem aż szkoda, że tak dużo dzieci jest usadzanych i poniżanych we własnych głowach tak, ze nawet w dorosłości cięzko jest im uwierzyć w siebie. nie mówię o sobie, żeby nie było nieporozumień, mam jednak przyjaciół i czasem aż mi przykro jak zdolni ludzie sami okopują się w bezpiecznych bunkrach. A przecież wszystko gdzieś się zaczyna...

czwartek, 05 listopada 2009

Nie pisałam trochę, bowiem jak zwykle dużo sie działo. Weekend mieliśmy, jak to my, bardzo intensywny, zmieścił się w nim i basen i obiad rodzinny z występem Brunia i wizyty na cmentarzach, a jeden jeszcze nocą. Szkoda nam czasu na siedzenie w domu :)

Być może w związku z tym, a na pewno też w związku ze swoim wiekiem, w poniedziałek Brunio znalazł sie w kulminacyjnym punkcie swojego buntu. Jak to zwykle bywa, takie uczucia rozchodzą się falami wśród najbliższego otoczenia, a najbardziej trafione są osoby z najblizszego otoczenia. Tak wiec pod koniec dnia wszyscy prawie mieliśmy gula w gardle: Ciocia-Niania, która po 40minutowej próbie ubrania Tajfuna w buty i kurtkę (żeby pójść po Hanię do przedszkola) poddała sie i  zadzwoniła po mnie do pracy, ja, kiedy w 3 minuty musiałam wybiec z pracy a potem stałam 20 minut czekając na pociąg, a i tak wpadłam do przedszkola prawie pół godziny po jego zamknięciu i oczywiście pani przedszkolanka z innej grupy, która chociaż miała inne plany, siedziała z Hanią na moje przybycie.

Koniec konców zrobiłyśmy naradę babską i teraz Bru jest wzięty w trzy ognie. Podstawowa zasada: spokojna konsekwencja i nieuleganie wybuchom. Odpukać od tego feralnego dnia wszystko się odmieniło, tak jakby Bru wyczerpał swój limit doprowadzania ludzi to stanu galarety umysłowej. Znowu jest kochanym, przytularskim misiem, przyszłym pilotem helikoptera albo nawet "Bunio jest elikopterem", który nawet czerwone rajstopy po siostrze ubiera bez protestu.

O Hani znowu nie wspominam, ale to jest tak złote dziecko, że mogłabym ją tylko chwalić, a ile można o tym czytać. Wzruszyła mnie szczególnie, kiedy w niedzielny wieczór bardzo źle się poczułam i położyłam w salonie na kanapie, nie chcac zostawiać dzieci. Brunio od razu przylazł z książką "mama pocitaj" i wlazł na mnie, za to niezawodna Hania przyniosła kocyk, którym mnie czule przykryła i tylko przytuliła się. Aż mnie zatkało ze wzruszenia, nie jestem przyzwyczajona do odpoczynku w ciągu dnia z jakiegokolwiek powodu, a tu proszę, dziecko zajęło się mamusią. Dzięki temu po 10 minutach byłam w stanie zwlec swoje ciało, żeby pójść na cmentarz pokazać dzieciom jak wygląda on właśnie w ten wyjątkowy świateczny wieczór (beze mnie nie chcieli iść). A wyglądał rzeczywiście niesamowicie.

Postanowiliśmy w związku z tym zwolnić tempa i ten weekend ma być spokojny, przynajmniej na początek. Nie licząc basenu i pewnej małej wyprawy, ale poza tym - relaks. Ciekawe co z tego wyjdzie.

poniedziałek, 02 listopada 2009

Codzienność z Brunkiem to taki misz-masz. Podczas gdy Hania kroczy jasną drogą, na której tylko czasem pojawiają sie jakieś chmury, przelotne niegrzeczności, Brunio to syn burzy. W bujnym wieku dwóch lat z hakiem kwestionowanie wszystkiego i sprawdzanie granic to jego codzienne zadanie od otwarcia oczu rano aż do zaśnięcia. Nie, nie, nie, tego nie chce, nie posprzatam, nie zjem, nie cem spać, nie chce rajstop, butów, czapki albo właśnie chcę to a nie tamto, prose to, a do tego pasja do dokonywania zniszczeń we własnym domostwie. Uff... łatwo nie jest.

Na szczęście dla zachowania równowagi Brunio posiada dużo uroku i czułości, a w ostatnią sobotę rzucił nas na kolana swoim talentem scenicznym, udawadniając teorie własnych rodziców, że będzie Artystą.

Cała sprawa miała miejsce na rodzinnym obiedzie, w którym brał również udział Wujek Jacek, który jest nauczycielem muzyki, a w wolnym czasie gra na wielu instrumentach, zwłaszcza na akordeonie. Długo nie trzeba go było prosić o występ. Jednak to szczególnie Bruno wpadł w oko Wujkowi, najpierw poszli razem nastroić instrument, a już po chwili Jacek usiadł na schodach, zawołał Brunia i powiedział" zaśpiewaj "panie Janie".

Brunio nigdy w życiu nie śpiewał przy akompaniamencie. Piosenkę nauczyl się ode mnie i od Cioci Niani. Dodatkową trudnością (chociaż kto to wie) był liczny tłum rodzinny, zgromadzony na obiedzie: wszyscy przerwali rozmowy i wbili w chłopczyka wzrok z wyczekiwaniem. Tuż obok niego stały trzy młode gruppies, czyli jego siostry. Młody artysta stał zaś w połowie schodów, niczym na scenie górując nad publicznością.  

Bruno długo się nie namyślał. Wyprostował się jak struna, uśmiechnął się i jasnym, czystym głosikiem zaśpiewał tę znaną piosenkę w swojej wersji "panie nianie, rano tań, ytkie dzony bija, bim bam bom", ale za to równiutko z muzyką. Gdy skończył, rozległy się gromkie oklaski, na co Brunio ukłonił się elegancko aż do pasa. Wtedy cała publiczność była jego - nikt nie uczył go kłaniania. Wszyscy byli wniebowzięci i nie mogli się napatrzyć na małego śpiewaka. I tak to Bruno odbył swój pierwszy, ale znając życie - nie ostatni występ. Wujek Jacek stwierdził, że mój chłopczyk ma naprawdę słuch muzyczny, na potwierdzenie czego Brunio niczym zaczarowany wysłuchiwał wygrywanych na akordeonie melodii. Dowiódł również swych umiejętności podczas strojenia instrumentu - podobno próbował wpasować się w tonację, w co aż nie chce mi się wierzyć.

Cóż, przynajmniej jest mi nieco łatwiej. Życie z artystą nigdy nie jest łatwe, zwłaszcza kiedy się jest w kwiecie buntu dwulatka. Mam nadzieję jednak, że ten trudny okres i moje siwe włosy pomogą mu kiedyś stać sie artystą. Mam tylko nadzieję, że nie będzie to death metal ;)

Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru