niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
piątek, 28 listopada 2008

"Śniło mi się, że Zula (pies Zosi i Basi) jechała na rowerze. I inne nasze pieski też jechały, Franek i Jaga i Szeki też."

- Haniu, a nasze kotki też jechały na rowerach?

- Nie, kotki patrzyły się tylko na nie i się śmiały, bo przecież piesy nie jeżdzą na rowerach!"

To było poprzedniej nocy, a dzisiejszej Hania miała zły sen. W związku z tym zwinęłam się w harmonijkę, zlożyłam nogi jak w origami i położyłam się z Hanią w jej małym, dziewczęcym łóżeczku. Na szczęście wdzieczna córeczka podzieliła się ze mną kołdrą, a ja i tak zaczęłam myśleć o kupnie Hani większego łóżeczka. Nie wiem jak często będę jej towarzyszyć jej w wędrówce w krainę snu i jak często odganiać będę małe koszmary, które bywają przerażające jak nigdy później. Mi tej samej nocy śniły się potężne Wampiry, za sprawą lektury 'Historyk", ale czosnku jeszcze sie nie boję :)

PS.A dzisiaj świetujemy urodziny Haniołkowego i Brumiśkowego Taty, a mojego Kochanego Maużona! 100 lat D.!

środa, 26 listopada 2008

Pisałam już wcześniej, że Bruno to mężczyzna charakterny, prawda? I tak to jest. Od poniedziałku w ramach kampanii "Stop matkom wyrodnym" Bruniek zapodał focha jedzeniowego. W ciągu dnia jadł niewiele, po moim powrocie zjadł furę serka, którym go własnoręcznie nakarmiłam. Wczoraj został z Busią - nie jadł nic, wieczorem też za bardzo nie chciał, Busia obstawia bóle brzucha związane z rozwolnieniem. Ale znając jego upartą naturę, niczego nie jestem pewna. Nie wiem bowiem, dlaczego Bruniek jest potwornie grymaśny i nie chce gryźć.

Zjada tylko zupy - żadne drugie danie nie przejdzie, chyba że dawane z ręki pomidory, mandarynki i parę innych owoców, gniecione ziemniaki, ciastka i inne takie, parę kawałków chlebka. Wiem, że dziecko to nie maszynka jedzeniowa, ale sądziłam, ze po grymaśnej Hance, przy synku wciągającym słuszne porcje mleka wreszcie odsapnę. Nic bardziej mylnego. Bruniek zaparł się i koniec. Je to co lubi, inne rzeczy może co najwyżej wetrzeć w podłogę lub kanapę (coż też chętnie i namiętnie czyni). A ja po raz kolejny czuję się jak Erast Fandorin, jak Sherlock Holmes czy inny Eberhardt Mock, który próbuje rozgryźć zagadkę marudnego Brumisława - czy to grymaszenie to sprawa humorów, wychodzących zębów, alergii, bólów brzucha, niskiego ciśnienia czy spadku populacji muszki owocowej w Zimbabwe w ostatnim kwartale. Coraz bardziej przychylam się do tej ostatniej wersji...

wtorek, 25 listopada 2008

To książka, którą kupiłam jeszcze w wakacje, podczas remontu i nieobecności Hani i przez to ukrywała się przede mną aż parę miesięcy. Podczas ostatniego porządkowania księgozbioru, wpadła mi w ręce i ...zakochałam się już w samym tytule - to nie mogła być nudna pozycja :)

Mam zwyczaj, że zanim przeczytam Hani książkę, najpierw przeglądam pierwsze parę stron, żeby wiedzieć, co to za dzieło, jakim językiem jest pisane i o czym mówi. W przypadku "wiaduktu.." wystarczyło mi przeczytać pierwsze linijki, żeby sie zaczytać. Pięknie opisane, dające do myślenia i przemawiające do wyobraźni historie o najprostszych rzeczach. Ta książka to czarodziejskie okulary, dzięki którym inaczej patrzę na rzeczywistość, dzięki niej uwierzyłam, że nawet prysznicowy wąż może być prawdziwym wężem a brudny wiadukt to tak naprawdę najpiekniejszy most. Ta książka to piękny sposób na wytłumaczenie dziecku, że najważniejsze jest niewidoczne dla oczu, że piękno to sprawa patrzenia i że nikogo nie można oceniać po pozorach. Pamiętam, że nie mogłam sie doczekać do wieczoru, kiedy zacznę czytać tę książkę razem z Hanią. I Hanię, tak jak przypuszczałam, też urzekły te piękne historyjki. Dla niej była to kontynuacja przeświadczenia, że tak naprawdę wszystko jest możliwe, w świecie czterolatków bowiem fantazja odgrywa dużą rolę.

Serdecznie polecam - dajcie sie zaczarować!

 

Autor: Tina Oziewicz
Wydawnictwo: Dwie Siostry
poniedziałek, 24 listopada 2008

Puk! Puk! Puk! Chociaż nie jestem przesądna, pukam, żeby nie zapeszyć.

Wychodzimy na prostą. Za nami już operacja Hani, Brunio chwilo przystopował z zębami. Wczoraj, kiedy siedziałam sobie w cichym salonie, patrząc na rysującą swoją rodzinę Hanię, w ciszy dzięki drzemce Brunia, pomyślałam sobie, że to jest ta chwila, do której mogłabym tęsknić. Ten moment mojego życia, kiedy jest dobrze, kiedy wszystko sie układa. Czas na radość z tego, że mam co mam, że spełniły się moje marzenia o rodzinie, o domu, o miłości i spełnieniu. Miłe uczucie.

Hania przekonuje mnie, że wraz z Bruniem chcieliby zostać strażakami, jak dorosną. A niby róż i lale, a tu proszę, kolejny Wojtek, który został strażakiem. Poza tym śmieszy mnie używanie przez niej formy "My z Bruniem". Używa tego argumentu coraz częściej i chociaż czasem mówi bratu prosto w twarz "Bruno, ja nie rozumiem, co Ty do mnie mówisz!" to już trzymają sztamę. "Mamusiu, my z Bruniem chcemy obejrzeć bajkę!".

A dzisiaj rano Bruno przypomniał mi, jaką wyrodną matką jestem. Po dwóch tygodniach naprzemiennego przebywania z rodzicami i z siostrą, nagle zobaczył swoją Nianię i uświadomił sobie co sie święci. W jednej chwili, pomimo dobrego humoru, wpadł w rozpacz ze złością i przylgnął do mojej nogi. Widziałam, ze całe jego jestestwo aż krzyczy do Niani "idź sobie, ja chcę być z mamą", a ja mogłam tylko gadać głupoty, że mama wróci już niedługo i próbować, żeby się trzymać w garści. Miałam łzy w oczach i ciągle myslę o dwóch smutnych węgielkach, parze oczu, która odprowadzała mnie wzrokiem do pracy. Mój przytulaśny synek, mam nadzieję, ze szybko przestawi się na tę konieczną codzienność a za miesiąc znowu bedziemy dłużej razem.

piątek, 21 listopada 2008
O życiu i umarciu

Ja: wiesz Haniu, każdy z nas kiedyś był bobasem, potem dorastamy a kiedyś wszyscy będziemy starzy...
Hania: ...będziemy babciami i dziadkami...
Ja: tak właśnie i ...
Hania: potem wszyscy umar... umar..umrzemy. I to już niedługo! (kończy radośnie :) [W sumie to dobrze, że temat śmierci jej nie przeraża, myślę, ze nie jest go świadoma, pomimo pierwszych rozmów. Ma jeszcze czas na dojrzałość tematu].

O dzieciach

Ja: Haniu, a Ty chcesz mieć dzieci czy nie, jak będziesz dorosła? Bo wiesz, przy nich jest bardzo dużo pracy, ja mogę Ci pomagać.
Hania: Tak, chcę mać dzieci. Dużo dzieci.
Ja: A ile byś chciała mieć?
Hania: No, ile wyjdzie [ciekawe podejście ;]. Hmmm...dwa dzieci będę mać. Dziewczynka będzie sie nazywać Małgosia a chłopiec Staś.
Ja: A jak będą dwie dziewczynki?
Hania: to druga będzie się nazywać Ola.




Brusiek mówi (ostatnio usłyszane:

Auł-ko  - auto  (jeden z najważniejszych wyrazów)
Piana  - piana
(w) ooda - woda
pampa - lampa
pie   - pies

(wiek 17 miesięcy)
czwartek, 20 listopada 2008

Za oknem hula wiatr, ciska się o szyby, smaga deszczem wszystkich, którzy odważą się wystawić nos za próg. Hania przynosi mi rano kawę do łóżka (zrobioną przez M.), lubi robić mamie przyjemności a mi i tak nie chce się wstawać - tak przyjemnie leży sie w łózku przy takiej pogodzie. Na skuteczniejsze przebudzenie dostaję od Hani serię podchwytliwych pytań, wymiękam już przy trzecim, nie chcąc urazić dzielnej kelnerki sugeruję jej, żeby sprawdziła, co też porabia jej własny Tatuś :) a przez myśl przebiega mi codziennie "a może by tak wziąć urlop na żądanie?".

Hania czuje sie już lepiej. Gardło przestaje ją pobolewać i je już w miarę normalnie. Co najważniejsze, widzimy już rezultaty operacji. Najbardziej rzucającym się w uszy jest zmiana głosu, ale najważniejsze są dwie inne rzeczy. Po pierwsze odetkany nos a po drugie powrót do dobrego słuchu. Hania każe nam sciszać muzykę i słyszy już wszystko, co sie do niej mówi. W nocy śpi cichutko, tak cicho, że już raz w panice sprawdzałam, czy naprawdę wszystko jest w porządku :) Teraz już Maużonek może królować jako najgłośniej chrapiąca osoba w domu, chociaż po prostowaniu przegrody jego możliwości są ograniczone.

Ledwie Hania poczuła sie lepiej, na arenę wkroczył Brunio - cóż, równowaga w naturze musi być zachowana. I tak to Brumisiek stwierdził, ze dawno już nie ząbkował, dla odpowiedniego efektu zafundował sobie monstualną gorączkę (ok.39 stopni - nie wiem ile, bo wyrwał termometr, gdy ten wskazywał dopiero 38,6). Oprócz tego zrobił sie marudny, noce dekorował rozpaczliwymi rykami nie do ukojenia, a po jakimś czasie przeszedł na bojkot jedzenia jakiegokolwiek. W swojej buzi tolerował jedynie własne, tłuściutkie paluszki w ilościach hurtowych oraz mleko w ilościach dla podtrzymania życia, nie więcej. Na szczęście już jest lepiej, od wczoraj Brunio zjada w miarę to co ma zjadać i wydaje się, że tę falę bólu mamy za sobą, nie sposób natomiast stwierdzić, co mu wychodzilo - trójki, piątki czy też rogi na głowie :)

Ja miewam się dobrze, jak zwykle zresztą, bo jak może czuć się mama? Zdrowie moje jest na szarym końcu w kolejce do zaspokojenia i zrobienia, aczkolwiek dało mi ostatnio znać - po dwóch dniach koszmarnego "latania oka" i bolesnych skurczów nogi, dotarło do mnie, że operacja Hani odbiła się i na mnie, na wyniki mocnego stresu nie trzeba było długo czekać, tak wiec teraz powinnam zjadać magnez. Nie mylić z magnesem, bo wtedy to już nie odczepię się od lodówki, przynajmniej będę miała za to wymówkę, dlaczego nie poszłam do pracy :)

środa, 19 listopada 2008

Rodzeństwo to naprawdę doskonała instytucja. Wiem o tym z własnego doświadczenia, ostatnio odkrywam jednak, jak wiele dzieciaki czerpią z wzajemnej obecności. I nie chodzi mi teraz nawet o to, że podczas gdy dzieci zajmują się same sobą, matka może spojrzeć w okno i spokojnie pozmywać naczynia czy też wykonać inne porzadki, próbując ignorować odgłosy typu "mamusiu, a on mnie popycha" albo inne dziwne odgłosy i wierząc, że dzieci jakoś same się dogadają. To bardzo cenne, ale tym razem chodzi mi o coś innego.

Brumiś. Przy całej swojej asertywności i niezależności, Hania jest jego ukochaną Muzą, niedoścignionym wzorem, do którego dąży. Zapytany pewnie do niczego by się nie przyznał (ach ta męska duma!), ale czerpie od Hani pełnymi garściami i dzień po dniu zdobywa umiejętności, które wprawiają nas w zadziwienie. Hania dmucha nos - Brunio dmucha nos. Hania myje zęby i wypluwa pastę - wypluwa ją też spontanicznie Bru, chociaż akurat żadnej piany nie ma w buzi. Hania myje sobie pupę gąbką - szoruje się i Bruniek, dla ułatwienia wykonując skłon w dół. Przy takim układzie wszystko idzie znajdzie szybciej, czasem szybciej niż byśmy chcieli - na przykład przy umiejętności odkręcania butelek czy włączania kuchenki mikrofalowej. Wiele zachowań jest też kopiowanych bez zgody samego wzorca tj. Hani, która chciałaby mieć chwilę spokoju, a nie nachalną obecność brata, który razem z nią próbuje układać puzzle (i rozwala je po chwili, gdy mu się nie udaje) czy też umieszcza bohomazy na jej obrazkach. Na niektóre zaś działania patrzy z prawdziwie macierzyńską dumą, kiedy na przykład Brumiś biega z jej różowym wózkiem po salonie, wygodnie posadziwszy w nim lalę lub kiedy sam próbuje wkładać buty, idąc za przykładem Hani. Sama go też czesze a on nadstawia swój kudłaty łepek z cierpliwością - po chwili jednak sam próbuje uczesać swoją czuprynę.

Hania. Doszłam do wniosku, że jej szczególna cierpliwość i wyrozumiałość jest wynikiem tego, że Brunio stał się dla nim kimś wyjątkowym. Przede wszystkim jest członkiem jej rodziny, czyli kimś nieskończenie ważnym. Po drugiej jest jej druhem, towarzyszem życia codziennego, jej wsparciem - Brumiś towarzyszy jej w kąpieli i w spacerze, w zabawie i w obiedzie, w jej codzienności. Z nim czuje się raźniej, nie jest już sama na świecie, ma wsparcie w swoim chwilami męczącym, ale własnym braciszku. Po trzecie, czuje się za niego trochę odpowiedzialna, rozmawiam z Hanią o tym, że musimy nauczyć Bru ubierać się, że Bru jest maluszkiem i wielu rzeczy nie rozumie i musimy mu wytłumaczyć. Chociaż irytuje ją czasem, wykazuje się dużą dawką zrozumienia i sama tłumaczy mu, niczym krowie na miedzy, podstawowe prawdy życiowe "Brunio, nie niszcz książek, trzeba je szanować, nie wolno ich kłaść na podłodze, tylko na stole albo na półce!". 

Poza tym myślę, że dzieciaki nawzajem dodają sobie pewności i siły. Zauważyłam, ze nawet w większej społeczności dziecięcej trzymają się razem, sprawdzają gdzie jest drugie i troszczą się o siebie. Podczas ostatniej nieobecnosci Hani, Brumiś tęsknił za nią jak pies, a po jej powrocie nie mógł się jej naprzytulać.

Bardzo mnie to wszystko cieszy, staram sie wiec nie przejmować, kiedy słyszę w wannie "Mamusiu, a Brunio mi nachlapał wody do oczu", "Mama, a Brumisław mi zabiera flamastry" albo kiedy widzę, że Hania zabiera mu samochodzik lub próbuje wycałować i wyprzytulać, chociaż Bru nie ma na to ochoty i daje temu głośny wyraz. Mam przeczucie, że najlepsze konflikty rodzeństwa jeszcze przede mną :)

poniedziałek, 17 listopada 2008

Czytam nieraz dyskusje, zwłaszcza na forum z wnętrzami mieszkań, na temat używania różu przez małe dziewczynki. Ogólnie panują dwa ultra mocne trendy: przeciwko stosowania różu w ogóle u dziewczynek (bo wyrosną z nich Dody i Jole Rutowicz), drugi stojący na drugim biegunie polegający na zasypywaniu dziewczynki mocno różowymi ścianami, ubrankami oraz wykorzystania tylko i wyłącznie motywów księżniczek i barbi etc. Cóż, my z Hanią lokujemy się gdzieś pośrodku. Córeczka przechodzi naturalną fascynację tym kolorem i daleka jestem od odbierania jej tej przyjemności. Staram się, aby miała możliwość wyboru, aby wskazywać jej alernatywy (z założenia czytamy mądre książeczki, z przekazem a nie takie, które tylko ślicznie wyglądają), w szafie ma różnokolorowe bluzki, ale Hania namiętnie używa tylko różowych rajstop, które sama z namaszczeniem wybiera sobie co rano. Taki wiek, taka karma.

Uważam, że trzeba dać dziecku szansę nacieszenia sie różem, aby potem przejść w etap innych kolorów. Nie może być to róż nachalny, ale jeśli sam fakt założenia różowej spódniczki wywołuje u Hani ekscytację - to czemu nie? Podczas ostatniej choroby Hania często po moim wyjściu do pracy zmieniała swój strój. Zostawiałam ją ubraną w wygodny strój po domu, a gdy wracałam, zastawałam wystrojoną dziewczyneczkę, która pękała ze szczęścia z powodu cudownie różowych korali - imitacji perełek, które dostała od Busi.

Domyślam się, że w całej różowej aferze chodzi o to, że ludzie obawiają się, że dziewczynki albo poprzestaną na dbaniu tylko o urodę i wygląd, gdyż kolor różowy kojarzy sie z infantylnością. Drugi zaś front woli ograniczyć się do różu, gdyż jest to kolor bezpieczny, nie skażony zdradzieckimi chłopięcymi elementami (mówię o skrajnych biegunach).

Dopóki róż to tylko ubranie i zabawa, dopóki rozmawiamy z dzieckiem tłumacząc, że najważniejsze jest serce, mądrość a nie wygląd, dopóki staram się, aby Hania rozwijała sie harmonijnie, myślę, że swobodnie mogę pozwolić Hani zanurzyć się w różu. W końcu tylko raz w życiu ma się cztery lata. A tu moja mała elegantka, w stroju samodzielnie wybranym podczas mojej nieobecności w pracy (zdjęcie z przed zabiegu):

PS. Ja sama nie lubię tego koloru (różu), za to wspominam z rozpaczą fakt, że przez całe dzieciństwo musiałam chodzić ubrana tylko w brązowe i granatowe stroje bo były p r a k t y c z n e, wszelkie jasne (a białe to już w ogóle) omijały mnie szerokim łukiem, bo "kto to widział, żeby dziecko takie rzeczy nosiło, zaraz sie poplami i ufajda". Grrr...

niedziela, 16 listopada 2008
Bawimy się z Hanią, ja jestem córeczką, a ona mamą. Korzystam z okazji, żeby naciągnąć Hanię na rozmowę i dowiedzieć się, co myśli na niektóre tematy, jak je sobie wyobraża.

Ja: Mamusiu, a jak Ty poznałaś Tatusia, swojego męża?

Hania: Córeczko wiesz, siedziałam sobie w budynku i piłam czekoladę. Przyszedł Pan i zapytał się mnie, czy nie mam męża. Powiedziałam, że nie mam i on też powiedział, że nie ma. Zakochaliśmy sie więc w sobie i wzięliśmy ślub.

Prawda, jakie to proste?

******
Godzina 7 rano, małżonek wybywa do pracy, a ja zostaję z dwójką dzieci. Ledwie patrzę na oczy po paru godzinach snu w kawałkach (dzieciaki budzą się w ciągu nocy na zmianę), a jako niskociśnieniowiec bardzo powoli budzę się do życia. Niby oczy mam otwarte, ale wewnątrz cała jeszcze śpię. Przychodzi Hania, przytula się, całuje mnie, kładzie się koło mnie, po czym patrzy na mnie z uwagą i pyta:
- Mamusiu, a którędy rodzą sie dzieci?
- Yhmmm??? Ale o co chodzi? Rozpaczliwie próbuję zrozumieć o co Hani chodzi, a mój mózg lewitujący na "standby" próbuje znaleźć jakąś wymówkę lub zmienić temat.
- Wiesz, mamusiu, dziecko najpierw jest w brzuchu a potem się rodzi, którędy to sie dzieje?

(Litości!!! takie pytania nie o tej porze!)
 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru