niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
środa, 28 listopada 2007

Wczoraj przeżyłam mały kryzys żywieniowy. Nie wiązał sie on bynajmniej z wydajnością mleczną mojego biustu. Chodzi o upartość mojego syna.

Kiedy ponad trzy lata temu urodziła się Hania, przezyłam mały koszmar. Córeczka nie umiała a może tez i nie chciała ssać piersi. Przez pierwszy miesiąc, napędzana terrorem laktacyjnym, straszona trującym sztucznym mlekiem, przerażona małymi ilościami zjadanego mleka i żółtaczką fizjologiczną małej, przeżywałam nieludzkie męki podczas prób przystawiania dziecka do piersi, odciągania i dokarmiania. Spałam parę godzin na dobę i to na raty, dostałam nawet jadłowstrętu. Zdarzało się, że wieczorami płakałam z bezsilności, patrząc na głodne dziecko i moje przepełnione piersi, niby dwie nierozerwalne części a jednak niedopołączenia w wykonaniu Hani.

Przy drugim dziecku marzyłam o tym, żeby pięknie ssało pierś. Chciałam zobaczyć jak to jest, chciałam poczuć tę nierozerwalną więź, skorzystać ze swobody karmienia na zawołanie, w łóżku i na spacerze.

Uważaj o czym marzysz, bo sie spełni - jak mówi porzekadło i tak też sie stało u mnie. Ze skrajności w skrajność - syn jest tak wielkim maniakiem mojego baru mlecznego, że nie uznaje nic innego do jedzenia. Próbowałam różnych butelek i różnych dziurek w smoczkach, mleka swojego i dwóch różnych firm. Temperatury letniej bądź bardzo ciepłej. I wielkie NIC. Próbuję również już urozmaicać dietę (wskazanie pediatry), ale zarówno jabłuszko, marchewka, dynia, ziemniaczek jak i zupka jarzynowa, marchewkowa czy nawet kaszka spotkają się ze zdecydowanym odporem. Nie i już. Syn z dnia na dzień uczy się, jak lepiej unikać jedzenia - zaciska już pięknie usta, marudzi z zamkniętymi wargami, a łapkami macha tak zręcznie, że na ogół zawartość łyżeczki nie dolatuje do ust, lądując wszędzie gdzie się da - na ubranku, leżaczku, na mnie, na podłodze etc.

Wczoraj podłamałam się - i postanowiłam, że nie ma mowy, piersi nie dam, synek ma zjeść butlę. Przepychanki trwały może z godzinę i na wpół śpiąco po wielu rykach Bruno zjadł butlę. Niby sukces, ale chciałabym, żeby normalnie ją zjadał bez tych całych cyrków. Męczy mnie to i dołuje potężnie, bo jakby nie było czuję się wtedy wyrodną matką żałującą dziecku mleka. A wrócić do pracy też muszę :(

poniedziałek, 26 listopada 2007

Niby jestem matką doświadczoną, ale dzieci nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. To jak pudełko, do którego zaglądasz i za każdym razem znajdujesz coś nowego.

I tak to Brunio w ciągu jednego dnia a może jednej nocy, za pomocą tajemniczego pstryczka przeskoczył dekadę świetlną do przodu. Nagle turla się zapamiętale, nagle chce siadać, kiedy leżakuje w foteliku samochodowym. Jego repertuar powiększył o wysokie gamy, piski i skrzeki oraz różne zlepki. Chło-pisko nagle zrobiło się też większe a może to ubranka doznały gwałtownego skurczu w związku z nadchodzącą zimą?

Za to Hania dorobiła się stałego wielbiciela, Kubusia. Myślałam, że to był tylko incydent, ta bójka o Hanię - myliłam się. Dzisiaj poznałam tego wielkiego chłopczyka, pełnego czułości (ma młodszą siostrę). Kiedy Hania wychodziła z przedszkola, spontanicznie podbiegł i złapał ją za rączki. Pani Basia, przedszkolanka, mówi, że sympatia kwitnie i kto wie, może przetrwa nawet do podstawówki?

Zmieniają mi się dzieci, rosną, dojrzewają każdego dnia, każdej nocy, z każdym oddechem, każdym nowym słowem, spojrzeniem, dotykiem. Chyba nigdy nie przestanie mnie to zadziwiać...

piątek, 23 listopada 2007

Razem z synem przerabiamy teraz co rano "Romea i Julię" a tymczasem Hania również wzięła się za dramatyczną inscenizację opartą na klasycznym trójkącie: on, ona i ...on. Ale do rzeczy.

O całej historii dowiedziałam się przypadkiem, kiedy odbierałam Hanię z przedszkola. W drzwiach stała Przedszkolanka i opowiadała jednej z mam, że jej synek pobił się o koleżankę. Dwóch mężnych zuchów stanęło w szranki i żaden nie chciał odpuścić. Wiadomo, każdy z nich to już mały mężczyzna. Podczas tej opowieści Hania przybiegła do mnie i powitała sie czule, kiedy to nagle wzrok Przedszkolanki padł na nas.

- O! a to Hania o którą to właśnie pobili się koledzy. Każdy chciał koło niej siedzieć i chcieli nawet ją obejmować!

Gdybym nie usłyszała, nie uwierzyłabym. Moja, Hania, mój Nieśmiałek? Hania podeszła do tego sceptycznie: Lubię Kubusia, ale Łukasza nie lubię, bo on się ciągle bije. Na szczęście moja córka woli pacyfistów ;))

I tak to pierwsze koty za płoty: pierwszy raz mężczyźni biją sie o moją córkę, ciekawe czy ostatni?

czwartek, 22 listopada 2007

Sceneria: rodzinna sypialnia, za oknem ciemność, wczesny ranek

Osoby występujące: Matka karmiąca zaspana w pidżamie, syn niemowlak w łóżeczku swym

Matka: Chcesz już wstać? Jeszcze ranek nie tak bliski,
Słowik to, a nie skowronek się zrywa
I śpiewem przeszył trwożne ucho twoje.
Co noc on śpiewa owdzie na gałązce
Granatu, wierzaj mi, że to był słowik

(matka zrywa się i wkłada smoczek do buzi syna, przykrywa mu buzię pieluszką. Syn ściąga pieluchę jednym ruchem i mówi:)

Syn: Aaaaaa (czyt. Skowronek to, ów czujny herold ranku,
Nie słowik; widzisz te zazdrosne smugi,
Co tam na wschodzie złocą chmur krawędzie?
Pochodnie nocy już się wypaliły
I dzień się wspina raźnie na gór szczyty.
Chcąc żyć, gadać muszę lub machać nogami).

(syn wyjmuje smoczka z buzi i wali nim z całej siły w barierki łóżeczka, na widok matki uśmiecha się promiennie).

Matka: Owo światełko nie jest świtem; jest to
Jakiś meteor od słońca wysłany,
Aby ci służył w noc za przewodnika
I do Morfeusza rozjaśniał ci drogę,
Śpij więc, nie masz potrzeby już wstawać

(matka po raz dwudziesty dziewiąty wstaje i daje po omacku dziecku smoczek i pieluszkę, wraca do łóżka, przykrywa głowę poduszką i próbuje spać)

Syn: aguuuu eeeee łup! łup! łup! (czyt. Cóż, luba? prawda, że jeszcze nie dnieje?)

(syn nadal wali mocno w barierkę, gdy matka przykrywa ją kocem chcąc stłumić odgłosy, syn zrywa go jednym ruchem)

Matka: A śpij Ty żesz wreszcie, czy wiesz która jest godzina?! Ja chce spaaać! Zobaczysz, kupię sobie w aptece stopery do uszu i wreszcie trochę sobie pośpię!

Syn: łup! łup łup! hiiiiiiiii aaaaaaaaaa :DD

K U R T Y N A

wtorek, 20 listopada 2007

Czytamy z Hanią książeczkę o kolejarzach.

Ja: Haniu, policz ile jest worków z pocztą na obrazku.

Hania: raz, dwa trzy, cztery!

J: to ile jest worków?

H: dużo!

******************************************

Siedzimy sobie całą rodziną w kuchni.

Hania: Tata, mama, a Wy wiecie jak Wy się nazywacie? Wiecie?

My: ????

Hania: Nazywacie się: Rodzice!

******************************************

Kładę Hanię spać po obiadku.

H: Mama, a jak się obudzę to będzie podwieczorek?

Ja: jak sie obudzisz to razem zrobimy budyń, taki jak lubisz. Bedziesz go mieszała, a potem go ugotujemy.

H: A w przedszkolu to jak sie budzę to już jest budyn. Przywozi go Pani Kucharka, ona się nazywa Pani Krysia! Jak Pani Kucharka przychodzi to my wstajemy i mówimy: dzię-ku-jemy!

(wiadomo kto jest najważniejszy w przedszkolu ;))

Po dłuższych obserwacjach i dawaniu forów Bruniastemu uznałam ostatnio, że albo chłopak jest leniwy albo ma coś z napięciem mięśniowym. Chłopisko moje bowiem nie za bardzo chce trzymać głowę, nie obraca się w żadną stronę. Cóż, jak każda troskliwa matka postanowiłam sprawdzić tę drugą ewentualność u pediatry, która to skierowała nas do neurologa. Czas oczekiwania na wizytę w prywatnym centrum medycznym - miesiąc. Aż strach myśleć ile trzeba czekać państwowo, pewnie z 18 lat, wtedy to już samo przechodzi :))

Wczoraj rozmawiałam na ten temat z przyjaciółką. Opowiadam, że trochę martwi mnie ta mała sprawność fizyczna Brunia. Przyjaciółka, której córeczka miała wzmożone napięcie mieśniowe współczuła mi i powiedziała, że warto odwiedzić neurloga, że na jej oko może coś z tym być. W miedzyczasie słyszę jakieś stękanie:

- uch, uch....

patrzę kątem oka: synek leży pięknie na boku, jak rogalik (chwilę wcześniej leżał na plecach). Nie przerywam jednak rozmowy, przyjaciółka opowiada, że w razie potwierdzenia diagnozy czekają nas nieprzyjemne ćwiczenia, że jej córka płakała, nie lubiła tego.

- fik!

Patrzę - a tu mój skubany synek leży na brzuchu. Rączki pięknie z przodu (wcześniej nie potrafił wyciągnąć jej z pod brzucha). W tle rozmowy wykonał swój pierwszy obrót z pleców na brzuch. Chyba wystraszyły go te ćwiczenia ;)) 

Brawo Bruniasty!

poniedziałek, 19 listopada 2007
Bruno dostał ode mnie nową ksywę: Bigos. Przezwisko to zawdzięcza swoim śpiewom wysokim głosem, kojarzącym mi się bardzo z muzykami z zespołu Bee Gees (skojarzcie hity z "Gorączki sobotniej nocy). Po polsku Bee Gees to po prostu..bigos ;))
niedziela, 18 listopada 2007

Wczoraj Bruniasty skończyl pięć miesięcy. Co prawda początek świętowania wypadł na pierwsze w życiu pobranie krwii, ale synek był bardzo dzielny i chwilę później znów się uśmiechał. A jaki to jest mój pięciomiesięczniak? :

- waży 7500g - i będę go podtuczać, bo ostatnio za mało przybrał na wadze

- jest bardzo pogodnym człowieczkiem. Uśmiecha się od momentu jak się obudzi. Radośnie wita Tate, siostrę, koty, cieszy go wiele rzeczy. Podczas turlania się na kocu z mamą, podczas łaskotek, prukawek i innych czułości chichra się na cały głos;

- od paru dni "śpiewa" - wysokim cienkim głosikiem wyśpiewuje radosne arie, czasem prowadzi monologii na różne samogłoski;

- nie chce słyszeć o żadnych butelkach ani nowościach, nowe jedzenie typu marchewka, dynia wypluwa z buzi, tworząc kolorowe pianki. Asertywnie tj. z uśmiechem ćwiczy umiejętność wypluwania jak największych ilości jedzenia.

- podczas jedzenia z piersi w ciągu dnia po paru minutach kręci głową na wszystkie strony, wszystko go ciekawi, najlepiej zjada mu sie w nocy;

- zębów brak, ślina i ręce w buzi są na porządku dziennym

- własne stopy to fajna sprawa;

- potrafi przespać 3-3,5h ciurkiem w ciągu dnia a potem jeszcze dospać - ale musi mieć takie chęci;

- kiedy w nocy nie chce spać, wali smoczkiem o babierki łóżka niczym rasowy więzień i jest z siebie bardzo zadowolony;

- zaprzyjaźnił się już z jedną kotką - on ją po męsku wytargał po sierści, za uchem i po twarzy, ona z radością (męcz mnie, dręcz mnie ale pieść mnie) nadstawiała brzuch do pieszczot;

- jest spokojny - ostatnio wziął udział w zebraniu w przedszkolu i był bardzo grzeczny, ale w razie bólów brzucha, głodu potrafi też dać czadu;

- to że jest strasznie kochany i słodki chyba nie muszę pisać :))

piątek, 16 listopada 2007
Za oknem ciemno i zimno, w tv coraz więcej reklam światecznych, po mału wiec wkraczamy w okres przygotowania do świąt. Na pierwszy ogień poszly kolędy. Zaśpiewałam Hani jedną z nich (przybieżeli do Betlejem) i...zaczęło się.

- Mama, zaśpiewaj o wysokości!
- Mama, a dlaczego chwała? (bo wiesz Haniu, wszyscy kochaja Pana Boga i się cieszą, że on jest. A dlaczego? Bo on nas kocha. A gdzie on jest? na górze,w niebie. A ja go nie widzę. Bo jego nie widać. A dlaczego? i od nowa, parę godzin później:
- Mama, a dlaczego chwała?

Po dwukrotnym wysłuchaniu kolendy Hania śpiewa:
- pała na wysokości!
- spała na wysokości!
Matka polka rulaz! Nawet superman wymięka przy matce polce! Jako że hormony macierzyństwa dodają nadludzkich sił, bezproblemowo poradziłam sobie w przedszkolu z dwójką dzieci. Jednym okiem łypałam na przedszkolanki (ups! podobno poprawnie mówi się: nauczycielka wychowania przedszkolnego), drugim na Bruniastego, trzecim na fikające przedszkolaki, dla których Bru jawił sie jako niesamowita atrakcja, interaktywna lalka, którą trzeba dotknąć, poklepać, pociągnąć, przytulić, włożyć smoczka, przejechać autkiem po nodze. Ostatnim okiem łypałam na własną córkę, która na szczęscie samodzielnie się bawiła.
Uff... a wiec można.

Przy okazji pochwalę Brunia, który dosłownie uwielbia wszelkie wyjścia, zgromadzenia ludzi, a zwłaszcza dzieci. Zachwycony śledził biegające dzieciaki a po jakimś czasie przemówił do nich długim monologiem na samogłoskę uuuuuuuuu, wchodząc niejako w słowo przedszkolance.

W przedszkolu - wiadomo. Zakłopotane panie przedszkolanki jak zwykle poszukiwały matek które: a/będą skarbnikiem grupy b/przyjdą zrobić sałatki na pasowanie na przedszkolaka c/ upieką ciasta d/udekorują salę e/kupią choinkę i bombki do sali. Do tego zbierane są namiętnie wszelkie pisemne zgody np. na wywieszenie zdjecia dziecka na korytarzu przedszkola. Najważniejsze jednak, że panie są przekochane i Hania bardzo lubi chodzić do przedszkola - dla niej gotowa jestem nawet wypełniać kwity o zgodzie na karmienie dziecko łyżką, na ubieranie butów, tudzież na zamieszczenie obrazków Hani na tablicy.

Idąc za ciosem dzisiaj wyruszam z dwójką dzieci do lekarza w centrum Wwy. za dużo mam drobnych pytań, które wolałabym nie zostawiać bez odpowiedzi.
Uważajcie warszawscy kierowcy, przybywam! :)
 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru